Strona główna


Poreferendalne refleksje...



Referendum to już historia. Pora uznać wybór dokonany przez głosujących. Można oczywiście zastanawiać się nad jego przyczynami. Czas jednak na konstruktywne refleksje.

Refleksja I

Wyniki referendum nie zamykają bowiem drogi do NAFTA, lub w przypadku jeśli nie sięgamy wyobraźnią tak daleko, można przynajmniej starać się wprowadzać rozwiązania wolnorynkowe.

Myśl ta jest logiczną konstatacją stwierdzenia, że w UE wolny rynek nie stanowi, niestety, szeroko stosowanej zasady. Wspólna Polityka Rolna (CAP) to przecież jego zaprzeczenie. Dodatkowo, w okresie poprzedzającym referendum szeroko rozpowszechniano opinię jakoby stowarzyszenie Polski z NAFTA, lub choćby zwiększenie współpracy dwustronnej było niemożliwe ze względu na odległość i brak inicjatywy administracji amerykańskiej (pomysły poszczególnych indywidualnych polityków amerykańskich rzekomo nie wystarczały). Co do błędności argumentu odległości, to rozwój wydarzeń NAFTA-Singapur stanowi dobry przykład. W erze globalizacji odległość traci swą doniosłość, nie znaczy to, że nie odgrywa w ogóle znaczenia. Odnośnie inicjatyw administracji USA to odpowiedzmy sobie na pytanie w czyim interesie jest porozumienie Polska-NAFTA w większym stopniu; komu bardziej powinno na tym zależeć?

Dowodem szansy dla wolnego rynku w Polsce są idee zawarte w Strategii Bezpieczeństwa Narodowego USA opublikowanego w Polsce w Międzynarodowym Przeglądzie Politycznym (nr 2/2003). Oczywiście wolny rynek jest tylko jednym z podnoszonych elementów i to w dalszych częściach. Dla nas jest to jednak szansa i zarazem czytelna analiza sytuacji w UE, widziana z perspektywy amerykańskiej.

Oczywiście uprawniony jest pogląd, że dokument o którym mowa, pomimo iż jest oficjalnym materiałem administracji amerykańskiej, tyczy głównie bezpieczeństwa, czyli zagadnień natury militarno-obronnej. W zaistniałej sytuacji światowej, po tragedii z 11 września (kilka materiałów pochodzi z tamtego właśnie okresu), oraz w kontekście sytuacji w Iraku, trudno się temu specjalnie dziwić. Jednak pamiętajmy o przywiązaniu natury amerykańskiej do idei wolnego rynku, samowystarczalności (self-reliance) i niezależności. Dlatego zatem już na początku znajdujemy sformułowania 'wolność gospodarcza', 'swobody ekonomiczne' czy 'prawo posiadania własności'. O własności i potrzebie jej szanowania, jak i implikacji z tego stanu wynikających pisał obszernie Stanisław Michalkiewicz. To poszanowanie stanowi podstawę stabilnego rozwoju. Już na początku omawianego materiału opublikowanego w Międzynarodowym Przeglądzie Politycznym znajdziemy stosowny zapis:

"Ludzie na całym świecie pragną (...) cieszyć się prawem posiadania własności oraz korzystać z owoców swojej pracy."

Nie ma innej drogi niż wolność ekonomiczna, bowiem nikt nie będzie dobrze motywowany, jeśli nie może cieszyć się efektami swoich wysiłków. Następnie znajdujemy gest wyciągnięcia ręki, oraz wspomnianą wcześniej inicjatywę do promocji wolnego rynku, której rzekomo było brak. Zagadnienie można rozpatrywać, rzecz jasna, szerzej niż tylko współpraca w ranach NAFTA. Zresztą w późniejszych częściach mamy wzmiankę przedstawiającą gotowość podjęcia umów dwustronnych o wolnym handlu z miejscami tak odległymi od USA geograficznie, jak choćby Australia. W tym świetle kolejny argument przedreferendalny tyczący nieprzystawalności pewnych rozwiązań z uwagi na dystans musi być ponownie przemyślany.

"Wolny handel i wolne rynki sprawdziły się już jako środek wydobywania z ubóstwa całych społeczeństw - Stany Zjednoczone będą więc pracować z pojedynczymi krajami, całymi regionami oraz z całą światową społecznością handlową, aby budować świat, który zapewnia wolność wymiany handlowej, a przez to wzrasta w dobrobycie."

Doniosłość zagadnień natury ekonomicznej w pełni możemy zaobserwować w tytule szóstego fragmentu Strategii, który nosi nazwę: Stymulowanie globalnego wzrostu gospodarczego przy pomocy gospodarki wolnorynkowej oraz wolnego handlu.

Na wstępie, podobnie jak w innych częściach, znajdujemy stosowny fragment słów prezydenta Busha.

