Strona główna




Lekcja ekonomii

Wstęp ad personam

Pan Grzegorz Ziółkowski w liście z 19 sierpnia 2003 roku uraczył Czytelników "Strony Prokapitalistycznej" dziwnymi enuncjacjami na temat mojej osoby. Owóż można się z nich dowiedzieć, że odgryzam palce ze złotymi pierścieniami, że pisuję w "Gazecie Wyborczej" no i że dobrym przezwiskiem dla mnie jest słówko "świr" skoro nazywam się Świrski.

Cóż mogę na takie rewelacje odpowiedzieć? Mogę jedynie sprostować, że brak mi złotych pierścieni na palcach, nie pisuję też w "Wyborczej". A co do ostatniej sprawy, to cóż, przezwiska są kwestią gustu. Poza tym muszę stwierdzić, że jeśli pan Ziółkowski chciał mi w ten sposób zrobić przykrość, to mu się udało. Ale tylko częściowo. Jest mi przykro tylko częściowo, ponieważ skoro pan Ziółkowski zamiast argumentować merytorycznie był łaskaw przywalić mojej skromnej osobie, to niechybnie merytorycznych argumentów nie posiada. Bo fakt że się nazywam tak a nie inaczej, że odgryzam lub nie palce, pisuję tu albo i nie tu, nie ma przecież nic wspólnego z problemem standardu złota. A może się mylę?

Wstęp merytoryczny

Oprócz garści inwektyw pan Ziółkowski zechciał w swoim liście umieścić także dwa "mocne" merytoryczne argumenty (trzeci czyli stwierdzenie, że moje argumenty "są jałowe" pomijam, bo co mam odpowiedzieć? Że "nie są"? Przecież wtedy pan Ziółkowski napisze, że "są" i tak będziemy się bawić w berka).

Pierwszy zarzut jest taki, że sam sobie przeczę, gdy piszę, że jestem za wolnym rynkiem kruszców, walut itd. a jednocześnie stwierdzam, że tylko "gold is money".

Nie uważam, że popełniam jakąś sprzeczność będąc jednocześnie za wolnością i standardem złota. Jestem za wolnością, bo jestem zwolennikiem wolności (proszę wybaczyć to masło maślane, ale nie widzę sensu kolejnego tłumaczenia się dlaczego jestem zwolennikiem wolności, zainteresowani niech zajrzą do mojego manifestu). Zaś jestem zwolennikiem standardu złota, ponieważ wynika to z historycznych obserwacji. Wszędzie gdziekolwiek ludzie posiadali w kwestii kruszcu i waluty wolną rękę zwyciężał standard złota. Ba nawet tam gdzie nie było wolności władcy narzucali właśnie ten standard a nie inny. Dopiero w dzisiejszych czasach rządy stosują metodę pustego pieniądza za którym nie kryją się odpowiednie rezerwy. Tak więc z jednej strony jestem programowo za wolnością, z drugiej zaś, ponieważ historia jest nauczycielką życia nie widzę sensu w wyważaniu otwartych drzwi. Jestem zwolennikiem standardu złota. Jak to napisałem w swoim poprzednim artykule dopóki nie powstanie kamień filozoficzny albo nie nastąpi inne tego typu zjawisko, dopóty tylko standard złota ma rację bytu.

Pozostaje kwestia jak ten standard wprowadzić. Ponieważ jestem zwolennikiem wolności uważam, że tego standardu nie trzeba narzucać siłą czy odgórnymi nakazami. Wystarczy bardzo niewiele. Po pierwsze pozwolić każdemu chętnemu na zakładanie banku, po drugie pozwolić bankom na emisje własnych banknotów (oznacza to zniesienie monopolu NBP oczywiście). To wszystko. Resztę zrobi niewidzialna ręka rynku.

