Strona główna




Czy związki zawodowe mogą być pożyteczne?

Jak wiadomo przysłowia, przynajmniej niektóre z nich, mają to do siebie, że niezwykle precyzyjnie - a przy tym zwięźle - wyjaśniają różne zjawiska. I to, wydawałoby się, z zupełnie odległych dziedzin życia i aktywności ludzkiej. Czy zatem jedno z nich: "dobrymi chęciami wyłożona jest droga do piekła:", może okazać się pomocne do wyjaśnienia tytułowego zjawiska? Zastanówmy się bliżej.

Rewolucja przemysłowa stworzyła nagłą potrzebę zatrudniania wielu ludzi, którzy opanowali jakąś umiejętność wytwarzania przedmiotów - później usług - które spełniałyby warunki sprzedaży z zyskiem. Oczywiście, jak to zwykle bywa w przypadku zmian ewolucyjnych, czyli stopniowych, wyrób produktów odbywał się metodą "prób i błędów", stale korygowanych. Ktoś wspomniane produkty musiał kupić z własnej i nieprzymuszonej woli. Pociągało to za sobą różne konsekwencje. Jedną z nich była umiejętność redukowania kosztów działalności przez dostarczyciela dóbr. Sposobem na to było często ograniczanie wynagrodzeń ludzi wytwarzających owe produkty, później znanych jako pracownicy. Z uwagi na fakt, że chętnych do pracy było dużo, a czynności przez nich wykonywane nie były zbyt skomplikowane, płace oferowano na dość niskim poziomie (acz nie zawsze). W miarę rozwoju przedstawianego procesu, wyroby i usługi zaczęły być bardziej wymyślne; musiały bowiem zadowalać coraz bardziej wybrednego klienta, który miał większe możliwości wyboru. Doprowadzić to musiało do rozwoju zapotrzebowania na pracowników o coraz wyższych umiejętnościach, których nie każdy mógł zastąpić. Już na początku lat 1900-nych powstała w USA American Federation of Labor (Amerykańska Federacja Pracy) zrzeszająca początkowo pracowników przemysłu tytoniowego. Później dołączyli inni, tak, że do 1904 roku organizacja skupiała ponad 1.7 mln członków.1 Pomimo, że ów łańcuszek zdarzeń wzmacniał pozycję niektórych przynajmniej pracowników, nie mogło to jeszcze doprowadzić do przełomu. Powodów może być wiele. Jednym z nich jest choćby ten, że pracobiorcom trudniej było zorganizować się. Właściciele zakładów mogli łatwiej "dogadać się" ze sobą, choćby dlatego, że było ich mniej. Nieuchronnie doprowadzić to musiało do powstania niezadowolenia, które w pewnym etapie doprowadziło do pojawienia się bardziej zinstytucjonalizowanych mechanizmów. W Stanach ten okres jest znany jako epoka progresywizmu.

W naszych rozważaniach pamiętajmy jednak, że doświadczenie amerykańskie nie jest równoległe do późniejszych. W USA sytuacja była pionierska, przecierania szlaków. Poza tym, pewnej popularności przysporzyła związkom działalność demaskatorów (muckrakers) - wśród których był choćby Upton Sinclair z opowiadaniem The Jungle (Dżungla) opisującym zły, niehigieniczny stan zakładów mięsnych. Działać to musiało na konsumentów, którym pokazano pewne niekorzystne zjawiska systemu produkcji masowej. Pamiętajmy jednak o zachowaniu właściwych proporcji. Nie możemy bowiem oczekiwać spełnienia wymagań obowiązujących obecnie do produkcji sprzed wieku.

Przedstawiony opis to pewne uproszczenie tyczące rzeczy dość oczywistych. Nie mniej jednak sprawia wrażenie dość użytecznego dla potrzeb naszych rozważań. Obiektywnie rzecz ujmując, nie odmawiajmy też na wstępie czystych intencji związanych z jednoczeniem klasy najemnych pracobiorców. Chcieli poprawić swą sytuację. Problem zaczyna się jednak wtedy, kiedy przestali oni walczyć bezpośrednio o swoje własne interesy, a zaczęli reprezentować innych. Cały proceder przybrał zatem cechy funkcjonowania maszynki. Ludzka natura ma to do siebie, że kiedy oderwie się zbyt znacznie od realnego świata zaczyna gubić z nim kontakt. Lub, innymi słowy, coraz częściej zaczynają pojawiać się efekty, które do niedawna nie były zamierzone.

