Strona główna




Walka klas

Witold Świrski przytoczył niedawno na łamach tygodnika "Najwyższy Czas!" ("Iskrzenie na styku", NCz!, nr 21/2003) biologiczną analogię do walki klas społecznych. Tak naprawdę wilki nie są wrogami saren, a tak samo kapitaliści nie są wrogami robotników, tylko selekcjonują "bezmyślnych, starych, chorych i leniwych". Analogia jest zupełnie nie na miejscu i stanowi próbę przeszczepienia działania człowieka na grunt czysto biologiczny. Samą koncepcję walki klas warto trochę rozwinąć.

Przede wszystkim należy odróżnić prawa natury od praw naturalnych. Wilki zabijają niektóre sarenki i w ten sposób dokonują naturalnej selekcji. Jeśli wilki usuwają niepotrzebne sarenki, a kapitaliści usuwają niepotrzebnych robotników, to może działania Stalina są odpowiedzią sił społeczno-biologicznych na zbyt duży przyrost ludności?

Wyraźnie brakuje nam tutaj pewnego elementu, który jest niezbędny do obrony systemu leseferystycznego. Jeśli wilk walczy z sarenką, to kwestią czysto praktyczną jest to, co się stanie. Takie są prawa natury, taki był bieg wydarzeń, powiemy. Sarenka albo ucieknie albo zostanie zjedzona przez wilka - decydują praktyka i umiejętności. Tak samo działa to w przypadku konfliktu człowiek kontra wilk. To, czy w bezpośrednim starciu wygra człowiek, czy wygra wilk jest przedmiotem sporu techniczno-praktycznego. Wilk może być zwinny, a człowiek wyposażony w broń, która pozwoli mu pokonać bestię. Obydwa przypadki odnoszą się do relacji biologicznych, a nie społecznych. Nie możemy powiedzieć, że jeśli pojedynek wygra sarenka to będzie dobrze albo źle poza obracaniem się w naszych subiektywnych preferencjach.

Analogicznie nie sposób ocenić, czy wilk wygrywający z człowiekiem w pojedynku postępuje moralnie lub niemoralnie. Człowiek zabijający zwierzynę po prostu szuka sobie pożywienia, a jego działalność nie jest przedmiotem rozważań nauki, opisującej relacje międzyludzkie: etyki. Tego elementu właśnie zabrakło w porównaniu przytoczonym przez Witolda Świrskiego. Wszelkie relacje między jednostkami ludzkimi są analizowane w kontekście kategorii etycznych. Wilk zjadający człowieka nie postępuje etycznie lub nieetycznie, tylko działa zgodnie z prawem dżungli. Kiedy jednak dochodzi do konfliktu człowiek-człowiek, możemy go analizować z etycznego punktu widzenia, czyli demonstrować, kiedy podjęte działania są z moralnego punktu widzenia słuszne bądź nie.

Oczywiście nie oznacza to, że ludzie automatycznie się dostosują do przyjętego przez nas systemu moralnego i prawnego. Wielu z nich będzie działać na przekór tym zasadom, działać niemoralnie w sposób inwazyjny na drugą osobę. Natomiast etyka, jaką zaprezentujemy, stanie się uprawnioną podstawą obrony przeciwko takim ludziom. To, co odróżnia świat ludzi od świata zwierząt, to właśnie etyka i sprecyzowanie praw naturalnych, przysługujących każdemu człowiekowi. Stąd wszelkie analogie do świata zwierząt są skazane na niepowodzenie.

Powinno być jasne, że jedyna etyka możliwa do obrony z logicznego punktu widzenia to klasyczna triada zaprezentowana przez Johna Locke'a. Jeśli pominiemy jego błędne proviso (tak samo błędnie przyjęte później przez Nozicka; dotyczy ono niejasnej definicji "szkody" w przypadku pierwotnego zawłaszczenia), to tezy pozostają proste: twoja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność innych. Każdy człowiek pozostaje właścicielem swojej własnej osoby i może nią dysponować pod warunkiem, że nie szkodzi innym ("szkodzi" w sensie inwazji na takie same prawa innych). Nie możemy zaprzeczyć temu twierdzeniu i nie może tego zrobić nikt w dyskusji, inaczej zaczniemy zaprzeczać samemu sobie (argument pochodzi od Hansa Hermana Hoppe). Aby zaprezentować swoje poglądy i przedstawić je ludziom, których przekonuję, muszę być właścicielem samego siebie (życie), mieć swobodę głoszenia poglądów (wolność słowa), a także używać jakiegoś minimum środków, z których użycia wyłączę inne trzecie osoby (własność) np. z ziemi, na której stoję.

