kapitalizm - serwis zwolennikow wolnego rynku

Strona główna




Komentarz tygodnia

Archiwum "Komentarz tygodnia" - powrót do wcześniejszych >>>

Płaca minimalna = minimalne zatrudnienie (28 września 2011)

Nie tak dawno temu, rząd Donalda Tuska ogłosił, że od nowego roku płaca minimalna wynosić będzie 1500 zł wobec dotychczasowej kwoty 1386 zł. Dla jednych to spory skok w górę, a dla innych, jak choćby związkowców, to wciąż za mało.

Jednak nie kwota wynagrodzenia jest tu najważniejsza, lecz sama idea płacy minimalnej. Płaca minimalna to nic innego, jak narzucona przez państwo kwota, poniżej której żaden pracodawca, zatrudniający pracownika legalnie na pełnym etacie, nie może zejść. Płaca minimalna to zaprzeczenie swobody umów, to wypaczenie prawdziwej wartości tego, co robią pracownicy.

Wypaczenie owo działać może w dwie strony. Z jednej - może prowadzić do zawyżenia wartości pracy, z drugiej - do jej zaniżenia. Pracodawca, z uwagi na płacę minimalną, może zbankrutować, gdyż nie będzie mu się opłacało ponosić kosztów jeśli nie są tego warte. Z drugiej strony, może ograniczyć się do wypłacania pracownikowi płacy minimalnej mimo, że jego praca warta jest znacznie więcej, co najlepiej dałoby się zaobserwować na wolnym rynku. W latach 20-tych ub. wieku, w USA potraktowano płacę minimalną jako remedium na narastający kryzys. Skutkiem jej wprowadzenia był wzrost bezrobocia. Jeśli bowiem narzuca się pracodawcy, ile ma najmniej zapłacić pracownikowi, a ów pracodawca sam jest w kłopocie, wówczas naturalną konsekwencją będzie - w najlepszym wypadku - zwolnienie części pracowników, albo - w najgorszym - całkowite bankructwo.

Ale kwota płacy minimalnej też ma swoje znaczenie... Rozmawiałem kilka dni temu z przedsiębiorcą, który zatrudnia kilka osób. Na moje pytanie, czy podoła on od stycznia nowym wymogom związanym z wysokością płacy minimalnej, odpowiedział, że będzie zmuszony zwolnić część pracowników i ewentualnie zatrudnić ich "na czarno". "Zostawię jakiegoś figuranta na etacie, tak by skarbówka nie nabrała podejrzeń, że zatrudniam ludzi nielegalnie" - odpowiedział. Ilu, w skali kraju, jest takich przedsiębiorców, jak mój rozmówca?

Trzeba być naiwnym, aby decyzji rządu o wzroście płacy minimalnej od stycznia 2012 roku nie wiązać z trwającą kampanią wyborczą. Ale to tym bardziej jak najgorzej świadczy o ludziach, którzy dążą do władzy. Znaczy to, że za nic mają oni dobro Polski i Polaków. Liczy się tylko sondażowy słupek.

Paweł Sztąberek

* * *

Co dalej z Unią, co dalej ... z nami? (19 kwietnia 2011)

Piątkowy poranek (15 kwietnia 2011 r.) przyniósł następującą informację: Unia Europejska nosi się z zamiarem wprowadzenia nowego podatku (od transakcji finansowych), który bezpośrednio zasilałby ją, bądź planuje zwiększenie składki członkowskiej dla poszczególnych krajów. Wiadomość tę przekazał p. Janusz Lewandowski, unijny komisarz ds. budżetu. Dodał przy tym, że takie rozwiązanie leży jak najbardziej w polskim interesie.

Już teraz wiadomo, że nie wszystkim krajom podoba się ten pomysł. Na pewno nie spodoba się Anglikom, pewnie wątpliwości będą miały także Niemcy. Znajdzie się tych krajów znacznie więcej. Pytanie, jak zachowa się rząd Polski? Janusz Lewandowski to dawny, bardzo bliski kolega premiera Tuska, więc zapewne jego opinia nie jest dla premiera bez znaczenia. Ale co weźmie górę, troska o interes Polski czy też dbałość o interesy kosmopolitycznego bytu, którego komisarzem jest dawny kolega z Kongresu Liberałów?

Unia Europejska ma chyba poważny problem. Kryzysy w poszczególnych prowincjach (Grecja, Irlandia, Portugalia, Hiszpania) już teraz poważnie obciążają budżet tego zbiurokratyzowanego kolosa, który - jak się wydaje - znalazł się pod ścianą. Pomoc dla Grecji czy Irlandii to tak naprawdę próba ratowania waluty euro. Jest to dla Brukseli sprawa bez wątpienia prestiżowa. Upadek euro w którymś z krajów już je posiadających może uruchomić falę, którą trudno będzie zatrzymać.

Upadek waluty euro oznaczałby klęskę wielkiego projektu unijnych biurokratów, pragnących krok po kroku uczynić z UE superpaństwo. Klęska tego prestiżowego projektu mogłaby być początkiem rozpadu Unii. Na jak długo unijnym biurokratom starczy determinacji i narzędzi pomocnych w tym, by ratować - kosztem dalszej konfiskaty własności ludzi - swoją babilońską konstrukcję? I czy rządom poszczególnych prowincji UE wystarczy siły i rozsądku, by się tym zakusom biurokratów i wszelkiej maści komisarzy przeciwstawić, nawet wówczas jeśli miałoby to oznaczać koniec unijnej utopii?

Paweł Sztąberek

Przedruk za www.pafere.org

* * *

Kisiel - cudze chwalicie, swego nie znacie (23 luty 2011)

Olbrzymią falą zainteresowania cieszy się 100 rocznica urodzin wielkiego człowieka, Ronalda Reagana. Równocześnie jednak zapomniano, że 7 marca 100 lat skończyłby Stefan Kisielewski. Także w tym roku mija 20 rocznica jego śmierci - 27 października.

Trochę rozwiewa moje zdziwienie obecna w Polsce sytuacja - w czasach barykad i poglądowych szablonów, niezależny Kisiel popularny być nie może. Kisielewski był publicystą genialnym. Wróć - wybitnym. Wróć - najwybitniejszym i najgenialniejszym jakiego Polska miała po 1945.

Kisiela wyróżniał charakter. D. Passent powiedział kiedyś o Stefanie, że "był publicystą autentycznie niezależnym." Kisiel nie walczył z ludźmi - walczył z poglądami, pomysłami. Gdy bredziła władza ludowa, on o tym mówił. Gdy bredziła Solidarność, on o tym mówił. Gdy bredzili księża, on o tym mówił. Kisielewski był jednoosobową opozycją przeciwko głupocie. To sprawiło, że znajomi często się z nim nie zgadzali, ale bez wyjątku szanowali. Bo powiedzcie mi, drodzy czytelnicy, czy jest w powojennej historii Polski ktoś, kogo nie ośmielą się skrytykować w "Gazecie Polskiej", w "Gazecie Wyborczej" i w "Nie"? Czy jest w bagnie polskiej polityki autorytet, o którym z szacunkiem wypowiadają się Kiszczak, Michnik i Macierewicz?

Najważniejszym jednak problemem, z jakim Kisiel się mierzył, była cenzura. Do maksimum opanował sztukę omijania, pisania między wierszami i rzucania lekkich aluzji. Mimo to Kisielewskiego kosili nieubłaganie. Nie da się ocenić, jak wielka krzywdę wyrządzili Polsce komuniści zabierając Stefanowi Kisielewskiego pióro, i skazując go na substytuty swobodnej twórczości.

Wielką krzywdę wyrządzili potomni Stefanowi Kisielewskiemu. Nie ma go w podręcznikach do historii, nie ma jego felietonów w szkole, na języku polskim. Nie ma pomników, skwerów, ulic. W codziennej zadymie o monumenty, zapomniano o choćby najmniejszej tabliczce ku czci wielkiego Polaka .

Kisielu, spoczywaj w pokoju.

Rafał Urbanowicz

PS: Każdy kto chce poprzeć petycję do Prezydenta RP Pana Bronisława Komorowskiego w sprawie nadania Stefanowi Kisielewskiemu Orderu Orła Białego, może to zrobić TUTAJ.

* * *

Co by napisał Bastiat o unijnych funduszach? (14 luty 2011)

Euforia jaka zaślepia oczy wielu przyzwoitym ludziom, a wywołana rzekomo zbawiennym działaniem tzw. funduszy unijnych, nie powinna przysłaniać prawdy, jaka z kwestią funduszy jest związana. Co rusz słychać przechwały samorządowców, że ich miasto to "mistrz unijnych dotacji" itp. Setki folderów, ulotek, plansz, plakatów, gdzie widnieje wizerunek unijnej flagi z zachętą do wzięcia udziału "w programie", wpisały się już w polski krajobraz.

Ale w krajobraz wpisują się również inne obrazy... W zagranicznej prasie coraz częściej można przeczytać o niedokończonych projektach, o przerwanych drogach, o do połowy wybudowanych mostach, o patologiach przy przepływie pieniędzy unijnych (we Włoszech rękę na pulsie trzyma ponoć mafia)... Niedawno czytając książkę o Toskanii znalazłem fragment, w którym autor opisuje krajobraz jednego z miejsc w Toskanii. Wszystko jest pięknie, jak to w Toskanii, a jedynie widok psuje olbrzymia opuszczona betonowa konstrukcja. Miała to być rządowa inwestycja (wparta funduszami wiadomo skąd), w której miano coś składować... Okazała się inwestycją bezsensowną, tyle że teraz nie ma nawet kto przywrócić krajobrazowi dawnej harmonii.

U nas dopiero się zaczyna. Zachwytom nad unijnymi funduszami nie widać końca. Tymczasem, jak to wygląda naprawdę?... Rąbek tej prawdy odsłaniają nieliczne artykuły poświęcone tej tematyce, jak np. Ze wspólnego gara - rzecz o unijnych funduszach, w którym autor opisuje jak finansowane są przedsięwzięcia mające mieć wsparcie Unii. Przedstawiony obraz odbiega nieco od tego, co lansuje się w mediach.

Można tylko mieć nadzieję na to, że takich tekstów będzie coraz więcej. Bo unijne fundusze to nie tylko to, co powszechnie widać, czyli ładne, kolorowe foldery, uśmiechnięte twarzyczki nowych, tym razem nie sowieckich, ale unijnych, pionierów, ale - a może nawet przede wszystkim - to, czego gołym okiem nie widać. A to, czego nie widać to rosnące długi, długi, długi, długi... Krzysztof Rybiński napisał niedawo w "Rzepie" o tych, co te długi produkują, że są to "złodzieje przyszłości"... Fryderyk Bastiat miałby na pewno świetny temat na swój kolejny esej z cyklu "co widać a czego nie widać", gdyby był wśród nas. Na szczęście ma on swoich naśladowców także w dzisiejszej Polsce. Na miarę swoich możliwości starają się oni zajrzeć pod powierzchnię tego, na co często nie zwracamy uwagi...