Jak to zrobi? Proszę bardzo. Służę zgrubnym opisem. Powstaną na przykład banki oparte na zbożu powiedzmy jakiś Dyzma Bank, powstaną oparte na drewnie np. Cypisek&Rumcjas Bank of New Yitschyn, powstaną oparte na ropie np. Szejk Bank, powstaną też banki oparty na złocie np. Golden Bank. Na początku ludzie wybiorą trochę tej waluty, trochę tamtej. W miarę jednak upływu czasu banki nieoparte na złocie będą tracić chętnych do nabywania swoich banknotów. Dlaczego? Ano np. jakiś pracownik Szejk Banku zapomni w tanksejfie wyłączyć komórkę, zrobi się iskra a potem takie fajerwerki, że będą widziane z odległości 300 kilometrów. W Nowym Jiczynie pewnego roku przyjdzie wichura i powali drzewa, te zaś drzewa które były składowane i suszone w sejfach spróchnieją albo zalegną się w nich korniki. Podobnie w banku zbożowym bardzo łatwo może dojść do zgnicia pszenicy czy np. ataku szkodników. Na placu boju pozostaną banki oparte na złocie.

W całym tym ambarasie chodzi o to, że złoto o wiele łatwiej zabezpieczyć przed czyhającymi nań niebezpieczeństwami niż drewno, zboże, ropę, czy cokolwiek innego i poza tym na złoto czyha o wiele mniej niebezpieczeństw niż na inne kruszce, złoto łatwiej się przechowuje itd. itp. Tak więc jeśli mogę trzymać całość swoich oszczędności w złocie, to dlaczego część miałbym trzymać w o wiele mniej pewnej ropie albo drewnie? Akurat tutaj dywersyfikacja jest szkodliwa. Natomiast może istnieć dywersyfikacja polegająca na trzymaniu kilku walut, kilku różnych banków opartych na jednym kruszcu - złocie.

Oczywiście na wolnym rynku oprócz banków opartych stricte o standard złota pojawią się takie, które będą pod zastaw swoich zasobów pożyczały a nawet będą takie, które będą pożyczały więcej niż mają zasobów. Nie mam nic przeciwko dopóki banki będą informowały o swojej polityce i dopóki klienci będą posiadali wolność wyboru. Uważam, że klienci w większości wybiorą banki najsolidniejsze czyli ze 100% pokryciem. Jeżeli ktoś uważa inaczej to cóż, musimy z rozwiązaniem tego sporu poczekać do czasów wolności.

Drugi zarzut pana Ziółkowskiego polega na tym, że nie próbuję swoich przekonań wcielać w czyn poprzez założenie banku opartego na standardzie złota, bo: "Słowa uczą, przykłady pociągają". Zupełnie nie rozumiem tego zarzutu. Równie dobrze można by i jakiemuś księdzu postawić taki argument. Wyobraźmy sobie, że biskup naucza, że trzeba kochać się w małżeństwie, że trzeba przyjąć dzieci którymi Bóg obdarzy itd. a wtedy wstaje pewien wierny i powiada: "Słowa uczą, przykłady pociągają. Jak miewa się małżonka waszej ekscelencji no i jak tam dzieci?"

Zresztą w ten sposób pan Ziółkowski mógłby zaatakować każdy mój pogląd. Na przykład jestem zwolennikiem prywatyzacji kopalń, lecz gdyby do licytacji doszło, nie mam zamiaru kupować żadnej, bo nie mam odpowiednich funduszy a nawet gdybym miał, to zamiast kopalni wolałbym kupić np. szkołę (nawiasem mówiąc jestem zwolennikiem prywatyzacji szkół). Jestem też na przykład zwolennikiem tego, by gabinety lekarskie mogli otwierać ludzie nie posiadający medycznego wykształcenia, byleby tylko ich pacjenci o tym fakcie wiedzieli. Ale od razu przyznaję, że nawet gdyby doszło do realizacji moich poglądów w tym zakresie, to nie zamierzam otwierać np. gabinetu dentystycznego (w tej chwili nie mogę nawet choćbym chciał, bo nie mam odpowiedniego auswaisu oraz bladego pojęcia o stomatologii), ba gdy takowe gabinety powstaną, to najprawdopodobniej i tak będę chodził do takiego, w którym leczy osoba odpowiednio wykształcona "z papierami."

