kapitalizm - serwis zwolennikow wolnego rynku

Strona główna




Państwo i demokracja - symbioza czy antagonizm?

Pytanie na pozór oczywiste. Demokracja to wolność wyboru (w tym przypadku rządzących), a wolność powinna sprzyjać każdemu rozwojowi.

Rzeczywistość jest niestety bardziej skomplikowana. Przede wszystkim należy zadać pytanie kolejne: demokracja, ale jaka? Bezkrytyczni jej zwolennicy tej kwestii nie poruszają, twierdząc, że jedyną dopuszczalną demokracją jest demokracja całkowita, w której wszyscy obywatele mają prawo głosu. Szkopuł w tym, że takiego modelu ustrojowego nie ma, nie było i (daj, Panie Boże…) nigdy nie będzie.

Nie znamy w historii świata systemu, w którym wszyscy obywatele mieli by wpływ na wybór rządzących. Zawsze ktoś był wyłączony z tego przywileju. Skrajnym przypadkiem są rządy całkowicie autorytarne - poza władcą nikt nie może decydować o funkcjonowaniu państwa. Tylko, że takiego systemu sprawowania władzy również nie znamy z historii.

Nawet największy despota dopuszczał do podejmowania decyzji doradców. W czasie rządów "władcy absolutnego" - Ludwika XIV, który zwykł mawiać "państwo to ja" - Jean Baptiste Colbert miał większy wpływ na państwo od "demokratycznie" wybranego premiera obecnego polskiego rządu.

Kolejne stopnie do demokracji to:

  • Wpływ na władzę mają pojedyncze zbiorowiska - niektóre grupy wolnych mężczyzn (ustrój Polski w XVI wieku).

  • Wszyscy wolni mężczyźni (jak demokracja ateńska czy rzymska).

  • Wpływ na władzę ma większość, choć nie wszyscy - demokracje współczesne.

Bo nawet we współczesnych demokracjach są grupy obywateli wyłączone z możliwości głosowania. Na przykład dzieci.

Ograniczenia wynikały częściowo z pazerności rządzących na władzę, częściowo z rozsądku. Bowiem dopuszczanie niektórych ludzi do współrządzenia psuło państwo. Mądrzej jest zlecić decyzję osobom posiadającym kwalifikacje, niż tłumowi, którego decyzje mogą być błędne. Trudno wyobrazić sobie społeczeństwo tak zdegenerowane, że daje prawo głosu noworodkom. Ale degeneracji państw, pozwalających, by o jego losie decydowały setki tysięcy wiecznie pijanych półanalfabetów, głupszych od mojej siedmioletniej córki - nie trzeba sobie wyobrażać. Wystarczy wyjść z domu.

Nie ulega wątpliwości, że od ok. 200 lat, pod płaszczykiem ideologii równości i sprawiedliwości "społecznej", zorganizowane grupy interesów stopniowo dopuszczają do decyzji ludzi bez kwalifikacji. Ograbianie obywateli bez ich zgody, na przykład w monarchii absolutnej lub systemie komunistycznym grozi buntem, z najgorszymi dla rządzących konsekwencjami. Ludwik XVI i Ceaucescu przekonali się o tym najlepiej. Bezpieczniej jest dać obywatelom iluzję wolności wyboru, a następnie nimi manipulować.

Aby to przeprowadzić, potrzebny jest ciemny tłum.

Na przeszkodzie stał mały problem - rosnące wykształcenie społeczeństw. Skoro już wykształconych nie da się ogłupić - "zaśmieca" się populację wyborców, dopuszczając do decyzji grupy mniej wykształconych ludzi, którzy wcześniej w tego prawa nie mieli. Na przykład chłopów i kobiety - ówcześnie gorzej wykształcone od mężczyzn.

Żenującą próbę dalszego obniżania kwalifikacji wyborców widzieliśmy w czasie ostatnich wyborów prezydenckich w USA. Amerykańska lewica (tzw. Demokraci) domagała się, by umożliwić analfabetom głosowanie przez umieszczenie na kartach wyborczych fotografii kandydatów. Pretekst ten sam, co zwykle - prawa człowieka, demokracja i tym podobne wyświechtane slogany. Naprawdę - wyliczyli, że brakujące głosy półgłówków mogą zapewnić im dojście do konfitur.

Czyli spór - władza autorytarna, czy demokracja - to problem jedynie dla językoznawców. Właściwszym pytaniem jest:

Jaki stopień ograniczeń wyborczych jest dla państwa najbardziej korzystny?

