Strona główna




Marginalizm i perły - warunki
Carla Mengera

Okazało się, że nie wszyscy Czytelnicy zgadzają z dwiema austriackimi tezami. Pierwsza z nich to: o cenie dobra decyduje konsument, a druga: koszty zależą od cen, a nie ceny od kosztów.

Z pomocą w zrozumieniu tych dwóch tez przychodzi nam założyciel Szkoły Austriackiej, Carl Menger (Principles of Economics, niestety wydania polskiego brak, a także brak wydania oryginalnego online; namawiam do kupienia gdzieś, bo warto). Najpierw popatrzmy na definicję ekonomicznego dobra. Aby jakaś rzecz była "dobrem", Menger wymienia następujące warunki:

1. Ludzka potrzeba
2. Takie właściwości dobra, które sprawiają, że istniej związek przyczynowo-skutkowy między konsumpcją dobra, a zaspokojeniem potrzeby
3. Ludzka wiedza o tymże związku
4. Kontrola nad danym dobrem umożliwiająca zaspokojenie potrzeby.

Widzimy zatem, że pierwszy warunek to istnienie ludzkiej potrzeby. Jeśli potrzeby człowieka zostałyby w całości zaspokojone to dobra przestają istnieć z ekonomicznego punktu widzenia, gdyż tracą swoje znaczenie. Jeśli zniknie głód, to na co komu zboże? Jeśli zniknie pragnienie, to po co człowiekowi woda? Jeśli zniknie zapotrzebowanie na szybką komunikację, to po co człowiekowi ropa naftowa? Potrzeba, jaką człowiek chce zaspokoić, jest niezbędnym warunkiem, aby jakaś rzecz (materialna bądź nie) stała się dobrem.

Drugi warunek to takie właściwości danego przedmiotu (niekoniecznie fizycznego), które umożliwią zaspokojenie potrzeby. W przypadku głodu chodzi o to, aby chleb uruchomił takie reakcje biochemiczne w organizmie, aby apetyt został zaspokojony. Jeśli chodzi o wodę, to analogicznie musi ona mieć takie właściwości, aby pragnienie zostało zaspokojone. Podobnie ropa naftowa - musi istnieć fizyczna możliwość stworzenia z niej benzyny, którą będzie napędzany samochód.

Uważniejsi Czytelnicy zwrócą uwagę, że ten mengerowski warunek wcale nie musi zostać spełniony, aby jakaś rzecz była dobrem. Popatrzmy na takie dobra jak: usługi przewidywania przyszłości, leczenie przez szamanów, kontaktowanie się z zaświatem itd. Wszystkie te usługi zaspokajają jakieś potrzeby, a towary czy usługi określonych osób spełniają funkcję dóbr, ponieważ je zaspokajają. Co ciekawe sam Carl Menger zwrócił na to uwagę pisząc o "wyimaginowanych dobrach". Zatem chociaż nie uwzględnił tego aspektu w swoich czterech warunkach, wymienionych na początku książki, to swój błąd szybko poprawia zwracając uwagę na to, że warunek drugi nie jest konieczny.

Ważniejszy jest za to trzeci warunek czyli "ludzka wiedza" o związku między dobrem a potrzebą, jaką ma zaspokoić. Co więcej, nie musi to być wiedza w rozumieniu dosłownym, ponieważ, jak widzieliśmy wyżej, może to być ludzka wiara w to, że dobro zaspokoi jakąś potrzebę. Trafiają się ludzie, którzy myślą, że zaklęcia będą w stanie wyleczyć ich z zaawansowanego raka i są gotowi płacić za takie zaklęcia ciężkie pieniądze. Stąd właśnie wyimaginowane dobra również są dobrami ekonomicznymi, a nauka ekonomii nie zajmuje się ocenianiem ostatecznych celów jednostek. Dla ekonomisty ważny jest fakt, że ludzie przeznaczają swoje pieniądze na kupowanie określonych usług. Istotne jest, że dane dobra mają jakąś cenę i na produkcję tych dóbr są przeznaczane jakieś czynniki produkcji.