Paweł Sztąberek

* * *

Jak to z tą wolnością jest? (8 lutego 2011)

Obejrzałem niedawno wywiad z jakimś urzędnikiem z kancelarii prezydenta Komorowskiego Bronisława. Dziennikarka chcąc go jakoś lekko bodnąć stwierdziła (mniejsza o kontekst): No, ale tamten polityk powiedział o panu, że..." itd... Na co ów urzędnik odrzekł: "Może mówić co chce, mamy przecież wolny kraj...".

Pojęcie "wolny kraj" w ustach wieloletniego przedstawiciela "nowej szlachty" jest już tak wyświechtane, że mało kto zastanawia się, jak to właściwie z tą wolnością u nas jest. Czy rzeczywiście mamy wolny kraj? Pierwsza odpowiedź jaka mi się nasuwa to: wolne, ale żarty... Niedawno komentator TVN24, red. Pałasiński sypnął się mówiąc o Białorusi: "Ale co my możemy zrobić, Białoruś to w końcu suwerenny kraj, a nie jakiś protektorat rosyjski czy unijny". Tak więc ustami czołowego komentatora czołowej stacji telewizyjnej odpowiedzieliśmy sobie na pytanie o "wolny kraj".

Teraz druga kwestia: czy panuje u nas wolność?

Właśnie od stycznia 2011 roku podwyższono podatek VAT do 23 procent. Dotychczas obowiązywała 22 procentowa stawka, a na niektóre towary 7-procentowa, a nawet 0-wa. Oznacza to, że nakładając wyższy podatek o 1 proc. rząd wyrwał nam kolejny 1 procent wolności. Generalnie, skala opodatkowania świadczy o tym w jakiej części jesteśmy wolni. Najniższa stawka podatku dochodowego, 18 proc. oznacza, że rząd zabiera nam 18 proc. wolności, 30 procent oznacza, że 30 proc. wolności itd... Biorąc pod uwagę jeszcze inne haracze na państwo wychodzi, że rządowi oddajemy bez mała połowę naszych dochodów, a to znaczy, że połowa naszej wolności jest nam pod przymusem wyrywana przez rząd. Zgoda, nie ma absolutnej wolności na tym świecie. Ludzie oddają część wolności w formie podatków, lecz w zamian oczekują od państwa skuteczności w świadczeniu pewnych usług. Jak to u nas wygląda - szkoda gadać. Kradnie nam się wolność dając w zamian chłam w każdej sferze, którą zajmuje się w III RP państwo.

Nakładanie koncesji, wysokich podatków, wzrost biurokracji utrudniającej życie, coraz to nowe ograniczenia, nakazy i zakazy świadczą o tym, że słowa wysokiego urzędnika kancelarii prezydenta Komorowskiego Bronisława o tym, że "mamy wolny kraj" warte są tyle, co zeszłoroczny śnieg. Ot, po prostu kolejne kłamstewko typowego przedstawiciela "nowej szlachty". Oni już chyba nawet nie wiedzą kiedy mówią prawdę a kiedy kłamią...

W jednej dziedzinie istotnie mamy wolność... W pornografii. Choć jej natarczywe eksponowanie w kioskach jest zabronione, państwo, które notorycznie i pod groźbą więzienia okrada nas z wolności, jakoś z takim problemem nie potrafi sobie poradzić.

Paweł Sztąberek

* * *

A u nas po staremu... (8 listopada 2010)

Z Ukrainy dochodzą nas wieści, że planowane są tam dość radykalne reformy gospodarcze, polegające m.in. na cięciach podatkowych - ujednolicenie podatków dla przedsiębiorców, zmniejszenie stawki VAT. Cięcia te, bez wątpienia mogą się przyczynić do poprawy sytuacji gospodarczej. Jednocześnie z Gruzji dochodzą wieści, że tamtejszy rząd zamierza sprzedać w sposób najbanalniejszy, tj. na zasadzie, kto da więcej, pocztę państwową. Trudno wyobrazić sobie podobną sytuację w Polsce. Zaraz podniósłby się rejwach, że poczta to sektor strategiczny i musi pozostać państwowa.

Jakie tymczasem wieści u nas? Przypadkowo trafiłem w internecie na relację wideo z posiedzenia rady nadzorczej jednej z dużych polskich firm, notowanych na giełdzie. Zapis zawiera sprawozdanie z działalności firmy za lata 2009-10, a także prognozy na rok 2011. Prognozy te nie wyglądają za ciekawie. Sprawozdawca zwraca uwagę na narastający dług publiczny III RP, a co za tym idzie, na działania rządu zmierzające do jego ograniczenia. "Przewidujemy, że działania te wpłyną na spadek konsumpcji, a więc i na wyniki naszej firmy" - stwierdził sprawozdawca na posiedzeniu rady nadzorczej owej firmy.

Takich firm jest wiele i najpewniej i one przewidują, że w związku z podwyższeniem podatków, od 2011 roku może spaść ich rentowność.

Ostatecznie, podwyżka podatków i planowany przez rząd wzrost wpływów do budżetu okazać się może wielką klapą. Ludzie po prostu będą mniej kupować, a tym samym zakładane wpływy z podatków trzeba będzie ostro skorygować. Pytanie tylko, jakie działania podejmie rząd na rok 2012, by "naprawić" błędy swoich wcześniejszych decyzji?

Jednym słowem... U nas wszystko po staremu...

Paweł Sztąberek

* * *

Zwycięstwo komuny w III RP czyli pogrzeb reprywatyzacji (18 października 2010)

III RP to kraj wielu grzechów. Najogólniej można by je zaklasyfikować do kategorii - grzechów zaniechania. Nie czas i miejscu tu, by wymieniać wszystkie z nich, dlatego skupię się na grzechu zaniechania reprywatyzacji.

Dlaczego do tej pory nie zwrócono byłym właścicielom majątków zagrabionych po wojnie przez komunistów - nie wiem. Czy spowodowała to ludzka głupota, czy świadome działanie ludzi, którzy nie mogli pogodzić się z tym, że nagle ci, których kiedyś ideologicznie zwalczali jako burżujów mieliby wrócić na swoje włości, czy też może jakaś niemoc, która zaczadziła umysły i dusze rządców III RP od jej zarania - nie wiem. Faktem jest, że nie oddano prawowitym właścicielom bądź ich spadkobiercom tego, co zostało kiedyś skradzione. Obecnie prawie w ogóle o reprywatyzacji się nie mówi i może dlatego, nieco niezauważenie i bez większego sprzeciwu realizowany jest scenariusz ostatecznego usankcjonowania komunistycznej kradzieży.

Otóż Agencja Nieruchomości Rolnych rozpoczęła właśnie szeroką sprzedaż gruntów, w tym również tych, co do których zgłoszone są roszczenia reprywatyzacyjne byłych właścicieli bądź ich spadkobierców. Oczywiście osoby starające się o zwrot swoich majątków nie są w tej operacji pominięte, skądże znowu... Zaproponowano im mianowicie możliwość ... pierwokupu. I to po cenach rynkowych. Jeśli z jakichś powodów nie skorzystają z tej możliwości majątki wystawione zostaną na licytację.

I tak oto w III RP, rzekomo państwie wolnym, oczyszczonym z komunizmu, na czele którego stoją ludzie, którzy ponoć na walce z komuną zjedli zęby, doczekaliśmy się usankcjonowania komunistycznego złodziejstwa. Wniosek jest jeden: jeśli chcesz odzyskać swoją własność, zapłać złodziejowi. Wtedy odda. To już chyba koniec złudzeń, że w III RP, kraju rządzonym przez wyklute przy "okrągłym stole" elity, cokolwiek może się jeszcze zmienić.

Paweł Sztąberek

* * *

Różne oblicza darmochy (20 września 2010)

Idąc niedawno ulicą minął mnie samochód obklejony reklamą. Tekst jaki zdążyłem przeczytać brzmiał mniej więcej tak: "Nie płać za szkolenia! My szkolimy za darmo!". Był też adres strony internetowej, ale nie zdążyłem go zapamiętać.

Mniejsza zresztą o szczegóły typu, kto i gdzie... Rozchodzi się o samo zjawisko rozdawania czegoś rzekomo za darmo.

Tak zwana darmocha staje się dziś niezwykle popularna... Darmowa nauka angielskiego, darmowe prawo jazdy, darmowa nauka zawodu, darmowa szklanka mleka dla każdego dziecka. Trochę by się tego pewnie jeszcze nazbierało. Ale teraz rodzi się pytanie: czy to, że jakieś urzędy, czy instytucje organizują coś "za darmo" oznacza, że taki mają kaprys, że są tacy bezinteresowni?

Przychodzą mi teraz do głowy trzy warianty. Pierwszy, gdy świadczenie czegoś „za darmo” uskutecznia prywatna organizacja (np. fundacja, stowarzyszenie), która utrzymuje się z dobrowolnych datków od sponsorów, którzy wiedzą na co przeznaczają swoje wpłaty i nie mają nic przeciwko temu, by np. finansować domy opieki, czyjąś edukację, czy koszty leczenia. Drugi wariant to taki, gdy „darmowe” usługi zapewnia np. urząd utrzymujący się z pieniędzy podatników. Wiadomo, że w tym przypadku owa "darmowość" jest tylko iluzoryczna, bowiem opiera się na uprzednio dokonanej pod przymusem przez inne urzędy konfiskacie części majątków innych ludzi. No i trzeci wariant - gdy darmochę oferuje firma prywatna, która za swoją działalność otrzymuje pieniądze z budżetu. Reklama na samochodzie, opisana na wstępie, dotyczyła zapewne tego trzeciego wariantu. To rzekome "za darmo" to nic innego, jak kolejny sposób na drenowanie kieszeni podatników.

