kapitalizm - serwis zwolennikow wolnego rynku

Strona główna



Dzieła zebrane:
Rozdział I - Obfitość i niedostatek
(cz. 2)

(fragmenty)


Przypuśćmy na moment, że władza ustawodawcza oraz władza wykonawcza zostałyby złożone do dyspozycji Komitetu Mimerela i że każdy członek tego stowarzyszenia miałby prawo wprowadzać i realizować jakaś ulubioną ustawę. Czy trudno wyobrazić sobie, jakim przepisom dotyczącym przemysłu podlegałoby społeczeństwo?

Jeśli teraz rozpatrzymy bezpośredni interes konsumenta, odkryjemy, iż pozostaje on w doskonałej harmonii z interesem ogólnym, z tym, czego wymaga dobrobyt ludzkości. Gdy kupujący pojawia się na rynku, pragnie znaleźć tam obfitość dóbr. Chce, żeby pory roku były korzystne dla wszystkich zbiorów, pragnie coraz lepszych wynalazków, które przyniosą mu pod drzwi większą ilość produktów aby go zadowolić; zaoszczędzi czas i pracę, odległości zostaną zniwelowane, duch pokoju i sprawiedliwości pozwoli zredukować ciężar podatków, a bariery opłat celnych wszelkiego rodzaju runą. W tym wszystkim bezpośredni interes własny konsumenta biegnie równolegle do dobrze pojętego interesu społecznego. Kupujący może z owych sekretnych pragnień uczynić obsesyjne marzenia, doprowadzić je do absurdu, a przecież nie przestaną być rzeczą ludzką. Kupujący może pragnąć, by żywność i mieszkanie, dach nad głową i ognisko domowe, edukacja i moralność, bezpieczeństwo i pokój, siła i zdrowie były dostępne bez wysiłku, bez pracy i bez ograniczenia, jak pył na drodze, woda w strumieniu, powietrze, które nas otacza, światło słońca, w którym jesteśmy skąpani. Nadal realizacja tych pragnień w żaden sposób nie będzie kłóciła się z dobrem społeczeństwa.

Powiada się być może, iż jeśli pragnienia te zostałyby zaspokojone, praca producenta będzie coraz bardziej ograniczana, a ostatecznie ustałaby w ogóle, bo nie byłoby się czym zajmować. Ale dlaczegóż to? Ponieważ w tym ekstremalnie hipotetycznym przypadku wszelkie potrzeby i pragnienia, jakie tylko można sobie wyobrazić, byłyby w pełni zaspokojone. Człowiek, jak Wszechmocny, stworzyłby wszelkie rzeczy prostym aktem swojej woli. Zapytacie pewnie, przyjmując taką hipotezę, jaki byłby cel ubolewania nad produkcją przemysłową?

Odniosłem się do wyobrażonego zgromadzenia ustawodawczego złożonego z biznesmenów, w którym każdym członek, jako producent, miałby prawo wprowadzenia ustawy wyrażającej jego sekretne pragnienie. I powiedziałem, iż prawa uchwalone przez to zgromadzenie, stworzyłyby system monopolu oraz wprowadziły w życie teorię niedostatku.

Podobnie Izba Deputowanych, gdzie każdy troszczyłby się tylko o swój własny, bezpośredni interes jako konsumenta, doszłaby w końcu do stworzenia systemu wolnego handlu, odwołania wszystkich praw ograniczających oraz zniesienia wszelkich sztucznych barier dla handlu, jednym słowem, do realizowania teorii obfitości.

Wynika stąd, że odwołanie się wyłącznie do własnego, bezpośredniego, interesu producenta, oznacza wzgląd na interes antyspołeczny; oparcie się natomiast wyłącznie na bezpośrednim interesie konsumenta, oznacza przyjęcie interesu ogólnego za fundament polityki społecznej.

Pozwolę sobie jeszcze raz podkreślić ten punkt, nawet jeśli będę się powtarzał. Otóż istnieje fundamentalny antagonizm pomiędzy sprzedawcą i kupującym. Jeden chce, żeby dobra na rynku był rzeczą rzadką, czyli żeby podaż była niska i po wysokiej cenie. Drugi pragnie ich obfitości, żeby były powszechnie dostępne i po niskiej cenie.