"Gdy państwo zamyka swe rynki, a wszystkie możliwości oddaje uprzywilejowanym jednostkom, żadna - powtarzam - żadna pomoc na rzecz rozwoju nie będzie wystarczająca."

Meksyk, 22 marca 2002.

Czytelnikom "Strony Prokapitalistycznej", z pewnością przypomni się tutaj ta sama treść wyrażona żartem, że gdyby wprowadzić socjalizm (czyli jakąś formę gospodarki planowej, z którą w dużym stopniu mamy do czynienia w UE) na Saharze to wkrótce zabraknie tam piasku.

Zwróćmy uwagę na dalsze fragmenty, które zawierają wytyczne dobrego rozwoju gospodarczego, które administracja amerykańska uważa za ważne. Zauważmy i zastanówmy się czy cele te są zbieżne z modelem promowanym przez ciała UE w ich obecnym kształcie. Do wspomnianych wytycznych z amerykańskiego punktu widzenia należą m.in.:

  • polityki podatkowe - zakładające zwłaszcza obniżenie krańcowych stawek podatkowych - które zwiększają motywację do pracy i inwestycji;

  • praworządność i nietolerancja wobec korupcji aby dać ludziom pewność, że będą mogli korzystać z owoców swojej działalności gospodarczej;

  • wolny handel, który otwiera nowe drogi rozwoju (...)

Uwagi to bardzo proste i zasadnicze. Trudno się z nimi nie zgodzić. Niestety, Unia Europejska często tylko na papierze przedstawia przedstawione powyżej idee. Natomiast sfera polityki podatkowej i zagadnienie działalności gospodarczej są w UE zdecydowanie odmiennie traktowane. Nie dziwi zatem fakt, że i efekty ekonomiczne (pomimo zdecydowanych i górnolotnych zapowiedzi o powstającym rzekomo najpotężniejszym potencjale europejskim) są nieadekwatne do modelu USA. Dyplomatyczną dygresję tej natury znajdujemy w słowach:

"Powrót dynamicznego rozwoju gospodarczego w Europie i Japonii jest niezwykle istotny z punktu widzenia interesów bezpieczeństwa narodowego USA."

Nie jest chyba nielogiczną obserwacja, że wyniki referendum nie muszą stać na drodze szukania partnerów w biznesie również poza rynkiem UE. Wolnorynkowe rozwiązania, jak pokazuje historia, stanowią kierunek który trzeba uwzględnić przyjmując za cel prosperity.

W tym samym numerze MPP znajdziemy też recenzję książki Henrego Kissingera Does America Need a Foreign Policy? (Czy Ameryka potrzebuje jakiejś polityki zagranicznej?) Dla potrzeb tego artykułu, aby ocenić obecne rozwiązania UE wypada zaznaczyć dwie myśli. Przede wszystkim Kissinger stwierdza, że lansowana często opinia jakoby instytucja państwa przestała mieć swoje dawne znaczenie (co często słyszeliśmy), nie jest słuszna.

"Ludzie byli i są przyzwyczajeni do swoich państw. Stanowią one bowiem wyraz pewnej koncepcji sprawiedliwości, która je legitymizowała oraz są projekcją władzy która określa zdolność do wypełniania minimalnych funkcji - to jest zabezpieczania swoich ludzi od obcych niebezpieczeństw i wewnętrznych zaburzeń."

W dalszym punkcie autor dostrzega różnicę w koncepcji "społecznej gospodarki rynkowej" UE i modelu gospodarczego USA - dwóch filozofii coraz dalszych od siebie. Dlatego zatem wypada stwierdzić, że i efekty zastosowania obydwu rozwiązań przyniosą inne rezultaty. Obserwując aktualne dane ekonomiczne nie ma wątpliwości, która droga umożliwia szybszy rozwój.

Dodajmy wreszcie argument, że kurczenie się wolności gospodarczej w Polsce opisują także pisma głównego nurtu, np. ostatnio Wprost nr 24/ 2003, Robert Gwiazdowski, Polskie kłamstwa. A co może stać się po wejściu do UE, gdzie swoboda działalności jest coraz bardziej reglamentowana?

Refleksja II

Uchwalenie Konstytucji USA poprzedzała debata polityczna pomiędzy federalistami i antyfederalistami. Fakt ostatecznego przyjęcia tego dokumentu może być uważany za, częściowe przynajmniej, zwycięstwo federalistów. Pamiętać jednak przy tym należy, że Thomas Jefferson, wierzący w prawa poszczególnych stanów, wygrał później wybory prezydenckie. W tym kontekście miejmy nadzieję, że wraz z przegraną opcji przeciwnej UE w referendum (wielu euro-sceptyków obawiało się zbyt małego zakresu wolności gospodarczej w krajach Piętnastki) nie przegraliśmy wolnego rynku.

