Strona główna

Unia Europejska ogranicza wolny rynek

Słucham różnych opinii na temat integracji z Unią Europejską i cały czas brakuje mi w nich przyjęcia jakiejś optyki, która pomoże podjąć właściwą decyzję. Artykuł Tomasza Laskowskiego sprawił, że postanowiłem się wypowiedzieć, szczególnie dlatego, że zaatakowane zostało całe środowisko wolnorynkowe ze względu na swój "sekciarski" charakter.

Na początek odpowiedzmy na obawy autora związane z tym, że wolnorynkowcy są sekciarzami. Z pewnością nie chodziło mu o to, że przyjmujemy postać ugrupowania religijnego, ponieważ ugrupowanie na charakter ideologiczny. Poza tym nie od dzisiaj wiadomo, że wśród wolnorynkowców są ludzie rozmaitych wyznań, narodowości. I bogaci, i biedni. Katolicy i ateiści. Buddyści i Baptyści. Bruneci i blondyni. Żydzi i Japończycy. Można tak mnożyć bez końca. Nazywając nas sektą, autor ma na myśli oczywiście potoczne znaczenie tego słowa, które zgodnie ze słownikiem oznacza "grupę ludzi stanowiącą odłam wśród wyznawców jakiejś ideologii". Zgodnie z powyższym wolnorynkowcy są rzeczywiście sektą, ponieważ stoją w zupełnej opozycji do poglądów panujących dzisiaj w polityce, etyce i ekonomii. Wolnościowcy od zawsze byli w opozycji, począwszy od scholastyków, którzy protestowali przeciwko tyranii władcy, odmawiając mu prawa do dowolnego naruszania wolności innych. Bojownicy o zniesienie niewolnictwa stanowili klasyczny przykład sekciarzy, nie mówiąc już o walecznych rycerzach wolnego rynku z przełomu wieku osiemnastego i dziewiętnastego. Wtedy w czasach sprzed rewolucji przemysłowej sekciarstwo było naprawdę ciężkie, ponieważ szansa na realizację haseł wolnorynkowych była znacznie mniejsza aniżeli dzisiaj. A jednak się udało...

W Polsce ruch wolnościowy, aczkolwiek istnieje, to pozostaje na uboczu. Chociaż w porównaniu do innych krajów jego siła wcale nie wypada tak blado. Tomasz Laskowski kojarzy wolnorynkowców zapewne z linią ekstrawaganckiej Unii Polityki Realnej i "Najwyższego Czasu!". Samo skojarzenie jest poprawne, partia ma swoje zasługi, gazeta tym bardziej, jednakże czerpanie wolnościowej wiedzy z tego tygodnika jest nie wystarczające dla poznania wolnorynkowych teorii. Jak przystało na tygodnik, "NCz!" zajmuje się bardziej sprawami bieżącymi, a nie wykładaniem filozofii laissez faire. Jeśli popatrzymy na wolnorynkowców przez pryzmat tego, ile mają miejsc w parlamencie, jak często pokazują się w głównych mediach, gazetach i telewizji, to niewątpliwie są sektą, ale bynajmniej nie deprecjonuje to ich ani trochę.

Myślę, że wystarczy tej epickości na początek i, jak mawiał najmniej konkretny kandydat na prezydenta, Andrzej Olechowski, przejdźmy do konkretów. Kwestia kodeksu pracy i całkowitej jego likwidacji. Zgodnie z klasycznymi zasadami liberalnymi w państwie powinna obowiązywać swoboda umów, co oznacza, że (w tradycji państwa minimum) prawo ma stać na straży praw naturalnych, a więc chronić wolność i własność. Tak więc wszelka ingerencja w to i wprowadzanie płacy minimalnej jest łamaniem praw naturalnych, które dają jednostkom prawo do angażowania się w dowolne stosunki pracy. To od strony moralnej i prawnej.

A teraz od ekonomicznej. Płaca minimalna nie jest w stanie podnieść płac wszystkim pracownikom. Dlaczego praca w Afryce jest znacznie tańsza niż w USA? Dlaczego taka sama praca w Polsce kosztuje mniej niż w Kanadzie? Praca jest niespecyficznym środkiem produkcji, który może się przesuwać od sektora do sektora, dlaczego więc tak różnią się ceny w różnych krajach?