Kolejny punkt to refleksja nad różnicą jakie efekty mogą przynieść rozwiązania odgórnie narzucone, a jakie dobrowolne. W miarę powiększania i ujednolicania się grupy wykonującej powierzone zajęcia jej przedstawiciele mogą łatwo zyskać "swoich obrońców". Obrońcy będą negocjować w imieniu bronionych. I tu pojawia się problem. Obrońcy prawdopodobnie nie zapomną o swoim własnym interesie - ich też musi ktoś potrzebować; nie można zatem "pomagać" zbyt szybko, zawsze zostawiwszy sobie w rękawie coś na zaś. Margaret Thatcher i Ronald Reagan Z drugiej strony, sukcesy trzeba ładnie zapakować i spopularyzować wywołując wrażenie nieuniknioności i braku alternatywy (skądinąd znamy to hasło z niedawnej przeszłości). Stąd już tylko krok od pata. Ochrona stanie się tak "skuteczna", że nie będzie co chronić, bowiem sama produkcja będzie trudniejsza, później wręcz niemożliwa. Wymowną ilustrację stanowi przykład otoczenia w którym znalazła się Margaret Thatcher, tzw. closed shop, (wszyscy pracownicy zatrudnieni w firmie musieli być zrzeszeni), oraz szalejących związków zawodowych. Koszty obsługi takiego procederu, jak i skrępowanie możliwości działania właściciela, to zagadnienia niebagatelne. Nie są one już jednak w zakresie zainteresowania działaczy związkowych, którzy broniąc pracowników nie muszą liczyć się z kosztami. Nie oni wszak koszty te ponoszą. Pamiętajmy też, że w skali makro danego kraju, jeśli organizacje pracownicze rozrastają się zbyt znacznie może to doprowadzić do zaburzeń na wyższym szczeblu. Przed Thatcher, dwóch premierów Wielkiej Brytanii miało poważne problemy z tym związane. Żelazna Dama, podobnie jak Ronald Reagan w przypadku strajku kontrolerów lotów, była jednak zdecydowana. Jako efekt w czasie jej urzędowania liczna osób zrzeszonych w organizacjach związkowych zaczęła spadać (z poziomu ponad 12,1 mln w 1979 do poniżej 9,3 w 19862).

Czy ochrona pracowników musi mieć instytucjonalny charakter? Jak wiadomo problemy z działalnością związkową w na przełomie XIX/ XX wieku w USA były dość dramatyczne. Właściciele nie tolerowali związków w swoich fabrykach, co często powodowało gwałtowne zamieszki (1892 - Pennsylvania, zakłady przemysłu stalowego Andrew Carnegie). Jednak sytuacja w fabrykach Forda pokazuje, że istniały też rozwiązania, nazwijmy je, bardziej polubowne. Henry Ford nie kochał oczywiście związków, aczkolwiek wpadł na inny pomysł. W zamian za pracę (trudną i monotonną - przyznajmy to!) oferował wysokie, jak na owe czasy wynagrodzenie, przy dość krótkim dniu pracy (7 godzin 45 minut, kiedy normą było 12 i więcej). Wszystko to stanowiło rozwiązania dobrowolne, których powodem mogła być zwykła umiejętność praktycznego myślenia. Przy stale spadającej cenie samochodów - co było wynikiem produkcji masowej i zwiększania mocy przerobowych - Ford mógł mieć nadzieję, że kiedyś jeden z modeli jego samochodu kupią jego pracownicy. W ten sposób "pieniądze zostaną w rodzinie". Wszystko to bez ingerencji związków zawodowych. Dodatkowo stosowana metoda produkcji masowej, jak i filozofia firmy, w krótkim czasie doprowadziły do znacznych obniżek w cenie samochodu. Dla zobrazowania podajmy zmiany cen słynnego Modelu T: 1913 - 1500 $, 1920 - 760$, 1929 - 600$. Odpowiednio także zwiększał się popyt: 1919 - 6,7 mln, 1929 - 23,1 mln.3

Czasami związki zawodowe mogą mieć tendencje do przeistoczenia się wręcz w partie polityczne. Było tak w USA, kiedy to organizacja znana pod nazwą Industrial Workers of the World (Pracownicy Przemysłowi Świata) - oryginalnie związek zawodowy o socjalistycznym rodowodzie - po pewnym czasie zekstremizowała swoje działania starając się wręcz obalić system kapitalistyczny. Trafiła jednak na mniej podatny grunt społeczeństwa amerykańskiego, bardziej indywidualistycznego w swoim charakterze. Amerykanie i ci, którzy tam przybyli w poszukiwaniu pracy, traktowali złą sytuację jako przejściową licząc, że kiedyś sami staną się bogatsi. Ku zdziwieniu, działacze związkowi nigdy nie wspominają nawet o tego rodzaju mobilności. Utrwalać zatem mogą system społeczeństwa kastowego. Ich odezwa wydaje się brzmieć: "cały czas będziesz robił to samo". Wracając do tematu, omawiany czas to w USA okres Red Scare (Stachu przed Czerwonymi) - niezbyt przychylny dla tego rodzaju eksperymentów.

