Strona główna

Mumia europejska ...

...czyli o tym, co odkryli redaktorzy naczelni dwóch największych polskich dzienników.

Dnia 9 maja 2002 roku ukazał się jednocześnie w "Rzeczpospolitej" i "Gazecie Wyborczej" artykuł pod tytułem "Prawo do Europy", w którym propagowane są euroentuzjastyczne poglądy. Odniosę się do kilku tez zawartych w artykule (cytaty kursywą).



W obronie logiki

Polska nie jest samotną wyspą. Polska leży w Europie.

Słuszne spostrzeżenie. Polska leży w Europie i Polska nie jest samotną wyspą. Trudno o bardziej trafną rzecz. Mało tego. Wszystko wskazuje na to, że w najbliższym czasie nasz kontynent nie pęknie na dwie części i Polska dalej będzie w środku Europy.

Każdy rok opóźnienia w stosunku do 1 stycznia 2004 oznacza utratę miliardów euro.(...) Ta pomoc pozwoliła mniej zamożnym krajom, jak Hiszpania, Grecja, Irlandia czy Portugalia, na prawdziwy skok w rozwoju cywilizacyjnym, znacznie skracając dystans, jaki dzielił je od lepiej rozwiniętej części Europy.

Każdy rok opóźnienia rzeczywiście oznacza utratę miliardów euro, ale Panowie Redaktorzy zawiedli nie odpowiadając na pytanie: dla kogo? Przede wszystkim należy pamiętać, że wykorzystanie chociaż połowy funduszy unijnych (zasada współfinansowania) byłoby rekordem, którego Polska z pewnością nie osiągnie. Wszystko wskazuje na to, że Polska będzie do Unii dopłacać. Ale nie to jest ważne. Dla kapitalisty inna kwestia jest istotna: efekt wypychania. Im więcej na rynku panoszy się państwo, im więcej struktur przymusu, tym gorzej odbija się to na rynku. Nawet, jeśli założymy w zasadzie nierealną rzecz, że Polska otrzyma więcej pieniędzy niż wpłaci do unijnej kasy, to i tak nie jest to argument za UE. Dokładnie na odwrót. Jest to argument przeciwko integracji, bo każda osoba o poglądach wolnorynkowych wie, że im więcej na rynku państwa, tym mniej przedsiębiorczości i prywatnej inicjatywy. Efekt wypychania ma również miejsce, kiedy pieniądze wchodzące w gospodarkę przez instytucje aparatu przymusu, pochodzą ze źródeł zewnętrznych. Jakiś czas temu Witold Gadomski udowadniał na stronach "Wyborczej", że kraje Trzeciego Świata otrzymujące zinstytucjonalizowaną pomoc (podkreślam to słowo - zresztą zgodnie z chrześcijańską tezą Klemensa Aleksandryjskiego pomoc ze strony państwa nie jest pomocą, bo pomoc musi z założenia wynikać z dobrowolnego przekazywania środków, a nie z państwowego przymusu) wręcz traciły na tym, a na pewno nic nie zyskały.

Zapewne riposta będzie mechaniczna: przecież Polska to nie Trzeci Świat. Jasne, że nie, ale zgodnie z logiką należy myśleć logicznie. Przeanalizować efekt wypychania i zrozumieć, że efekt wypychania ma miejsce i polega na tym, że państwo w-y-p-y-c-h-a prywatne inicjatywy poprzez pogłębianie etatyzacji gospodarki. Wszelkie opowieści o funduszach, dotacjach, subwencjach (nawet, jeśli takowe się pojawią, na co się nie zanosi) powinny być argumentem przeciwko UE. Prawa ekonomii są wszędzie takie same. Każdy, kto wyśmiewa porównanie w tej płaszczyźnie, nie rozumie tego porównania ani trochę. A oprócz tego ma małą wyobraźnię. A zresztą, po co szukać krajów tak daleko. Popatrzmy na dawne NRD, w które wpakowano bilion baksów (podskoczyłem po przeczytaniu tej liczby w magazynie "Forum"). Spójrzmy na Grecję, która powinna być przykładem spektakularnej porażki funduszy. Dlaczego rozwijała się Irlandia, to już każde dziecko powinno wiedzieć: eliminowano efekt wypychania, poprzez zmniejszanie podatków, wydatków budżetowych, dopłat eksportowych, uelastycznianie kodeksu pracy. Zaś infrastruktura jest naprawdę guzik warta, mimo wpakowanych funduszy (za: Wall Street Journal).

