Strona główna


Zbyt kosztowny interwencjonizm

Interwencjonizm dla opinii publicznej wydaje się niebywale atrakcyjny. Przecież chroni miejsca pracy (!?). Kogo nie interesuje obieg pieniądza, nie będzie też starał się zrozumieć szkodliwości interwencjonizmu. Ale powinien zastanowić się nad złożonością problemu. Świat jest bowiem pełen sprzeczności. Jak to celnie ujął Stanisław Michalkiewicz, "kiedy już wszystkie państwa świata uroczyście potwierdziły niezbywalne prawo każdego człowieka do pracy, akurat wtedy pojawiło się pojęcie >>nielegalnego zatrudnienia<<"1

A może zaufać klientowi, czyli sobie?

Ignorując istotę problemu, na pierwszy rzut oka trudno odróżnić pożądane cele długoterminowe od doraźnie pojawiających się efektów, czasem o zgoła przeciwnym znaczeniu. To przecież w interesie producentów jest walczyć o klienta produkując coraz lepsze towary. Natomiast sztuczna regulacja rynku, czyli zniekształcanie go, na długą metę powoduje problemy, najpierw dla konsumenta, później także dla producenta. Tego jednak, jak tłumaczy Bastiat, od razu nie widać 2. Dlatego łatwo można przedstawić pozorną atrakcyjność interwencjonizmu. Większość ludzi nie patrzy dalej jak na czubek swojego nosa i to w krótkiej płaszczyźnie czasowej. Następnie zastanawia łatwość wmówienia ludziom, że interwencjonizm coś dla nich broni lub coś im przyznaje. Owszem, daje złudne, krótkotrwałe poczucie stabilizacji po stronie wytwórczej. Zbyt łatwo jednak zapomina się o tym, że wszyscy jesteśmy konsumentami wytwarzanych wzajemnie towarów. W naszym interesie leży ich jakość. Koniec końców, dwa razy dwa to zawsze cztery, czy to się komuś podoba, czy nie.

Zasada interwencjonizmu jest i musi być zgoła przeciwna istocie kapitalizmu. Na wolnym rynku kupujący ma możliwość wyboru towaru lub usługi najlepszej dla siebie. W interesie wytwórcy zaś leży zaoferowanie produktu możliwie optymalnego, rozpoznając i zadowalając potrzeby usługobiorców. Elementem ryzyka, które wymusza racjonalizację nakładów, jest to, że wytwórca najpierw zatrudnia swe własne środki, najtrafniej przewidując potrzeby rynku, nie ma, jednakże, pewności co do popytu na swoje usługi. Zupełnie inaczej przebiegałby ten proces, gdyby zlikwidować owo ryzyko i zastąpić je pewnością stworzoną przez protekcjonizm rządu. Już z definicji nie ma wówczas mowy o normalnym procesie wolnorynkowym. "Dążenie do przesądzenia z góry zysków dzięki przymusowi i wyzyskowi jest sprzeczne z duchem wolności, od którego zależy kapitalistyczny wzrost. Sukces wymaga dobrowolnej wzajemności. Chciwy i gromadzący skarby bogacz jest antytezą kapitalizmu, a nie jego kwintesencją. Jest bardziej postacią feudalną niż burżuazyjną." 3 Do właściwego działania rynku potrzeby jest element nieskrępowanego wyboru klientów, tak aby nie ograniczać ich decyzji. Z owym interwencjonizmem, zataczającym coraz większe kręgi, mamy do czynienia w przypadku Unii Europejskiej. W imię propagandowej równości Europejczyków, jak i ochrony ich interesów poprzez uchwalanie wielu tomów drobiazgowych regulacji, sprzedaje się pogląd, że to dla ich własnego dobra. Co gorsza, jak widać duża część ludzi ten argument kupuje. W UE wciąż mogą sobie na to pozwolić, mając za sobą lata kapitalizmu (chociażby po II Wojnie Światowej - plan Marshalla) i wytworzone w tym czasie zasoby. Jednak z czasem będzie ich coraz mniej. To efekt gospodarki planowej, której książkową wersję zaczynamy obserwować w UE. Efekty można przewidzieć. Nie jest to przecież pierwszy eksperyment tego typu. "Drobiazgową regulację gospodarki do perfekcji doprowadził Dioklecjan, którego dyrektywy były tak skutecznie wprowadzane w życie, że rolnicy nie byli już w stanie dłużej uprawiać ziemi, wielu zaś właścicieli małych interesów, w obliczu śmierci głodowej popełniało samobójstwo, woląc to od egzekucji za działalność czarnorynkową." Czy coś nam to przypomina?

