Strona główna




Służba zdrowia
To nie kryzys, to rezultat...

...ripostował Stefan Kisielewski, w odpowiedzi na nagłówki reżymowych gazet w głębokim socjalizmie. Podobnie można by podsumować obecny wielogłos wokół żądań płacowych w tzw. służbie zdrowia. Mszczą się tu dziesięciolecia szkodliwej, głupiej i nielogicznej argumentacji na rzecz socjalizmu. Argumentacji, w którą uwierzyli nawet rządowi propagandyści.

Powiadają, że tylko państwo może zapewnić ochronę osobom najbardziej potrzebującym. Bez udziału państwa, z drogich usług medycznych korzystaliby wyłącznie bogaci. Wolne żarty, ten co choć raz w życiu musiał walczyć o życie własne lub bliskiej mu osoby, wie jak wygląda droga do najlepiej "notowanego" specjalisty. Wybitny lekarz uzbrojony w kosztowną aparaturę zawsze będzie miał więcej pacjentów niż zdolny będzie ich przyjąć. A więc należałoby kierować do niego tylko te przypadki, z którymi nie radzą sobie przeciętni. Biurokraci idąc w tym kierunku wymyślili lekarza pierwszego kontaktu. Czy coś to zmieniło?- niewiele. Nie znam przypadku by lekarz odmówił skierowania do specjalisty, gdy pacjent tego zażąda. Bo niby jaki ma w tym interes by narażać się na ewentualne złośliwe komentarze, lub brać odpowiedzialność za trudny do zdiagnozowania przypadek.

Popyt na usługi, których ceną jest tylko oczekiwanie w kolejce będzie ograniczony wartością czasu przeznaczonego na oczekiwanie. Beneficjantami takiego systemu są bezrobotni i emeryci - ich czas ma najmniejszą wartość, więc siedzą i czekają. We wszystkich krajach, z państwową służbą zdrowia, czas oczekiwania wydłuża się coraz bardziej, bo tylko w ten sposób popyt może się dostosować do podaży, która maleje ze względu na rosnące wykładniczo koszty wyposażenia. Z drugiej strony każda kwota przeznaczona na poprawę sytuacji w służbie zdrowia zostanie wydana. Bo nie istnieje granica popytu na potencjalne usługi zdrowotne, gdy będą świadczone za darmo. Sama chirurgia plastyczna zdolna jest wyssać cały budżet ministerstwa a już na horyzoncie pojawiła się inżynieria genetyczna.

W efekcie działa tylko klasyczny filtr, pieniądze. Ludzie zdesperowani znajdą zawsze sposób by dotrzeć, do kogo trzeba i wręczyć kwotę, która będzie gwarancją należytej staranności. I hipokryzją ze strony władzy jest walka z tym zjawiskiem, gdy sama z niego korzysta używając, w miejsce gratyfikacji, nie artykułowaną ale realną, groźbę wyrzucenia z pracy (tylko lekarz prywatny jest niezależny od władzy).

Współczesny specjalista to przede wszystkim droga aparatura diagnostyczna i zabiegowa. Będziemy mieć tylu specjalistów na ile poprawnie będą rozdzielone środki na kształcenie, płace i wyposażenie. A więc urzędnik musi przewidzieć ilości i ceny usług, środków medycznych, niezbędnego wyposażenia. Nie jest to wykonalne, bowiem już prawie 50 lat temu Ludwig von Mises wykazał, że głównym problemem planowania socjalistycznego jest brak wiarygodnych cen. Państwo socjalistyczne pozbawione wolego rynku, skazane jest na nieefektywną gospodarkę zasobami i musi stać się bankrutem.

Wydawać by się mogło, że prawda ta dotarła do świadomości elit i poza Koreą Północną wszystkie demoludy przestawiły się na gospodarkę rynkową. Niby tak, ale nie do końca, funkcjonuje bowiem Kargulowe myślenie: rynek rynkiem ale my swoje musimy dostać. Nie chcą zrozumieć, że negatywne efekty braku rynku w całej gospodarce wystąpią też w każdym jej fragmencie pozbawionym wolnej konkurencji, bowiem przyczyną jest brak swobody w ustalaniu cen. Opis procesu degrengolady systemu zarządzanego centralnie, dokonany przez Misesa i Hayeka, pasuje jak ulał do obrazu naszej służby zdrowia. Wbrew deklaracjom, ludzie biedni pozbawieni są pomocy a zasobni w gotówkę muszą korzystać z usług prywatnych. Dwa mity padają, bo ani nie chroni się najbiedniejszych ani opieka ta nie jest bezpłatna (pacjent w sytuacji krytycznej martwi się tylko czy nie dał za mało). Nie istnieje rynek leków. Biurokratyczne i drogie procedury dopuszczania leku na rynek tworzą pozór konkurencji. Ceny usług ustalają urzędnicy a nie pacjenci wybierając lekarzy. Problem płac postawiony jest na głowie. Są lekarze, których zarobki mogłyby rosnąć ponad wyobrażalne kwoty, bo taki byłby wybór ich pacjentów, ale część musiałaby zadowolić się kwotami powyżej minimum socjalnego albo zmienić zawód.

