Strona główna

Dobitka z faulem

W końcu doczekałem się tego wspaniałego momentu - zostałem uznany za socjalistę! Nie ma w tym ani krzty ironii, a raczej jest gorąca zachęta do tego, żeby każdemu patrzeć na ręce i pilnować, czy aby przypadkiem nie przemyca idei socjalistycznych. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy skrajnie merkantylistyczna gazeta "Wprost" jest uważana za wolnorynkową.

Czytelnik SP napisał, że w artykule 4:1 dla Unii "autor narzeka w nim na zmniejszenie się okresu ochronnego na zakup ziemi". Kiedy jednak zaglądniemy do mojego artykułu, to przekonamy się, że wcale nie narzekam. Po prostu napisałem, że jest to bramka dla Brukseli, ponieważ cały artykuł opierał się na tym, że nie ma żadnych negocjacji. Warunki dyktuje UE (skoro "nie ma alternatywy", to każda osoba troszeczkę rozumiejąca logikę i zasady negocjowania, wie że jesteśmy skazani na przegraną pozycję) i to ona decyduje. Gole oznaczają punkty dla stron, a nie punkty dla socjaldemokracji i wolnego rynku.

Mało tego. Wcześniej w artykule wyraźnie wykpiłem ideę ochrony ziemi przed sprzedażą cudzoziemcom. Dla wyjaśnienia mojego stanowiska przytoczę tutaj hasło Ligi Polskich Rodzin, która nie za bardzo rozumie, co mówi: "Tyle wolności, ile własności". Własność to zespół pewnych uprawnień wiążących się z przedmiotem własności, a zgodnie z zasadami prawa rzymskiego, fundamentu naszej cywilizacji, własność to plena in re potestas, czyli pełna władza nad rzeczą. Mogę ją użytkować, nie użytkować, zjeść, zniszczyć, podpalić, oblać klejem, wynająć, czy też sprzedać. No właśnie - prawo własności to także prawo do dysponowania nią, czyli wypożyczania jej w celu pobierania określonych zysków, a także prawo wymiany tytułu własności za określone pieniądze. Taką transakcję określa swoboda umów, jaka jest bezpośrednią implikacją prawa własności i wolności. "Tyle wolności, ile własności". Obrót ziemią powinien być tak samo wolny jak obrót pietruszką, zaś LPR powinien zmienić hasło na: "Tyle wolności, na ile my pozwolimy".

Dlatego właśnie skrzywia mnie mówienie "ziemia to matka, a matki się nie sprzedaje", ponieważ jest to emocjonalny teatr, a nie argument. W artykule zaraz po tym, że była to druga bramka zwracam uwagę, że okres ochronny jest po to, aby odpowiednie grupy interesu mogły sobie skupować ziemię, po czym po wejściu do UE sprzedać ją z pokaźnym zyskiem. Wszyscy wiemy, że cena dóbr rzadkich jest gwarantem ich odpowiedniego wykorzystania. Im większy rynek, im więcej konsumentów i producentów, tym lepsza gwarancja, że dobro będzie właściwie wykorzystane. Ceny musi ustalać rynek, bo każde inne ustalanie powoduje, że cena już po prostu nie jest tak naprawdę ceną. Ziemia także podlega prawom popytu i podaży. Jeśli wzrośnie popyt na jakieś dobro, to skacze jego cena. Analogicznie, jeśli rośnie popyt na kupno ziemi, to podnosi się jej cena i zostaje wyznaczony nowy punkt równowagi. Właściciele sami decydują o tym, co jest dla nich korzystne, a co nie. Zostawiamy im swobodę zgodnie z powtarzaną przez LPR zasadą, której nie rozumie sama partia.

Ktoś spyta, czy to nie jest źle, że cena ziemi jest zdecydowanie niższa niż na zachodzie. Protestujący przeciwko uwolnieniu handlu ziemią chcą czekać aż ceny w sposób naturalny podskoczą do zachodniego poziomu. Nie odpowiadają sobie oni jednak na podstawowe pytanie: skąd się bierze owa różnica? Osoba zaznajomiona z podstawami funkcjonowania gospodarki rynkowej dobrze wie, że system cen kształtuje się w sposób odpowiedni do skutecznego wykorzystania zasobów. Ziemia musi być w wolnym obrocie, a każdy państwowy jej kawałek musi trafić w ręce prywatne. Jak ma trafić? To już nie jest taka prosta kwestia. Jaka reprywatyzacja? Ile uwłaszczenia? A ile prywatyzacji? Problemy z desocjalizacją są zawsze złożone. Co do samej prywatnej ziemi, to musi ona być przedmiotem własności zgodnie z plena in re potestas, bo "tyle wolności, ile własności". Im szybciej zrozumie to PSL, SLD, Samoobrona, LPR, PiS, tym lepiej.

