kapitalizm - serwis zwolennikow wolnego rynku

Strona główna


Wolnorynkowy mesjanizm Polski?

Po szczycie w Kopenhadze daje się zauważyć w mediach głównego nurtu coraz częstsze głosy odczarowujące Unię Europejską. Wydaje się, że z obawy, by owe głosy Prawdy nie przyczyniły się do niezaplanowanej niespodzianki podczas referendum, są one zapobiegliwie kontrolowane i skrzętnie dozowane. Kiedy znajdziemy się w UE, aaa to co innego - propagandowe pęta zostaną poluzowane i wielu dzisiejszych piewców unijnej bonanzy pogrzmiewać będzie frazą w stylu "to nie tak miało być".

Podstawowym mitem, jakim od lat mamieni są Polacy w kontekście integracji europejskiej jest przekaz, iż Unia jest niemal kwintesencją wolnego rynku. Jedynym znaczącym środowiskiem, które otwarcie przeciwstawia się tej bzdurze jest na płaszczyźnie politycznej środowisko Unii Polityki Realnej, a na płaszczyźnie medialnej tygodnik "Najwyższy Czas!".

Unijne oszustwo

Po upadku komuny w 1989 r., wolny rynek słusznie stał się w Polsce synonimem dobrobytu, ekonomicznego rozwoju, szansy na zaspokojenie materialnych potrzeb człowieka. Tak jest bowiem w istocie - wolność prowadzenia działalności gospodarczej i niskie podatki są jedyną sprawdzoną na świecie metodą i zarazem gwarancją spontanicznej dystrybucji bogactwa do najszerszych warstw społeczeństwa. Niestety, trwały rozkwit w Polsce wolnego rynku został bardzo szybko i skutecznie wyhamowany. Nie ma się czemu dziwić, nasz kraj praktycznie od początku lat 90-ych wciela a-rynkowe, socjalistyczne normy i standardy gospodarcze, jakie panują w obecnych państwach Unii Europejskiej.

Warto pamiętać, że już 16 grudnia 1991 r. nastąpiło podpisanie Układu o stowarzyszeniu między Rzeczpospolitą a Wspólnotami Europejskimi (Układu europejskiego), który dał podwaliny pod zmasowane aplikowanie w Polsce europejskiego prawa. A jego pointą jest wysoki poziom państwowego interwencjonizmu i drakoński fiskalizm. 8 kwietnia 1994 r. Polska złożyła wniosek o członkostwo w UE, co rodziło kolejne konsekwencje integracyjne, także na płaszczyźnie politycznej.

Niemniej, synonim wolnego rynku jako źródła majętności i poprawy życia wciąż się jeszcze kołacze w wielu polskich głowach, choć w praktyce wolnego rynku jest u nas jak na lekarstwo. Zachodzi równocześnie zjawisko tragiczne - coraz więcej osób czuje się oszukanych "całym tym" wolnym rynkiem, "całym tym" kapitalizmem. I mają rację. Tak się w rzeczywistości stało. Tych ludzi oszukano wmawiając im, że system gospodarczy budowany przez III RP jest dobroczynnym wolnym rynkiem, jest lekiem na bolączki wyniesione z czasów sowietyzacji.

W rzeczywistości mamy gospodarkę oligarchiczną, w której karty rozdają bonzowie partyjni i ze świata biznesu. Do tego świetnie się nadaje utrzymywanie jak najściślejszego styku państwa i gospodarki (zwane coraz częściej eufemistycznie "partnerstwem publiczno-prywatnym"). A wszystko to w atmosferze podatkowego horrendum, gąszczu biurokracji i bagna urzędniczych soc-instrumentów dla wybranych: zezwoleń, ulg, koncesji, dotacji zwolnień czy specjalnych kredytów.

Przeciętny człowiek wciąż jednak słyszy o gospodarce wolnorynkowej, która istnieje w Polsce. Co więcej, on słyszy, że jak już znajdziemy się w Unii Europejskiej, to nasza gospodarka stanie się jeszcze bardziej wolnorynkowa. Wtedy pojawia się zupełnie naturalne pytanie: skoro tak wychwalają ten wolny rynek, to dlaczego warunki, w których żyję są tak marne, dlaczego tak mało zarabiam, etc?