UE wciąż zmienia się, a wnioskując po kierunku dotychczasowych zmian, zwłaszcza na przestrzeni ostatnich lat, nie jest to zwrot w stronę wolnego rynku. Zgrozę może wywołać refleksja nad opinią, że to, czego brakuje nam w Polsce do pełni szczęścia to dodatkowy tłum stu tysięcy nowych urzędników, gdyby nas jednak do UE wepchnięto.

Pomimo presji społecznej typu: "zabierz jemu by dać mi" interwencjonizm zawsze szkodzi klientowi, centralnemu punktowi w modelu wolnorynkowym, i nie może być stosowany, jeśli wzrost gospodarczy jest obranym celem. "Prezydent Reagan dał skuteczną odpowiedź w jednym ze swoich przemówień kiedy to wywołał obraz dwóch ludzi w małej łódce i zapytał, czy jeśli jeden z nich przestrzeli w łódce dziurę, to inteligentną odpowiedzią drugiego będzie przestrzelenie drugiej?" 4

Odnośnie protekcjonizmu rynku rodzimego trzeba zaznaczyć, że rzeczywiście nie można wszystkiego importować, bo trzeba mieć czym za import płacić. Ale w tym miejscu, z pomocą powinna przyjść rozsądna polityka podatkowa: niskie obciążenia sprzyjające rozwojowi rynku. I znowu UE stanowi tu kolejne kłody pod nogi. Wiele razy słyszeliśmy o zagadnieniu "dumpingu podatkowego", przez UE-oficjałów postrzeganego jako problem. Ma być przecież wszędzie równo, dodajmy - równie drogo. To tak, jakby w imię równości kazać grać Chopinowi na gitarze. Przecież inni grają. A gdzie znajomość specyfiki lokalnej?

Wyjaśnienie rosnącego opodatkowania znajdziemy w innej publikacji konserwatywnej. "Ludzie nie mieli pracy, więc łaskawy rząd zajął się tym i - opodatkowawszy bogatych - udawało mu się przez pewien czas zapewniać ludowi chleb i bilety na igrzyska. Nie było to jednak żadnym rozwiązaniem. Poprawa była jedynie chwilowa. Pieniądze nie mogą zapewnić dóbr, jeżeli te dobra nie są wytwarzane." 5 Dochodzimy tu do wniosku, że nie ma żadnego wielkiego opiekuna, który gotów nam coś dać z niczego. Czarodziejska różdżka zdarza się niestety tylko w bajkach. Towary i usługi przydatne ludziom tylko ludzie potrafią wytworzyć. Przepisy zaś, nawet te powstałe w dobrej intencji, mogą jedynie powstrzymać ludzi od działania. Nie mają charakteru produktywnego. Dlaczego zatem, poprzez coraz większe obciążenia podatkowe, licencje, koncesje i inne, utrudniać życie tym, którzy starają się coś robić komercyjnie, znajdując nabywców na swoje towary i usługi.

Kolejny smutny argument dowodzący bezsensu interwencjonizmu, a w szerszym kontekście ingerencji rządu w gospodarkę, to opinia stara jak świat. Poprzez centralne planowanie nie tworzy się żadnych miejsc pracy, lecz je redystrybuuje. Miejsca pracy, które z takim wysiłkiem zostaną utworzone, lub nazywając bardziej precyzyjnie utrzymane poprzez interwencjonizm, po jednej stronie, znikną po drugiej. Jeśli będę miał zapłacić drożej za buty, których cena normalnie byłaby niższa, to nie kupię już dywanu. Dodatkowym problemem jest, zawsze szkodliwy, rozrost biurokracji przy okazji kolejnej "ochrony".