Niezależnie od tego oczywiście, kraje się rozwijały. Jak ślimaki co prawda, ale się rozwijały. Z pewnością nie była to zasługa Unii Europejskiej. Czego więc? Cóż... Gospodarka ma to do siebie, że się rozwija, a jak szybko to zależy od obecności interwencjonizmu gospodarczego. Jak się zapamięta tę prostą tezę, to sprawa jest staje się jasna jak słońce. Mit funduszy nie umiera. Wydaje się być obecny zawsze. Taki najbardziej znany to jest mit planu Marshalla, który ponoć doprowadził do dobrobytu Europę Zachodnią. Zabawne, że najlepiej rozwijały się Niemcy Ludwiga Erharda (szkolonego przez jego imiennika - Misesa), które otrzymały mniejszą niż inne kraje pomoc (nawet to kwestionowano, bo uważano, że odpowiedzialni za wojnę nie powinni otrzymać funduszy).

Na przystąpieniu do Unii Europejskiej nikt jeszcze nie stracił

Taaaaak? A kto niby przeprowadził taki bilans? Ja na przykład uważam, że Polska od początku 1989 roku cały czas traci ciągle i traci. Chociaż mamy dodatni wzrost gospodarczy, to od 12 lat non-stop tracimy. Gdybyśmy w 1989 przeprowadzili zdecydowane reformy, jakie zalecali nam wolnorynkowi ekonomiści, to na pewno byłoby nam dzisiaj znacznie lepiej. Zamiast ciąć podatki, ciągle je zwiększamy. Zamiast rozwiązać w 1989 roku bank centralny, zaczęliśmy zwiększać jego władzę. Zamiast zmniejszać liczbę ustaw, rok rocznie je przemnażamy. I tak dalej. Każda z tych trzech rzeczy systematycznie od jakiegoś czasu jest pogłębiana z powodu integracji z Unią Europejską. Traci się zawsze, jeśli system jest etatystyczny. Choć zawsze można optymistycznie stwierdzić, że mogłoby być gorzej.

Ale Unia to nie tylko pomoc - to także, a może przede wszystkim szansa gospodarczego rozwoju, jaką daje wspólny rynek i wspólna waluta.

Ciągle to samo. Panowie Redaktorzy mylą dwie rzeczy: integrację europejską z systemem gospodarczym promującym rozwój. Dla wolnorynkowca ważna jest ta druga rzecz. Wspólna waluta to największe paskudztwo, jakie mogło kiedykolwiek powstać. Opowiadam się za wspólnym pieniądzem, ale nie wspólną walutą. Jeden pieniądz już kiedyś Europa miała, a było to w wieku XIX. Wiek złota i braku szkodliwego XX-wiecznego wynalazku - inflacji. Wtedy pieniądz był jeden - złoto, a banki emitowały w oparciu o niego własne waluty. Jednakże dzisiaj nie ma już pieniądza rynkowego, a sterują nim centralni planiści tacy jak Greenspan, Duisenberg, czy też Balcerowicz. Jednakże ich monopole są zagrożone jedną rzeczą: niebezpieczeństwem pojawienia się kryzysu walutowego, krajowej hiperinflacji i całkowitego załamania się systemu na korzyść krajów sąsiedzkich. Jeśli w Europie pojawi się jeden bank centralny z monopolem na emisję waluty, wtedy ten hamulec zostaje zniesiony. Można zwiększać inflację, bo niebezpieczeństwo zostaje znacznie zmniejszone i każdy kraj może jednakowo inflacjonować, okradać społeczeństwo. Pojawiają się okropne pomysły na jedną światową walutę, powstałą z połączenia euro, dolara i jena. Chyba trudno o bardziej przerażający obrazek - wizja Keynesa, który całe życie marzył o jednej walucie emitowanej przez jeden wielki światowy bank centralny. Przez jeden światowy rząd sterujący całą światową gospodarką. Unia właśnie stawia kroki w kierunku realizacji tej koncepcji. Zresztą zwracałem na to uwagę w jednym z poprzednich artykułów.

Jako członek Unii Europejskiej Polska ma wszelkie szanse przyciągać nową ,wielką falę zagranicznych inwestycji - z Unii i spoza niej.