Muszę stać w jakimś miejscu, muszę być właścicielem swojej osoby, bez względu na prezentowane przeze mnie poglądy. W przeciwnym razie nie mógłbym się odezwać i zaprezentować swojego stanowiska. Stąd jasne jest, że niezbędne jest założenie, że każdy człowiek jest właścicielem swojej własnej osoby i odpowiada za siebie. Osoba wypowiadająca się może twierdzić, że tylko niektórzy ludzie mają prawo do swojego życia i swojej własności, ale jednocześnie mogą decydować o życiu i własności innych ludzi. Teza powinna zostać odrzucona od ręki, ponieważ łamie aksjomat Kanta, zakładający uniwersalność etyki. Jeśli ktoś otrzymuje większe prawa od innych i staje się "właścicielem" innych osób, wtedy mamy do czynienia z tyranią, podziałem na nadludzi i podludzi, więc nie może być mowy o uniwersalności tez, stosowalnych do wszystkich ludzi. Etyka ma to do siebie, że musi mówić o równych prawach wszystkich ludzi (tak, wolny rynek oznacza równość).

W tym momencie możemy pożegnać wiele doktryn takich jak na przykład monarchizm. Rojaliści zakładają, że wybrana jednostka na jakiejś podstawie ma uprawnienia do zabijania innych i konfiskowania ich bogactwa. W ten sposób łamana jest uniwersalność etyki, która dotyczy relacji międzyludzkich. Znana teza monarchistów to: "każda władza pochodzi od Boga" (jak zauważa błyskotliwie Witold Świrski, skoro pochodzi od Boga, to może by ją jemu oddać?!). Tymczasem jest to błąd pomieszania kwestii religijnych z kwestiami etycznymi. Każda nauka ostatecznie zatrzymuje się w jakimś miejscu, za które nie powinna wykraczać. Ekonomia zatrzymuje się na indywidualnych wyborach ludzi, które przyjmuje za dane (ekonomia nie mówi, czy papierosy są dobre lub złe dla człowieka - ona analizuje kształtowanie się cen papierosów). Fizyka zatrzymuje się (powiedzmy umownie) na wielkim wybuchu, a medycyna na organizmie człowieka. Tak samo etyka analizuje fenomen relacji człowiek-człowiek i tego, i tylko tego, dotyczy. Religia mówiąca o relacji Bóg-człowiek nie ma z tym nic wspólnego (przynajmniej nie jeśli chodzi o związek logiczny). Danie jednemu wybranemu władzy nad innymi jest złamaniem aksjomatu Kanta, wymogu równości, jaki można strywializować do postaci: nie rób drugiego, co tobie niemiłe.

Etyka wolnego rynku jest prosta: prawa naturalne człowieka to wolność, życie i własność. Każdy ma prawo swobodnie dysponować swoim życiem, wolnością i prawowicie nabytą własnością pod warunkiem, że nie narusza takich samym praw innych. Jeśli ktoś jest socjalistą, to może nim pozostać i głosić swoje poglądy do czasu aż nie zacznie atakować innych. Może drukować dzieła Lenina i wypowiadać się w swoich gazetkach. Nikt nie ma prawa konfiskować jego pieniędzy, które przeznacza na lewacką gazetkę. Niezależnie od tego, czy skonfiskowane pieniądze pójdą na głodujących w Nigerii (powód), albo czy zadecyduje o tym większość w demokracji (sposób podjęcia decyzji). Prawa naturalne są naturalne, dane od urodzenia każdemu człowiekowi i nic nie może tego podważać (w tym miejscu jeśli ktoś chce, może twierdzić, że są dane od Boga, ale nie ma to większego wpływu na spójność etyki - stąd często trafiają się wolnorynkowcy ateiści).

Równolegle z etyką druga nauka opisuje nam działanie ludzkie: ekonomia. Jeśli każdy z nas porusza się wewnątrz trójkąta Locke'a i nie narusza wolności innych, to każda transakcja, w jaką się angażuje, przynosi korzyść obydwu stronom. Jeśli wymieniam rzecz A za dobro B, to oczywiste jest, że bardziej cenię B od A, a osoba, z którą handluję, na odwrót. Co się zatem dzieje w momencie, gdy kapitalista kupuje pracę od robotnika? Obydwie strony na tym, jak najbardziej korzystają. Skąd zatem zysk tego kapitalisty, skoro wszystko produkuje praca, jak mówi wódz Marks? Czy nie jest tak, że kapitalista wyrywa owoce z rąk robotnika?