Czy to deprecjonuje moje poglądy? To, że jestem za wolnością? To, że uważam, że jeśli ktoś chce, to niech się leczy u znachorów czy gdzie tam mu się żywnie podoba i uważam, że zakaz prowadzenia działalności lekarskiej (adwokackiej, spawalniczej itd.) wobec osób, które nie mają odpowiedniej bumagi, jest naruszeniem wolności?

Podkreślam - przecież mogę tak uważać jak uważam i nie muszę tego potwierdzać osobistym uczestnictwem w każdym poglądzie na gospodarkę, bo po pierwsze zabrakło by mi życia, by osobistym przykładem potwierdzić wszystkie moje poglądy. Po drugie zdaję sobie sprawę, że jako lekarz, adwokat, właściciel prywatnej kopalni czy w jeszcze innym przypadku nie dałbym sobie rady i co? Czy to by znaczyło, że prywatyzacja kopalń jest złem? A czy np. gdyby teraz zbankrutował IBM, to oznaczałoby, że prywatne firmy komputerowe nie mają racji bytu i te które jeszcze istnieją powinny zostać jak najszybciej upaństwowione? Po trzecie wreszcie poglądy gospodarcze to nie wiara w Boga którą trzeba potwierdzać całym swoim życiem.

Zresztą na marginesie załóżmy, że spróbuję wykorzystując luki prawne założyć bank złotowy. Jeśli będzie mi źle szło, splajtuję i sprawa się skończy (nie będzie to jeszcze oznaczało, że nie mam racji - patrz przykład z IBM). Załóżmy jednak że będzie mi szło dobrze. Przecież jasne jest, że państwo tego tak nie zostawi. Natychmiast załata wszystkie dziury albo i bez łatania wsadzi mnie do tiurmy.

Zobaczmy zresztą jak to wygląda na rzeczywistym przykładzie. Ponieważ akcyza na benzynę rośnie i rośnie, więc ludzie pozakładali sobie instalacje gazowe w samochodach. A co na to państwo? Już są propozycje, by akcyzę na gaz zrównać z akcyzą na benzynę. Na razie rząd się wstrzymuje. Po prostu czeka na chwilę, gdy wszyscy już będą jeździć na gazie a akcyza nakładana na benzynę nie będzie generować odpowiednich dochodów. Żeby nie być gołosłownym do 2010 roku według projektów UE akcyza na olej napędowy i benzynę ma być identyczna więc po co wierzgać przeciw ościeniowi? Tu trzeba zmiany ustroju a nie samurajsko-kamikadzowskich prób osobistego udowadniania, że my mamy rację a etatyści nie. Dopóki etatyści dzierżą władzę, dopóty wszelkie radykalne oddolne zmiany są niemożliwe, bo łatwe do utrącenia (co innego organiczna praca u podstaw). Więc ja nawet gdybym miał do tego smykałkę (żyłkę bankowca), to nie zakładałbym teraz banku złotowego i już. Ale to tak na marginesie, bo główne argumenty przytoczyłem wcześniej.

Lekcja pierwsza - operacja "machniom"

W niniejszym tekście jeszcze raz spróbuję wytłumaczyć dlaczego pan Ziółkowski nie ma racji. W to, że go przekonam nie wierzę, ale może komuś z czytelników Strony Prokapitalistycznej ten tekst się przyda jako maksymalne wyłożenie kawy na ławę.

Podstawą ekonomii jest handel. Na czym polega handel, jak można by go zdefiniować? Ale nie w uczony sposób tylko najprostszymi słowami.

Handel pierwotnie polegał na barterze. W ten sposób cofamy się do ery sprzed wynalezienia pieniądza, aby na jak najprostszym przykładzie zrozumieć o co chodzi. Pan Machaj posiłkuje się tutaj zazwyczaj Robinsonem i Piętaszkiem. Pójdę w jego ślady.