Po raz kolejny Panowie Redaktorzy pomieszali dwie rzeczy. Postawili znak równości między dwiema sprawami: integracją i przyciąganiem inwestycji. Każdy wolnorynkowiec wie, jak się przyciąga inwestycje. Usuwa się państwo z rynku. Czy jest to immanentna cecha Unii? - raczej nie. Znieśmy etatyzm, a UE szczena opadnie, takie będziemy mieć inwestycje. Jasne jest, iż zniesienie etatyzmu po wejściu do UE jest niemożliwe. Chyba, że tak zadecyduje Bruksela, ale rząd centralny jest większym molochem i bardziej się ociąga z koniecznymi decyzjami.

Ekonomiczny rozwój w jednym rytmie z największymi potęgami gospodarczymi Europy albo wegetacja na granicy Zachodu - oto wybór przed jakim stoimy.

Ojej. Po raz kolejny Panowie Redaktorzy próbują zabełtać kilka rzeczy. Wybór przed jakim stoi Polska to: pójście drogą dziewiętnastowiecznej Ameryki albo pójście drogą trzecią z kolei (po faszyzmie i komunizmie przyszedł czas na bardziej cywilizowane formy socjalistyczno-kolektywistycznego świństewka). W ten sposób mamy trzy generalne warianty: (a) XIX-wieczna Ameryka, (b) trzecia droga w UE, (c) trzecia droga poza UE. Nie sposób wybrać jednocześnie drogi (a) i wstąpić do UE. Najwyraźniej Panowie Redaktorzy widzą tylko punkty (b) i (c), a tymczasem jest jeszcze punkt (a).

Powtórzmy, wejście do Unii Europejskiej nie sprawi, że polska demokracja z dnia na dzień wypięknieje, że natychmiast znikną szpecące ją patologie. Ale otworzy drogę do jej gruntownej naprawy.

Takie zdanie pojawiło się po skrytykowaniu przez autorów biurokracji i nieodłącznie z nią związanej korupcji. Panowie Redaktorzy zawiedli nie odpowiadając na proste pytanie: czy rzeczywiście Polska przyjmując prawo unijne "otworzy sobie drogę..."? Ja chyba jakiś ślepy jestem. Nie - po prostu mam przewidzenia, bo zdaje mi się, że w Europie Zachodniej jest więcej przekrętów niż w Polsce. Zdawało mi się, że we Francji w rozmaite afery wmieszani są politycy najwyższych szczebli, włącznie z premierem i prezydentem. Wydawało mi się, że premier Włoch ma kilka poważnych rozpraw w sądzie. Jakimś trafem przemknęły mi opowiastki o byłym kanclerzu RFN, który przez wiele lat przyjmował nielegalnie pieniądze na rzecz swojej partii.

Czy Unia Europejska jest tworem idealnym, pozbawionym problemów, wad i niedociągnięć? Oczywiście, że nie jest. Jednak tylko będąc jej częścią, mamy szansę poprawiać ją w sposób zgodny z naszymi interesami. Pozostając z boku, skazujemy się na bierne do niej dostosowanie. Bo przecież nawet jeśli nie przystąpimy do Unii, to pozostanie ona naszym głównym politycznym i gospodarczym partnerem - ale wtedy reguły tego partnerstwa będzie rzeczywiście dyktować Bruksela. Gdzie się wówczas zwrócimy w poszukiwaniu przeciwwagi? Na inną planetę?

Chwileczkę. Ja czegoś nie rozumiem. Wejdziemy do Unii, gdzie Bruksela dyktuje warunki konkurencji, steruje rynkiem, określa wymianę z krajami spoza Unii, uniformizuje podatki i zabrania ich obniżania. Znaczy się, że wtedy to Bruksela warunków nie dyktuje? Na przykład wyobraźmy sobie taką piękną bajeczkę: zniesiony podatek dochodowy, zniesione podatki pośrednie, wprowadzony podatek kwotowy na podstawową działalność państwa polegającą na ochronie życia i własności, prywatyzacja służby zdrowia, szkolnictwa, likwidacja granic celnych i wyrzucenie do kosza tysięcy śmietnikowych ustaw przeszkadzających rozwojowi gospodarczemu. Zdaniem Panów Redaktorów takie rozwiązanie będzie bardzo niekorzystne, bo ważniejsza jest przynależność do UE. Halo? Czy ktoś mnie słucha? Szanowni Czytelnicy, Adam Michnik i Maciej Łukasiewicz twierdzą, że zdecydowanie lepiej jest należeć do socjaldemokratycznej eurofederacji, gdzie gnębi się wolność gospodarczą niż wprowadzić solidny, gospodarczo maksymalnie otwarty, ale politycznie izolacjonistyczny system Starej Amerykańskiej Republiki, który wyniósł USA na piedestał i sprawił, że są najpotężniejszym krajem świata. Ależ ja jestem zaślepiony człowiek... Ciągle ten kapitalizm i kapitalizm, a to przecież Unia się liczy. "Ciasna doktryna" siedzi mi we łbie.