Czwarty warunek to oczywiście władztwo nad rzeczą. Jeśli nie można handlować wodą, ropą naftową i chlebem, wymieniać ich, a także dysponować tymi rzeczami tak, aby zaspokajać jakąś konkretną potrzebę, to nie będą one dobrami. Jednostka musi mieć możliwość dysponowania chlebem, aby wsadzić go do ust. Musi także mieć możliwość wydobycia ropy, sprzedania, przetworzenia na benzynę itd. aby napędzać nią samochód. Szaman musi mieć możliwość rzucania zaklęć wypowiadanych swoimi ustami, aby klienci, popularnie zwani "leszczami", mogli kupować od niego usługę, dzięki czemu zaspokoją swoją potrzebę.

Wiemy już mniej więcej, jakie są warunki, aby dana rzecz stała się dobrem. Wcale nie świadczą o tym fizyczne właściwości. Ropa od wielu lat leżała pod ziemią, a nie była przez tysiąclecia towarem, ponieważ niespełniony pozostał trzeci warunek. Warto sobie zapamiętać, że dana rzecz staje się dobrem, ponieważ (i tylko i wyłącznie dlatego!) decyduje o tym człowiek. Jakaś rzecz nie może być towarem, jeśli nie pojawi się człowiek, który nie odkryje w rzeczy właściwości, umożliwiających zaspokojenie jego potrzeby (proszę o tym poinformować "zielonych", którym wydaje się, że dobra naturalne istnieją niezależnie od człowieka).

Ponieważ jesteśmy już na tyle mądrzy, że wiemy, czym jest "dobro", to teraz możemy się zabrać za definicję słowa "wartość". Czymże jest wartość dobra zdaniem Karola Mengera? Czytamy u niego:

Carl Menger Wartość, zatem, jest wagą, jaką przywiązujemy do indywidualnych dóbr albo ilości dóbr, ponieważ jesteśmy świadomi, że satysfakcja naszej potrzeby zależy od władania tymi dobrami.

Rozumiemy zatem, że wartość wynika bezpośrednio z ogólnej teorii dobra. Skoro istnieje potrzeba, skoro jest rozpoznanie, że potrzebę można zaspokoić i skoro można to zrobić przy pomocy władania daną rzeczą, to automatycznie ta rzecz ma wartość. W ten właśnie sposób w umyśle jednostki rodzi się wartość. Zaklęcia podwórkowego szamana mają wartość dla lokalnych konsumentów, ponieważ wierzą w to, że te zaklęcia pomogą im wyzdrowieć. Ropa ma wartość, ponieważ jej kupcy wierzą ("wierzą" lub "wiedzą") w to, że stworzy się z niej benzynę, która umożliwi szybsze przemieszczanie się. Posłuchajmy zatem jeszcze raz uważnie, co profesor Menger ma do powiedzenia na temat wartości:

Wartość nie jest niczym nieodłącznym w dobrach, żadną ich własnością, nie jest także niezależną cechą istniejącą w sobie. Jest ekonomiczną oceną ważności dobra (które posiada człowiek), jaka jest dokonywana w celu podtrzymania życia i jego poziomu. Stąd wartość nie istnieje poza świadomością człowieka. Zatem także błędne jest mówienie, że dobro ekonomizowane przez jednostkę ma "wartość", albo w przypadku ekonomisty mówienie o "wartościach" jako niezależnych realnych rzeczach i obiektywne definiowanie wartości. Rzeczy, jakie istnieją obiektywnie, to zawsze tylko określone rzeczy albo ilości rzeczy, a ich wartość jest niejako fundamentalnie inna od samych rzeczy, jest oceną, dokonaną przez ekonomizującą jednostkę (...)

Marks leży znokautowany. Wartość nie ma charakteru obiektywnego. Absolutnie nie. Nie określają jej żadne "społecznie konieczne godziny do produkcji dobra". Takie pojęcie zawdzięczamy tradycji subiektywistycznej, która swoją pełną formalizację zawdzięcza znakomitej książce Carla Mengera.

Pojawia się jednak pytanie: dlaczego diamenty są znacznie więcej warte niż woda? Skoro w przypadku wartości, ważna jest możliwość zaspokojenia danej potrzeby, to przecież woda czy też chleb są znacznie więcej warte niż diamenty! Zatem dlaczego to właśnie diamenty są tak pożądane przez ludzi? Czyż nie jest dla nas istotniejsze utrzymanie się przy życiu, aniżeli oferowanie sobie pięknej biżuterii?