W tym układzie pozostaje nam inny czynnik: kapitał. W USA i Kanadzie płaca za wykonaną pracę jest wyższa, ponieważ jej produktywność jest wyższa, co wynika z faktu, iż są wyposażeni w lepszy kapitał. Pracownicy amerykańscy i kanadyjscy są wyposażeni w znacznie bardziej obfity kapitał (jego akumulacja to wieloletni rozwój od samego początku rewolucji przemysłowej) niż Polacy i Afrykańczycy, stąd też płace osiągają wyższy poziom. Po to, aby płace były wyższe konieczny jest rozwój i zwiększanie się poziomu oszczędności-inwestycji. Nie pomoże płaca minimalna. Co się stanie, jeśli wprowadzimy tę nieszczęsną płacę minimalną? Jeśli płaca ta jest niższa od ceny rynkowej, w takim układzie nie ma sensu, ponieważ cena i tak się ustali na odpowiednim poziomie. Płacę minimalną wprowadza się jednak powyżej ceny równowagi.

Pierwszy błąd zwolenników regulacji rynku pracy polega na tym, że nie potrafią odpowiedzieć na pytanie: a dlaczego by nie podnieść płacy minimalnej w Polsce do takiego poziomu jak w USA? Dlaczego nie wprowadzić stawki 100 dolarów za godzinę? Tutaj rozumowanie pada, bo płaca zależy od produktywności, a nie od ustawodawcy. Dziwne wydaje się, że ludzie opowiadają się za wolnymi cenami innych dóbr, ale cenę pracy chcą regulować. Abstrahując już od tego, że przecież płaca płacy nierówna.

Wprowadzamy płacę minimalną wyższą niż rynkowa. Automatycznie w ten sposób zostaje wygenerowana na rynku nadwyżka. Produkt - praca, nie może zostać sprzedany, ponieważ zakazuje tego ustawodawca. Popyt, a więc pracodawcy, kupcy pracy, zostaje ograniczony poprzez zawyżoną cenę. Pierwszymi przegrywającymi są niskopłatni, nisko wykwalifikowani pracownicy bez doświadczenia. W ten sposób ogranicza się zbyt, ale w przeciwieństwie do monopolu, praca nie może zostać ograniczona przez związki zawodowe. Pracownicy pozbawieni pracy przez płacę minimalną mogą (1) pozostać bezrobotni (na zachodzie problem jest potęgowany przez ogromną sferę socjalną) albo (2) podjąć pracę gdzieś indziej, w innym sektorze. Przez to, że udają się do innego sektora, zwiększają w nim podaż pracy, a jak wiadomo zwiększona podaż prowadzi do spadku cen. Zatem zaniżona zostaje tam płaca poprzez sztuczne jej podwyższenie w poprzednim sektorze. Teraz uruchamiają się związki zawodowe w tym przemyślę i zaczynają forsować wyższą płacę minimalną, ponieważ tu pojawiła się nowa, "nieuczciwa", nisko kwalifikowana konkurencja, która zaniża ceny. W ten sposób rozpoczyna się spirala, która prowadzi do jeszcze większego ograniczenia zatrudnienia.

Pominąłem w tej krótkiej analizie kwestię, że wprowadzenie płacy minimalnej ogranicza rozwój rynków, czyli w dłuższej perspektywie zwiększenie się realnych płac. Krótko: płaca minimalna hamuje rozwój i nie prowadzi do zwiększenia płac, a jedynie do zwiększenia jednych (członków Związków Zawodowych oczywiście) kosztem drugich powodując często bezrobocie, a w dłuższym okresie spadek płac realnych.