Również ruch Solidarność w Polsce to oryginalnie związek zawodowy, jednak o ambicjach partii politycznej. Dla obiektywizmu przyznajmy tu, że idee w tym przypadku były nieco inne. Skupiały się wokół przywrócenia podstawowych swobód w komunistycznej Polsce. W kategoriach wolnego świata zamiary obiektywnie słuszne. Nie ułatwiało to wspomnianej już brytyjskiej premier ustosunkowania się do zagadnienia. Baronessa (obecnie) Thatcher była przecież dość nieprzejednana w kwestii związków zawodowych. Jak się później okazało Solidarność, oprócz szczytnych celów wolnościowych, miała dość lewicowy (jak to zwykle w przypadku związków zawodowych) pogląd na świat. Doświadczenia AWS pokazują także, że nie można - co ironicznie ówcześnie komentowano - sprawować rządów, po czym strajkować sami przeciwko sobie.

Wiele związków zawodowych w jednym miejscu pracy nie uzdrowi niestety problemu. Nie doprowadzi do większej konkurencji i przez to zwiększenia swojej efektywności. Powód jest zasadniczy: organizacje te mają jeden deklarowany cel - obrona praw pracowników, czyli pomysł na lewo od centrum. Wszelkie podziały zatem mają dość sztuczny charakter i niczego merytorycznego przynieść nie mogą.

Dodajmy też, że w samej swej naturze związki stoją w konflikcie do grup reprezentujących właścicieli. Broniąc, w swym rozumieniu, interesy załogi, choćby nieświadomie, antagonizują relacje najemnik-zarządca. Część problemów może udałoby się załatwić bardziej polubownie, jednak potrzeba dowodu na przydatność związków. Stwarza to potencjalne zarzewie problemów. A poza tym, czy wystarczająco dobitny przykład nie płynie z obrazu małych firm i tych korzystających z usług osób samozatrudniających, gdzie związki nie są nieodzowne? Być może tak należy wyjaśnić niechęć działaczy związkowych do wspomnianego właśnie procederu samozatrudnienia. Firmy przecież do związków nie wstępują. Oczywiście pewną komplikację stanowi fakt, że obecnie właściciel i zarządca to często nie ta sama osoba (szczególnie w dużych firmach). Dlatego dla świętego spokoju związki otrzymują czasem to, lub owo za cenę chwilowego wyciszenia. Jednak w tym przypadku koszty ponosi konsument.

Wiadomo nie od dziś, że demokracja nie jest dobrym sposobem zarządzania przedsiębiorstwem. Przy podejmowaniu decyzji trzeba bowiem mieć coś do stracenia; wtedy dokładnie waży się wszelkie za i przeciw swoich decyzji. Poruszamy tu ten aspekt w świetle tzw. komisji trójstronnej i jej mandatu (lub jego braku) Oczywiście cały proceder ma znamiona działalności socjalistycznej (przywołajmy tu słowa śp. Stefana Kisielewskiego, który zauważył, że socjalizm zwalcza bohatersko problemy nieznane w innych ustrojach; tak jest też i tu). Temat ten wymaga krótkiej konkluzji: konsultacje z tzw. "partnerami społecznymi", występują tylko w socjalu. Gracze w gospodarce rynkowej stwarzają po prostu oferty pracy. Pracuje ten kto chce. Szkoda czasu na zbędne dyskusje.