Refleksja III

Tuż przed ciszą wyborczą, TVP1 w programie Tygodnik Polityczny Jedynki, dała możliwość wypowiedzi przeciwnikom i zwolennikom przystąpienia Polski do UE. Takie umieszczenie debaty w czasie uniemożliwiło publiczną dyskusję o niej: cisza zaczęła obowiązywać z zakończeniem programu, po referendum zaś wielu powie, że jest to 'musztarda po obiedzie'. Zgodnie ze stwierdzeniem na początku artykułu, wyniki referendum trzeba przyjąć do wiadomości. Co do 'musztardy', to nie jest tak do końca. Wybór Polaków to jedna rzecz, natomiast problemy o których mówiono w debacie nie znikną. Pamiętajmy kto o nich przestrzegał.

Co do samej debaty, szczególnie interesująca dla wolnorynkowców była druga część, z udziałem prezesa UPR Stanisława Wojtery. Z mojego, subiektywnego punktu widzenia, popartego jednak licznymi rozmowami, to wystąpienie to sukces. Argumenty padały rzeczowe i merytoryczne; chłodno, profesjonalnie oceniając przedstawiane problemy. Powody za wstąpieniem do UE obalane były bez zbędnych emocji, lecz konsekwentnie. Nie bez podstawy będzie stwierdzenie, że dostrzegali to nawet euro-entuzjaści, po drugiej stronie sporu. Prezes Wojtera szybko podawał stosowne dane i liczby powołując się na znane ośrodki jak choćby Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową, Centrum im. A. Smitha czy Rzeczpospolitą.

Oto kilka argumentów przedstawionych prze prezesa UPR (nie pojawiają się po raz pierwszy, lecz warto o nich wspomnieć):

  • Polska w UE to więcej wad niż zalet (w oczach ludzi traktujących politykę REALNIE).

  • Przez pierwsze 3 lata Polska prawdopodobnie będzie płatnikiem netto, co przyznają nawet niektórzy zwolennicy UE.

  • Realnie mamy szansę na wykorzystanie 25% pieniędzy z funduszy UE, aby 'wyjść na swoje' wielkość ta powinna wynosić 48%.

  • Przy obecnym stanie zadłużenia samorządów w stosunku do ich dochodu (Kraków 58%, Gdańsk 50%, Bydgoszcz 80%) Polska, nie dysponując wystarczającą wielkością własnych środków, będzie miała problemy z przyjęciem funduszy strukturalnych.

  • Co więcej, w 13 na 15 krajów fundusze strukturalne hamują, a nie zwiększają rozwój gospodarczy. Pieniądze nie idą bowiem w zgodzie z 'niewidzialną ręką rynku', lecz za decyzjami biurokratycznymi.

  • Łatwość podróży po wejściu Polski do UE jest mitem. Ci, którzy mają pieniądze, mogą jeździć już teraz. Brak paszportów przy granicach określa zaś porozumienie z Schengen. Z chwilą wejścia Polski do UE mamy warunki do spełnienia; Schengen zaś to dalsza perspektywa, która na dodatek nie musi się spełnić.

  • Dlaczego to niby po wejściu do UE ma znaleźć się praca dla Polaków jeśli nie ma jej dla rodowitych mieszkańców krajów członkowskich (zapominając już o siedmioletnich okresach przejściowych nałożonych w tym względzie przez niektóre kraje UE).

  • Gdyby jednak możliwość pracy masowo pojawiła się, kto będzie odprowadzał składki na ZUS?

  • Czy lepiej jest w sprawach gospodarczych szukać szansy przy boku UE gdzie rozwój jest na poziomie poniżej 1% rocznie, czy USA gdzie wielkość ta wynosi 5,5%?

  • Skoro członkostwo Polski w UE oznacza pewien wzrost cen poprzez zwiększone obciążenia podatkowe i para-podatkowe to znaczy, że społeczeństwo na tym trochę straci (różne grupy w różnym stopniu, ale jednak).

Oczywiście ramy czasowe ograniczyły możliwość wypowiedzi. Pamiętajmy kto takie argumenty podnosił, aby o nich przypomnieć kiedy okaże się jednak, że UE nie jest krainą mlekiem i miodem płynącą.

Marek Janik

(30 czerwca 2003)

Skomentuj ten artykuł
(wpisując jego tytuł w temat)






Webmaster
Copyright 2001, Paweł Sztąberek




Spis Autorów

Komentarz tygodnia

Książki
polecane

Czytelnicy
piszą

1 2 3 4

Subskrypcja
Jeśli chcesz być powiadamiany o nowościach na "SP" wpisz swój adres e-mail


Powiadom znajomego o "SP" wpisując jego adres e-mail


ooooooooooooooooooooooooi
Przyślij swoją opinię




Polska - UE
zbiór tekstów