Strona główna




System społeczno-gospodarczy
a system wyborczy

W artykule Państwo i demokracja - symbioza czy antagonizm? p. Robert Sobalski postawił tezę o konieczności wprowadzenia jakościowych ograniczeń w przyznawaniu praw wyborczych, jako potężnej broni w walce z degeneracją władz i praw. Te zjawiska, jak słusznie zauważa Autor, prowadzą w dalszej perspektywie do upadku państwa, czego i dziś jesteśmy świadkami. Są w tym artykule jednak pułapki, dyskwalifikujące - w mojej ocenie - zalecany środek, tak prakseologiczne jak i ideologiczne.

Po pierwsze, zaskakuje samo założenie tego artykułu, w którym Autor popełnia ten sam błąd, który jest udziałem apologetów demokracji. Otóż stawiają oni system wyborczy przed systemem społeczno-gospodarczym. W środowiskach libertariańskich i liberalno-konserwatywnych często zresztą słyszy się o potyczkach między monarchistami a demokratami. Moim zdaniem jest to błędne przeniesienie środka ciężkości.

Jeżeli przeanalizujemy najnowszą historię liberalizmu zauważymy, że w najbardziej liberalnych państwach czyli Nowej Zelandii i Hong Kongu liberalizm rozwinął się w ramach demokracji, w Chile już w ograniczonej jej formie a np. w Chinach rozwija się (jeszcze daleka droga przed tym państwem) w ramach dyktatury. Mały Lichtenstein jest liberalny dzięki wzmacniającej się monarchii. Co więcej, jeśli spojrzymy wstecz, zauważymy że w Stanach Zjednoczonych na samym początku prawa wyborcze były mocno ograniczone a mimo to państwo to - na szczęście powoli - rozpoczęło dryf w kierunku etatyzmu.

Jak zauważamy system wyborczy nie jest więc tutaj wyznacznikiem stopnia zliberalizowania danego państwa. Praktycznie systemów jest tyle co liberalnych państw, wystarczy poczytać, zwłaszcza o państwach azjatyckich. Skoro system wyborczy nie ma aż takiego znaczenia, oznacza to tyle, że trzeba skupić nasze działania na walce o zmianę systemu społeczno-gospodarczego. Tak jak to robią w Stanach Zjednoczonych różne think tank-i w typie Instytutu Cato, jak amerykańska Partia Libertariańska. Przyjęto taktykę małych kroków i o ile PL nie notuje jeszcze sukcesów to think tank-i zyskują na znaczeniu i docierają z liberalnym przekazem do wielu ludzi.

Po drugie, nie startujemy od podstaw. Działamy w systemie takim jaki jest i tezy które stawiamy, reformy które proponujemy propagując kapitalizm i liberalizm muszą brać to pod uwagę. Nawet jeśli uznać słuszność takiego ograniczenia praw wyborczych, jakie proponuje p. Sobalski, trzeba zastanowić się czy da się to w ogóle przeprowadzić. Odpowiedź jest prosta: NIE. Partia, która podniosłaby taki postulat, musiałaby już na początku szukać kompromisu z proponowanymi ograniczeniami. Musiałaby zaproponować takie widełki, na które załapało by się ponad 50% aktywnych wyborców. Inaczej nie byłaby w stanie zmienić konstytucji, zwłaszcza że taka debata byłaby bardzo na rękę opozycji która przybrałaby się w pióra obrońców demokracji. Oczywiście założenie że partia z takim hasłem w ogóle będzie w czołówce jest bardzo optymistyczne. Wariant B czyli liberalna kontrrewolucja a'la Pinochet też jest nieprawdopodobna biorąc pod uwagę poglądy większości oficerów Wojska Polskiego. W przypadku krachu państwa czeka nas los Argentyny a nie Chile.

Po trzecie, nawet zakładając że jakaś partia liberalna czy konserwatywna zdobyłaby ilość głosów pozwalającą samodzielnie zmienić konstytucję, to znacznie lepiej byłoby wprowadzić do niej zasadę: "wolności ograniczoną tylko wolnością innych jednostek", zabezpieczoną decentralizacją państwa i dobrowolnością podatków (i wywalić całą resztę przepisów). Oczywiście, ten scenariusz jest na razie także nieprawdopodobny, ale taki model zabezpieczyłby w pełni wolność obywatela nie antagonizując (aż tak bardzo jak w przypadku odbierania prawa wyborczego) różnych grup społecznych.

Drugim aspektem ograniczania praw wyborczych jest problem ideologiczny, czyli kwestia równości. Równość ludzi w modelu liberalnym łatwo jest zrozumieć. Liberalizm daje jednostce pełnie wolności ograniczoną tylko wolnością innych jednostek. Każdy w systemie liberalnym ma równe prawa, reszta zależy od jego działań (i szczęścia - ciekawe jak socjaliści planują pozbyć się tego niesprawiedliwego społecznie czynnika). Jeżeli natomiast wprowadzimy ograniczenia, to automatycznie odchodzimy od idei liberalizmu! Dla tego, o ile na przykład dobrowolność opodatkowania powinna pojawiać się jako model systemu do którego się dąży, o tyle ograniczenie praw wyborczych absolutnie nie. Należy ograniczać maksymalnie zakres władzy instytucji państwowych a nie ograniczać liczbę wyborców za pomocą lepszych czy gorszych kryteriów!