Dla obiektywności podkreślmy, że zrzeszanie się pracowników nie musi być czymś zakazanym. Jak wspomniano na początku, właścicielom (lub częściej obecnie osobom ich reprezentującym) łatwiej jest dojść do porozumienia, wszak liczebnie jest ich mniej. Poza tym, w sytuacji wolności zgromadzeń i związki mogą mieć swoje miejsce. Dziać się tak może jednak nie na zasadzie określonego przywileju chronionego pewnymi przepisami (Kodeks Pracy), lecz na zasadzie wolnych stowarzyszeń. Rzeczywista potrzeba zatem, a nie istnienie maszynki, może stanowić odpowiedź. I jeszcze jedna uwaga dotyczy spontaniczności działania. Warunkiem efektywności stowarzyszeń pracowników (czy jakkolwiek inaczej to nazwać) jest wymaganie, aby grupy te nie były organami trwałymi, lecz rozwiązywały się z chwilą ustania przyczyny dla której były powołane. Jeśli problem jest rozwiązany nie ma potrzeby utrzymywania zbędnych struktur. Słowem, związkowcy mogą wrócić do pierwotnej działalności, zamiast siedzieć za biurkiem (co często woleliby). Inaczej cały proceder prowadzić będzie do karierowiczostwa, nie wspominając już o kosztach. Jest tu miejsce na przywołanie znanej wolnorynkowej tezy. W interesie związków jest, aby tak naprawdę istniał pewien konflikt między pracownikami a pracodawcami (przeplatany nagłaśnianymi sukcesami obrońców pracowników). W przeciwnym wypadku po co byłyby związki?

W analizie problemu musimy zdać sobie sprawę ze zmieniającego się charakteru związków. O ile w przeszłości ich postulaty miały inny wydźwięk (znajdowały się często w konflikcie z potężnymi monopolami) o tyle teraz często skupiają się na obronie tzw. przywilejów socjalnych. Ten cel przesłania czasem związkowcom charakter ich działalności. W drodze do poszukiwania taniego poklasku, jak i budowania wizerunku nieodzowności swojej misji, zapomina się często o sprawie wagi fundamentalnej. Ochrona przestaje być konieczna, gdy utrudnia wykonywanie czynności podstawowych, czyli pracy zarobkowej. Inaczej pisząc, w sytuacji tu i teraz, kiedy oficjalny wskaźnik bezrobocia przekroczył 20%, nie ma czego chronić. Poza tym, zawodowo "społecznie wrażliwi" wykonaliby lepszą misję, gdyby bronione przez siebie ideały modelu pracy zechcieli zastosować w swoich własnych biznesach. Wówczas nie tylko musieliby oddawać się ukochanemu zadaniu obrony wyzyskiwanych pracowników, lecz również odnieść to wszystko do rachunku ekonomicznego. Działać tak, aby zarządzana firma przynosiła zyski w sytuacji konkurencji innych podmiotów. Chyba nie jest zaskoczeniem stwierdzenie, że wówczas najprawdopodobniej musiałaby nastąpić pewna re-ewaluacja poczynionych wcześniej założeń ochrony pracobiorców.

Na zakończenie przestawmy omawiane zagadnienie w świetle czekającej nas wkrótce rzeczywistości, członkostwa w Unii Europejskiej. Przed referendum na tych łamach zauważaliśmy planowy charakter gospodarki tego tworu. Przypomnijmy dwa szczegóły. Pierwszy: UE operuje zagadnieniem pełnego zatrudnienia, co stanowi swego rodzaju ewenement w wolnym rynku, z którym rzekomo UE utożsamia się. Drugi: niestety związki zawodowe, jak i inni wszelkiej maści "obrońcy ludu", odgrywają tam dużą rolę. Czy będziemy umieli odnaleźć się w tej rzeczywistości? Paradoksalnie wydaje się, że nasza bieda może nam w tym pomóc.

Marek Janik*
(29 marca 2004)

Skomentuj ten artykuł
(wpisując jego tytuł w temat)

Dane na podstawie:
1. O'Callaghan, B., Illustrated History of the USA, Longman 1990.
2. Musman, R., D'Arcy, A., Britain Today, Longman, 1989.
3. Michałek, K., Na drodze ku potędze. Historia Stanów Zjednoczonych Ameryki 1861-1945, Książka i Wiedza, 1992.

*autor jest członkiem Zarządu Okręgu Mazowieckiego Unii Polityki Realnej

fotografia pochodzi z serwisu: www.hofstra.edu/COM/Museum/museum_exhibition_thatcher.cfm



Umieść poniższe bannery na swojej stronie WWW








Webmaster
Copyright 2001, Paweł Sztąberek




Spis Autorów

Komentarz tygodnia

Książki
polecane

Czytelnicy
piszą

1 2 3 4
oooooooooooooooooooooooi
Subskrypcja
Jeśli chcesz być powiadamiany o nowościach na "SP" wpisz swój adres e-mail


Powiadom znajomego o "SP" wpisując jego adres e-mail

ooooooooooooooooooooooooi
Przyślij swoją opinię