Tu nie ma jednej odpowiedzi. Wszystko zależy od poziomu wiedzy obywateli, stopnia ich zmanipulowania, naleciałości kulturowych i religijnych, uwarunkowań zewnętrznych. W państwach o wyższej kulturze, z wykształconymi i odpowiedzialnymi ludźmi (Szwajcaria) można dopuścić do decyzji szersze grono obywateli. W krajach latynoamerykańskich korzystniejsze są większe ograniczenia (Chile). A w niektórych państwach azjatyckich i afrykańskich państwo nie jest w stanie funkcjonować bez trzymania większości ludzi za mordę.

Jaki stopień ograniczeń jest korzystny dla Polski? Przyjrzyjmy się historii. Kraj nasz osiągnął największe znaczenie i dobrobyt w XVI wieku. Była wtedy dość silna władza centralna - król i prymas (personalne ostoje autorytetu, trwałości i ciągłości władzy), oraz kanclerz - centralna władza wykonawcza. Do ważniejszych decyzji dopuszczone były ówczesne elity - szlachta - najlepiej wykształcona część społeczeństwa, co zapobiegało samowoli jednostek na szczytach władzy. Łatwość uzyskania indygenatu dla osób zasłużonych polepszała średnie kwalifikacje uczestników sejmów i sejmików. Na pierwszy rzut oka dziwić może brak wśród elektorów mieszczan, zwłaszcza patrycjatu. Jednak to wykluczenie, mimo że niezamierzone, było korzystne dla państwa, bo wielu mieszczan mogło czuć większą sympatię do innego państwa (Niemcy), lub swej diaspory (Żydzi).

Erozja tego sprawnego systemu rozpoczęła się w 1573 roku, z chwilą stałego umiejscowienia obrad sejmów konwokacyjnych w Warszawie. Słabo wykształcona i biedna, czyli podatna na manipulację i korupcję szlachta mazowiecka miała ze względu na bliskość swego miejsca zamieszkania większy wpływ na wybór władcy od np. bogatszej i lepiej wykształconej szlachty małopolskiej. Jakość naszych królów elekcyjnych, poza Batorym i Sobieskim, jest prostą pochodną tego rozwiązania. Następnie dopuszczano do głosu nowe grupy ludzi gorzej wykształconych (jak polscy Tatarzy). Potem liberum veto (furtka do paraliżowania państwa przez obce mocarstwa za łapówkę - oczywiście w imię wolności każdego…).

Na końcu - rozbiory.

Można liczyć na stopniowe podwyższanie kwalifikacji wyborców w przyszłości przez wzrost wykształcenia. Tylko, że biurokraci i socjaliści bronią się również w ten sposób, że komplikują prawo. Człowiek mający wystarczającą wiedzę o funkcjonowaniu państwa w czasach starożytnego Rzymu, obecnie pogubiłby się w zalewie regulacji prawnych. Dlatego już teraz wręcz konieczne jest wprowadzenie dalszych ograniczeń. Obywatel ma czynne prawo wyborcze, ale po osiągnięciu pewnego wieku. Dlaczego również nie po osiągnięciu też pewnego wykształcenia, np. zdaniu matury? Dlaczego prawa wyborcze mają współcześni "niewolnicy", czyli ludzie nie posiadający żadnych dochodów, będący na garnuszku innych (na przykład klienci opieki społecznej)? Kryteria wiedzy i zaradności są najprostsze i najmniej dyskryminujące - w końcu każdy może zdobyć wykształcenie lub zacząć zarabiać, tak jak każdy może dorosnąć. Stopień i rodzaj ograniczeń są do dyskusji. Jedno jest pewne - nasze państwo, bez rozsądnej selekcji ludzi, mających wpływ na władzę, ma małe szanse na rozwój. Za to duże na upadek. Dopóki głos pijanych żuli będzie przeważał nad wyborem ludzi mądrych, Polską dalej będą rządzić socjaliści, populiści i szczwani oszuści. Ściślej - łączący w sobie, jak pewien szampon, wszystkie te trzy cechy na raz.

Robert Sobalski
(27 października 2003)

Skomentuj ten artykuł
(wpisując jego tytuł w temat)



Umieść poniższe bannery na swojej stronie WWW








Webmaster
Copyright 2001, Paweł Sztąberek




Wśród autorów tekstów
m.in.:

Ludwig von Mises
Mark Skousen
Lawrence W. Reed
Doug Bandow
Walter Block
Donald K. Jonas
Burtom Folsom
Alan Levite
Paul A. Cleveland
Hans F. Sennholz
Albert J. Nock
Dwight R. Lee
Michael Novak

ooooooooooooooooooooooooi
Przyślij swoją opinię


Czytelnicy
piszą