Teraz, gdy Unia Europejska przekupuje ludzi rozdając im pieniądze "za darmo", trzeci wariant stał się bardzo popularny. Powstają niezliczone ilości firm, które nie prowadzą żadnej działalności produkcyjnej, nie wytwarzają tak naprawdę żadnego dobra, a jedynie organizują tzw. szkolenia, finansowane przez podatników, skubanych wcześniej przez urzędy skarbowe. Inaczej mówiąc, żerują na chorym systemie w jakim żyjemy. Coraz częściej można przeczytać w prasie, że wiele z tych "darmowych" szkoleń to marnotrawstwo pieniędzy, że ich skutek jest zerowy. Ot, np. uczenie wieloletniego bezrobotnego robienia wiązanek i bukietów, po którym to szkoleniu ów bezrobotny wciąż takowym pozostaje... Obłowili się tylko sprytni organizatorzy szkolenia... I o to w tym wszystkim chodzi!

System, w którym żyjemy nie sprzyja uczciwym przedsiębiorcom, którzy brzydzą się barć jakiekolwiek dotacje od kogokolwiek, również z UE. Zapewniam, są tacy, znam kilku osobiście. Ich siłą jest uczciwość i wiara we własne możliwości, a nie cwaniactwo i wyrachowanie, które każe nie mieć żadnych oporów przed tym, by podobnie jak rząd, skubać biednych polskich podatników niczego, tak naprawdę, nie dając w zamian, poza zakłóceniami rynku...

Paweł Sztąberek

* * *

Na czym wychowywał się Tusk? (18 sierpnia 2010)

Jak już powszechnie wiadomo, liberalna z samozwańczego nadania Platforma Obywatelska zapowiedziała podwyżkę podatków od przyszłego roku, przede wszystkim podatku VAT. Podatek ten jest najmniej zauważalny przez ludzi, ponieważ ukryty jest w cenie towarów oraz usług z jakich każdy korzysta na rynku. Kupując bułkę, ołówek, czy samochód, płacimy VAT, często nawet tego nie zauważając. Jeden procent w przypadku większości towarów to niby niewiele, jednak idąc do sklepu zwykle kupujemy więcej niż jakąś pojedynczą rzecz. Zatem od każdej z tych rzeczy zapłacimy w cenie ten jeden procent więcej. Natomiast idąc do księgarni i kupując książkę, zapłacimy już 5 procent więcej. Nasze portfele na pewno to odczują.

Oczywiście rząd powie, że przedsiębiorcy wcale nie muszą podnosić cen w związku z podwyżką podatków. Zawsze mogą ograniczyć swój zysk (a ten 1 procent więcej i tak trafi do kasy państwa). Jednak nie liczyłbym na to. Zresztą cóż się dziwić przedsiębiorcom. Rozmawiałem niedawno ze znajomym prowadzącym działalność w branży księgarskiej. Opowiedział jakie problemy natury techniczno-organizacyjne będą mieć osoby zajmujące się sprzedażą czy wydawaniem książek... Nowe kasy fiskalne, nowe dokumenty... Totalne przestawienie się na ...jeszcze większą biurokrację. Trudno nawet to wszystko przytoczyć, ale jedno jest pewne... To przestawienie to dodatkowe koszta i nowe nakłady... Zapewne odbije się to na cenach.

Premier Tusk uzasadniając konieczność podwyżki podatków stwierdził, że jest ona niezbędna jeśli chcemy utrzymać wzrost gospodarczy. Nie jestem pewny czy pan Tusk wiedział co mówi. Jeśli tak to tym gorzej... I pomyśleć, że ten człowiek wiedział ponoć kiedyś kto jest Ludwig von Mises, Milton Friedman czy Fryderyk von Hayek. Ponoć czytywał nawet ich książki. Pewnie tak, jak Aleksander Kwaśniewski paryską "Kulturę" na której ponoć się wychował...

Paweł Sztąberek

* * *

Czy da się coś jeszcze dobrego zbudować? (19 lipca 2010)

Wybory prezydenckie, które mamy już za sobą, chyba jak żadne inne w III RP, uwypukliły całą obłudę i hipokryzję demokracji. A w każdym razie tego, co obecnie uważa się za demokrację. Pokazały także kompletny brak odpowiedzialności u ludzi, którzy stają do konkursu piękności, ostatecznie kończącego się przejęciem przez nich władzy politycznej. Władzy, która daje duże możliwości zrobienia czegoś dobrego, i jeszcze większe - zrobienia czegoś złego...

Główne przesłanie wyborcze dwóch głównych kandydatów, jeśli chodzi o gospodarkę, sprowadzało się mniej więcej do stwarzania iluzji, że można mieć coś z niczego. Żaden wprost tego nie powiedział, ale z całej palety obietnic serwowanych wyborcom, wysnuć można było wniosek, że "wystarczy być" - niczym bohater pewnej opowiastki - a wokół nas zaroi się od dobrobytu. Jarosław Kaczyński i Bronisław Komorowski prześcigali się w tym, który jest większym socjalistą.

Wybory się skończyły i zaczyna się codzienność. Zwycięski kandydat już wkrótce wprowadzi się do Pałacu Namiestnikowskiego na Krakowskie Przedmieście. Czy cztery ściany pałacu okażą się dla niego więzieniem własnych obietnic? Jeśli wypnie się na wyborców i zlekceważy to, co im obiecał, obnaży właśnie tę hipokryzję i obłudę demokratycznych igrzysk. Jeśli zacznie spełniać obietnice - w miarę możliwości jakie posiada prezydent - okaże się człowiekiem kompletnie nieodpowiedzialnym, żyjącym lata świetlne od wiedzy na temat stanu finansów publicznych. Kandydat przegrany natomiast przerzuca się już na zupełnie inne tony, których - co dziwne - w kampanii wyborczej nie poruszał. Pękł cały żal jaki Jarosław Kaczyński w sobie tłumił od 10 kwietnia br. Prezes PiS ma oczywiście do tego prawo. Ale jak sobie przypominam w kampanii wyborczej wspomniał coś o liberalnej w sensie gospodarczym "ustawie Wilczka", która na początku lat 90-tych wyzwoliła w Polakach przedsiębiorczość. W kampanii mówił o tym, że do tej ustawy należałoby wrócić. Rozumiem, że Jarosław Kaczyński ma teraz misję, misję wyjaśnienia smoleńskiej katastrofy. Ale czy w PiS znajdzie się ktoś, kto w jego zastępstwie byłby gotów pociągnąć temat "Wilczka" i naciskać PO, by rozważyła jej przywrócenie? Zwłaszcza, że p. Wilczek poparł PO, a PO nawet się tym szczyciła... Może chociaż w tej kwestii politycy PO i PiS jakoś by się porozumieli...

Bo, z jednej strony - na nienawiści do "Kaczora", a z drugiej - na żalu do całego świata, nic dobrego dla Polski nie da się zbudować.

Paweł Sztąberek

* * *

Konkurs piękności (14 czerwca 2010)

13 czerwca 2010 roku w państwowej TV odbyła się debata czterech kandydatów na prezydenta RP. Byli to kandydaci popierani przez ugrupowania zasiadające w parlamencie. Poruszano m.in. sprawy gospodarcze. Skupię się tylko na kilku kwestiach...

Debata pokazała, że kandydaci niewiele się od siebie różnią. Każdy z nich działa w parlamencie od wielu lat i każdy, ma silną pozycję i spory wpływ na kształtowanie prawa. Roztaczali oni wizję, czego to nie zrobią dla społeczeństwa. Pytanie jednak: dlaczego do tej pory tego nie zrobili? Pięknie mówiono o tym, co przeszkadza polskiej przedsiębiorczości... Oczywiście biurokracja, procedury itp. „Trzeba uprościć procedury” - mówił p. Napieralski. „Nie przeszkadzać przedsiębiorcom” - wtórował p. Komorowski. „Trzeba nawiązać do pakietu Wilczka” - dodał p. Kaczyński, co dla gospodarczych liberałów mogłoby by być pewną wskazówką. Ale czy w te deklaracje można wierzyć? P. Kaczyński jeszcze niedawno mówił o pakiecie Kluski... Teraz pojawia się pakiet Wilczka... Kierunek dobry ale raczej mało szczery, skoro do tej pory niczego nie udało się zrobić. Zresztą, prezydent niewiele w tej materii może, choć całkiem bezsilny nie jest. Ot, może zgłaszać własne projekty zmian oraz wetować cudze projekty, szkodliwe dla gospodarki.

W sprawie euro niemal wszyscy kandydaci opowiedzieli się „za”. Prawie... bo p. Waldemar Pawlak zauważył, że „własna waluta to większa możliwość radzenia sobie w trudnych czasach...”. Pewnie ma rację, ale jestem pewny, że gdyby tylko doszło w sejmie do głosowania „za” czy „przeciw” euro, p. Pawlak zagłosuje „za”.

Kwestia prywatyzacji... Praktycznie żadnych różnic między kandydatami. Państwowa służba zdrowia, państwowa edukacja, państwowe „sektory strategiczne”... Każdy przerażony uważał tylko, by nie palnąć czegoś, co mogłoby sugerować, że jest za prywatyzacją choćby i własnych długopisów...

Żaden z uczestników debaty nie zająknął się nawet co do trendów panujących w Unii Europejskiej. Zsocjalizowanej i coraz bardziej antycywilizacyjnej. O ile można zrozumieć p. Napieralskiego, który nie wyobraża sobie rozpadu UE, o tyle stwierdzenie p. Kaczyńskiego o polskiej obecności u Unii: „Ten kierunek nie podlega dyskusji”, może budzić lekkie zdziwienie u wyborców liczących na jego eurosceptycyzm.

Ogólne wrażenie z debaty? Konkurs piękności bez konkretów. A tak naprawdę trzech zmęczonych, lekko zblazowanych facetów z wieloletnim parlamentarnym i rządowym stażem i jeden, tryskający energią i uśmiechem lider lewicy, Grzegorz Napieralski. Konkurs piękności niewątpliwie on wygrał.

Paweł Sztąberek

* * *

Niech rząd nic nie robi (7 czerwca 2010)

Jest jakaś pozytywna nowina w tym okresie zamętu i powodzi. Otóż, według szwajcarskiego instytutu badającego poziom konkurencyjności gospodarek poszczególnych państw okazuje się, że Polska awansowała o 12 pozycji w górę. W tegorocznym rankingu zajęła ona 32 miejsce. Palmę pierwszeństwa utraciły (to chyba nie jedyny taki ranking, który to potwierdza) Stany Zjednoczone, które przewodziły liście prze ostatnich 16 lat.

Nie jest niespodzianką, że na czele listy (co również potwierdza kilka innych tego typu rankingów) znalazły się kraje azjatyckie. Niekwestionowanym liderem okazuje się Singapur, który przeskoczył na pozycję lidera z miejsca trzeciego. Drugi jest Hongkong.

Szwajcarski instytut bada ponad 300 różnych kryteriów, których analiza decyduje o miejscu w rankingu.