Oczywiście nie i odpowiedzi należy szukać u źródeł subiektywizmu jednostek i wartościowania konsumenta. Jeśli praca robotników w fabrykach samochodowych ma być coś warta, to konsument musi wartościować samochody. Bez wartościowania samochodów praca, która jest w nie wkładana, nie miałaby znaczenia (jeśli ktoś na złość tej teorii zacznie produkować samochody nie na sprzedaż tylko dla siebie, to zaspokaja swój popyt konsumencki na dobro "byleby podważyć teorię tego burżuja" - logiki się nie przeskoczy). Stąd jasno widać, że cena za pracę zależy silnie od konsumenta, który wartościuje dobro. Dlatego właśnie płace kształtują się, jak to pisał Jean Baptiste Say, w zależności od produktywnego wkładu w produkcję i różnych wariantów jej zastosowania.

Niemniej jednak, aby otrzymać zapłatę za swoją pracę, robotnicy musieliby czekać dopiero na moment sprzedaży ostatecznego dobra konsumpcyjnego, skoro wartość rodzi się w umyśle konsumenta. Stąd witalna rola kapitalistów, wypłacających wynagrodzenie robotnikom wcześniej, zanim produkt zostanie ostatecznie wytworzony i sprzedany. Robotnik pracujący w fabryce samochodów dostaje na bieżąco płacę, chociaż wartość, jaka jest wniesiona przez niego w produkcję, będzie dopiero widoczna w dobrze konsumenckim - gotowym samochodzie. Różnica między tym, co robotnik dostaje dzisiaj a tym, co kapitalista zyska po sprzedaży z wkładu robotnika jest nazywana w ekonomii procentem. Lub też u różnych myślicieli: naturalnym zyskiem, długookresową stopą zysku, normalnym zyskiem itd. Za to czekanie kapitalista dostaje procent.

Zademonstrujmy na prostym przykładzie. Wkład pracownika w produkcję wynosi 10 złotych. Robotnik tak się przykłada do produkcji, że jego płaca wynosi 10 złotych. Wynika to w całości z tego, że konsument decyduje o wartości produktów i na podstawie tego poszczególnie czynniki produkcji (ziemia, praca, kapitał) dostają "renty". Każda taka renta może zostać przez nas naukowo nazwana "marginalną wartością produktu". Pracownik dostaje swoją pensję zanim produkcja zostanie sprzedana, dostaje ją jakiś okres wcześniej, bo wypłaca mu ją kapitalista. Stąd płaca ta jest dyskontowana o stopę procentową, która załóżmy wynosi 10% (jest dyskontowana, bo ludzie bardziej cenią dobra dzisiejsze niż przyszłe). Stąd wkład pracownika w produkcję, marginalna wartość produktu, wynosi 10 złotych, a płaca, jaką dostaje to "dyskontowana marginalna wartość produktu" czyli 9 złotych.

A co jeśli kapitalista będzie płacić takiemu robotnikowi mniej niż wynosi jego "dyskontowana marginalna wartość produktu", powiedzmy 5? Wtedy inni kapitaliści zauważą dla siebie szansę osiągnięcia "czystego zysku" czyli zysku ponad ten normalny procent, o którym mówiliśmy wyżej. Teraz kapitalista może wypłacić 5 złotych i zgarnąć różnicę od normy (9-5=4) czyli w sumie osiągnąć 1+4, a nie 1. No, ale jak to z prawem popytu bywa... zwiększenie popytu prowadzi do wzrostu ceny. Wzmożone zainteresowanie tańszą pracą sprawia, że cena zaczyna stopniowo rosnąć. 6... 7... 8... aż do momentu, gdy "czysty zysk" wynikający z odbicia od naturalnego długookresowego zysku zostanie wyeliminowany. Dopóki kapitał ma szansę osiągnąć więcej niż 10% (a tak jest dopóki płaca jest niższa niż "dyskontowana marginalna wartość produktu", w naszym przypadku 9), dopóty kapitał będzie podbijał cenę środka produkcji. Dlatego kapitał rozpływa się równolegle do wszystkich krajów na świecie i podbija w krajach biedniejszych płace (te płace pozostają w krajach III świata niższe, ponieważ produktywność pracowników jest zdecydowanie niższa niż w krajach zachodnich).

