Strona główna

Równy dostęp, czyli nasze prawo

Polska stoi przed prawdziwie historycznym wyborem: wstąpić czy nie wstępować do Unii Europejskiej.

Według sondaży, gdyby referendum w tej sprawie odbywało się dziś, dwa razy więcej obywateli opowiedziałoby się "za" niż "przeciw". Nie jest to jednak rezultat rzeczowego namysłu i analiz, lecz raczej skutek tak zwanej poprawności politycznej, ponieważ te same sondaże ujawniają zarazem ogromną niewiedzę i dezorientację społeczeństwa na temat rozmaitych następstw takiego akcesu. Jak wykazała niedawna dyskusja sejmowa, przynajmniej trzy fundamentalne kwestie związane z naszą ewentualną przynależnością do Unii Europejskiej wywołują wśród zwykłych ludzi zasadnicze wątpliwości i kontrowersje. Pierwsza, to stopień i zakres ograniczenia państwowej suwerenności Polski na rzecz władztwa Unii. Druga, to brak traktatowych procedur i gwarancji dających możliwość wystąpienia Polski z Unii. Trzecia wreszcie, to niejasny kształt przyszłej unijnej konstytucji (prawo, struktury), która ma również ostatecznie uregulować relacje między Unią a jej państwami-członkami.

W tym stanie rzeczy ogromny niepokój musi budzić dotychczasowy sposób prezentowania przez czołowe media problematyki członkostwa Polski w Unii. Mówiąc w skrócie: zaproponowano już nawet konkretny termin przyszłorocznego referendum, w publicznym radiu i telewizji trwa od miesięcy prounijna kampania reklamowa, a jednocześnie wciąż brak tam wszechstronnej debaty informacyjno-opiniotwórczej, w której na równych prawach mogliby swe argumenty przedstawić zarówno euroentuzjaści, jak i eurosceptycy.

Jest to zjawisko zupełnie niezrozumiałe, a racjonalne próby jego wytłumaczenia prowadzą do przykrych konkluzji. Dość powiedzieć, że przed siedmioma laty referenda akcesyjne Austrii, Finlandii, Norwegii i Szwecji poprzedzone były w tych krajach kilkunastomiesięczną debatą w mediach publicznych z całkowicie równym dostępem zwolenników obu opcji, i nikomu do głowy tam nie przyszło, by mogło być inaczej. Dość przypomnieć dziennikarzom, że elementarna zasada tego zawodu i w ogóle każdej uczciwej wymiany myśli brzmi: audiatur et altera pars. Dość przytoczyć pierwszy artykuł Konstytucji: Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli.

Dość to zrobić, by pojąć, że, graniczące z cenzurą, uparte niedopuszczanie do głosu eurosceptyków, przy jednoczesnym uprawianiu wobec milionów telewidzów i radiosłuchaczy jednostronnej proeuropejskiej propagandy, jest nie tylko sprzeczne z naszą ustawą zasadniczą, lecz również ze starą, podstawową moralną normą każdej demokracji: prawem wolnych obywateli do decydowania o losie własnym oraz o losie swojego państwa.

Być może wstąpienie do Unii Europejskiej będzie dla Polski korzystne. Być może - w dobie unifikacji i globalizacji - warto w tym celu zrezygnować, częściowo i krok po kroku, z takiej narodowej niepodległości, za którą nasi ojcowie i dziadowie przelewali krew. Być może taka jest konieczność dziejowa. Być może w zamian Polska zyska gwarancje harmonijnego rozwoju oraz gospodarczy dobrobyt, społeczny spokój i polityczne bezpieczeństwo. Być może.

Ale o słuszności rozwiązania - takiego czy innego - powinniśmy być wewnętrznie przekonani. W referendum będziemy o tym decydować podług własnego sumienia i rozumu. By taką decyzję podjąć, musimy mieć pełny dostęp do wysoce zróżnicowanych informacji, ocen i argumentów. A skoro od czasów starożytnych nie dorobiliśmy się lepszych gwarancji obiektywizmu, niż wysłuchanie w sporze swobodnych wypowiedzi obu stron - tego żądajmy.

Stanisław Remuszko

Więcej informacji na www.rownydostep.pl




Webmaster
Copyright 2001, Paweł Sztąberek





Spis Autorów

Komentarz tygodnia

Czytelnicy
piszą

1 2 3 4

Subskrypcja
Jeśli chcesz być powiadamiany o nowościach na "SP" wpisz swój adres e-mail


Powiadom znajomego o "SP" wpisując jego adres e-mail


Stowarzyszenie KoLiber



Zbiór tekstów
o UE

Czytelnicy
"SP" o UE
ooooooooooooooooooooooooi
Przyślij swoją opinię