Twierdzenie, że kodeks pracy może wpłynąć pozytywnie na rynek pracy jest błędne. Handel nie jest grą o sumie zerowej, a pracodawcy i pracobiorcy ze sobą nie konkurują, podobnież jak nie konkuruje ze sobą praca i kapitał. Oni ze sobą współgrają na drodze do jak najwyższych zysków i do jak najlepszego służenia konsumentowi. Jeśli coś ma pozytywnie wpływać na rynek pracy, to zostanie zaadaptowane przez rynek. Zgodnie z klasycznym liberalizmem państwo ma stać na straży dotrzymywalności umów i poszanowania prawa własności. Wprowadzanie obowiązkowych szkoleń pracowników przez pracodawców jest bez sensu. Albo szkolenie takie jest korzystne i pracodawca zainwestuje w swojego pracownika, więc obowiązek jest niepotrzebny (tak przecież się często zdarza), albo szkolenie jest niekorzystne i pracodawca nie podejmie się takiego kroku, czyli obowiązek jest niekorzystny. Let the market work.

Z artykułu Tomasza Laskowskiego generalnie wychyla się groźny pogląd, że rynek potrzebuje regulacji. Tak jakby nie mógł sam ustalać standardów umów, spełnianych norm itd. A jednak może! Struktura produkcji jest tak skomplikowana, że państwo nie jest w stanie jej kontrolować i określać standardów. Ale może posłużę się tutaj cytatem Murraya Rothbarda "Ponadto cały współczesny biznes jest zbudowany na gwarancji standardów. Apteka sprzedaje ośmiouncjową butelkę lekarstwa; fachowiec od mięsa sprzedaje funt wołowiny. Kupiec oczekuje, że gwarancje będą ścisłe i takie są. Pomyślmy o tysiącach tysięcy specjalizowanych, niezbędnych, przemysłowych produktów, jakie muszą spełnić bardzo wąskie standardy i specyfikacje. Nabywca półcalowego rygla musi dostać półcalowy rygiel, a nie jedynie 3/8 cala.". Jeśli autor nie zgadza się z tym, to po prostu ma podejście marksistowskie postrzegając kapitalistów i robotników jako walczących o największe udziały z tytułu wkładu do produkcji.

Co do amerykańskiego rynku autor ma niestety rację. Właśnie dlatego też występuje tam bezrobocie wśród biednych czarnych.

Tomasz Laskowski uważa się także za legalistę. Zdaję sobie sprawę z tego, że problemy dzisiejsze są naprawdę skomplikowane i często trudno stanąć po jakiejś stronie, jednakże sama optyka i definiowanie kradzieży powinny pozostać jasne. Czy takim samym legalistą byłby autor, gdyby wprowadzono deklaracje majątkowe? A gdyby umożliwiono okradanie brunetów albo ateistów? Albo gdyby zaczęto budować obozy koncentracyjne dla Żydów? Tutaj pozytywizm prawniczy się sypie i zatrzymuje na czymś, co jest nazywane prawami naturalnymi. Jednakże konsekwencja uznania prymatu praw naturalnych nad prawem stanowionym prowadzi nas do radykalnych wniosków. Stąd też kradzież pozostaje naruszeniem własności, dlatego że jest to naruszenie własności, a nie dlatego, że tak mówi konstytucja. Mogę od razu uprzedzić odpowiedź autora: zostanę posądzony o ekstremizm i czarno-białe podejście, a po prostu trzeba "zachować zdrowy rozsądek" przy definiowaniu. Jak dla mnie tylko precyzyjna definicja jest uzasadniona, a "rozsądne podejście" to pojęcie, które pozwala na akceptowanie dowolnie przyjętej definicji.

Dla naszej analizy logicznej nie ma znaczenia, czy kradnie Che, chuligan, czy jakiś minister. Kradzież pozostaje kradzieżą zgodnie z koncepcją prawa boskiego. Jeśli pojęcia własności i kradzieży mają być definiowane przez Państwo, w takim układzie autor wchodzi na bardzo cienki lód, który bardzo łatwo roztopić.

Twierdzenie, że w Polsce działa wolny rynek jest wodą na młyn dla socjalistów. Przykro mi, ale dla mnie sytuacja, gdzie podatki osiągają tak duże jak dzisiaj rozmiary, regulowanie rynku już się przelewa, deficyt i wydatki publiczne kwitną na dobre, to nie jest to wolny rynek tylko socjalizm. Jasnym dowodem na to jest tak wysokie jak dzisiaj bezrobocie, które jest zjawiskiem charakterystycznym od momentu wynalezienia i zaaplikowania ludzkości zasad socjaldemokracji.

