Strona główna

Unia Europejska to nie Objawienie

Uprawianej co jakiś czas nagonki na o. Tadeusza Rydzyka i stworzone przez niego Radio Maryja nie należy rozpatrywać tylko w kategoriach próby "zakneblowania ust" przed zbliżającym się referendum unijnym. To jest również doskonały wyznacznik, do czego ociekające bon tonem (w swoim rozumieniu!) media mogą się posunąć w przyszłości, koordynując wspólne akcje wymierzone w Kościół - także ten Kościół, który znajdując się już w UE, zechce stać twardo na straży zasad wiary i moralności, mimo że część jego hierarchii wydaje obecnie prounijne deklaracje.

Dziś jako tarcza - nie tylko medialnych - ataków wzięty jest o. Rydzyk, ale jutro może nim być np. abp Henryk Muszyński, obecny metropolita gnieźnieński, stronnik Unii, członek COMECE - Komisji Episkopatów Wspólnoty Europejskiej, która 9 grudnia br. ogłosiła specjalną deklarację w sprawie rozszerzenia "Piętnastki" zatytułowaną "Nadzieja, zaufanie i solidarność". Dokument (napisany 6 grudnia br.) został przygotowany

w związku ze szczytem

państw Unii w Kopenhadze w dn. 12-13 grudnia br.

Prounijne media skrzętnie wyławiają te wypowiedzi przedstawicieli Kościoła hierarchicznego, które popierają wepchnięcie Polski w ramiona UE. Dla biskupów krytycznie nastawionych do integracji europejskiej w obecnej formie, nie ma miejsca "na łamach". Człowiek, który kształtuje sobie obraz Kościoła np. na podstawie "Wyborczej", niechybnie musi uznać, że Episkopat Polski składa się co najwyżej z kilku dostojników permanentnie komentujących różne wydarzenia, w tym tematykę unijną, a ich rzecznikiem prasowym wciąż jest biskup Tadeusz Pieronek. Jeśli chodzi o duchowieństwo - to samo. Z tysięcy polskich księży, zawodowo prezentuje swoje opinie, zgodnie z duchem politycznej poprawności, tylko kilku: Boniecki, Musiał, Czajkowski... Dla reszty dziwnie nie ma miejsca. Zaniemówili, boją się dziennikarskiego mikrofonu czy też głoszą poglądy inne niż unijni propagandyści? Ale fakt stosowania techniki wybiórczego dobierania kościelnych autorytetów, które popierają nasze wejście do Unii Europejskiej, przy jednoczesnym skrywaniu przeciwników, wcale nie jest jeszcze najgorszy. Najgorsze jest to, że owe oficjalne i nieoficjalne prounijne stanowiska części hierarchii prezentowane są

jakby były nieomylnym nauczaniem

Kościoła, któremu katolicy zobowiązani są posłuszeństwo w sumieniu. Jest to koszmarne nadużycie, któremu z całą mocą należy się przeciwstawiać. Zwolennicy wejścia Polski do UE stosują nawet swoisty terror dyskursywny: "Kościół jest za Unią, a ty? Co, jesteś przeciw? Wbrew stanowisku Kościoła? Nie postępujesz zgodnie ze stanowiskiem biskupów". Brakuje już tylko dodatku: "Skoro tak, nie jesteś w pełni katolikiem". Wielu wierzących czuje się z tego powodu zagubionymi.

Taki np. Rafał Zakrzewski, który wzywał publicznie do wspólnego uderzania w mur, jakim jest Radio Maryja (GW, 9 września 2002), obwieszcza, komentując deklarację COMECE z 6 grudnia br.: "Czy Kościół jest za, czy przeciw integracji - to pytanie traci dziś sens. Biskupi są o krok dalej - już w zjednoczonej Europie (...) To powinno dotrzeć do naszych eurosceptyków - czas zaprzestać żonglerki cytatami kościelnych dostojników". Manipulacyjny przekaz jest jasny: "Patrz katoliku, europejscy biskupi wydali prounijne stanowisko (choć przecież są też biskupi przeciwnicy - DH), a ty co? Jeszcze fikasz. Już nie masz prawa mieć wątpliwości. Już nie możesz być przeciwnikiem modelu integracji, który forsowany jest przez Brukselę".

