kapitalizm - serwis zwolennikow wolnego rynku

Strona główna


Szkoła niekoniecznie skazana na UE ...

Włączając się do dyskusji o niedoszłej, miejmy nadzieję, integracji z UE chciałbym przedstawić swój punkt widzenia na temat propagandy unijnej w szkołach publicznych. Piszę swoje przemyślenia po przeczytaniu artykułu w "Najwyższym Czasie" (8/2003) pt. "Ich szkoła w UE" zawierającego słuszne spostrzeżenia. Na początku małe wyjaśnienie o celowości użycia słowa "propaganda" zamiast "informacja". Przejęty tą prawdą, że najlepsze są zwięzłe definicje powiem: czy ktokolwiek widział kiedykolwiek słowa krytyczne o UE w owych programach?

Oczywiście wielkim problemem jest fakt, że Ministerstwo Edukacji ma możliwość, z której jak widać skrzętnie korzysta, modelowania zachowań uczniów na kształt wzorowego obywatela UE. Jest to bardzo niepokojące, w świetle utrzymywania przez rząd monopolu na edukację. Pomimo istnienia edukacji prywatnej, w zbyt małym niestety zakresie, MEN jest monopolistą. Robi się już mało zabawnie kiedy uświadomimy sobie stosunek społeczeństwa, które w dużej części zgadza się na "darmowe" wychowywanie swoich dzieci, będąc nieświadome lub niezainteresowane konsekwencjami utrzymywania prawa wyłączności kształtowania młodych dusz przez jedną opcję. Dorzućmy do tego obecne tendencje przymusu "nauki" przedszkolnej (pomysł, który w świetle problemów finansowych MEN i budżetu brzmi śmiesznie, jeśli nie uświadomić sobie rzeczywistego celu - wychowywanie homo europaeus). Dodatkowo ułatwieniem kształtowania wzorowego obywatela UE jest fakt, że młodzież podatna jest na rewelacje rodem ze "standardów europejskich" chciałaby żyć "jak na Zachodzie" i święcie przekonana jest, przynajmniej pewna jej część, o realności swoich dążeń. Kiedy widzą ośmieszanie eurosceptyków jeszcze łatwiej im to przychodzi. Pozostaje jednak pytanie: kto za spełnienie tych drogich standardów zapłaci i skąd weźmie pieniądze.

Pisząc o państwowych szkołach w świetle propagandy europejskiej, pomijam wiele negatywnych zjawisk obecnej szkoły publicznej. Trudno nie dostrzec, na przykład, wpływu tzw. bezstresowego (socjalistycznego) wychowania, upadku zasad moralnych, de facto uparte utrwalanie przeświadczenia o braku odpowiedzialności za swe czyny, bo zawsze młodzież może obarczyć winą kogoś innego. Wszystko to jako efekt gwałtownego ograniczenia kompetencji nauczyciela na rzecz wydumanych, "postępowo poprawnych" praw ucznia (w takiej formie sprzecznych z rozumowaniem konserwatysty).

Podobnie jak większość eurosceptyków zdaję sobie sprawę ze wspomnianych zagrożeń. Widzę jednak światełko w tunelu, które można wykorzystać.

  • Z pewnością z różnych powodów nie wszyscy nauczyciele, nawet z owych 4 tysięcy szkół (sygnatariuszy programu Polska w UE, mówię tak) włączą się w kampanię. Mają bowiem wystarczająco powodów do frustracji.

  • Logicznie rzecz biorąc powstaje pytanie. W jaki sposób nauczyciele, nawet ci którzy zdecydują się propagować przedstawione w programach UE cele, mogą być wiarygodni, skoro ich pensje są głodowe, system pracy odgórnie sterowany, a potencjał w dużej mierze niewykorzystany? Czyżby byli tym usatysfakcjonowani? Na pewno nie wszyscy.

  • Nauczyciele-eurosceptycy mogą powołać się na konstytucyjną gwarancję wolności słowa (artykuły 54 i 32). Nie można im nakazać promocji idei, do których nie są przekonani.