Wyobraźmy sobie taką sytuację. Robinson łowi ryby a Piętaszek zrywa kokosy. Robinson nie umie wchodzić na drzewa a Piętaszek nie umie łowić ryb. Piętaszek ma już dość jedzenia kokosów i z chęcią zjadłby rybę a Robinson ma już dość ryb i z chęcią spożyłby kokosa. Co się dzieje? Dochodzi do wymiany towarowej. Zawarta zostaje transakcja. Rodzi się handel. Na tym najprostszym przykładzie widzimy doskonale na czym polega handel. Handel polega na tym, że Robinson ma coś czego nie chce, zaś to co stanowi przedmiot pragnień Robinsona znajduje się w posiadaniu Piętaszka; z kolei Piętaszek chce tego co ma Robinson a nie chce tego co sam posiada. W efekcie dochodzi do wymiany. Robinson pozbywa się czegoś czego nie chce i dostaję w zamian coś co potrzebuje, Piętaszek identycznie - pozbywa się czegoś czego nie chce a dostaje to czego potrzebuje. To jest praktycznie cała tajemnica handlu i ekonomii. W handlu zawsze o to chodzi, że ktoś w zamian za coś czego nie chce dostaje coś co potrzebuje obojętnie czy będą to kokosy, derywaty, praca najemna czy działki na Księżycu, obojętnie czy rzecz odbywa się w transakcji typu towar za towar, usługa za usługę, pieniądz za pieniądz (czy mieszanie) itp. itd. zawsze chodzi o to samo.

Wróćmy teraz do Piętaszka i Robinsona. Jeśli już się tak szczęśliwie złożyło, że Robinson, który ma ryby (i nie tylko ma ale i ma ich powyżej uszu) a chce kokosów spotyka Piętaszka, który ma kokosy (i ich dość już) a chce ryb, to dochodzi do transakcji. Jednak tak naprawdę, aby zaistniał handel, oprócz tego co napisałem powyżej (że obie strony nie chcą tego co posiadają a chcą posiadać to co ma druga strona), musi zostać uzgodniona jeszcze jedna mała sprawa - cena. Obie strony muszą się dogadać co do przelicznika zgodnie z którym odbywać się będzie operacja "machniom." Może się zdarzyć, że do handlu nie dojdzie właśnie z powodu niemożności porozumienia się w kwestii ceny. Czy więc cena jest czymś złym?

Zobaczmy najpierw co to jest cena. Cena mówi o ile wyżej dana strona transakcji wartościuje to czego nie ma ponad to co ma. Jeżeli Robinson zgadza się na cenę tysiąc ryb za jednego kokosa to znaczy, że ma tych ryb naprawdę i serdecznie dość a kokosy wprost uwielbia. Z kolei gdy za jedną rybę, woła 1000 kokosów, to znaczy, że tak naprawdę jeszcze ryby mu nie zbrzydły (przynajmniej w porównaniu do kokosów).

Wbrew pozorom cena nie stanowi jakiejś przeszkody przy zawieraniu transakcji. Dzięki temu, że ustalana jest na drodze negocjacji i kompromisu sprzyja ona jak największej ilości transakcji. Wyobraźmy sobie, że Robinsonowi ryby już zbrzydły do nieprzytomności a Piętaszkowi kokosy nadal bardzo smakują. Na pierwszy rzut oka transakcja jest niemożliwa, żadnego handlu, żadnej ekonomii tu nie będzie. Na szczęście z pomocą przychodzi cena. Po prostu gdy Robinson podbije cenę do np. 1000 ryb za jednego kokosa Piętaszek nagle odkrywa, że kokosy już mu zbrzydły a ryby to ponętna strawa. Następuje wymiana, pojawia się handel. Na tym przykładzie widzimy, że cena musi być wolna od wszelkich odgórnych regulacji, bo tylko wtedy gdy cena jest nieregulowana, dochodzi do największej liczby transakcji, to znaczy do tego, że najwięcej ludzi pozbywa się czegoś czego nie chce na rzecz czegoś czego pragnie. W gospodarce regulowanej ludzie są nieszczęśliwi, ponieważ muszą posiadać to czego nie chcą a nie mogą wejść w posiadanie czegoś czego bardzo pragną. I dotyczy to obu stron transakcji!! Hipotetycznych transakcji, które z powodu regulacji cen nie mogą dojść do skutku. Oczywiście w gospodarce regulowanej natychmiast pojawia się czarny rynek, wszak Bóg stworzył człowieka po to, aby ten dążył do szczęścia.