Nasze prawa, które powinny być przynajmniej neutralne w tej sprawie, angażują się po stronie sprzedawcy i przeciwko kupującemu, po stronie producenta i przeciwko konsumentowi, po stronie wysokich cen i przeciwko niskim cenom, po stronie niedostatku i przeciwko obfitości. Prawa działają tutaj, jeśli już nie celowo, to przynajmniej taka jest ich logika, którą rządzi taka oto zasada: naród jest bogaty, gdy brakuje mu wszystkiego. Powiadają bowiem, że to producenta trzeba faworyzować i zapewnić mu dobry zbyt dla jego produktu. Dlatego trzeba podnosić jego cenę, gdyż poprzez podnoszenie ceny trzeba ograniczyć podaż. Ograniczenie podaży oznacza stworzenie niedostatku.

Przypuśćmy, że teraz, kiedy takie prawa działają z pełnym impetem, dokonano by pełnego inwentarza, nie na podstawie wartości monetarnej, lecz pod kątem wagi, rozmiaru, objętości oraz ilości wszystkich przedmiotów istniejących we Francji, które byłyby w stanie zaspokoić potrzeby i gusta jej mieszkańców - mięsa, ubrania, paliwa, zboża, produktów kolonialnych etc. Przypuśćmy ponadto, że następnego dnia zniesiono by wszelkie bariery w imporcie do Francji produktów zagranicznych. Ostatecznie, przypuśćmy, że w celu oszacowania rezultatów takiej reformy, przeprowadza się drugi inwentarz trzy miesiące później.

Czyż nie jest prawdą, że znajdziemy we Francji więcej zboża, żywego inwentarza, ubrań, tkanin, żelaza, węgla, cukru etc, niż w czasie pierwszego inwentarza? Jest to sprawa tak oczywista, że nasze cła ochronne służą jedynie zapobieganiu importu tych wszystkich rzeczy, ograniczenia ich podaży, zapobieżenia spadkowi ich cen oraz ich nadmiarowi. Tymczasem, pytam się, czy mamy wierzyć w to, iż ludzie są lepiej nakarmieni pod władzą aktualnie funkcjonujących ustaw, bo mamy mniej chleba, mięsa i cukru w kraju? Czy są lepiej ubrani, bo mamy mniej lnianych i wełnianych ubrań? Czy ich domy są lepiej ogrzane, bo mamy mniej węgla? Czy ich praca jest łatwiejsza, bo mamy mniej żelaza i miedzi, albo mniej narzędzi i maszyn?

No tak, powiecie mi, ale jeśli zagranica zaleje nas swoimi produktami, wyprowadzi z kraju nasz pieniądz! No i co za różnica? Ludzie przecież nie jedzą pieniędzy, nie ubierają się w złoto i nie ogrzewają domów srebrem. Jakież to więc ma znaczenie, czy będzie więcej lub mniej pieniędzy w kraju, jeżeli mamy więcej chleba w kredensie, więcej mięsa w spiżarni, więcej ubrań w szafie i więcej drewna w szopie?

Restrykcyjne ustawy zawsze stawiają przed nami ten sam dylemat: albo zgodzimy się, że tworzą niedostatek, albo się na to nie godzimy. Jeśli się godzimy, to tym samym uznajemy, że wyrządzają ludziom wszelkiego rodzaju zło, jakie mogą im uczynić. Jeśli się nie godzimy, wówczas zaprzeczamy, że ograniczają one podaż dóbr i podnoszą ich ceny i w konsekwencji zaprzeczamy, że faworyzują producenta. Ustawy takie są albo szkodliwe, albo nieskuteczne. Nie mogą być użyteczne.

Frederic Bastiat
(20 lipca 2009)

Skomentuj ten artykuł
(wpisując jego tytuł w temat)

Obfitość i niedostatek (cz. 1)
Obfitość i niedostatek (cz. 2)

"Dzieła zebrane" Frederica Bastiata objęte są promocją "Książki bez VAT".



kapitalizm - serwis zwolennikow wolnego rynku



Umieść poniższe bannery na swojej stronie WWW








Webmaster
Copyright 2001, Paweł Sztąberek




Spis Autorów

Komentarz tygodnia

Książki
polecane

Czytelnicy
piszą

1 2 3 4
oooooooooooooooooooooooi
Subskrypcja
Jeśli chcesz być powiadamiany o nowościach na "SP" wpisz swój adres e-mail


Powiadom znajomego o "SP" wpisując jego adres e-mail

ooooooooooooooooooooooooi
Przyślij swoją opinię