Awans Polski o kilkanaście miejsc do góry może nieco zaskakiwać, choć z drugiej strony można to jakoś wytłumaczyć. Ostatni kryzys finansowy przyhamował nieco rozwój wielu krajów. Poza tym wiele państw zastosowało działania interwencyjne polegające na dotowaniu prywatnych firm, które w normalnych warunkach rynkowych zapewne by zbankrutowały. Pieniądze na dopompowywanie bankrutów skądś musiały zostać wzięte... A skąd, jeśli nie z tych obszarów gospodarki, które są najbardziej produktywne o okazały się w miarę odporne na zawirowania na rynku... Ale takie działanie spowodowało, że i te obszary odczuwać zaczęły trudności, gdyż musiały płacić nie za swoje grzechy...

Polska jakoś się przez kryzys prześlizgnęła. Być może został on w jakiś sposób zamaskowany i kto wie, czy za jakiś czas i u nas nie odbije się on wielką czkawką. Jednym z zarzutów w stosunku do rządu Donalda Tuska było to, że "nic nie robi". Cóż, to co dla jednych było wadą, dla innych okazało się zaletą. Powiem krótko: lepiej niech rząd rzeczywiście nic nie robi, niźli ma robić dużo, ale źle. Dobrze by było a i pewnie w rankingach w przyszłości jeszcze lepiej by wypadło... Ale aż takim optymistą to ja nie jestem...

Paweł Sztąberek

* * *

Lumpy przyszłością ludzkości! (17 maja 2010)

Cóż, jak już raz się zabrnie w socjalistyczne g...., trudno z niego wyjść. Unia Europejska jest tego najlepszym przykładem. Właśnie tamtejsi specjaliści od rozwiązywania "problemów społecznych" ogłosili nową strategię. Do niedawna była tzw. strategia lizbońska, względnie rozsądna propozycja, która nigdy nie została zrealizowana. Mamy za to traktat lizboński i kartę praw podstawowych, które stanowić mogą idealny fundament do tworzenia socjalistycznego superpaństwa. A więc ta nowa strategia obliczona jest - podobnie jak lizbońska - na 10 lat. Jej głównym zadaniem ma być tzw. walka z bezrobociem oraz z "wykluczeniem społecznym". Z walką z bezrobociem wiadomo mniej więcej o co chodzi, natomiast co do "społecznego wykluczenia", sprawa jest mniej znana.

W latach 60-tych niejaki Herbert Marcuse, jeden z głównych ideologów studenckiej rewolty, sformułował pogląd, że - pisząc w uproszczeniu - lumpy są przyszłością ludzkości. We wszelkiej maści wyrzutkach upatrywał nadzieję na jakąś nową socjalistyczną rewoltę, która obali "burżuazyjne ustroje" państw zachodu, czyli inaczej mówiąc - kapitalistyczne społeczeństwo. Bezdomni, narkomani, alkoholicy itp... Oni mieli stanowić podstawę nowej klasy panującej, a w każdym razie stanowić iskrę, od której wszystko się zapali. W zasadzie niczego nowego nie wymyślił. Zwykle jest tak, że tam gdzie nieokiełznany tłum zaczyna zdobywać przewagę nad prawem, na pierwszy plan wysuwają się przeróżne szumowiny, które zioną pretensjami do całego świata. Początki PRL-u też są tego dobrym przykładem... Można by zatem spytać, czyżby współcześni kontynuatorzy myśli Marcusego (który ostatecznie zresztą rozczarował się do rewolty 1968 roku, twierdząc, że "nie tak miało być"), pousadzani dziś w brukselskich pałacach, chcąc walczyć z "wykluczeniem społecznym" usiłowali powstrzymać tę rewolucyjną siłę, poprzez jej oswojenie? W pewnym sensie tak. A dlaczego? No bo teraz żadna rewolucja nie jest im do niczego potrzebna, gdyż oni sami już znaleźli się na szczycie władzy, z którego mogą innym narzucać, jak mają żyć. Dlatego lumpów trzeba oswoić, by któregoś pięknego dnia nie wtargnęli do ich pałaców i nie wyrzucili ich przez okno.

Jedno pozostało bez zmian... By przychylić świata lumpom i ratować ich przed "wykluczeniem", trzeba będzie pognębić tych, którzy oczywiście za to wszystko zapłacą... Jak widać, miłość do społecznych wyrzutków pozostała. Nienawiść do kapitalistów także... Ale czy zdołają udobruchać wszystkich potencjalnych zadymiarzy? Przykład Grecji pokazuje, że niekoniecznie, a w każdym razie - nie w dłuższej perspektywie... Bo i te miliardy euro, które dziś popłyną do Grecji na walkę ze "społecznym wykluczeniem", też się kiedyś skończą.

Paweł Sztąberek

* * *

1 procent na ekonomiczną edukację (26 kwietnia 2010)

Bogactwo, siła i niepodległość Polski zależą przede wszystkim od jej rozwoju gospodarczego. Dlatego konieczne jest uczenie się i rozumienie podstawowych prawd ekonomii wolnorynkowej przez tych, którym dobro kraju leży na sercu. Służy temu działalność edukacyjna w Polsce takich fundacji jak PAFERE (patrz: www.pafere.org), która od 10 lat promuje i wydaje książki i inne materiały edukacyjne, organizuje wykłady, konferencje i konkursy, wszystko to mając za cel ukazywanie ludziom mechanizmów ekonomicznych prowadzących do dobrobytu, a demaskowaniu rożnych mitów szkodliwych dla rozwoju gospodarczego. PAFERE jest Organizacją Pożytku Publicznego (OPP). Jej działalność uzależniona jest od dobrej woli i hojności darczyńców.

Inwestujmy wiec w działalność edukacyjną PAFERE, możliwie najefektywniej!

A nie jest to trudne i czas jest teraz odpowiedni, bo właśnie przeżywamy okres rozliczenia podatku dochodowego. Przy składaniu zeznania podatkowego PIT-28, PIT-36, PIT-37, PIT-38 należy tylko wpisać w odpowiednią rubrykę: "równowartość 1% należnego podatku dochodowego", oraz nazwę: "Polsko - Amerykańska Fundacja Edukacji i Rozwoju Ekonomicznego", podając nr KRS - 0000278610.

PAFERE

* * *

Ani słowa o suwerenności... (19 kwietnia 2010)

Zdecydowana większość towarów w Polsce obłożona jest podatkiem VAT wynoszącym 22 procent. Ponieważ podatek ten płacony jest w cenie towaru (mimo że paragony i faktury wyrzucają go jako składnik ceny) to rzadko kiedy zwracamy nań uwagę. Spoglądając na paragon interesuje nas zazwyczaj ostateczna kwota. O VAT robi się od czasu do czasu głośno, ale najczęściej w kontekście aferalnym - a to że ktoś odliczył VAT, a nie powinien, próbując naciągnąć "skarb państwa", itp...

Ostatnio VAT jest znów na tapecie, lecz tym razem za sprawą zabiegów Komisji Europejskiej, by zmusić Polskę do zwiększenia wysokości tego podatku w przypadku towarów, które jak dotąd cieszą się niższą stawką. Towary te to m.in. artykuły dziecięce takie jak ubranka czy pieluchy. W chwili obecnej VAT na te towary wynosi 7 procent. KE uważa, że Polska stosuje niższą stawkę "bezprawnie". O ile - zdaniem KE - niższa stawka może być stosowana w stosunku do tzw. artykułów medycznych to do innych już nie. I tu rodzi się spór między KE a rządem. KE mianowicie uważa, że pieluszkek dziecięcych do artykułów medycznych zaliczyć nie można (choć dla dorosłych już tak), to rząd RP twierdzi odwrotnie - że są to artykuły medyczne.

Spór ten to typowe unijne bicie piany typu, czy marchewka jest owocem... A tak to już jest, kiedy za rynek biorą się biurokraci, chętni do gmerania swoimi łapskami gdzie tylko się da. Jedno jest pewne... Nawet gdyby teraz jeszcze jakimś cudem udało się rządowi wykaraskać od podatku VAT o stawce 22 procent na pieluszki dziecięce, to za jakiś czas raczej się to już nie uda. Trzeba pamietać, że integracja unijna ma postępować, a skoro "integracja" to również - z czasem - unifikacja, ujednolicenie. W tym - systemów podatkowych... Skok podatku VAT na artykuły dziecięce do 22 procent, od razu przełoży się na zawartość portfeli, tych którzy z tego typu artykułów muszą korzystać, bo podatek ten "pójdzie w cenę".

... I ani słowa o suwerenności...

Paweł Sztąberek

* * *

Forma własności a urzędnicza odpowiedzialność (22 marca 2010)

Pan Stanisław Michalkiewicz wspaniale wyjaśnił kiedyś, na czym polega różnica między własnością państwową a własnością prywatną. Otóż, w warunkach własności państwowej wszyscy chcą podejmować decyzje, jednak nikt nie ponosi odpowiedzialności, zaś w warunkach własności prywatnej, ten który podejmuje decyzję, ponosi także odpowiedzialność. Urzędnik to funkcjonariusz poruszający się w sferze własności państwowej. Dopóki podejmuje decyzje dotyczące tej sfery - to pół biedy. Gorzej, jeśli urzędnik bierze się za podejmowanie decyzji dotykających sfery własności prywatnej. Wówczas oznacza to, że podejmuje on decyzje dotyczące tego, co nie należy do niego, lecz odpowiedzialność za te decyzje ponosi prawowity dysponent własności.

Taka sytuacja miała miejsce 10 lat temu, gdy firma komputerowa JTT posądzona została przez urzędników o przestępstwo skarbowe. Mniejsza o szczegóły, bo nie o to tutaj chodzi... Koniec końców, w wyniku tej ówczesnej urzędniczej decyzji firma zbankrutowała. Po latach okazało się, że podjęte wówczas przez urzędników skarbówki decyzje, które przesądziły o losie prywatnej firmy, były bezprawne. Sąd Okręgowy we Wrocławiu przyznał rację byłym właścicielom JTT i zasądził na ich rzecz prawie 40 mln zł odszkodowania (wraz z odsetkami) od skarbu państwa.

Trzeba było 10 lat, by okazało się, że urzędnicy się pomylili. Czy jednak któryś z nich poniósł odpowiedzialność za swoją ówczesną decyzję? Mało prawdopodobne. Prędzej otrzymali premie za "dobrą robotę"... A za ich błędy zapłacą dziś wszyscy podatnicy...

I na koniec pytanie: która forma własności jest bardziej moralna? Państwowa czy prywatna?