Nie lekceważmy też prawa Parkinsona. Każdy urząd czuje się pewniej jeśli ma wielu podwładnych. I jeszcze łatwiej rozpowszechniać mit o nieodzowności jego istnienia.

Znając punkt widzenia dużej części Polaków, dochodzimy do smutnego wniosku odnośnie oczekiwań polskiego społeczeństwa. Konstatacja pojawia się po przeanalizowaniu pewnych opinii tyczących ostatnich wyborów prezydenckich w USA (2000). Kiedy już znane było nazwisko następnego prezydenta pojawiły się pierwsze opinie, dlaczego przegrał All Gore. Różnica pomiędzy głównymi kandydatami była mała, ich kampanie prowadzone z rozmachem (zaangażowanie do ostatniej chwili), porównywalne oceny debat przedwyborczych, dla swoich wyborców idee przedstawione czytelnie. Zwrócono jednak uwagę na pewien szczegół. W swoich przemówieniach Gore często powracał do motywu: "będę walczył dla was". Tymczasem główny rdzeń amerykańskiego społeczeństwa wcale tego nie oczekiwał. Amerykanie w większości chcą troszczyć się sami o siebie. Ten argument niestety nie ma zastosowania w przypadku Polski, przynajmniej na obecnym etapie rozwoju. Dlatego, niestety, idea opieki jest tak łatwo przyswajalna.

Z tegoż powodu, przy okazji kolejnych zawiedzionych oczekiwań, w naszym społeczeństwie występuje niezaspokojona chęć szukania nowych obrońców, nie zaś zatroszczenia się o swój los samemu. Jeden z podrozdziałów książki Margareth Thatcher "Statecraft" nosi znamienny tytuł: "The Right Way and the Third Way" ("Droga na prawo i trzecia droga"). Tytuł czytelny i owa gra słów dokładnie określa krytykę szukania czegoś nowego, nierealnego kompromisu, tak aby za wszelką cenę nie skorzystać z modeli już sprawdzonych w przeszłości. To tak, jakby wyważać otwarte drzwi. Oby kiedyś wróciło przekonanie do ideałów ekonomicznych z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku.

Konkludując przytoczmy, że wpływ wysokiego opodatkowania oraz innych regulacji rządu w gospodarkę nigdy nie przynosi pożądanych efektów. Obserwacja wymusza stwierdzenie, że kraje rozwijające się najszybciej to te, gdzie ludzie mają najwięcej wolności wyboru, pozostając jednocześnie odpowiedzialni za podjęte decyzje. Tylko dzięki temu mogą tworzyć najlepszy środek wymiany swych usług: wolny rynek. To tam jego uczestnicy mogą w pełni wykorzystać swój potencjał, mając na myśli własne dobro, najlepiej spełniając jednocześnie oczekiwania klientów. Jest to kolejny przykład wytworzenia odpowiednich mechanizmów bez konieczności opracowywania skomplikowanych planów i dyrektyw.

Marek Janik

(31 marca 2003)

Przypisy:

1 Michalkiewicz, Stanisław, Wstęp do Prawa, Bastiata, Dextra, 2003.
2 Bastiat, Fryderyk, Co widać i czego nie widać, Dextra, 2003.
3 Gilder, George, Bogactwo i ubóstwo ZYSK i S-ka, 2001.
4 Friedman, Milton i Rose, Tyrania status quo, Panta, 1997.
5 Weaver, Grady Henry, O głównej przyczynie rozwoju ludzkości Fijorr Publishing, 2001.

Skomentuj ten artykuł






Webmaster
Copyright 2001, Paweł Sztąberek




Spis Autorów

Komentarz tygodnia

Książki
polecane

Czytelnicy
piszą

1 2 3 4

Subskrypcja
Jeśli chcesz być powiadamiany o nowościach na "SP" wpisz swój adres e-mail


Powiadom znajomego o "SP" wpisując jego adres e-mail


ooooooooooooooooooooooooi
Przyślij swoją opinię




Polska - UE
zbiór tekstów