Tymczasem Katechizm Kościoła Katolickiego - akapit 890 stanowi wyraźnie: "Misja pasterska Urzędu Nauczycielskiego jest ukierunkowana na czuwanie, by Lud Boży trwał w prawdzie, która wyzwala. Do wypełniania tej służby Chrystus udzielił pasterzom charyzmatu nieomylności w dziedzinie wiary i moralności". Choć wszystko co się dzieje na świecie ma ostatecznie swoje odniesienie moralne, to jednak fakt wchodzenia bądź nie do Unii Europejskiej jest rodzajowo sprawą polityczną.

Cześć hierarchii kościelnej agituje za UE, choć przecież to nie Kościół wchodzi do Unii lecz państwo polskie - Rzeczpospolita. Przy tym wszystkie znaki z Brukseli wskazują na dziejące się na naszych oczach niebezpieczeństwo - ewidentne dążenie do likwidacji państw narodowych na rzecz federacji realizowanej w ramach "Stanów Zjednoczonych Europy", o których 50 lat temu wspominał Jean Monnet, a co przypomniał Valery Giscard d`Estaing, jako przewodniczący Konwentu Europejskiego (2 października br., przemówienie w Kolegium Europejskim w Brugii).

W głos biskupów - zarówno tych którzy są zwolennikami UE, jak i przeciwnikami - należy się wsłuchiwać z uwagą i z szacunkiem. Niemniej - czego naucza Katechizm - ich autorytet nie rozciąga się na kwestie polityczne,

nie wymaga więc posłuszeństwa

w sumieniu! Od tego czy będziemy w Unii czy też nie, nie zależy nasze zbawienie. Kościół prowadzi ludzi do Nieba zarówno w krajach "Piętnastki", jak i poza nią. To przecież oczywiste. No i na szczęście, nikt nie osiągnął takiego poziomu prouninjnego szału (nawet Wyborcza), by twierdzić, że w Unii Europejskiej - mówiąc kolokwialnie - łatwiej osiąga się zbawienie niż poza nią. Dlatego katolik, przeciwnik "Piętnastki", zaangażowany w sprawy społeczno-polityczne, ma pełne prawo zdawać sprawę ze swego stanowiska, argumentując, dlaczego chce przebywać poza Unią, wzorem Szwajcarów czy Norwegów (dla prounijnych instrumentalistów wykorzystujących niektóre wypowiedzi kościelnej hierarchii: "dlaczego chce się zbawiać poza Unią Europejską"). Ma do tego pełne prawo.

Aktualny stosunek mediów głównego nurtu do Kościoła (który wypowiada się w kwestii wybitnie politycznej, jaką jest wejście państwa polskiego do UE) powinien nam dać wiele do myślenia. Nikt bowiem w tych środowiskach nie imputuje teraz katolickim dostojnikom nieuprawnionego wchodzenia na teren polityki. Słowa prounijnych biskupów otoczone są "ochami" i "achami". Ale przecież jeszcze tak niedawno (lata 90-te), kiedy Kościół zabierał głos w sprawach wybitnie moralnych (np. sprzeciw wobec aborcji), na jego dostojników spadały, z tych samych mediów głównego nurtu, bicze żenujących oskarżeń o "mieszanie się do polityki".

O czym to świadczy? O wybitnie

instrumentalnym traktowaniu

Kościoła i jego hierarchii - jest ona potrzebna tylko i wyłącznie jako prounijny naganiacz. Jeśli już Rzeczpospolita znajdzie się w Unii Europejskiej (albo co gorsza ulegnie tam anihilacji) i przyjdzie nam legalizować aborcję, eutanazję, małżeństwa homoseksualistów, usuwać religię ze szkół albo np. wprowadzać święcenie kobiet, bo takie padnie zalecenie Parlamentu Europejskiego, ta sama dziś Wyborcza będzie w pierwszym szeregu podnosić medialny krzyk o "mieszaniu się Kościoła do polityki", jeśli katolicki episkopat wyrazi sprzeciw wobec wspomnianych pomysłów. Nie ma co do tego złudzeń. Wówczas już nie tylko o. Rydzyk ale i abp Muszyński stanie się tarczą strzelniczą dla medialnych dewiantów.