Wróćmy teraz do pana Ziółkowskiego. Proponuje on np. by piekarzowi za chleb płacić w mące, wodzie, drożdżach, węglu itd. czyli we wszystkim tym co się złożyło na bochenek. Jest to kompletne zaprzeczenie handlu. Przecież jeżeli amator chleba zgromadzi wszystkie składniki potrzebne do powstania chleba, to po prostu wstawi je do piekarnika i upiecze chleb. Gdyby pan Ziółkowski był konsekwentny powinien pójść dalej w tym kierunku i napisać, że każdy kto chce kupić świeżutki pachnący chlebek powinien się zgłaszać do piekarni nie z mąką, węglem itd. ale ze świeżutkim, pachnącym bochenkiem upieczonym własnym sumptem. Tylko, że gdyby każdy piekł chleb w domu, to po jaką chorobę odwiedzałby piekarnię? No ale załóżmy, że chodzi tu tylko o składniki. Sęk w tym, że piekarz kupuje je tanio, po cenie hurtowej (tona mąki, tona węgla itd.). Jeśli pojedynczy klienci piekarni będą kupować składniki potrzebne na wypieczenie zaledwie jednego chleba, to zapłacą drogo i w istocie ten bochenek będzie ich kosztował bardzo drogo. Poza tym mąka mące nierówna (tortowa, poznańska, wrocławska itd.), drożdże drożdżom a węgiel węglowi. Trzeba by zacząć określać z jaką dokładnością składniki odtworzeniowe muszą być identyczne z tymi zużytymi. Poza tym czy piekarz naprawdę po to piecze chleb, by dostać w zamian mąkę, drożdże, węgiel itp.? Gdyby o to mu chodziło, to by nie zużywał tych składników do produkcji chleba! W rzeczywistości piekarz po to piecze chleb, by w zamian móc kupić milion innych rzeczy np. sok pomarańczowy, los na loterii, samochód, telewizor, podręczniki dla dzieci, krawat, wycieczkę do Egiptu, kwiaty dla żony, lokatę w banku itd. itd. Składniki potrzebne do wypieku następnej partii chleba to zaledwie ułamek wszystkich wydatków piekarza i on już najlepiej o ten zakup zadba we własnym zakresie (od stałego, taniego, pewnego dostawcy a nie od przypadkowych detalicznych klientów przynoszących najróżniejsze porcje mąki najróżniejszych gatunków i najróżniejszej jakości).

I to dlatego panie Ziółkowski choć wyobrażam sobie, że cenę chleba można przeliczyć na mąkę, drożdże, węgiel itd. (np. za pośrednictwem złotówek), a nawet wyobrażam sobie, że w wyjątkowych wypadkach piekarz przyjmie mąkę, drożdże itd. jako zapłatę za chleb (ale po niekorzystnym kursie dla klienta! Np. w czeskich sklepach, restauracjach, stacjach benzynowych przyjmą każdą walutę świata, ale po mocno "zaokrąglonym" w górę kursie), to niewyobrażam sobie by taka sytuacja mogła być gospodarczą regułą. Rynek bowiem dąży nie do dywersyfikacji kruszców, ale do ujednolicenia, do znalezienia jednego wspólnego mianownika dla wszystkich towarów.