Z tym paradoksem Szkoła Angielska nie potrafiła sobie poradzić. W jej tradycji leży rozbicie na dwa typy wartości: "wartość wymienną" oraz "wartość użytkową". Ten fatalny błąd został także zastosowany przez Adama Smitha w jego "Bogactwie narodów". Stąd tylko krok do marksistowskiego rozbicia na "produkcję dla zysku" ("wartość wymienna") i "produkcje dla użytku" ("wartość użytkowa"). To jak to jest z tym chlebem i diamentami? Dlaczego diamenty są warte znacznie więcej niż chleb?

Profesor Menger doskonale wiedział, jak sobie poradzić z tym problemem. Osoba zadająca takie pytanie, zastanawia się agregatowo: co jest ważniejsze chleb czy diamenty? Jeśli rzeczywiście urządzilibyśmy audiotele z pytaniem: "co wybrać: cały chleb na świecie czy diamenty na całym świecie", to z pewnością ludzie woleliby chleb niż diamenty. Niemniej jednak na co dzień nie dokonuje się takich wyborów, ponieważ ludzie wybierają między jednostkami chleba a jednostkami diamentów. To oznacza, że ważne są kolejne jednostki, jednostki marginalne (kolejne, krańcowe, choć pierwszy Austriak nie używał tego terminu), skąd właśnie pochodzi termin "rewolucja marginalna". Menger tłumaczy:

Pomieszanie "wartości użytkowej" z "użytecznością", z "poziomem użyteczności", albo z "ocenianą użytecznością", wynika z doktryny abstrakcyjnej wartości dóbr. Gatunek dobra może mieć użyteczne własności, które umożliwiają konkretnym jednostkom zaspokojenie ludzkiej potrzeby. Różne gatunki mogą mieć różne stopnie użyteczności w danym użytkowaniu (bukowe drewno i wierzbowe drewno jako paliwo itd.). Jednakże ani użyteczność gatunku ani rozmaite stopnie użyteczności różnorodnych gatunków albo podgatunków nie mogą być nazwane "wartością". Nie gatunki jako takie, ale tylko konkretne rzeczy są dostępne dla ekonomizujących jednostek. Dlatego tylko te drugie są dobrami i tylko dobra są obiektami, jakie ekonomizujemy i jakie mają wartość.

Zasada jest prosta: to nie chleb jako taki się liczy, ale konkretny bochenek chleba. Konkretny litr wody, konkretny litr ropy naftowej. Gospodarująca osoba nie staje przed wyborem: czy kupić wszystkie diamenty na świecie albo cały chleb na świecie. Wybiera między poszczególnymi jednostkami poszczególnych dóbr, zatem tylko te konkretne jednostki może wartościować.

Jednocześnie w swojej książce profesor Menger rozrysowuje prosty schemat, przedstawiający hierarchię potrzeb. Układa je w kolejności malejącej. Oznacza to, że pierwsza potrzeba jest najbardziej nagląca, a druga mniej, trzecia jeszcze mniej itd. Kolejność działania świadczy o tym, którą potrzebę chcemy zaspokajać jak najszybciej, a którą dopiero następną w kolejności. Potrzeba trzecia jest bardziej nagląca aniżeli potrzeba czwarta, piąta itd.

Teraz wyobraźmy sobie, że wszystkie te potrzeby są zaspokajane przez takie samo dobro np. wodę. Zróbmy sobie wykaz kolejności potrzeb zaspokajanych przez litry wody:

1. Napicie się
2. Napojenie braciszka
3. Napojenie kota
4. Podlanie kwiatów
5. Oblanie wodą Witolda Świrskiego (proszę mi wybaczyć, ale nie mogłem się powstrzymać; proszę traktować tę uszczypliwość jako wyraz sympatii, jaką niewątpliwie darzę pana Witolda)