Unia gnije i musi się zliberalizować

Unia gnije i widać to wyraźnie. Jesteśmy świadkami powolnego upadku socjalistycznych nie powstałych jeszcze Stanów Zjednoczonych Europy. Kto wie? Może potrwa to jeszcze 4 lata. Może 10, a może 20. Prawda jest taka, że historyczną koniecznością jest upadek każdego socjalizmu. Obojętnie, czy narodowego, czy internacjonalnego, światowego, czy też europejskiego. Socjalizm pada. Powolutku, bo powolutku, ale ostatecznie zdycha.

Zwolennicy integracji z Unią mówią: "UE musi się zliberalizować". Świetnie. Ale pytanie, jak to będzie wyglądać. W 1933 w Niemczech odważyłbym się powiedzieć, że prędzej, czy później Trzecia Rzesza będzie się musiała zliberalizować. Jak sami wiemy zliberalizowała się, ale przeszła niezły kawał drogi, zanim Erhard wprowadził zdecydowane rynkowe reformy, a po drodze zdążyła spaskudzić historię Niemiec. Nie twierdzę oczywiście, że UE to III Rzesza. Chodzi jednak o to, że droga do liberalizacji może być naprawdę kręta i trzeba pamiętać, że zawsze może być gorzej niż jest.

Obecna sytuacja z Le Penem, zabitym niedawno Pimem Fortuynem, Haiderem w Austrii pokazuje wyraźnie, jakie groźne nastroje wzbudza socjalizm. Czy prowadzi bezpośrednio do gospodarczego liberalizmu? Praktyka pokazuje, że po drodze może być najpierw narodowy socjalizm. To daje do myślenia.

Napomknę tylko jeszcze krótko o problemie emigracji. Wbrew temu, co wielu sądzi, wolny rynek nie oznacza otwarcia granic dla emigrantów. W wolnościowym społeczeństwie, gdzie tereny i całość gospodarki są prywatne, emigranci mogą przybywać do kraju, kiedy chcą, pod warunkiem, że ktoś ich zaprosi i zechce przyjąć na własny teren. Natomiast dzisiaj, kiedy mamy rozdymaną pomoc socjalną, zapraszanie przez państwo (w systemie wolnościowym państwo nie zaprasza, bo państwa nie ma) do Europy emigrantów prowadzi do ksenofobicznych nastrojów. Ostatnie wybory w Danii wygrała partia, która otwarcie demonstrowała swoją niechęć do obcokrajowców. Konflikt bierze się tylko i wyłącznie z jednej rzeczy - władzy państwa. Im więcej państwa, tym mniej społeczeństwa. Nic dziwnego, że wśród narodów europejskich zaczynają się pojawiać tendencje nacjonalistyczne. Szkoda, że zamiast zobaczyć źródło winy w instytucjach państwowych, znajdują je w samych emigrantach, którzy po prostu szukają lepszego bytu niż w swoich skrajnie lewackich krajach. Sprowadzanie przez państwo emigrantów ma tyle wspólnego z integracją kultur, co przymusowe ustalanie proporcji studentów białych i czarnych na uczelniach w USA. To zgodnie z regułą przekory wywołuje efekty odwrotne do zamierzonych, ponieważ to wolność jest matką porządku, a nie siła.

Mateusz Machaj
degaulle@wp.pl






Webmaster
Copyright 2001, Paweł Sztąberek





Spis Autorów

Komentarz tygodnia

Czytelnicy
piszą

1 2 3 4

Subskrypcja
Jeśli chcesz być powiadamiany o nowościach na "SP" wpisz swój adres e-mail


Powiadom znajomego o "SP" wpisując jego adres e-mail


Stowarzyszenie KoLiber



Zbiór tekstów
o UE

Czytelnicy
"SP" o UE
ooooooooooooooooooooooooi
Przyślij swoją opinię