Lekcja druga - rynek w poszukiwaniu "jokera"

Tu pojawia się następny problem, bo chleb to tylko jeden towar a przecież człowiek kupuje tysiące różnych wyrobów. Czy za każdym razem ma płacić składnikami potrzebnymi do ich odtworzenia? I to w sytuacji gdy sprzedawcy tych produktów marzą nie o tym, że dostaną z powrotem to co sprzedają, lecz marzą o czymś zupełnie innym? Przecież na tym polega handel. Jeżeli ktoś coś wystawia na sprzedaż to znaczy, że tego nie chce, jakże więc płacić mu tym czego on nie chce i właśnie się pozbywa? Najbardziej jaskrawym przypadkiem tego typu jest sytuacja, gdy piekarnia kończy swoją działalność i wypuszcza ostatnią partię chleba - od jutra były już piekarz będzie prowadził zakład fryzjerski. Jasne jest, że wtedy nawet nie spojrzy na przynoszone przez klientów składniki chleba. O, gdy ktoś będzie domyślny i przyniesie coś przydatnego w zakładzie fryzjerskim, to co innego (jeśli do tej pory piekarz-fryzjer jeszcze nie zgromadził wszystkich akcesoriów).

Zresztą życie jest tak pełne niespodzianek, że zapłatę brać najlepiej w czymś co będzie maksymalnie uniwersalne, w czymś za co można bez problemów kupować bardzo różne produkty (bo najlepszą kartą jest joker a najlepszym mianownikiem jest mianownik wspólny dla wszystkich ułamków). Tymczasem składniki chlebowe (podobnie jak akcesoria fryzjerskie) przez to, że są tym czym są, ściśle determinują to co może z nimi zrobić piekarz (fryzjer). Najlepiej gdy upiecze z nich chleb (wykona usługę fryzjerską), każda inna operacja przyniesie mniejszy zysk albo nawet stratę. Tymczasem życie może przynieść np. taką niespodziankę, że żona piekarza ulegnie wypadkowi i potrzebna będzie pilna i kosztowna operacja. Czy naprawdę chirurg ucieszy się z tego, że pod szpital podjedzie TIR mąki? I nie chodzi mi tu o łapówkę, ale o to, że do operacji potrzebne są bardzo drogie komponenty - mąka ich nie zastąpi. A nie wiadomo czy producent tych komponentów ma ochotę na kilka ton mąki tortowej. Nawet jeśli się zgodzi to jasne, że kurs wymiany będzie bardzo niekorzystny dla piekarza. Dlatego jeśli nie można wymienić sprzedawanego produktu bezpośrednio na coś czego się pragnie, najlepiej wymieniać się na coś co jest maksymalnie uniwersalne (joker, wspólny mianownik), co z maksymalnie niską stratą (w porównaniu do bezpośredniej wymiany) można wymienić później na pożądany produkt.

Zobaczmy to na przykładzie Robinsona i Piętaszka. Załóżmy że Robinson łowi ryby i nie umie wdrapywać się na drzewa, natomiast Piętaszek nie tylko zrywa kokosy, ale ryby też potrafi łowić. Po pewnym czasie Robinsonowi zbrzydły ryby i ma ochotę na kokosa, natomiast Piętaszkowi zbrzydły i kokosy i ryby a ma ochotę na... udziec z dzika (zakładam, że Piętaszek nie umie polować). Czy w takim razie możliwy jest handel? Oczywiście nie i to niezależnie od maksymalnej ceny (mierzonej w rybach) jaką mógłby zaproponować Robinson za kokosa. Piętaszek ma dość własnych ryb, on pragnie skosztować dziczyzny. Rad nie rad Robinson udaje się na poszukiwanie myśliwego (zakładam, że Robinson też nie umie polować). Znalezienie myśliwego to nie jedyny problem Robinsona, trzeba jeszcze znaleźć takiego myśliwego, który ma ochotę wymienić udziec na ryby. To nie wszystko. Trzeba jeszcze znaleźć takiego myśliwego, który ma ochotę wymienić udziec na ryby i z którym Robinson może dogadać się co do ceny. Wtedy dokonuje się transakcja Robinson-myśliwy a później Robinson-Piętaszek. Na tym przykładzie widać wielką uciążliwość gospodarki barterowej. Aby jeszcze spiętrzyć problem wyobraźmy sobie co się stanie, gdy myśliwy nie ma ochoty na ryby, natomiast potrzebuje np. miodu. Wtedy Robinson udaje się na poszukiwanie bartnika, ale czy znalezienie pszczelarza będzie końcem jego odysei? Nie wiadomo.