Powiedzmy, że mam w swoim posiadaniu 3 litry wody. Kolejność zaspokajania potrzeb jest jasna. Najpierw zaspokoję swoje pragnienie - najbardziej naglącą potrzebę. Następnie mniej naglącą: napojenie młodszego braciszka. Trzecia w kolejności zaspokojona potrzeba to spragniony kotek, który też napiłby się troszkę wody. Ze względu na hierarchię potrzeb możemy zatem wyróżnić poszczególne wartości przypisane kolejnym jednostkom marginalnym tj. kolejnym litrom wody. Wszystkie litry są wymienne - woda jest tutaj dobrem homogenicznym. Zatem teoretycznie każdy litr jest warty tyle samo, ale jednak tak nie jest. Pierwszy litr będzie warty najwięcej ponieważ służy zaspokojeniu bardziej naglącej potrzeby niż litr drugi. Z kolei drugi litr wody będzie warty mniej niż pierwszy, ale więcej niż trzeci, ponieważ służy do zaspokojenia bardziej naglącej potrzeby niż litr kolejny.

W ten sposób doszliśmy do odwiecznego prawa rewolucji marginalnej, jakie obijało się gdzieś tam wcześniej w tradycjach scholastyczno-turgotowsko-cantillonowsko-sayowskich. Każda następna jednostka danego homogenicznego dobra jest dla jego właściciela warta mniej niż jednostka poprzednia, ponieważ służy do zaspokojenia mniej naglącej potrzeby. Konieczna uwaga: dobro homogeniczne to takie, które jest tak właśnie postrzegane przez jednostkę: jako homogeniczne. Na przykład: mamy litr wody gazowanej i litr wody niegazowanej. Fizycznie te dobra są różne, ale jeśli dla osoby są to takie same dobra, to powinny być w analizie traktowane jako homogeniczne. Z kolei z drugiej strony możemy sobie wyobrazić dwa identyczne fizycznie litry wody, ale na przykład jeden z nich został poświęcony przez księdza i jednostka już inaczej postrzega te litry. Inny przykład: pierścionek zaręczynowy od Mateusza Machaja to nie to samo co pierścionek zaręczynowy od Grzegorza Kołodko, choćby były one fizycznie identyczne. Raz jeszcze widzimy, że ekonomia jest nauką o subiektywnych preferencjach, a nie jakiś fizyczno-mechanistycznych procesach.

Teraz wyobraźmy sobie, że nagle stracę jeden litr wody i zostanę z dwoma. Wtedy użyteczność marginalna jednostki wody wzrasta, ponieważ zaspokaja ona (ten drugi litr) bardziej naglącą potrzebę niż ostatnio (teraz drugą, a nie trzecią). Z kolei, jeśli dostanę dodatkowego litra wody, to użyteczność marginalna spadnie, gdyż ostatni litr, jaki posiadam, zaspokoi potrzebę mniej naglącą niż poprzednio.

Stąd wreszcie udało nam się sformułować prawo podaży. Jeśli na rynku pojawiają się dodatkowe ilości danego dobra, usługi bądź towaru, wtedy cena tego danego dobra zaczyna spadać, ponieważ kolejne jego jednostki będą zastosowane do zaspokajania potrzeb mniej naglących niż poprzednie. Teraz rozumiemy, jak to jest z tymi diamentami i wodą. Woda jest w obfitych ilościach i nie jest dobrem tak rzadkim jak diamenty. Stąd woda jest dobrem, które ma relatywnie niższą cenę niż diamenty (inna sprawa to błąd samego porównywania: co porównuje? wagę diamentów do litrów wody?), ponieważ występuje w większych ilościach. To rzadkość diamentów sprawia, że mają taką wysoką cenę. Jeśli zamienimy sytuację i popatrzymy na przykład pustyni, gdzie diamentów jest znacznie więcej, a wody relatywnie mniej, to wartościowanie się odwraca. Wtedy woda ze względu na swoją rzadkość jest więcej warta niż diamenty. Nota bene dlatego powietrze, bez którego przecież nie przeżylibyśmy więcej niż kilka minut, nie ma ceny w ogóle. Jest tak obfite, że nie ma żadnej ceny. Występuje dla nas w ilościach nieograniczonych (podobnie jak słońce za dnia; ale już nie światło w nocy) i nie trzeba go ekonomizować.