Ludzie są zdesperowani. Służba zdrowia się wali, bo minister Łapiński nie czytał Misesa i Hayeka, edukacja cały czas się wlecze, inwestycje topnieją, kapitał rośnie w tempie nie satysfakcjonującym, poziom życia wielu grup jest żałosny, patologie się powiększają. Kupcy poddani są nieuczciwej konkurencji hipermarketów, drobni sprzedawcy cierpią, ponieważ nie mają takich ulg podatkowych jak duzi i nie są w stanie dawać takich łapówek jak oni (popatrzmy przykład sprowadzania zużytych samochodów). Gwoli wyjaśnienia nie uważam, że dużych powinno się opodatkować tak jak małych - dokładnie na odwrót, mali powinni dostać identycznie ulgi jak wielcy. Ciach podatki dla wszystkich i już po bólu (m.in. dlatego nie podoba mi się idea podatku liniowego). Wolny rynek oznacza "pozwólcie działać". Laissez faire! A nie "pozwólcie działać wybranym". Jak mawiał Bastiat, wy chcecie przywilejów dla wybranych, ja żądam wolności dla wszystkich.

Definicja wolnego rynku przytaczana w drugim artykule jest co najmniej nie satysfakcjonująca. Przypominam Tomaszowi Laskowskiemu (dla którego powołanie się na Konstytucję jest wystarczającym dowodem na to, że w Polsce działa wolny rynek), iż w naszej ustawie zasadniczej jest wyraźnie napisane: Polska to społeczna gospodarka rynkowa. Tak więc o żadnym wolnym rynku mowy nie ma. Drugą kwestią jest to, że Konstytucja jest niewiele warta (tak, dokładnie jest niewiele warta), ponieważ całe dzisiejsze prawo jest tak skonstruowane, że można z niego wyciągnąć dowolną interpretację. Jest artykuł o równej ochronie własności? No to z jakiej paki mamy progresję podatkową? I jak to się ma do zakazu eksmisji na bruk? Do wszystkiego można znaleźć jakieś uzasadnienie. Kiedy minister Belka wprowadził w sposób skandaliczny podatek od lokat bankowych, Trybunał stwierdził, że ważny jest interes publiczny. Wszystko można interpretować w dowolną stronę - dzisiejsze prawo to cyrk, w którym różni cyrkowcy oferują nam różne zabawy.

Ochrona praw nabytych? Prawo ma nie działać wstecz? A to autor nie wie, że nawet od tej reguły jest wyjątek? Spokojnie. Na wszystko jest paragraf. Nie ma żadnego wolnego rynku w sensie prawnym.

W sensie ekonomicznym nie muszę Czytelników przekonywać, że wolny rynek w Polsce nie istnieje. Żyjemy w kapitalizmie państwowym. Mamy więcej własności prywatnej niż państwowej. Mamy struktury produkcji i giełdę (Mises powiedział, że tak się odróżnia socjalistyczny kraj od kapitalistycznego - istnieniem giełdy). Jednakże jest to kapitalizm silnie zetatyzowany, a w kilku dziedzinach mamy ewidentny socjalizm (najbardziej czułe: służba zdrowia, edukacja). Mam już dosyć pisania o regulacjach, podatkach i innych ograniczeniach leseferyzmu - wszyscy je znamy.

Na koniec dodam, że lepsza jest III RP od Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, ale nadal nie jest to odpowiedni system. To system, który nie powinien cieszyć patrząc na ogrom kłopotów, z jakimi się dzisiaj borykamy. Ruch wolnościowy jest wbrew pozorom ruchem ludowym, a nie ruchem elit, które siedzą na salonach i analizują statystyczne zyski z "reform".