Powyższy mechanizm dotyczy nie tylko pracy, ale także ziemi i dóbr kapitałowych. Kiedy inwestor widzi szansę zarobienia większego zysku niż zysk "naturalny", powyżej "naturalnego" poziomu na rynku, wtedy zaczyna inwestować podbijając ceny środków produkcji. Skoro jakaś ziemia, albo praca, albo jakaś maszyna, są wycenione mniej niż wynosi ich "dyskontowana marginalna wartość produktu", to kapitalista widzi dla siebie okazję większego zysku niż standardowy procent. Zwiększa wtedy popyt na ten czynnik produkcji, a to prowadzi do wzrostu ceny i powrotu zysku do naturalnego poziomu.

Stąd wyrasta w gospodarce rynkowej funkcja przedsiębiorcy. Przedsiębiorca skuteczny to ten, który trafnie przewidzi popyt konsumenta i odkryje te środki produkcji, które są niedowartościowane. Jeśli jego przewidywania są trafne, wtedy zostanie nagrodzony zyskami. Jeśli jego przewidywania są błędne, wtedy zostanie ukarany stratami. W sensie teoretycznym (ale nie dla urzędnika skarbowego) czyste zyski to zarobki powyżej naturalnej stopy zysku (stopy procentowej). Straty zaś to zarobki poniżej tej stopy (stąd "zysk" rzędu 0,5 w powyższym przykładzie jest w sensie ekonomicznym stratą). Przedsiębiorca osiągający zyski doskonale przewidział popyt konsumentów i odnalazł środki niedocenione. Przedsiębiorca, który poniósł straty, źle przewidział popyt i przeszacował wkład czynników produkcji. Przeszacował i wypłacił renty większe niż "dyskontowane marginalne wartości produktu" ziemi, pracy i maszyn, więc ponosi straty. Te czynniki nie poniosły straty i dostały pensję za coś, co nie było tak potrzebne społeczeństwu. Ryzyko zawsze spoczywa na inwestorze.

Stąd właśnie działanie mechanizmu rynkowego. Zyski i straty pokazują, jak należy wyceniać środki produkcji. Przez to rynek dąży do nigdy nie osiągalnego punktu równowagi. Kapitalista dostaje procent, sprawny przedsiębiorca dostaje zyski, zły przedsiębiorca ponosi straty, robotnicy, właściciele naturalnych bogactw oraz dobra kapitałowe dostają renty w zależności od produktywnego wkładu w produkcję. Nie ma żadnego wyzysku i nie ma żadnej dystrybucji. Wszystkie czynniki współgrają dzięki podziałowi pracy, akumulacji kapitału i specjalizacji produkcji. Nie ma żadnego ricardiańsko-marksistowskiego wyrywania zysków między pracą a kapitałem. Obydwa czynniki zarabiają pieniądze w zależności od spełnianych przez siebie ról. Nie walczą, tylko współgrają. Mit o tym, że kapitaliści ustalają płacę lub dystrybuują zyski, zostaje raz na zawsze obalony. Nie ma kolektywno-holistycznych walk między kapitalistami a robotnikami, a proces gospodarowania ma charakter mikroekonomiczny. Kapitalista nie może sobie po prostu ustalić płac na niskim poziomie, dostarczającym tylko pieniędzy na przeżycie w slumsach, ponieważ on nie kształtuje płacy - robi to pośrednio przez niego konsument.

Stąd kolejna poprawka do artykułu Witolda Świrskiego. "Bezmyślni" też są na rynku potrzebni i właśnie na rynku jest dla nich szansa. Każda praca może być przydatna dla społeczeństwa i dobrobytu konsumentów. W zależności od jej "marginalnej wartości produktu". Tak samo jest z chorymi, starymi i leniwymi. Im bardziej się rozwija gospodarka, im więcej kapitału, tym więcej miejsca dla wszystkich uczestników rynku. Stąd zupełnym nonsensem jest twierdzenie pana Świrskiego, że biznesmeni selekcjonują ludzi. Biznesmeni nie przeprowadzają żadnej selekcji ludzi. Oni szukają czynników produkcji tak wycenionych, aby zapewnić sobie zysk. Rozwój wolnego rynku jest procesem odchodzenia od selekcji, bo tu wygrywają odkrywcy, a nie ci, co odrzucają. Taki pan jak Steven Hawking jest stary, chory, nie przeszedłby o własnych nogach centymetra, ma takie kłopoty z mówieniem, że zanim zrozumie się jego wypowiedź, trzeba być naprawdę cierpliwym. Jakoś nikt nie selekcjonuje tego geniusza, chociaż jestem pewien, że w początkach cywilizacji selekcja byłaby bezlitosna. Wolny rynek poszerza specjalizację, różnorodność i pozwala każdemu realizować jego własne talenty. Zdaję sobie sprawę, że Witold Świrski temu nie zaprzeczy i w jego tekście bezpośrednie zaprzeczenie się nie pojawiło. Mimo to niektóre kwestie pozostały niewyjaśnione i oparte na błędnych analogiach, a to może prowadzić w złą stronę. Stąd konieczne sprostowanie lub też, jak kto woli, wyjaśnienie.