Poza olbrzymią stratą czasu gospodarka barterowa powoduje olbrzymie straty ekonomiczne. Chodzi o to, że aby dostać swoje wymarzone kokosy Robinson musi przeprowadzić kilka transakcji co podraża koszty. Kto nie wierzy niech weźmie 1000 zł pójdzie do kantoru i wymieni je na dolary, następnie dolary na euro, euro na funty, funty na jeny, jeny na franki szwajcarskie. Założę się, że po takiej karuzeli klient kantora dostanie o wiele mniej franków niż gdyby bezpośrednio w jednej transakcji wymienił złotówki na franki.

Jedynym lekarstwem na bolączkę gospodarki barterowej jest znalezienie jokera czyli tzw. "towaru uniwersalnego." Jest to produkt, który jest potrzebny prawie każdemu, praktycznie każdy chce go mieć.

Robinson zamiast szukać myśliwego, bartnika itd. proponuje Piętaszkowi towar uniwersalny w zamian za kokosy. Piętaszek akurat ma jokera pod dostatkiem, jeśli chodzi o jego własne potrzeby, ale nie odprawia Robinsona z kwitkiem. Piętaszek dochodzi bowiem do słusznego wniosku, że transakcja "towar uniwersalny za kokosy" nie jest taka zła. Myśli sobie: "Co prawda ja już mam jokera na dzisiaj pod dostatkiem, ale przecież za tą ilość, którą wytarguję od Robinsona za kokosy, będę mógł kupić dzisiaj od myśliwego udziec z dzika a jak nie, to zużyję ten towar jutro dla siebie." I o to chodzi! Gospodarka barterowa wstępuje na nowy poziom rozwoju, właściwie zamienia się już w gospodarkę pieniężną, bo "towar uniwersalny" to nic innego jak protoplasta pieniądza a właściwie kruszcu.

Przyjrzyjmy się teraz cechom jakie powinien posiadać "towar uniwersalny." Po pierwsze powinien być... uniwersalny to znaczy potrzebny praktycznie każdemu.

Po drugie powinien być trwały, im trwalszy tym lepiej, trwały to znaczy zachowujący swoje właściwości w niezmienionej formie nawet w niesprzyjających okolicznościach. Dlaczego? Bo wtedy można dokonywać transakcji takim towarem bez obawy, że straci na wartości, jeśli nie zostanie szybko zużyty. W powyższym przykładzie Piętaszek myśli w perspektywie dnia dzisiejszego i jutrzejszego, co wymaga by towar uniwersalny nadawał się do wykorzystania po upływie 24 godzin, ale przecież można też rozważać okres tygodnia, miesiąca a nawet lat. Trwały towar uniwersalny umożliwia oszczędzanie, odkładanie na później, gromadzenie, akumulację bogactwa, skłania też do przeprowadzania transakcji, nawet jeśli ktoś ma tego towaru pod dostatkiem na długi okres.

Po trzecie towar uniwersalny powinien być jak najbardziej jednorodny i jak najbardziej podzielny. Co to znaczy? Załóżmy, że Piętaszek w zamian za kokosy dostał od Robinsona 5 pudów t.u. (towaru uniwersalnego), natomiast myśliwy zgodził się sprzedać Piętaszkowi udziec z dzika w zamian za 3 i 17/19 puda t.u. Towar uniwersalny powinien dać się podzielić i to bez utraty wartości. Kontrprzykładem może być tutaj drewno. Deska jest więcej warta, gdy jest w całości niż gdy jest przecięta na pół. Mówiąc jeszcze prościej dwumetrowa deska jest więcej warta niż dwie jednometrowe (bo można z nią zrobić wszystko to co z dwiema jednometrowymi i jeszcze więcej). Jak widać drewno jest podzielne, ale w wyniku podziału traci na wartości. Dlatego drewno kiepsko się sprawdza w charakterze jokera a Cypiskowo-Rumcajsowe banki drzewne można włożyć między bajki.