Miraże wolnego rynku

Wśród różnych głosów odczarowujących UE (i jednocześnie bezwzględnie wyznaczających Polsce brukselski kurs), które pojawiały się ostatnio w mainstreamowych mediach, jest kuriozalny tekst Jana Szomburga "Strategia integracji i rozwoju" opublikowany w "Rzeczpospolitej" trzy dni po szczycie w Kopenahadze. Pan Szomburg jest prezesem Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową, zatem jest osobą zorientowaną w temacie prawdy o wolnorynkowej rzeczywistości Unii Europejskiej. I prawdę tę odsłania, np. w ten sposób: "Kraje Unii i Unia jako całość źle wykorzystują swój ogromny potencjał. Za mało jest tam rynku i przedsiębiorczości, a za dużo państwa i opieki społecznej. Poziom redystrybucji dochodu narodowego przez państwo wynosi średnio 45 proc., a w USA - 32 proc. Systemy opieki społecznej są nie tylko zbyt kosztowne, ale wręcz niszczą rynki pracy, co prowadzi do marnowania jej zasobów. UE wydaje też znacznie więcej na pomoc publiczną (1,25 proc. PKB) niż USA (0,25 proc. PKB), co zakłóca racjonalną alokację kapitału. Duże wydatki publiczne oznaczają automatycznie wysokie podatki i zmniejszenie atrakcyjności inwestycyjnej"1 . Szomburg pisze, że "Unia Europejska cierpi na przeregulowanie zarówno na szczeblu całego ugrupowania, jak i poszczególnych krajów. Według tzw. raportu Mandelkerna przeregulowanie w sferze tzw. dorobku prawnego UE kosztuje rocznie około 2 - 5 proc. PKB, a 40 proc. tego prawa należałoby skreślić"2 . Z artykułu dowiadujemy się, iż "Piętnastka" jest pogrążona "w starych systemach regulacyjno-instytucjonalnych, w starej mentalności i w dziś już nieskutecznych wzorcach interwencjonizmu państwowego".

Skoro taka jest rzeczywistość "wolnego rynku", którego zachwalaniem - z premedytacją - zajmują się od początku lat 90-ych tłumy polityków, biznesmenów, zawodowych integrystów europejskich i publicystów, powstaje naturalne pytanie: czy to jest dla Rzeczypospolitej i jej mieszkańców dobra perspektywa? Polacy praktycznie przez całą dekadę poprzedniego stulecia i od początku XXI wieku są trenowani mniej więcej podobną mantrą: idąc do Unii Europejskiej wchodzimy do wielkiej wspólnoty wolnego rynku. W rzeczywistości jest to nieprawda: idąc do Unii Europejskiej wchodzimy do wielkiej technokratycznej wspólnoty przeżartej socjalistycznymi instrumentami organizacji życia jednostek.

Zatem od początku procesu integracji, który został zainicjowany w 1991 r., dostosowujemy nasze prawa rządzące gospodarką (nie tylko!) do skompromitowanych reguł panujących w Unii. W ten sposób świadomie pogarszamy potencjał konkurencyjności Polski, ograniczamy wolność i inicjatywę jednostek, aplikujemy biurokratyczną i fiskalną siatkę w postaci choćby wrednych podatków VAT, których stawki permanentnie rosną i powodują postępującą drożyznę (kto śledzi obrady euro-komisarzy, doskonale widzi ich wysiłek w objęciu VAT-em kolejnych dziedzin życia gospodarczego). Jan Szomburg doskonale o tym wie, tyle że w przeciwieństwie do tłumów prounijnych decydentów i propagandystów, którzy też o tym wiedzą, zdobył się na odrobinę szczerości. Wszak jest prezesem Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową, więc mógł nagle poczuć jakąś formę wyrzutów sumienia, iż od lat wspiera składanie Polski na ołtarzu brukselskiego lewiatana. Tym bardziej, że i inni zdobyli się na odwagę napisania prawdy o ważnym celu polityków Unii, który realizowali przez całe lata, procesu nieformalnej integracji i negocjacji z krajami post-sowieckimi. Dosadnie napisał o sytuacji państw byłego bloku wschodniego tygodnik The Times: "Przeregulowana i skrajnie zbiurokratyzowana UE, uczyniła wszystko, co tylko możliwe, aby zneutralizować przyszłe zdolności konkurencyjne krajów Europy Wschodniej i zdławić tę właśnie energię, która czyni ów region ważnym z historycznego punktu widzenia i znaczącym pod względem ekonomicznym".3I jeszcze jedno mocne stwierdzenie: "Unia Europejska dokonała czegoś w rodzaju wrogiego przejęcia Europy Środkowej"4