  • Omawiane w artykule wzory lekcji (dla osób nie znających artykułu dodam, że MEN przygotował całe szablony lekcji o Unijnych dobrodziejstwach), których efektem ma być wykazanie wyższości, czy nieuchronności modelu Polski w UE, nauczyciele mogą konkludować w sposób odwrotny: wykazując bezsens i zagrożenia. O przykłady przecież nie trudno. Odnosząc się natomiast do innych obserwacji trzeba powiedzieć, że niektóre pomysły wręcz proszą się o taką konkluzję. Jak niedawno podała TVP w szkołach powstają często kluby europejskie, czy jakoś tak się nazywają, które umożliwiają uczniom, m.in. naukę języków obcych. Nie rozumiem jak. Czy bez nich owa nauka nie byłaby możliwa? Czy dzięki temu uczniowie mają jakieś specjalne osiągnięcia? Jeśli chodzi o język angielski nawet nie ośmielam się pomyśleć, że podają tam na przykład różnice pomiędzy brytyjską a amerykańską formą angielskiego.

  • Załóżmy, że lekcja przebiega w ustalony, propagandowy sposób. Na pewno będzie grupa uczniów, którzy na swojej własnej skórze dostrzegają negatywy obecnej sytuacji, będącej efektem wprowadzania praw integracyjnych. Ci, nie będą skłonni do łykania euro-frazesów. Szczególnie dotyczy to biedniejszych regionów naszego kraju. Nawet jeśli niektórzy pedagodzy będą zaciekle "obrabiać materiał pod referendum" nie zapominajmy o naturalnym dążeniu młodzieży do kwestionowania podawanych ideałów i zadawania pytań, także tych niewygodnych.

  • Co najmniej pewna część nauczycieli musi zadawać sobie pytania. A co jeśli te optymistyczne wizje, które tak przekonująco mam propagować, nie spełnią się? Na jakiej podstawie miałyby się spełnić, skoro, jak pokazuje doświadczenie, tyle rzeczy pozostało w sferze życzeń? Czy nie stracę twarzy? Czy nie za duża odpowiedzialność?

  • A dlaczego część nauczycieli, wyrażających taką wolę, nie mogłaby korzystać z materiałów o UE pochodzących z, dajmy na to, "Najwyższego Czasu"? Przypomnijmy, że w konkursie Dziennikarza Roku p. Miłosz Marczuk, znany z publikacji o treści integracyjnej, zdobył szóstą pozycję z wynikiem 35 punktów.

A teraz kilka idei to wykorzystania:

  • Jak widzę Polskę w UE w 2010: przede wszystkim WYŻSZE PODATKI! Pan X za dużą ilość towarów będzie płacił więcej niż obecnie.

  • Jaki wpływ może mieć przystąpienie Polski do UE na, na przykład, szerokość dróg na moim osiedlu (jeśli o każde euro trzeba toczyć zaciekłe, biurokratyczne boje), czy możliwość uczenia się języków obcych w mojej szkole. (Czy poza UE nie mówi się po angielsku? Czy bez UE będzie to niemożliwe, skoro i tak nie ma pieniędzy?)

  • W odpowiedzi na Dzień Europy można rozpropagować np. Dzień NAFTA, lub Dzień Wolnego Rynku. (Odbył się przecież Dzień Kapitalizmu)

    Czymś oczywistym wydaje się fakt, że cały problem nie istniałby, gdyby szkoły były prywatne. Niewidzialna ręka rynku zadziałałaby. Rodzice nie życzący sobie aby ich dzieciom były przekazywane tego typu "ideały" zmieniliby szkołę. W przypadku istnienia przymusu mamy do czynienia ze starym problemem socjalistycznym - ktoś inny podejmuje decyzje w imię zainteresowanych, nawet ich nie znając, definiując im co jest dla nich dobre.

    Kończąc, wyrażam nadzieję, że ludzka pomysłowość jest, w zasadzie, nieograniczona; jak i tę, że przy dobrej woli, chętnych to krzewienia wolnorynkowych idei w umysłach młodych ludzi nie zabraknie.

    Marek Janik

    (10 marca 2003)

    Skomentuj ten artykuł





Webmaster
Copyright 2001, Paweł Sztąberek




Spis Autorów

Komentarz tygodnia

Książki
polecane

Czytelnicy
piszą

1 2 3 4

Subskrypcja
Jeśli chcesz być powiadamiany o nowościach na "SP" wpisz swój adres e-mail


Powiadom znajomego o "SP" wpisując jego adres e-mail


ooooooooooooooooooooooooi
Przyślij swoją opinię




Polska - UE
zbiór tekstów