Na koniec jeszcze o walce klas. Na wolnym rynku nie ma walki klas, bo wszyscy korzystają, a wszystkie działania są zgodne z etyką. Problem jest dopiero wtedy, gdy ktoś dostaje wyłączność na łamanie zasad etyki. Może to być ustanowienie monarchii, tyranii, mafii, państwa itd. Wtedy wybrana grupa ludzi otrzymuje wyłączność na kradzież (łamanie prawa własności), morderstwo (łamanie prawa do życia) i branie w niewolę (zabieranie wolności). Stąd walka klas występuje nie między funkcjami na wolnym rynku, a między tymi, co działają na rynku, a tymi, co w rynek ingerują i go zakłócają.

Ta koncepcja walki klas jest jasna i była doskonale zrozumiana przez wybitnych uczniów Saya z francuskiej szkoły liberalnej: Charlesa Dunoyera i Charlesa Comtego. Praktycznie równolegle rozwijał ją w Wielkiej Brytanii James Mill. Klasa wyzyskiwaczy to państwo i grupa związanych z nią biznesów, a klasa wyzyskiwana to ludzie działający na wolnym rynku, producenci. Klasa wyzyskiwana produkuje i tworzy (robotnicy i kapitaliści bez przywilejów), a klasa wyzyskiwaczy konfiskuje i redystrybuuje. A w zasadzie dystrybuuje, bo jak zauważa Murray Rothbard na rynku nie ma żadnej "dystrybucji", nikt niczego nie rozdziela - każdy zarabia w zależności od wartości, jaką wnosi do produkcji.

Skoro to takie oczywiste, to skąd się bierze błąd marksistów? Wszystkie błędy ludzi biorą się z ignorancji. Tym razem ignorantem był Saint-Simon, uczeń Dunoyera i Comtego. Na początku był pod ich wpływem, ale potem ze względu na swoją niewiedzę pomieszał konflikt "państwo a rynek" i przekształcił go w walkę "robotnicy a kapitaliści". Od tego błędu rozpoczyna się socjalistyczna wizja wolnego rynku. Wizja, a zarazem porażka intelektualna, jaka rządzi kręgami socjalistycznymi po dzień dzisiejszy. Marksiści dalej nie rozumieją, że kapitalizm nie jest merkantylizmem. Nie rozumieją, że biznes sprzedający konsumentom jest pożądany, a biznes, jaki ma monopol od państwa pożądany nie jest. Dla nich to jedno i to samo. Wystarczy popatrzeć na takich klasyków i badaczy imperializmu jak Lenin czy Rudolf Hilferding.

Imperializm, kolonializm, feudalizm to rzeczy nieodłącznie związane z merkantylizmem. Tymczasem kapitalizm nie ma nic z nim wspólnego. Kapitalizm nie jest systemem merkantylistycznym. Kapitalizm nie jest systemem zarządczym. Kapitalizm nie jest systemem korporacyjnym. Kapitalizm paradoksalnie nie jest nawet systemem kapitalistycznym! Jest systemem przedsiębiorczym, gdzie liczy się przede wszystkim umiejętność przewidywania, a nie wielkość kapitału. Dlatego wielokrotnie w historii wielkie firmy i koncerny traciły rynki i wypierała ich drobna, prężna konkurencja. Wielkość kapitału liczy się w przypadku korumpowania polityków. Na wolnym rynku liczą się umiejętności, a nie tylko zasób kapitału.

Przesądy są ciężkie do zwalczenia. Ale trzeba próbować i wskazywać marksistom, że ich tezy wynikają z pomysłów jednego takiego ignoranta, co jakiś czas temu nie był w stanie zrozumieć, co do niego mówili.

Mateusz Machaj

(2 czerwca 2003)

Skomentuj ten artykuł



Umieść poniższe bannery na swojej stronie WWW








Webmaster
Copyright 2001, Paweł Sztąberek




Wśród autorów tekstów
m.in.:

Ludwig von Mises
Mark Skousen
Lawrence W. Reed
Doug Bandow
Walter Block
Donald K. Jonas
Burtom Folsom
Alan Levite
Paul A. Cleveland
Hans F. Sennholz
Albert J. Nock
Dwight R. Lee
Michael Novak

ooooooooooooooooooooooooi
Przyślij swoją opinię


Czytelnicy
piszą