Śmieszność

Mimo kolosalnego oszustwa (niedługo nikt nie zechce się do niego przyznać i trzeba będzie w poszukiwaniu jego autorów wertować medialne czy parlamentarne archiwa) z Unią Europejską jako oazą wolnego rynku, Szomburg jest jej zwolennikiem ("bezpieczeństwo", "awans cywilizacyjny" i "rozwój gospodarczy" - wymienione przez niego korzyści wcale nie muszą się wiązać z wejściem do Unii). Co więcej - wyznacza Polsce doniosłą rolę do spełnienia w strukturach UE. Rzeczpospolita ma się stać swoistym wolnorynkowym mesjaszem w Unii: "Od początku członkostwa powinniśmy zdecydowanie opowiadać się za deregulacją i liberalizacją, łamaniem wszystkich widzialnych i niewidzialnych barier swobodnej działalności gospodarczej i ograniczeniem pomocy publicznej, a przeciwko windowaniu standardów technicznych, socjalnych i środowiskowych"5. I dalej: "Kluczowym warunkiem wykorzystania naszych przewag jest realne urynkowienie Unii. Musimy pamiętać, że "oni" są bogaci i z natury korporatystyczno-etatystyczni, my jesteśmy biedni i z natury indywidualistyczni. W grze na etatyzm i korporacjonizm nie mamy żadnych szans"6 Zatem przez ponad dziesięć lat zarzynaliśmy wolnościowy potencjał naszego kraju, jaki pojawił się po upadku komuny, wcielając stopniowo ekonomiczne instrumenty "trzeciej drogi" rodem z UE, po to, by jak już się znajdziemy w Unii nie tylko na powrót budzić ducha prawdziwego wolnego rynku u siebie, ale wręcz budzić go w całej zintegrowanej na soc-warunkach Europie. Unijny, zestandaryzowany koń by się uśmiał.... Pozwoliliśmy - zgodnie żądaniami i planami komisarzy - na zniszczenie konkurencyjności Polski i warunków, na jakich można by prowadzić u nas działalność gospodarczą a po wejściu do UE będziemy musieli "zawracać kijem rzekę" unijnego interwencjonizmu, który nas coraz bardziej pochłania. Oto mesjańska perspektywa rodem z kosmosu: "Po wejściu do Unii powinniśmy wykorzystać jej obecne słabości, a potem starć się o wprowadzenie przekształceń rynkowych"7 .

Niestety prezes Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową nie powiedział, jak mielibyśmy dokonać iście mesjańskiego zadania nawracania UE na wolny rynek i z kim współdziałać. Tę ostatnią kwestię załatwił jednym powalającym swoją "głębią" zdaniem: "współpracowalibyśmy z wszystkimi zainteresowanymi prorynkową modernizacją europejskiego modelu społecznego"8 .

Zresztą, zgodnie z regułą, że szczere nawracanie powinniśmy zacząć od siebie, musielibyśmy najpierw w naszym kraju znaleźć jakieś zastępy wolnorynkowych apostołów pośród polityków, dziennikarzy, biznesmenów, promotorów nowej, prawdziwej - a nie na użytek medialnej i politycznej propagandy - wolnościowej wizji UE. Niestety wśród decydentów z opiniotwórczych środowisk przeważają same kameleony, które umiejętnie dopasowują się do obowiązujących poglądów brukselskich kacyków. I zaiste nic nie wskazuje, by nagle otrząsnęli się z wymaganego na salonach oligarchicznego etatyzmu.

Poza tym wchodząc do unijnego lasu tworzonego przez coraz mniej suwerenne państwa i realizując kolejne etapy integracji, gdybyśmy nawet chcieli obudzić w sobie wolnościowego olbrzyma, stajemy wobec perspektywy jagnięcia z bajki Krasickiego, które w naszym wykonaniu już dziś, na własne życzenie wpadło między wilki: "Już je mieli rozerwać; rzekło: "Jakim prawem?" "Smacznyś, słaby i w lesie!" Zjedli niezabawem". Bowiem, kto nie umie chronić wolności (także gospodarczej) u siebie, tym bardziej nie będzie potrafił tego uczynić w towarzystwie tych, którzy wyspecjalizowali się w jej ograniczaniu i dzięki temu procederowi żyją.

Jasne, zawsze jeszcze można zostać wilkiem... To jest zresztą perspektywa, którą od lat ukochała nasza prounijna, a zarazem wpływowa, klasa polityczna. Ona się już świetnie rozumie z tą "jewropejską".

Dariusz Hybel

(3 marca 2003)

Skomentuj ten artykuł

Przypisy:

1. Jan Szomburg, Strategia integracji i rozwoju, Rzeczpospolita, 16 grudnia 2002, s. A10
2. Tamże
3. Roger Boyes, The Times, 11 grudnia 2002, cyt. z Forum, 16-22 grudnia 2002
4. Tamże
5. Jan Szomburg, Strategia integracji i rozwoju, Rzeczpospolita, 16 grudnia 2002, s. A10
6. Tamże
7. Tamże
8. Tamże





Webmaster
Copyright 2001, Paweł Sztąberek




Spis Autorów

Komentarz tygodnia

Książki
polecane

Czytelnicy
piszą

1 2 3 4

Subskrypcja
Jeśli chcesz być powiadamiany o nowościach na "SP" wpisz swój adres e-mail


Powiadom znajomego o "SP" wpisując jego adres e-mail


ooooooooooooooooooooooooi
Przyślij swoją opinię




Polska - UE
zbiór tekstów