Paweł Sztąberek

* * *

Na złodziejach czapka gore? (1 marca 2010)

Państwo, którego jednym z naczelnych zadań powinna być ochrona wolności i własności obywateli, coraz bardziej przeistacza się w tych obywateli gnębiciela.

Żeby daleko nie szukać, warto przytoczyć, opisanych niedawno w prasie kilka przykładów. Jak czytamy w "Dzienniku – Gazecie Prawnej": "Berlin jest autorem najbardziej opłacalnej transakcji ostatnich miesięcy. Pod koniec stycznia rząd Angeli Merkel zdecydował się wydać 2,5 mln euro na opłacenie anonimowego informatora wewnątrz jednego z największych szwajcarskich banków. W zamian niemieckie służby podatkowe otrzymały na tacy dane ok. 1,5 tys. nieuczciwych obywateli RFN, którzy unikali płacenia podatków, wyprowadzając swoje pieniądze do alpejskiej republiki...".

A co słychać we Francji? "Francuski prezydent postanowił uderzyć po kieszeni przede wszystkim tych, którzy ukrywają swoje pieniądze przed fiskusem w egzotycznych pozaeuropejskich krajach. Równo za tydzień Paryż podnosi na przykład (z 15 do 50 proc.) opodatkowanie zysków kapitałowych przekazywanych przez francuskich obywateli czy firmy na konta w krajach znajdujących się na przygotowanej przez rząd tzw. czarnej liście. Opublikowany tydzień temu wykaz najbardziej irytujących Paryż rajów podatkowych składa się z 18 krajów, m.in. Kostaryki, Panamy, Granady, Wyspy Cooka czy Filipin..." - czytamy w gazecie.

Wielka Brytania też ściga "oszustów": "Laburzystowski rząd Gordona Browna liczy z kolei, że najskuteczniejsze będzie wzięcie pod lupę najlepiej zarabiających przedstawicieli wolnych zawodów. Do końca marca z szansy dobrowolnego zadeklarowania swoich ukrytych dochodów mogą skorzystać lekarze"... i Holandia: "Jeśli ktoś z objętej amnestią grupy nie skorzysta z szansy i zostanie przyłapany, grozi mu zwrot trzykrotności sumy, na którą próbował oszukać państwo"... i Włochy: "...rząd Silvio Berlusconiego, prowadzący od września akcję zwaną >>podatkowa tarcza<<, sprawdza finanse osób, których numery tablic rejestracyjnych włoska policja spisała przy przekraczaniu granicy ze Szwajcarią".

Ale to nie koniec... Także stojąca na skraju bankructwa Grecja znalazła sposób na „złodziei”: „Od stycznia 2011 r. wszelkie transakcje powyżej 1500 euro mają się odbywać tylko drogą elektroniczną. Greccy obywatele muszą też poinformować władze o wszystkich swoich zagranicznych kontach. Jeżeli tego nie zrobią, ich majątek może zostać skonfiskowany. Grecy powinni też umieć udokumentować wszystkie swoje wydatki, bo fiskus straszy, że będzie drobiazgowo sprawdzał, czy ktoś nie konsumuje więcej, niż oficjalnie zarabia...”.

Pięknie, nieprawdaż? Zewsząd słychać tylko o "złodziejach" i "oszustach", którzy unikają płacenia podatków i "okradają" państwa... Pytanie - czy ktoś wreszcie postawi kiedykolwiek przed jakimkolwiek trybunałem tych wszystkich decydentów, którzy podejmują decyzje i uchwalają ustawy doprowadzające ludzi do zubożenia, którzy zadłużają państwa, a potem każą za to płacić zwykłym obywatelom? Czy kiedyś to się wreszcie stanie?

Paweł Sztąberek

* * *

Jedno wielkie oszustwo (22 luty 2010)

Wpadł mi właśnie w ręce folder zatytułowany "Pakiet Pomocy Antykryzysowej". Folder ów (broszura?) sygnowany jest przez Ministerstwo Rozwoju Regionalnego, Unię Europejską (Europejski Fundusz Społeczny) i Kapitał Ludzki (Narodowa Strategia Spójności). Broszurka ta to instruktaż jak starać się o dotacje z UE, czyli mówiąc językiem mniej zawoalowanym, jak - pod płaszczykiem potrzeby realizacji pewnego etapu historycznego zafundowanego nam przez społecznych inżynierów - dać robić z siebie dziada. Autorzy broszurki roztaczają przed czytelnikami wspaniałe perspektywy życia na zasiłku, co prawda zwanego "dotacją dla przedsiębiorcy", ale jednak zasiłku. Publikacja wydana jest na bardzo dobrej jakości kredowym papierze, wewnątrz znajdują się piękne kolorowe zdjęcia z młodymi, uśmiechniętymi ludźmi, dumnymi zapewne z tego, że przyszło im żyć w krainie szczęścia i miłości...

Żyć nie umierać....

Rzadko jednak docierają do nas informacje zwrotne, tzn. jak wygląda praktyka tego typu akcji pomocowych UE. Z tych, które od czasu do czasu gdzieś się pojawią wynika, że raczej średnio. Niedawno np. "Rzeczpospolita" donosiła, że więcej niż 50 procent tzw. e-biznesów, na rozkręcenie których spora grupa ludzi wzięła zasiłki, stojąc nawet całymi dniami i nocami w kolejkach, by tylko móc złożyć wniosek, w ogóle jeszcze nie ruszyła. Urzędnicy są oczywiście zaniepokojeni, niemniej jeszcze czekają, czy zasiłkobiorcy wywiążą się ze swoich biznesplanów. A jeśli się nie wywiążą?

Broszura "Pakiet Pomocy Antykryzysowej", o której wspomniałem na wstępie informuje o warunkach uzyskania jałmużny (do 40 tys. zł) na biznes. Ma być ona bezzwrotna jeśli biznes przetrwa minimum rok. I już ten warunek przekonuje mnie o tym, że to wszystko to jedno wielkie oszustwo, obliczone wyłącznie na efekciarstwo oraz świetna okazja dla różnego rodzaju cwaniaków, którzy żyją z "wyrywania kasy" z urzędów na różne cele. Ale jedno jest w tym wszystkim pocieszające - nie takie oszustwa nie wytrzymywały próby czasu... Choć skutki jakie po sobie pozostawi okażą się znów trudne do wyleczenia - jak po sowieckim socjalizmie.

Paweł Sztąberek

* * *

Kto uratuje Grecję? (15 luty 2010)

Przykład Grecji pokazuje, że przyjęcie euro nie jest żadnym remedium na problemy ekonomiczne. Zwolennicy wspólnego unijnego pieniądza przedstawiają euro niemalże jako walutę-cud, która działa niczym czarodziejska różdżka czyniąca tylko dobre rzeczy. Tymczasem jest to mit. Czy przykład Grecji i kilku innych krajów w których obowiązuje euro zdoła go obalić?

Aby przyjąć euro trzeba spełniać określone parametry, m.in. deficyt finansów publicznych ma być na niskim poziomie. Ale czy w systemie społeczno-gospodarczym, w jakim funkcjonuje większość prowincji Unii Europejskiej, niski deficyt jest w ogóle możliwy? Socjal-etatystyczny system siłą rzeczy skazany jest na coraz większe wydatki rządowe, gdyż generuje coraz większe potrzeby instytucji utrzymywanych z pieniędzy podatników. Dodając do tego fakt, iż warunkiem uczestniczenia w demokratycznej polityce jest obiecywanie ludziom niestworzonych rzeczy i przynajmniej częściowa realizacja tych obietnic, wydatków znacznie przewyższających wpływy nie da się uniknąć. W tym momencie Grecja jest tego namacalnym przykładem.

O poziomie gospodarczym danego kraju decyduje, w większej mierze niż sama waluta, jakie podejście do gospodarki ma rząd. Jeśli filozofia rządzenia sprowadza się do nakładania na obywateli wysokich podatków, utrudniania przedsiębiorczości, reglamentowania dostępu do rynku, faworyzowania określonych grup, np. zawodowych, kosztem pozostałych obywateli, wówczas nie ma ratunku... Wcześniej czy później musi nastąpić załamanie. Jeśli natomiast rząd prowadzi politykę przeciwną do przedstawionej wyżej, wówczas żadne euro nie jest do szczęścia potrzebne, ponieważ zdrowa, silna gospodarka obroni się sama. A kto "obroni" Grecję? Znając życie, najpewniej podatnicy z całej UE... Do następnego razu...

Paweł Sztąberek

* * *

Z Bastiatem do szkół! (8 luty 2010)

We wrześniu ub. roku uczestnicy konferencji PAFERE LIBERTY WEEKEND podpisali się pod petycją do władz o umieszczeniu na liście lektur "Dzieł zebranych" Frederica Bastiata. Dziś również Państwo macie okazję podpisać się pod tą petycją. Publikujuemy jej fragment w nadziei, że zachęci on Państwa do odwiedzenia strony z pełnym tekstem petycji i do złożenia pod nią swojego podpisu...

"My, niżej podpisani obywatele RP popieramy i dołączamy się do petycji uczestników międzynarodowej konferencji poświęconej dorobkowi i spuściźnie wielkiego francuskiego ekonomisty i publicysty Frédérica Bastiata, która miała miejsce w Warszawie w dniach 19-20 września 2009 roku, apelujemy do Prezesa Rady Ministrów oraz Minister Edukacji Narodowej o umieszczenie dzieł tego francuskiego pisarza na liście lektur nadobowiązkowych dla uczniów gimnazjów i liceów.

Ze względu na wartość merytoryczną, warto, aby jedną z pierwszych lektur młodego człowieka dotyczącą świata ekonomii i gospodarki była twórczość, która jest w odbiorze lekka, łatwa i przyjemna, a zarazem przekazująca pewne powszechne prawa, jakimi rządzi się ta dziedzina życia społecznego. Taką gwarancję dają prace autora "Harmonii ekonomicznych".

Bastiat był geniuszem, jeśli chodzi o tłumaczenie najbardziej nawet skomplikowanych zagadnień ekonomicznych w przystępny, zabawny i zrozumiały dla wszystkich sposób. Przykłady, jakimi operował ten wielki pisarz i pamflecista, są bardzo przekonujące i godne polecenia szczególnej uwadze młodego pokolenia Polaków.

(...) Poznanie przez kolejne pokolenia Polaków prac wielkiego orędownika ludzkiej wolności, odpowiedzialności i zdrowego rozsądku, byłoby znakomitą inwestycją w przyszłość i pomyślność gospodarczą naszej Ojczyzny. Słusznie bowiem uznał Henry Thomas Buckle, iż "wojny nie przyniosły takich zniszczeń narodom, jak błędne poglądy na ekonomię".