"Można wnioskować, ze jeśli pozwolono by nam na dłuższą ochronę naszej ziemi to autor byłby zadowolony". Można, ale to błąd, bo wcale bym nie był i niczego takiego nie twierdziłem.

"Narzeka w niej na małe dopłaty dla polskich rolników, nie wspominając nic, ze sama idea dopłat jest absurdem!". Nie narzekałem na małe dopłaty, tylko zwracałem uwagę na to, że negocjatorzy znowu są niepotrzebni, a akcesja do UE może się odbyć w tempie natychmiastowym na warunkach określanych przez Unię. Nie wspomniałem, że sama idea nie jest wolnorynkowa, bo nie zawsze jest na wszystko miejsce. Artykuł był o negocjacjach, a nie o wolnym rynku.

"I znów można wywnioskować, ze jeśli dopłaty byłyby na poziomie farmerów zachodnich to byłoby wszystko Ok". Można, ale to znowu będzie błąd, bo niczego takiego nie napisałem. Przeciwnie, zwróciłem uwagę na to, że system rolnictwa po prostu zbankrutuje jak tak dalej pójdzie. Rolnictwo, tak samo jak ziemia, powinno zostać urynkowione. A tak na marginesie... Czytałem niedawno wyjątkowo napastliwą propagandówkę prounijną w "Proficie", z którego dowiadujemy się, że wszystko co nieunijne jest złe. Autor w swojej nieomylności i zarozumiałości posunął się do stwierdzenia, że rynek nie jest w stanie sobie poradzić z nadwyżkami produkcji, a pomóc mogą tylko limity, które oferuje UE wraz z całym systemem dopłat. Trzeba namówić jakiegoś sponsora, aby wysłał tego pana na podstawowy kurs ekonomii. Zdaje się, że autor naprawdę nie rozumie, że nadwyżki są skutkiem polityki rolnej i wcale nie służą do walki z nimi, bo one je produkują. Ale cóż... skoro Keynesiści uważają, że niestabilność to nie ich dziecko, to dlaczego UE ma być mamusią kryzysu w rolnictwie?

"Autor wyraźnie postuluje, żeby utrzymać cła przed napływem taniej produkcji z zachodu!!!". Niczego takiego nie postuluję i niczego takiego nie napisałem. Opowiadam się za wolnym handlem, co oznacza, że opowiadam się za wolnym handlem. Na przykład Rafał Ziemkiewicz twierdzi, że opowiada się za wolnym handlem, co oznacza w jego systemie, że opowiada się za merkantylizmem (Drodzy Czytelnicy, zapamiętajcie sobie: każdy zwolennik integracji z UE w sposób automatyczny i często nieświadomy opowiada się za merkantylizmem). A w artykule śmiałem się z tego, że komisarz Verheugen system, w którym są limity, regulacje, zróżnicowane dopłaty, tym 100%, a tym 25%, nazywa "jednolitym rynkiem". To jest niejednolite planowanie, a nie jednolity rynek.

Mam nadzieję, że wyjaśniłem wątpliwości Autora, co do moich poglądów. Nie chcę go jednak zniechęcać - niech dalej uważa na fałszywych wolnościowców i bacznie patrzy im na ręce. Mnie również. Tak trzymać!

Mateusz Machaj
degaulle@wp.pl






Webmaster
Copyright 2001, Paweł Sztąberek





Spis Autorów

Komentarz tygodnia

Czytelnicy
piszą

1 2 3 4

Subskrypcja
Jeśli chcesz być powiadamiany o nowościach na "SP" wpisz swój adres e-mail


Powiadom znajomego o "SP" wpisując jego adres e-mail


Stowarzyszenie KoLiber



Zbiór tekstów
o UE

Czytelnicy
"SP" o UE
ooooooooooooooooooooooooi
Przyślij swoją opinię