Na deser pozostaje nam kwestia integracji z UE. Oczywiste jest to, że integracja ekonomiczna Polski z Unią Europejską jest jak najbardziej korzystna. Jakakolwiek integracja gospodarcza z kimkolwiek jest z założenia korzystna, ponieważ oznacza swobodne, dobrowolne angażowanie się jednostek w stosunki handlowe. Jednakże autor artykułu całkowicie pomija fakt, że Polska dzisiaj jest całkiem przyjemnie gospodarczo zintegrowana z UE (60% obrotów handlowych), a obecne działania mają na celu głównie zintegrowanie polityczne. Mają na celu włączenie się w prawno-pieniężno-podatkowy system Unii Europejskiej, która silnie reguluje działalność gospodarczą jednostek (chociaż znosi "narodowe podziały" w imię "uniformizacji") i merkantylistycznie ogranicza wymianę z innymi krajami.

Nie jestem przeciwnikiem przedsiębiorców, pracujących i innych działających na rynku UE ludzi. Jak mawiał David Hume, zagorzały antymerkantylista, "nie tylko jako człowiek, ale także jako Brytyjczyk modlę się o rozwój biznesu w Niemczech, Hiszpanii, Włoszech i nawet w samej Francji". Tak, tej samej Francji, która pozostawała w ostrych konfliktach z Wielką Brytanią. Wolny handel to światła idea, która jest dzisiaj ograniczana poprzez rozmaite organizacje takie jak: NAFTA, CEFTA, czy UE. Polska powinna jak najszybciej zaadoptować zasady, które umożliwią jej wymianę z innymi krajami. Tak samo jak Hume modlę się o pomyślność handlu i przedsiębiorców wszystkich innych krajów. Krajów azjatyckich, afrykańskich i amerykańskich. Tak jak podział pracy jest dobry między podwórkiem Piętaszka a Robinsona, tak jak jest dobry między rodziną Adamsów i Bundych, tak jak jest dobry między Wałbrzychem a Wrocławiem, tak jak jest dobry między Mazowieckim i Pomorskim, tak samo jest dobry między Polską a Anglią. Między Polską a Czechami. Między Polską a Tajwanem. Między Polską a RPA. Między Polską a Urugwajem. I tak dalej bez końca (analogicznie wbrew absurdalnym twierdzeniom niektórych nie ma znaczenia "deficyt handlowy").

UE pozostawi cła dla naszych eksporterów? I co z tego? To, że ktoś krzywdzi importerów unijnych, konsumentów z UE i polskich eksporterów, czy to oznacza, że my powinniśmy zacząć krzywdzić naszych importerów, konsumentów i unijnych eksporterów? Wolny handel to gra o sumie pozytywnej, a jej ograniczanie ma na celu promowanie określonej grupy interesu kosztem innych.

Bardzo dobrze, że Tomasz Laskowski chwali zniesienie ceł dla polskich eksporterów. Owszem to jest posunięcie dobre, ale jakim kosztem? Weźmy sobie wszystkich polskich producentów, którzy oberwą unijnymi normami. Wszystkich przedsiębiorców, jacy przegrają lub przegrali przez zwiększenie podatków, szczególnie podatku VAT. Czy autor przeprowadził "bilans zysków i strat"? Nawet jeśli, to jest to po prostu niemożliwe. Nie sposób pokazać, że nałożenie wyśrubowanych norm i wysokich podatków jest "opłacalną stratą", za jaką dostajemy w prezencie zniesienie ceł. Dlaczego przedsiębiorca budowlany w Polsce, który właśnie stracił pracę przez zwiększenie VAT, ma być zadowolony, że eksporter X otrzymał lepszy dostęp do unijnego rynku? Ekonomiczna analiza czegoś takiego jest niemożliwa do przeprowadzenia, ponieważ wszystkie wartości są subiektywne i zależą od jednostek. Nie sposób ocenić, czy okradanie jednostki A przez jednostkę B jest społecznie korzystne, ponieważ dla indywiduum B to jest korzystne, a dla A absolutnie nie. I po prostu nie da się ocenić "społecznego bilansu". To raz, a dwa już w ogóle wykluczony jest jakikolwiek "bilans moralny". Z etycznego punktu widzenia takie zachowanie jest naganne i koniec, kropka.

Naszym celem jest promowanie porządku, gdzie A i B dobrowolnie za sobą zawierają umowy. W takiej sytuacji A korzysta i korzysta B, ponieważ sami się podjęli konkretnego działania. Stąd też wolny rynek jest systemem, jaki zawsze zwiększa użyteczność, ponieważ wynika to a'priori z aksjomatu ludzkiego działania.