Idzie nam całkiem nieźle. Rozumiemy, co to jest dobro. Rozumiemy, że wartość zależy od tego, jak dobro zaspokaja potrzebę i wiemy, że jak rośnie ilość dobra, to spada jego cena (wartość). Teraz jeszcze musimy zrozumieć wartość dóbr pośrednich, wartość dóbr kapitałowych, wartość dóbr wyższego rzędu, które służą produkcji dóbr niższego rzędu.

Ogólnie rzecz biorąc dobra wyższego rzędu to dobra, które nie służą bezpośredniemu zaspokajaniu potrzeb, a służą pośredniemu zaspokajaniu potrzeb. Chodzi o to, że dobro wyższego rzędu produkuje dobro niższego rzędu, które ostatecznie zaspokaja potrzebę konsumenta. Dobrym przykładem powinna być mąka. Mąka służy wyprodukowaniu chleba, więc jest dobrem wyższego rzędu, gdyż pośrednio zaspokaja potrzebę głodu. Wiemy, że chleb ma wartość, ponieważ służy zaspokojeniu potrzeby głodu i tylko i wyłącznie dlatego ma wartość. Jak zatem do tego wszystkiego ma się mąką? Profesor Menger wyjaśnia:

Wartość dobra niższego rzędu [chleb] nie może być determinowana przez wartość dobra wyższego rzędu [mąka] zużytego do produkcji. Dokładnie na odwrót, ewidentne jest, że wartość dobra wyższego rzędu jest zawsze i bez wyjątku determinowana oczekiwaną wartością dobra niższego rzędu, do jakiego produkcji służy.

Konkluzja jakże prosta, jakże radykalna i jakże często zapominana. Mąka ma wartość, cenę na rynku, ponieważ oczekuje się, że posłuży do zaspokojenia potrzeby: głodu. Mąka ma wartość, ponieważ dzięki niej zostanie wyprodukowany chleb. Praca piekarza ma wartość, ponieważ zmieszana z mąką umożliwi wytworzenie dobra konsumpcyjnego, dobra niższego rzędu - chleba, który zaspokoi pragnienie głodu. Ta reguła nie ma wyjątku. Jeśli ludzie nagle straciliby zainteresowanie samochodami, to maszyny w fabrykach stałyby się całkowicie bezużyteczne. Jeśli ludzie przestaną jeść chleb, to mąka stanie się bezużyteczna. Jeśli ludzie nie będą chcieli kupować pereł, to nurkowanie po nie będzie zupełnie bezużyteczne. Powiedzmy to raz jeszcze głośno: dobra wyższego rzędu służące do produkcji jakiejś rzeczy mają wartość, ponieważ ta wyprodukowana rzecz ma wartość. Środki są cenione przez jednostki, ponieważ stosuje się je do osiągnięcia celu.

Dodam na marginesie, że często zdarza się, iż w świecie nie ma takiego precyzyjnego rozróżnienia. Na przykład osoba piekąca chleb może mieć z tego osobistą satysfakcję, co jeszcze bardziej jest prawdziwe w przypadku geniuszy, artystów itd. Na przykład pracownik w kopalni może czerpać satysfakcję z produkowania dobra, co sprawia, że ta produkcja staje się jednocześnie dobrem konsumpcyjnym, dobrem niższego rzędu, zaspokajającym jego potrzebę samorealizacji. I chociaż jego praca jest bardziej dobrem wyższego rzędu (zanim węgiel zaspokoi jakąś potrzebę konsumpcyjną może minąć wiele), to staje się ta praca także dobrem niższego rzędu.