Pełny tekst petycji...

Paweł Sztąberek

* * *

Warto postawić na ekonomiczną edukację (1 luty 2010)

Premier Donald Tusk przedstawił program reformy finansów publicznych. Zakłada on w nim, że deficyt budżetowy zostanie obniżony do 2012 roku z poziomu 5-6 procent obecnie, do 3 procent. Zadanie to byłoby zapewne wykonalne, kto wie, może nawet i w krótszym okresie czasu, czy jednak obecna ekipa jest w stanie zrobić to choćby i do 2020 roku? Pytanie to nie dotyczy właściwie jedynie obecnej ekipy, ale całego establishmentu politycznego, od PO, przez PiS, PSL i SLD... Czy którekolwiek z tych ugrupowań jest w stanie zahamować etatyzm i pchnąć polską gospodarkę w kierunku rzeczywistego rozwoju wynikającego z pracy i przedsiębiorczości, a nie z dodrukowywania pieniędzy, zaciągania kolejnych kredytów i wypłacania zasiłków z Unii Europejskiej?

Pytanie to jest raczej retoryczne. Niby po co partie te miałyby to robić? Wszystkie zaakceptowały członkostwo Polski w UE, przyklepały Traktat lizboński i tym samym usankcjonowały socjal-etatystyczny ustrój gospodarczy. Ten ustrój siłą rzeczy musi opierać się na coraz większych wydatkach, zamiast na ich cięciu, na rozdawnictwie, zamiast na oszczędności, a tym samym na powiększaniu deficytu. Partie te, gdyby nawet chciały cokolwiek zmienić, nie są już - moim zdaniem - w stanie tego zrobić. Ugrzęzły w bagnie, do powstania którego same doprowadziły.

Smutkiem napawa fakt, że na horyzoncie nie widać - póki co - siły politycznej, która mogłaby ten stan zmienić. Skoro zatem coraz trudniej liczyć na polityków, o wiele sensowniejsze wydaje się postawienie na instytuty badawcze, na fundacje, które zajmują się edukacją ekonomiczną społeczeństwa (w tym - oby także! - polityków). Nie omieszkam przypomnieć w tym miejscu o Polsko-Amerykańskiej Fundacji Edukacji i Rozwoju Ekonomicznego PAFERE, która od tego roku znalazła się na liście organizacji pożytku publicznego. Oznacza to, że każdy kto rozlicza się z fiskusem może 1 procent swojego podatku przeznaczyć właśnie na PAFERE. KRS Fundacji to 0000278610. Działalność edukacyjna, a zwłaszcza taka, która - w istocie - sprowadza się do walki z kilkudziesięcioletnim dziedzictwem komunizmu, a jaką prowadzi PAFERE, napotyka na wiele przeszkód i trudności. Ponadto obliczona jest ona na lata. Bez wsparcia ludzi dobrej woli, którzy już się znajdują, ale których wciąż jest zbyt mało, nie da się tych przeszkód pokonać.

Paweł Sztąberek

* * *

Indeks Wolności Gospodarczej znów pogrąża Polskę (25 stycznia 2010)

W ubiegłym tygodniu Heritage Foundation opublikowała kolejny coroczny raport dotyczący zakresu wolności gospodarczej w poszczególnych krajach. Na czele listy, już po raz 16 znalazł się Hongkong. W czołówce jest też Singapur, Australia i Nowa Zelandia. Polska nieco awansowała na liście w kategorii walki z korupcją, niemniej chluby naszemu krajowi na pewno nie przynosi to, że przed nami znajdują się takie państwa jak Gruzja, Botswana, Urugwaj, Peru czy Kostaryka, w niczym oczywiście tym państwom nie ujmując. Trudno też mieć satysfakcję z tego, iż wyprzedzamy takie kraje jak Ugandę, Namibię, Kirgizję, Paragwaj czy Kubę.

Jaka może być przyczyna takiego stanu rzeczy? Próby odpowiedzi na to pytanie podejmuje się p. Jan M. Małek, prezes Fundacji PAFERE. Na jej stronie internetowej zapoznać możemy się z całym komentarzem p. Małka odnoszącym się do rankingu Heritage Foundation i do pozycji jaką zajmuje w nim Polska. Tu przytaczamy jego fragment: "(...) Gdyby w kraju, którego olbrzymia większość mieszkańców uważająca się za katolików, a więc wyznawców wiary zabraniającej kradzieży, w poważnym stopniu stosowała się do tego zakazu i wymuszała go również na swych politykach i władzach, nie powstawałyby ustawy, przepisy i regulaminy ograniczające prawa obywateli do własności, a więc i do ich wolności gospodarczej. Tymczasem, niestety jest odwrotnie: w Polsce większość obywateli spodziewa się i żąda, od polityków i państwa, zapewnienia im różnych „bezpłatnych” świadczeń i przywilejów cudzym kosztem. Wiele ludzi nie zdaje sobie sprawy, że tak postępując, namawiają do ograbiania współobywateli przez państwo, lub w takiej grabieży współuczestniczą...".

Warto przeczytać cały komentarz p. Jana M. Małka, gdyż dotyka on sedna problemu w jakim znajduje się Polska. Szkoda, że nasi decydenci wciąż zatwardziale przymykają na tę prawdę oczy...

Komentarz p. Jana M. Małka...

Paweł Sztąberek

* * *

Nowa strategia UE (18 stycznia 2010)

Czy ktoś pamięta jeszcze tzw. startegię lizbońską? Otóż był to program jaki przed dziesięciu laty wytyczyła sobie Unia Europejska. Pierwotnie miał on być obliczony na gospodarcze dogonienie Stanów Zjednoczonych, a nawet na ich prześcignięcie. Gdyby owa strategia weszła w życie i została zrealizowana, właśnie w tym roku nadszedłby czas jej podsumowania.

Póki co żadnego podsumowania nie ma. Jest natomiast opinia Jerzego Buzka, przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, który dostrzegł niedawno wielką słabość strategii lizbońskiej. Na tę okoliczność zapowiedział, że Unia przygotowuje nową strategię, która ma - tym razem - okazać się znacznie bardziej skuteczna. Jej robocza nazwa to UE 2020. Strategia lizbońska w założeniach była po części słuszna, zakładała bowiem odwoływanie się do mechanizmów rynkowych. Priorytetem strategii UE 2020 ma być "bardziej innowacyjna i ekologiczna, oparta na wiedzy, gospodarka rynkowa". Możemy się jedynie domyślać, że stopniowy zakaz używania dotychczasowych żarówek to jeden z elementów tej "ekologicznej innowacyjności".

Jestem przekonany, że również z tej strategii za kilka lat niewiele zostanie... Tzn. - coś oczywiście zostanie... Będę to coraz bardziej zubożałe społeczeństwa starego kontynentu, których poszczególne jednostki, wszystkie te "innowacje", będą musiały sfinansować z własnych, ciężko zarobionych pieniędzy. Osoba Jerzego Buzka, o ile nadal będzie on w jakiś sposób firmował tę strategię, jest tego najlepszym gwarantem. Jak łupić obywateli wie on doskonale i nie zawaha się przed wykonaniem żadnego rozkazu nakazującym dalsze łupienie, jeśli tylko taki padnie...

Karykaturalna postać byłego premiera polskiego rządu pokazuje tylko, że pożytecznych idiotów na eksponowanych stanowiskach nie brak. Pan Buzek w dobrej - być może - wierze podpisze każdy dokument UE 2020, by ci, którzy naprawdę za nim stoją mogli się przez najbliższą dekadę obłowić. Na strategii lizbońskiej też się pewnie co niektórzy obłowili, podobnie jak na trzech słynnych "reformach Buzka", które powoli wymagać zaczynają dalszych "reform"...

Paweł Sztąberek

* * *

Podatek w dół! (11 stycznia 2010)

W ubiegłym tygodniu pan Lech Kaczyński podpisał nowelizację ustawy o ochronie praw lokatorów. Choć trudno w to uwierzyć, nowela ta oznacza obniżenie podatku od dochodu za wynejem mieszkania. Ustanawia ona ryczałtowy podatek na poziomie 8,5 procenta dla wszystkich, podczas gdy dotychczas 8,5 płacili ci, których przychody z wynajmu nie przekroczyły 4 tys. euro. Powyżej tej kwoty podatek wynosił 20 procent.

Ale co innego jest jeszcze w tej ustawie istotnego... Otóż - co słusznie zauważył na forum jednego z portali pewien czytelnik - wzmacnia ona pozycję właściwiela lokalu. Dotychczas było tak, że najemca mógł w majestacie prawa nie płacić właścicielowi za wynajem nie obawiając się praktycznie poważniejszych konsekwencji. Obowiązywała bowiem zasada, że nie można nikogo eksmitować na bruk. W obecnej nowelizacji zapisano, że przed zawarciem umowy wynajmu, najemca ma obowiązek wskazać u notariusza adres, pod który może zostać wyeksmitowany.

Jest to znaczny postęp w przywracaniu - jak to szłusznie zauważył ów czytelnik - zasady poszanowania prawa naturalnego. Prawo własności należy bowiem do tej kategorii praw. Obawiam się jednak sporych utrudnień w tej materii. Otóż osoby, które decydują się wynajmować mieszkanie robią to zwykle dlatego, że nie mają gdzie mieszkać. Jaki zatem adres potencjalnej eksmisji będą podawać? Można mieć tylko nadzieję, że nie będzie to jakikolwiek przypadkowy adres, ot choćby każdego z nas. Gdyby tak miało być, ta część nowelizacji ustawy zatracałaby swój sens. Przypuszczam, że rolą natariuszy będzie sprawdzenie wiarygodności podanego adresu, po to, by uniknąć nieprzyjemnych niespodzianek...

Pierwsza okoliczność, czyli obniżenie podatku sprzyjać może legalizowaniu wielu umów najmu, które dotychczas realizowane są w szarej strefie. Druga natomiast może tę legalizacje nieco blokować. Ważne jednak, że uczyniono krok we właściwym kierunku.

Paweł Sztąberek

* * *

1 procent dla PAFERE (21 grudnia 2009)

Wpadła mi ostatnio w ręce w saloniku prasowym "Krytyka polityczna" wydawana przez tzw. prawdziwych socjalistów. Pismo grube, książka niemalże. Zamiast jednak przejrzenia spisu treści zerknąłem od razu na stopkę redakcyjną. I co znalazłem na samym dole? Adnotacja: numer dofinasowany przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Okazuje się, że każdy, kto płaci podatki, finansuje, czy mu się to podoba czy nie, lewicowe fanaberie pana Sierakowskiego. Tym m.in. właśnie charatkeryzuje się złodziejski charakter państwa. Ograbia obywateli, po czym za ich pieniądze wspiera pomysły, na które wielu z nich dobrowolnie nie przekazałoby nawet grosza.