Zajmijmy się teraz cenzusami, których wprowadzenie zaproponował p. Sobalski. Nie zapominajmy, że wg autora system wyborczy ma naprawić system społeczno-gospodarczy, czyli musi być wprowadzony w dzisiejszej socjalistyczno-etatystycznej rzeczywistości. Jak i kto wyznaczy granice? Jaki cel będzie mu przyświecał?

Na pierwszy ogień niech pójdzie najczęściej podawany: cenzus wykształcenia. Najpierw trzeba określić granicę: matura? Czym jest dziś matura, zdać ją - to naprawdę nie problem. Może więc dobrze, pozbawmy prawa wyborczego nie posiadających tego egzaminu. Ale niestety dalej pozostaje spora grupa żuli, mętów i oszustów - powiedziałbym nawet, że większość przez to sito przebrnęła - która tę maturę posiada.

No więc może licencjat lub magisterium? Czyli po przebrnięciu np. przez Akademię Ekonomiczną w ... (tutaj dowolne polskie miasto mające zaszczyt gościć takową uczelnię), podpierając się wiedzą dostarczoną nam przez jeszcze bardziej wykształconych profesorów (np. Hausnera, Kołodkę czy Belkę albo innych absolwentów renomowanych uczelni dawnego bloku wschodniego) dostajemy do ręki prawo decydowania o żulach i mętach oraz współdecydowania o tak wykształconych obywatelach jak inni absolwenci wszelakich AE, politechnik i uniwersytetów.

A może jeszcze wyżej? Tylko doktorzy i profesorowie? Tylko zaraz.. przecież profesorów w naszych rządach już jest sporo, a tych co się nie załapali odnajdujemy podpisanych pod coraz to bardziej idiotycznymi listami otwartymi. Co więcej, jeśli rozejrzymy się wokół siebie, zauważymy że sporo uczciwych przedsiębiorców nie ma nawet matury i radzi sobie jak na dzisiejsze warunki całkiem nieźle, a gro absolwentów wyższych uczelni zasila armię bezrobotnych. Jeśli znamy choć trochę polski system szkolnictwa, wiemy że prowadzi się obecnie niską jakościowo produkcję magistrów. Jak p. Sobalski wyobraża sobie odsianie tych plew od ziarna?

William F. Buckley jr powiedział kiedyś "Lepiej mieszkać w mieście rządzonym przez pierwsze nazwiska z książki telefonicznej niż przez profesorów Uniwersytetu Bostońskiego" i niech ten cytat stanowi podsumowanie tego akapitu.

Skoro więc widzimy, że cenzus wykształcenia jest - zwłaszcza w krajach postkomunistycznych - niezbyt bezpiecznym parametrem, może wyznaczmy cenzus majątkowy? Czyli np. prawo głosu mają tylko osoby które udowodniły że potrafią sprawnie działać i np. ustalamy granicę na 20000 PLN wykazanego na PIT-cie. Tylko czy wprowadzenie takiego cenzusu nie otworzy drogi do manipulacji? Progiem można manipulować... przecież to samo zrobiono wprowadzając 5% próg wyborczy dla partii. Cały czas w grupie tej pozostaliby beneficjenci obecnego systemy socjalnego.

Można wyznaczyć próg bardzo wysoko. Niech rządzą najzdolniejsi, można zakrzyknąć. Tylko kto w Polsce jest w grupie najbogatszych? Szefowie Prokomu, Gazpolu i inni, którzy dorobili się na związkach z rozbudowanym państwem. Co gorsza, sami utrwalilibyśmy system wglądu państwa w dochody obywateli, z którym przecież od zawsze walczymy. Trzeba byłoby utworzyć urząd który zajmowałby się mechanizmami indeksacji, sprawdzał wg jakichś kryteriów czy przyjęte ograniczenie gwarantuje odpowiednią jakość prawa i ewentualnie zmieniał by ją...

Pomysły można mnożyć: system oparty o IQ (polecam doskonałą książkę J. Zajdla "Limes Inferior") albo na corocznych egzaminach z np. ekonomii, prawa i logiki? Tylko kto ustali kryteria? Gdzie znaleźć tak uczciwego architekta społeczeństwa, którego nie skuszą wszystkie korzyści jakie oferuje trzymającym władze obecny system?

Na koniec, nie jest też tak, że mechanizm wyborczy w ogóle nie wpływa na jakość wybranych przedstawicieli. I dlatego należy walczyć o to aby usuwać z tego mechanizmu niesprawiedliwe i technokratyczne mechanizmy mające na celu utrwalanie państwa biurokratycznego. Czyli w tej dziedzinie powinniśmy walczyć o jednomandatowe okręgi wyborcze, likwidację progów, decentralizację, zakaz finansowania partii z budżetu i ograniczenie liczby wybieranych. Te hasła są tak sprawiedliwe jak i przy odpowiednim rozreklamowaniu możliwe do zrealizowania.

Krzysztof Kurdyła
(10 listopada 2003)

Skomentuj ten artykuł
(wpisując jego tytuł w temat)



Umieść poniższe bannery na swojej stronie WWW








Webmaster
Copyright 2001, Paweł Sztąberek




Spis Autorów

Komentarz tygodnia

Książki
polecane

Czytelnicy
piszą

1 2 3 4
oooooooooooooooooooooooi
Subskrypcja
Jeśli chcesz być powiadamiany o nowościach na "SP" wpisz swój adres e-mail


Powiadom znajomego o "SP" wpisując jego adres e-mail

ooooooooooooooooooooooooi
Przyślij swoją opinię