Koniec końców możemy rozwiązać wreszcie paradoksy, jakie pojawiły się w sprawie przerzucania podatków. Kiedy poruszyłem problem pereł, przedstawiłem go następująco: "Przecież perły są wartościowe i dlatego ludzie po nie nurkują, i to nie nurkowanie nadaje im wartość tylko odwrotnie, mawiał arcybiskup Whately". Mówiąc po mengerowsku, perły są użyteczne dla jednostek i dlatego mają cenę. Zaspokajają potrzebę posiadania ładnej perełki i stąd wysoka cena pereł (dobro niższego rzędu). Wartość produkcji pereł czyli nurkowania po nie (dobro wyższego rzędu), jak pisał profesor Menger, jest "jest zawsze i bez wyjątku determinowana oczekiwaną wartością" perły, jaką się wyłowi. Stąd też cena nurkowania jest wysoka, ponieważ cena, jaką są gotowi konsumenci zapłacić za perłę, jest wysoka. Powiedzmy to wyraźnie: jeśli konsumenci nie chcieliby pereł, to cena za nurkowanie byłaby zerowa (poza przypadkami nurkowania dla samego nurkowania).

Adam Pik odpowiada na to na łamach "Strony Prokapitalistycznej" w sposób następujący:

Nie potrafię zrozumieć przykładu z perłami. Moim zdaniem, to rzadkość i trudność pozyskania, plus piękno, czynią je wartościowymi. Gdyby każdy mógł je posiąść zaczerpnąwszy ręką z kanału, miałyby wartość i cenę żwiru. Czyli znowu koszta określają cenę w jakiś sposób.

Rzadkość tak, piękno też, ale czy trudność pozyskania? Posłuchajmy, co mówi na ten temat Karol Menger:

Nie ma żadnego koniecznego i bezpośredniego powiązania między wartością dobra i tego czy, oraz ilości godzin, została włożona praca i inne dobra wyższego rzędu zastosowane do jego produkcji (...) To, czy diament został znaleziony przypadkowo, czy wydobyty z ziemi przy użyciu tysięcy dni pracy jest zupełnie nieznaczące dla jego wartości.

Zatem nasz pierwszy Austriak rozwiewa wszelkie wątpliwości. To, czy perełka była wyłowiona przez specjalistę, czy znaleziona, nie jest istotne dla jej wartości. Cena nie ma nic wspólnego z kosztami - o cenie decyduje konsument. I nie robi tego w takim sensie, że określa bezpośrednio cenę (wtedy byłaby zerowa). Konsument określa cenę w takim sensie, że w zależności od tego, ile jest gotów zapłacić za dane dobro, to taką ma ono cenę. Jeśli konsumenci nie chcieliby kupować pereł, to nurkowanie po nie staje się niepotrzebne. Jeśli konsumenci nie chcą kupować samochodów, to ich fabryki stają się bezużyteczne itd.

Jakie zatem wątpliwości podniósł Adam Pik? Coś tam chyba się jednak kryje za tymi słowami?

Tak. Chodzi o to, że rzucając skojarzenie ze żwirem autor złamał zasadę ceteribus paribus odwracając warunki. Żwiru jest znacznie więcej niż diamentów, jest bardziej obfity niż diamenty i to nasuwa błędne skojarzenie.

Załóżmy dwa przypadki. Pierwszy: mamy określoną liczbę pereł na dnie oceanu, po które trzeba nurkować. Drugi: mamy określoną liczbę pereł (ale taką samą jak w pierwszym przypadku), ale można je wydobyć sięgając po nie ręką jak po żwir. Czy cena tych pereł będzie różna w obydwu przypadkach? Odpowiedź brzmi: nie. Cena dalej będzie zależała od tego, ile konsumenci będą gotowi za perły zapłacić. Koszty nie mają z tym związku. Pereł jest mało, ludzie sięgną po nie do wody, wydobędą je jak żwir i staną się właścicielami, ale cena dalej pozostanie ta sama jak w przypadku wyławiania z dna oceanu.

Jeśli natomiast Adam Pik zwiększy liczbę pereł i uczyni to dobro tak obfitym jak żwir, to oczywiście spadnie cena pereł, ale nie dlatego, że spadną koszty, tylko dlatego, że bezpośrednio wzrośnie ilość pereł, co zgodnie z prawem malejącej użyteczności marginalnej, zmniejszy marginalną wartość jednostki (cenę perły).

Perełki rzeczywiście są wartościowe, bo jednostki postrzegają je jako piękne i cudowne. Rzeczywiście perełki są wartościowe, ponieważ są rzadkie, a gdyby było ich więcej, to cena poleciałaby w dół. Jednakże perły nie są drogie dlatego, że ktoś po nie nurkuje i bierze za to ciężkie pieniądze. On nurkuje po perły i bierze za to ciężkie pieniądze, ponieważ perły, jakie wydobędzie będą miały wysoką wartość.