Jak można się w tej sytuacji pocieszyć? Na pewno dobrą nowinę stanowi fakt, iż Fundacja PAFERE uzyskała status organizacji pożytku publicznego. Oznacza to, że już w przyszłym roku każdy podatnik, który zechce to uczynić będzie mógł przeznaczyć 1 procent swojego podatku na wsparcie właśnie tej instytucji. PAFERE zajmuje się edukacją ekonomiczną i popularyzacją zasad wolnego rynku oraz jego wymiaru etycznego. Nie będę się tu rozwodził nad dotychczasowym dorobkiem założonej przez Jana M. Małka Fundacji, wystarczy samemu zapoznać się z nim na stronie internetowej www.pafere.org. Dodam tylko, że każdy grosz przekazany na PAFERE idzie na cele, które w dłuższej perspektywie służyć będą wszystkim Polakom. Powetujmy sobie zatem stratę naszych pieniędzy przekazywanych wbrew naszej woli na socjalistyczne mrzonki pana Sierakowskiego i wesprzyjmy - bo na to jeszcze mamy wpływ - dobrowolnie i świadomie jednym procentem z naszych podatków Fundację PAFERE.

Paweł Sztąberek

* * *

Czy Janosik był złodziejem? (23 listopada 2009)

Kilka dni temu sąd na Śląsku umorzył sprawę pewnej lekarki, która fałszowała recepty po to, by - jak pisano - bezdomni mogli mieć tańsze leki. Panią doktor nazwano pieszczotliwie "janosikową" albo "judymową".

Sprawa o tyle ciekawa, że w przeciągu kilku lat miały w Polsce miejsce sprawy sądowe, w których skazywano lekarzy oraz aptekarzy, uczestniczących w procederze fałszowania recept.. Tu jednak sprawę umorzono motywując decyzję małą szkodliwością społeczną czynu. Jeśli oskubanie podatników na kwotę kilkuset tysięcy złotych stanowi "małą szkoliwośc społeczną" to co zatem jej nie stanowi? Od którego momentu "szkodliwość społeczna" stałaby się na tyle duża, iż pani doktor nie tylko że zostałaby osądzona, ale jeszcze mogłaby trafić za kratki? No bo losu jaki spotkał Janosika nikt jej - żeby było jasne - nie życzy...

Nie interesują mnie motywy jakimi "janosikowa" się kierowała. Ważne jest co innego... Sąd umarzając sprawę zdecydował, że są różne rodzaje kradzieży: za jedne się karze, a za inne nawet nie wszczyna się procesu. To niebezpieczny precedens zaserwowany nam przez organ, który powinien stać na straży sprawiedliwości, sankcjonujący okradanie podatników. Nie może być dobrze w państwie, w którym sąd orzeka, nie wprost oczywiście, że podatników można - w imię jakichś tam celów - okradać.

Nie zdziwię się, jeśli wkrótce pani doktor ze Śląska, zacznie wytaczać procesy tym wszystkim, którzy odważyli się nazwać ją złodziejką, wymachując im przed oczami orzeczeniem sądu o umorzeniu sprawy przeciwko niej.

Paweł Sztąberek

* * *

Przejęci ideą "taniego państwa" (12 października 2009)

Z tą PO nie było jednak tak źle, jak się mogło wydawać. Poseł Zbigniew Chlebowski okazał się chyba jednym z nielicznych aktywistów partii, któremu rzeczywiście zależało na wcielaniu w życie hasła "tanie państwo". W końcu jego działania miały uszczuplić budżet państwa o 500 mln złotych. A wie to przecież każdy wolnorynkowiec - jeśli do budżetu ma wpłynąć o 500 mln mniej, znaczy to, że tych 500 mln zostanie w kieszeniach obywateli. Mniejsza już z tym w czyich kieszeniach i jakich obywateli. Jaki by ten obywatel (czy obywatele) nie był, na pewno wyda te pieniądze lepiej, niż najlepszy nawet urzędnik państwowy.
Do posła Chlebowskiego można mieć jednak pewien zarzut, i nie akurat ten, który podnoszą posłowie PiS. Taki mianowicie, że swą wolnorynkową duszą nie był w stanie zarazić pozostałych polityków swojej partii, w tym słynnego "Grześka", który ponoć mocno się opierał, by zechcieli, wraz z nim "samotnym wojownikiem", zasady "taniego państwa" zastosować szerzej, w całej gospodarce, a nie tylko w tej branży, w której operował jego serdeczny kolega "Rysiek". I to jest największy zarzut jaki można mieć do posła Zbigniewa Chlebowskiego, że zachował się z lekka egoistycznie, zamiast zdobyć się na odrobinę altruizmu...
Na horyzoncie jakaś kolejna aferka... Jak się okazuje coś było nie tak przy sprzedaży stoczni. Co dokładnie - nie wiadomo. Jeśli CBA ujawni dokumenty, z których wynikać będzie, że min. Grad jest odpowiedzialny za to, że chciał, podobnie jak Zbigniew Chlebowski, narazić budżet państwa na kolejne straty, wówczas będzie to radosna nowina, stawiająca pana Grada w jak najlepszym świetle. Będzie to też dowód na to, że poseł Chlebowski próbował jednak innych zarażać ideą "taniego państwa", ale czekista Kamiński na to nie pozwolił. Że też premier Tusk zostawił tego jedynego socjalistę w tajnych służbach, którego na dodatek nie potrafił upilnować... Tego Tuskowi przyszłe pokolenia nie wybaczą...
Wszystkie te zdarzenia zbiegły się z podpisaniem przez pana Lecha Kaczyńskiego traktatu lizbońskiego. Złośliwcy mówią, że traktat ten de facto pozbawia Polskę niepodległości. Ale gdzież tam... Pan Kaczyński, ten jeden z najsłynniejszych specjalistów od prawa pracy, uważany dotąd za socjalistę z krwi i kości, po prostu tyle nasłuchał się o "tanim państwie", że na tyle przejął się tą ideą, iż po prostu postanowił państwo polskie zlikwidować. Czyż może być tańszym państwo, które właśnie postawione zostało w stan likwidacji? Czyli państwo, którego już wkrótce nie będzie?
Specjalista prawa pracy, Lech Kaczyński, dziś także totalne uosobienie ideii "taniego państwa", likwidator Rzeczypospolitej... Cóż, za ten czyn należy mu się nawet Pokojowa Nagroda Nobla!!!

Paweł Sztąberek

* * *

Dalsza erozja socjal-etatyzmu? (7 września 2009)

Minister Finansów Jacek Rostowski ogłosił, że przewidywalny deficyt budżetowy na przyszły rok wynosić ma 52 mld złotych. Oznacza to, że rząd po raz kolejny planuje wydatki na poziomie znacznie wyższym niż będzie w stanie ściągnąć do budżetu z wpływów podatkowych. Jak zwykle mówi się, że konieczne będą cięcia, pytanie tylko gdzie? A jeśli cięcia nic nie dadzą, tzn. opór materii po stronie beneficjentów pieniędzy budżetowych będzie tak silny, że rząd nie będzie w stanie się mu postawić? Wówczas zapewne pojawia się stara śpiewka - wypuszczenie obligacji, czyli dalsze zadłużanie kolejnych pokoleń lub wzrost podatków, a najpewniej i jedno i drugie jednocześnie.
Część instytucji żyjących z budżetu już zapowiada, że będzie występować o wzrost wydatków na swoje cele. Są wśród nich m.in. kancelaria Sejmu, która chciałaby aby jej budżet wynosił w przyszłym roku 405 mln zł, w porównaniu z 373 milionami w 2009. O wzrost wydatków występować będzie także Krajowa Rada Radiofonii o Telewizji, która swój tegoroczny budżet wynoszący ponad 14,5 mln zł chciałaby w przyszłym roku zwiększyć do niemalże 20 mln. O wzrost zamierzają ubiegać się ponadto: Najwyższa Izba Kontroli i IPN. Te instytucje tłumaczą swoje propozycje tym, że rząd notorycznie obcina im budżet i w rzeczywistości żadnego wzrostu - jeśliby nawet nastąpił - by nie odczuły.
Politycy, jak zwykle - na długo przed podejmowaniem ostatecznych decyzji - ubierający się w szatki obrońców podatników zapowiadają, że będą się całej tej sytuacji przyglądać. Zarówno posłowie PO jak i SLD są - póki co - zaskoczeni tak dużymi wymaganiami poszczególnych instytucji i "raczej" nie widzą powodów, by miał on nastąpić. W PiS natomiast patrzą na problem nieco inaczej: "trzeba sprawie bliżej się przyjrzeć i dopiero ocenić, komu dać a komu nie". Już teraz nietrudno przewidzieć, że ostry spór ogniskował się będzie wokół dotacji dla IPN-u. I kto wie, czy nie odwróci on uwagi wszystkich od pozostałych spraw dotyczących budżetu. I zapewne całe zamieszanie skończy się tym, że IPN-owi "zabiorą" a innym "dadzą", a rząd uzasadni tę decyzję oczywiście koniecznością "cięć". Do akcji wkroczy - jak zwykle - cała armia przeciwników "rozgrzebywania przeszłości" z Lechem Wałęsą na czele i będzie po wszystkim...
Tymczasem media donoszą, że o wsparcie z budżetu prosić mają również firmy prywatne, w tym m.in. Opel. Polski rząd na razie słusznie uchyla się od jakichkolwiek deklaracji na rzecz Opla (fabryka w Gliwicach zatrudnia 3 tys. pracowników), ale co będzie dalej? Opel to przykład firmy, która na fali kryzysu finansowego kilkakrotnie skorzystała już z tzw. rządowych pakietów antykryzysowych w różnych państwach, ale jak widać, nie rozwiązało to na dłuższą metę jej problemów. Takich firm było więcej. Czy wobec tego już wkrótce czeka nas kolejna odsłona kryzysu, kolejne nacjonalizacje i bankructwa? Przyszły rok zapowiada się zatem interesująco, gdyż zanosi się na dalszą erozję systemu opartego na socjal-etatyzmie . Nie tylko w naszym kraju...