To pacjenci ryzykując zdrowiem a czasami i życiem dokonują wyboru między lekarzami oceniając czy wartość ich zdrowia przewyższa cenę, jaką musi zapłacić za domniemaną jakość usługi. Sława jest tu wyrazem statystyki, nie eliminuje ryzyka tylko je zmniejsza. Niemniej skuteczny w większości przypadków będzie młody zdolny lekarz, który bierze ułamek kwoty lidera. Doktor Judym, literacki wzorzec postawy lekarza, nie był czymś wyjątkowym. Zaczynający praktykę lekarz musiał zapracować sobie na swój wizerunek, głupotą byłoby brać niewielką zapłatę od biedaka, przecież będzie on chodzącą dozgonną reklamą wieszczącą jego profesjonalizm i cechy charakteru. Kiedyś karierę lekarza budowali żyjący pacjenci, dziś urzędnicy. Postawi ktoś zarzut, że ceny usług na wolnym rynku będą windować bogaci. Po pierwsze, bogatych jest zwykle kilkanaście procent. Po drugie dysponują oni lepszym zdrowiem, bo stać ich na racjonalne tryb życia i profilaktykę. Więc procentowy udział bogatych w popycie na usługi medyczne jest za mały by mieli wpływ na kształtowanie się wolnych cen. Po trzecie nie ma powodu by wydawali więcej niż inni na leczenie. Po czwarte lekarz, którego pomyślność nie zależy od pacjentów lecz od oceny urzędnika, będzie spełniał oczekiwania urzędnika a nie pacjenta. Po piąte, wystarczającym remedium na wysokie ceny w każdej dziedzinie jest likwidacja barier ograniczających konkurencję. Przykładem powinna być stomatologia. Nikt rozsądny nie idzie do państwowej przychodni leczyć zęby. Tam zwykle robi się protezy i wyrywa zęby nie do uratowania. Czasami przemykają się pacjenci prywatni przerywając nudę godzin przyjęć. Opisany podział, jaki utrwalił się w czasach głębokiej komuny, tak trwa i nie słychać ani protestów pacjentów ani o strajkach stomatologów. Zgoda na podwyżki płac w miejsce rozwiązań rynkowych uruchomi lawinę roszczeniową w całym sektorze państwowych przedsiębiorstw. Tych samych argumentów użyją nauczyciele, policjanci, celnicy, kolejarze itd. Gdy już rząd obdzieli wszystkich protestujących sprawiedliwie okaże się, że podwyżki zjadł galopujący wzrost cen, a szpitale zapełnione są wycieńczonymi emerytami ( bo ich da się bezpiecznie pominąć przy podwyżkach). I może się okazać też, że alternatywą dla godnego życia protestujących będzie szybka godna śmierć ich podopiecznych.

Do ekonomicznego elementarza należy zasada, że dynamika wzrostu płac nie może być większa od wzrostu wydajności. Złamanie tej zasady grozi stagnacją gospodarczą połączoną z postępującą inflacją i względnym zubożeniem wszystkich. Niech ostrzeżeniem będzie najnowsza historia Argentyny. Jeden z najbogatszych kiedyś krajów świata, po latach populistycznych rządów wspieranych przez potężne związki zawodowe jest bankrutem i nikt nie ma pomysłu jak go skutecznie wyprowadzić ze stanu otępiającej beznadziei. Ktoś mądry zauważył, że trud czynienia dobra wynika z konieczności tworzenia go ze zła gdyż jest go najwięcej, bo zgodnie z zasadą entropii powstaje samoistnie przy każdej nadarzającej się okazji.

Wojciech Czarniecki
(28 stycznia 2008)

Skomentuj ten artykuł
(wpisując jego tytuł w temat)

Umieść poniższe bannery na swojej stronie WWW








Webmaster
Copyright 2001, Paweł Sztąberek




Spis Autorów

Komentarz tygodnia

Książki
polecane

Czytelnicy
piszą

1 2 3 4
oooooooooooooooooooooooi
Subskrypcja
Jeśli chcesz być powiadamiany o nowościach na "SP" wpisz swój adres e-mail


Powiadom znajomego o "SP" wpisując jego adres e-mail

ooooooooooooooooooooooooi
Przyślij swoją opinię