Należy pamiętać także, że prawo malejącej użyteczności marginalnej ma zastosowanie także do dóbr wyższego rzędu. Rzeczywiście wartość dobra wyższego rzędu zależy od tego, jaka będzie wartość wyprodukowanego dobra niższego rzędu. Jednakże jeśli rośnie ilość dobra wyższego rzędu, to także spada jego cena, gdyż kolejna jednostka jest zastosowana do produkcji dobra, jakie spełni mniej naglącą potrzebę. Stąd dodatkowi płetwonurkowie będą zatrudniani po mniejszych płacach, a jak już zaczną wydobywać więcej tych pereł, to cena pereł spadnie z kolei ze względu na wzrost ilości pereł na rynku.

Proszę pamiętać, że w przykładzie z perłami na dnie i perłami do sięgnięcia jak po żwir (ale w tej samej ilości, co w przypadku pierwszym) pominąłem dwie inne, ważne kwestie. Pierwsza sprawa to czas. Sięgnięcie po perły leżące jak żwir wymaga mniej czasu niż nurkowanie po nie. W ten sposób wraca odwieczny problem czasowej preferencji i procentu, co trochę zmienia wycenianie poszczególnych czynników produkcji i jej efektów. Druga sprawa to specyficzność środków produkcji, które można stosować w rozmaitych procesach produkcyjnych. Chodzi o to, że jeśli nakręcenie filmu o rybach przez płetwonurka pod wodą przyniesie mu więcej pieniędzy niż wyłowienie pereł, to nie zajmie się łowieniem pereł tylko użyje środków (umiejętności i sprzętu) do realizacji innego, bardziej opłacalnego projektu. W ten sposób zmniejszy się liczba wydobywanych pereł, ponieważ płetwonurkowie zostaną zatrudnieni przy innych procesach produkcyjnych. A jak będzie mniejsza ilość pereł na rynku, to zgodnie z prawem podaży marginalna jednostka (jeden perła) będzie miała większą wartość (cenę) niż w przypadku, gdyby tych pereł było więcej.

Wszystko trzeba analizować bardzo powolutku i dokładnie, aby nie pomieszać przyczyny ze skutkiem. Mam nadzieję, że powyższy wywód jest w miarę jasny. "Zasady ekonomii" profesora Mengera pozostają najlepszym wstępem do austriackiej teorii mikroekonomicznej. "Koszty" oczywiście są ważne, ale nie są ostateczne; ostateczne jest wartościowanie przez konsumenta.

Odniosę się jeszcze do samych wątpliwości podatkowych. Rzeczywiście wygląda na to, że podatek nałożony na ilość (na przykład 50 złotych od jednego klienta albo iluś złotówek na określoną fizyczną ilość benzyny) wpływa na cenę, ponieważ w tej sytuacji koszt jest nieelastyczny. Można zmniejszyć zbyt i zwiększyć zyski, ponieważ sam mniejszy zbyt spowoduje obniżenie podatku. Przykład z prostytutką pokazuje to dobitnie, co sprawnie i zręcznie pokazał autor. Niemniej jednak, jeśli podatek nałożony na prostytutkę będzie procentowy, to cena za jej usługi nie ulegnie zmianie. W każdym razie namawiam do dalszej dyskusji w tej sprawie.

Mateusz Machaj

(14 lipca 2003)

Skomentuj ten artykuł
(wpisując jego tytuł w temat)



Umieść poniższe bannery na swojej stronie WWW








Webmaster
Copyright 2001, Paweł Sztąberek




Wśród autorów tekstów
m.in.:

Ludwig von Mises
Mark Skousen
Lawrence W. Reed
Doug Bandow
Walter Block
Donald K. Jonas
Burtom Folsom
Alan Levite
Paul A. Cleveland
Hans F. Sennholz
Albert J. Nock
Dwight R. Lee
Michael Novak

ooooooooooooooooooooooooi
Przyślij swoją opinię


Czytelnicy
piszą