Bowiem od skoordynowanego "uderzania w mur" o. Rydzyka w gruncie rzeczy nie tak daleko do "uderzania w mur" abp Muszyńskiego. Jest bliżej niż się wydaje. Ostatecznie polskim i europejskim fundamentalistom laickim chodzi o rozmiękczanie Kościoła - naturalnie w odpowiedniej kolejności i proporcjach.

Swoistym wzorem może być tu stanowisko CEC - Konferencji Kościołów Europy, skupiającej 126 Kościołów protestanckich, prawosławnych i anglikańskich, w sprawie Invocatio Dei. Otóż mniej więcej, w tym samym czasie gdy katoliccy biskupi obwieszczali swoje stanowisko w sprawie rozszerzenia, szef biura CEC w Brukseli Rudiger Noll, zakomunikował, że organizacja, którą reprezentuje,

nie będzie forsować

zapisu o Invocatio Dei w przyszłej unijnej konstytucji. A jeszcze niedawno kościoły protestanckie, anglikańskie i prawosławne były pod tym względem solidarne z katolikami. Z ilu jeszcze istotnych z punktu widzenia chrześcijańskiego spraw zrezygnuje CEC, nie wiadomo. Inne ważne pytanie to, z ilu spraw zrezygnuje Kościół Katolicki w UE, poddany laickiemu dyktatowi i zmasowanemu bombardowaniu medialnemu?

W grudniowej deklaracji Komisji Episkopatu Wspólnoty Europejskiej w sprawie rozszerzenia Unii przeczytać można mi. in., że przyjęcie dziesiątki nowych państw "stanowi dalekosiężną i głęboką zmianę w dziejach naszego kontynentu. Ta wspólnota różnych kultur będzie stanowiła zasadniczy krok na drodze do wspólnego dobra europejskiego". Biskupi napisali także: "zalecamy naszym przywódcom politycznym oraz wszystkim obecnym i przyszłym obywatelom Unii Europejskiej nadzieję, zaufanie, a przede wszystkim solidarność".

Doprawdy trudno wykrzesać w sobie "nadzieję, zaufanie i solidarność" wobec przeżartej socjalizmem Unii Europejskiej. Doprawdy trudno dostrzec w przeżartej biurokracją i fiskalizmem Unii Europejskiej realizację "wspólnego dobra europejskiego". Kiedy perspektywa UE oznacza dla polityków i urzędników nowe, lukratywne stanowiska, to dla zwykłego, szarego obywatela oznacza ona horrenadalny wzrost podatków na setki towarów (np. VAT). Pod względem, niewątpliwie amoralnego grabienia własnych obywateli, pomysłowość uniokratów nie zna granic. Oto, nie udało się pod przewodnictwem Danii wprowadzić 35 proc. podatku od depozytów oszczędnościowych i zysków kapitałowych? Nie, nie zrezygnowano z niego, sprawę odroczono do 21 stycznia 2003, kiedy szefować Unii będzie już Grecja. Na przeszkodzie haniebnym planom unijnych kreatorów stanęła Szwajcaria, która odmówiła w swoim kraju zniesienia zasady tajemnicy bankowej. Czyżby to był ostatni bastion wolności w Europie, w którym warto żyć, umierać, szukać schronienia przed unijną gangreną i chwalić Boga?

Dariusz Hybel





Webmaster
Copyright 2001, Paweł Sztąberek





Spis Autorów

Komentarz tygodnia

Czytelnicy
piszą

1 2 3 4

Subskrypcja
Jeśli chcesz być powiadamiany o nowościach na "SP" wpisz swój adres e-mail


Powiadom znajomego o "SP" wpisując jego adres e-mail


Stowarzyszenie KoLiber



Zbiór tekstów
o UE

Czytelnicy
"SP" o UE
ooooooooooooooooooooooooi
Przyślij swoją opinię