Powoływanie się przez Pawła Skrzyneckiego na Szwajcarię ma być rzekomo "żartem". Tomasz Laskowski pisze: "Otóż Szwajcaria : nie ma doświadczenia komunizmu, ma inne położenie geopolityczne, ma stabilną sytuację gospodarczą i stabilne elity, przeszła proces wielowiekowej i spokojnej akumulacji bogactwa i rozwoju gospodarczego". No i co z tego? Wyjaśnijmy sobie, że nie ma znaczenia, czy kraj jest bogaty, czy nie. W jego interesie (jego mieszkańców) leży zaadoptowanie zasad wolnego rynku niezależnie od aktualnego poziomu, istnienia bogactw naturalnych, czy też zaszłości politycznych. Szwajcaria spośród krajów Europy zachodniej jest bliżej leseferyzmu niż pozostałe i właśnie dlatego jest taka bogata. Optyka zatem wygląda tak: w interesie Polski leży kapitalizm wolnorynkowy. Jak jest w UE? Tak nie jest. Czego wymaga od nas UE? Ograniczania wolności gospodarczej i przekazywania władzy w ręce instytucji międzynarodowej. Czy historia UE to historia leseferyzmu? Nie - to historia na wzór Stanów Zjednoczonych i centralizacji Lewiatana do Brukseli. Jaki można wyciągnąć wniosek? Pozostać przy oczywistej tezie: potrzebny jest wolny rynek (taki prawdziwy).

Rozumienie przez autora przykładu Hong-Kongu pozostawia wiele do życzenia. Nieważne jest to, kto był protektorem, ponieważ istotny jest tamtejszy ustrój gospodarczy dla rozwoju gospodarczego. Nie zaś władza. Natomiast jeśli chodzi o wolny handel, to HK jest ciekawym przykładem, gdyż jest krajem w zasadzie stosującym ideę wolnego handlu, chociaż zdarzało się w historii, że Brytyjczycy narzucali na nich cła. To jednak nie robili odwetów, ponieważ szkodzenie pogarsza sytuację po poprzednim szkodzeniu - szkodzenia się nie niwelują. Tak jak kapitał nie walczy z pracą, tylko z nią współpracuje, tak samo współpracują narody przy wymianie ze sobą.

Co do liberalizacji rzekomej, to przypominam, że ma ona tak ociągający charakter jak bez istnienia UE. Równie dobrze można powiedzieć, że przebiega ona tak czy siak, ale też jest nie satysfakcjonująca (tragiczna i w tym wykonaniu, i w tym). Kryteria przyjęcia euro (deficyt budżetowy, stopy procentowe, inflacja, dług publiczny) spełnił jeden kraj (Luksemburg), a wszystkie inne dalej sobie hasają. Ta liberalizacja to taki wolny rynek jak NEP za czasów sowieckiego socjalizmu. Pomijając już fakt, że euro jest wredną, keynesistowską walutą, której nie znoszą zarówno Szkoła Austriacka, jak i monetaryści.

Geopolityczne argumenty o korytarzach i strefach wpływów są bardziej sztuką dla sztuki. Podtrzymywaniem tradycji pokrętnego analizowania stosunków międzynarodowych przy użyciu smakowitej terminologii. Mimo wszystko ani jedno słowo do mnie nie trafiło. Zwłaszcza, że dzisiejsze władze (w dzisiejszej Europie) skupiają się na lobby gospodarczym.

Mateusz Machaj
degaulle@wp.pl






Webmaster
Copyright 2001, Paweł Sztąberek





Spis Autorów

Komentarz tygodnia

Czytelnicy
piszą

1 2 3 4

Subskrypcja
Jeśli chcesz być powiadamiany o nowościach na "SP" wpisz swój adres e-mail


Powiadom znajomego o "SP" wpisując jego adres e-mail


Stowarzyszenie KoLiber



Zbiór tekstów
o UE

Czytelnicy
"SP" o UE
ooooooooooooooooooooooooi
Przyślij swoją opinię