Co to znaczy jednorodny? To znaczy że niezależnie, które 3 i 17/19 puda Piętaszek odmierzy myśliwemu z 5 pudów (z wierzchu, z boku, od spodu, ze środka itd.) myśliwy będzie jednakowo zadowolony. Kontrprzykładem niech znowu będzie drewno. Załóżmy, że w sprzedaży jest dwumetrowa deska a klient prosi o połówkę. W desce przy jednym z końców znajduje się sęk. Czy klient będzie jednakowo zadowolony niezależnie od tego, którą połówkę dostanie (z sękiem, czy bez sęka)? Aby zaobserwować jak ważna jest jednorodność wystarczy przejść się do sklepu mięsnego i zobaczyć jak gospodynie domowe kupują towar na obiad. Jednorodność oznacza też, że trudno sfałszować t.u. Na przykład ropa ma bardzo słabą jednorodność (w porównaniu do złota), bo łatwo się miesza z innymi substancjami i trudno podrobiony litr rozpoznać bez specjalistycznych narzędzi.

Po czwarte towar uniwersalny powinien być rzadki czyli cenny. Chodzi o to, żeby nie trzeba było w przypadku zakupu byle dupereli dźwigać olbrzymich ilości t.u. Rodzi to bowiem dodatkowe koszty i niepotrzebnie naraża na możliwość kradzieży. Ba, jeśli tak się dzieje już w przypadku małej rzeczy, to co dopiero, gdy ktoś zapragnie kupić coś drogiego. Może się wtedy okazać, że koszt transportu t.u. będzie istotnym dodatkiem do ceny kupowanego dobra a w skrajnym przypadku może nawet ją przewyższyć.

Wymienione cechy to chyba wszystkie niezbędne właściwości towaru uniwersalnego, jeśli coś pominąłem to nie wątpię, że pan Machaj uzupełni.

Teraz możemy sobie zadać pytanie o konkretny historyczny przypadek jokera, towaru uniwersalnego. Była nim na przykład... sól - potrzebna każdemu, trwała, jednorodna, podzielna i cenna. Dzisiaj oczywiście sól nie spełnia warunków wspólnego mianownika dla wszystkich towarów. Jest zbyt tania i zbyt małe na nią zapotrzebowanie (np. zamiast peklować prościej mięso włożyć do lodówki). Zresztą zawody o miano najlepszego towaru uniwersalnego bezsprzecznie na naszym globie wygrało złoto. Złoto łączy w sobie najlepszą kombinację cech t.u. - trwałość jednorodność, podzielność i rzadkość. Jeśli chodzi o najważniejszą i decydującą cechę, to nie jest ono potrzebne każdemu (jedynie - lub jak kto woli aż - funkcja ozdobna + zastosowanie w elektronice), ale wzbudza tak duże pożądanie, że wychodzi na to samo.

Witold Świrski
(16 luty 2004)

Skomentuj ten artykuł
(wpisując jego tytuł w temat)



Umieść poniższe bannery na swojej stronie WWW








Webmaster
Copyright 2001, Paweł Sztąberek




Spis Autorów

Komentarz tygodnia

Książki
polecane

Czytelnicy
piszą

1 2 3 4
oooooooooooooooooooooooi
Subskrypcja
Jeśli chcesz być powiadamiany o nowościach na "SP" wpisz swój adres e-mail


Powiadom znajomego o "SP" wpisując jego adres e-mail

ooooooooooooooooooooooooi
Przyślij swoją opinię