Paweł Sztąberek

* * *

"Reformatorzy" państwa socjalnego (15 czerwca 2009)

Na rynku ukazała się książka "Europejski model społeczny. Doświadczenia i przyszłość", pod redakcja naukową Dariusza Rosatiego. Osobiście książki nie widziałem na oczy, więc i nie czytałem, ale w piątkowej "Rzeczpospolitej" znalazłem jej recenzję.
Książka - jak wynika z tej recenzji - składa się z szeregu tekstów różnych autorów, którzy zastanawiają się na przeszłością, teraźniejszością i przyszłością Europy. Czy model państwa opiekuńczego wciąż jest możliwy, czy kończy się pewna epoka i trzeba będzie spojrzeć prawdzie w oczy? Wątpię, by w książce tej ktoś ośmielił się zauważyć, że "nie ma darmowych obiadów", natomiast - jak wynika z recenzji - jest raczej tęsknota co by tu zrobić, aby socjalizm w Europie (czytaj; w Unii Europejskiej - PSz), zachować.
Autorzy książki ponoć apelują, że konieczne są reformy, gdyż "Europa" nie tylko przestała doganiać Amerykę, ale wręcz zaczyna się cofać. Autor recenzji, Antoni Kowalik, zauważa: "Obecny kryzys nie pozostawia złudzeń - rządy nieprędko znajdą chęci i fundusze na programy społeczne. Państwo opiekuńcze przechodzi do historii. Dotychczasowa polityka społeczna okazała się nieefektywna i zbyt kosztowna. Eksperci ostrzegają przed wykorzystywaniem podatków do niwelowania nierówności społecznych, Ulgi, zwolnienia komplikują system podatkowy, czynią go nieefektywnym, przyczyniają się do strat w produkcji i zatrudnieniu, sprzyjają korupcji i rozrostowi szarej strefy. Ostatecznie nie zapewniają realizacji szczytnych celów społecznych. Krytykowana jest coraz głośniej polityka rynku pracy, minimalne płace, systemy emerytalne...".
Czytając ów ustęp recenzji można by dojść do wniosku, że książka zapełniona jest tekstami autorów wywodzących się z wolnościowych instytutów, fundacji czy innych organizacji propagujących wolność gospodarczą, a zwalczających socjalizm. Ale to zapewne błędne przeświadczenie. Bo czyż taką książkę firmowałby swoim nazwiskiem jeden z czołowych unijnych totalniaków, pan Dariusz Rosati? Ostatnio reklamował swoje ugrupowanie jako najbardziej "wrażliwe społecznie", lewicowe, dążące do "Europy solidarności" i "sprawiedliwości społecznej". Książka owa zawiera zatem pewnie rady przeróżnych cwaniaków (zwanych "ekspertami"), którzy wcale nie zamierzają odchodzić od Europejskiego Modelu Społecznego, a jedynie zastanawiają się, jakby tu nadal, tylko może trochę innymi metodami, okradać podatników i dalej tworzyć unijny raj na ziemi... Pewnie z większą dawką zamordyzmu, bo inaczej już się chyba nie da...
Nie mam w zwyczaju pisać o książkach, których przynajmniej nie przejrzałem. Ale tu nie mogłem się powstrzymać. Bo i nazwisko pana Rosatiego i ta potrzeba "reform"... Na Boga, cóż ci ludzie mogą zreformować?! Co najwyżej, zrobią jeszcze większy burdel, a temu, kto podniesie na ten burdel rękę, zostanie mu ona odcięta!

Paweł Sztąberek

* * *

O liście biskupów (25 maja 2009)

Dziś, w niedzielę Wniebowstąpienia Pańskiego, w kościołach odczytano list biskupów z Konferencji Episkopatu, która odbyła się na początku maja w Częstochowie. List w żadnym stopniu nie dotyczył dzisiejszego święta, za to mówił m.in. o kryzysie gospodarczym, który - jak wyrazili się biskupi - w naszym kraju dotyka już setek tysięcy ludzi. Nie czas się tu spierać, czy rzeczywiście dotyka, czy dopiero może dotknie.
Słuchając listu biskupów uświadomiłem sobie, że pewna grupa ludzi w naszym kraju jest dyskryminowana. Nawet przez naszych pasterzy... Otóż wezwali oni do modlitwy za wszystkich bezrobotnych i za tych, którym grozi utrata pracy. Zaapelowali również, by pochylić się także nad ludźmi władzy... Niby wszystko pięknie, niemniej zabrakło mi tu jeszcze jednej grupy... mianowicie prywatnych przedsiębiorców. Owszem, można by ich na siłę podciągnąć pod potencjalnych bezrobotnych, bądź tych którym grozi utrata pracy, jestem jednak przekonany, że biskupi kogo innego mieli na myśli, bo gdyby chcieli wymienić przedsiębiorców to by ich po prostu wymienili.
Dlaczego zatem zabrakło ich w grupie tych, o których należałoby się - jak chcą biskupi - modlić? Jedyna odpowiedź jaka mi się nasuwa brzmi: brak wiedzy u naszych pasterzy. Umysłowe lenistwo, bezwład myślowy itp. Czyżby hierarchowie wychodzili z założenia, że wszystkie dobra jakie na co dzień kupujemy, z jakich korzystamy, dane nam są raz na zawsze? I że wzięły się one ... z księżyca? Przecież ktoś je wyprodukował, ktoś wpadł na pomysł, by otworzyć piekarnię, masarnię, fabrykę gwoździ... Oczywiście, zwykli pracownicy najemni mają w powstaniu tych dóbr swój wielki udział, ale nie mniej duży, a nawet większy ma ten, który ich zatrudnił, stworzył im możliwość zarobku - prywatny przedsiębiorca. W razie totalnego gospodarczego załamania na bruk pójdą nie tylko pracownicy najemni. Właściciel firmy także pójdzie z torbami.
Któryś biskup mógłby się oburzyć i stwierdzić, że biznesmeni to złodzieje... No dobrze, powiedzmy, że wśród nich nie brakuje także złodziei, ludzi w jakiś sposób nieuczciwych, choć jestem przekonany, że takich jest mniejszość. Ale czy to oznacza, że za złodzieja nie należy sie już modlić? Choć wśród polityków złodziej pogania złodzieja, biskupi wzywają do modlitwy za ludzi władzy! Pomiędzy politykami a przedsiębiorcami jest jeszcze bardzo ważna różnica: przedsiębiorcy ryzykują własne majątki, ludzie władzy nie. Jeśli przedsiębiorca podejmie nietrafioną decyzję, może stracić wszystko. Politycy, tzw. ludzie władzy rzadko ponoszą odpowiedzialność za własne decyzje, choć dysponują cudzymi majątkami. Czy nie bardziej zatem należałoby się modlić za przedsiębiorców, by ich decyzje były jak najlepsze, bo wówczas będzie mniej bezrobotnych i więcej bogactwa dla wszystkich?
Czy biskupi dostrzegą to dopiero wówczas, gdy prywatne firmy przestaną przekazywać darowizny na różne realizowane przez Kościół dzieła? Jednak dostrzec, to jedno, zrozumieć, to już inna sprawa...

Paweł Sztąberek

* * *

Czy jest co świętować? (11 maja 2009)

Polskę zdominował "pasjonujący" spór - gdzie mają sie odbyć uroczystości 20 rocznicy wyborów czerwcowych z 1989 roku: w Gdańsku czy w Krakowie? Do końca nie jestem pewny czy jest co świętować. Pamiętam, że sam bardzo fascynowałem się ówczesną sytuacją, jednak już wówczas zaczęły pojawiać się symptomy tego, co stało się później, tj. podziału sceny politycznej na opozycję "właściwą" i opozycję "niewłaściwą". "Właściwi" byli wówczas ci, którym z Lechem Wałęsą pozwolił sfotografować się Adam Michnik, już wówczas najprawdopodobniej trzymający przyszłego prezydenta na krótkim sznurku, "niewłaściwi" zaś ci, którzy nieco inaczej wyobrażali sobie upadek komunizmu w Polsce. Może niekoniecznie w formie rozlewu krwi i wieszania czerwonych na latarniach, jednak z wyraźnym wskazaniem, tych, którzy doprowadzili Polskę do gospodarczej ruiny i nazwaniem ich po imieniu: zdrajcami Polski i agentami sowieckimi...
Jak się komunizm skończył, wszyscy wiemy. Poklepywaniem się po plecach i wspólnym wznoszeniem toastów.
4 czerwca 1989 roku jest więc w pewnym sensie dniem narodowej klęski. Choć Komitety Wyborcze "Solidarności" wzięły wszystko w tych - o czym też warto pamiętać - niedemokratycznych wyborach, to jednak komuniści zachowali wpływy w najważniejszych resortach, tzw. resortach siłowych. Dzięki temu mieli czas na niszczenie i mikrofilmowanie akt SB, którymi dziś niejednemu "wielkiemu opozycjoniście" mogą pewnie pomachać przed nosem. No i wybór gen. Jaruzelskiego na prezydenta... To też ma być sukces 4 czerwca, który powinniśmy świętować? Jaruzelski, który został prezydentem, bo część posłów KO wstrzymała się od głosu... m.in. Jan Maria Rokita i Marek Jurek. Co tu świętować?
Gdybyśmy chociaż stali się oazą wolnorynkowego kapitalizmu... Jednak na stołku ministra finansów posadzono byłego aktywistę partyjnego, Leszka Balcerowicza, który powoli zaczął zaprzepaszczać pozytywy ustawy o działalności gospodarczej wprowadzonej jeszcze za - o ironio!!! - komuny, fiskalizując gospodarkę i tłamsząc przedsiębiorczość Polaków.
Co tu zatem świętować? Choć z drugiej strony... Dzięki 4 czerwca 1989 roku i dalszym wydarzeniom dowiedzieliśmy się sporo prawdy o wielu działaczach tzw. opozycji. Może nie wszystkich kapusiów już zdemaskowano, ale część przynajmniej tak. Część natomiast udowodniła, że - choć walczyła z poddaństwem Polski wobec Sowietów - nie potrafiła wyzwolić się z niewolniczej mentalności i dziś obrzydliwie pełza przed kolejną socjalistyczną utopią - Unią Europejską. Może rzeczywiście 4 czerwca był potrzebny po to, by po latach poznać tę prawdę.
Osobiście żywię nadzieję, że prawdziwy 4 czerwca, czy jakikolwiek inny dzień roku, który naprawdę wart będzie świętowania, jest dopiero przed nami.

Paweł Sztąberek

* * *

Wałęsa obrotowy (4 maja 2009)

Różne żarty zaczynają krążyć o Lechu Wałęsie w związku z jego pojawieniem się na kongresie partii Libertas w Rzymie. Niektórzy znów przypominają byłemu prezydentowi słynne: "Jestem za a nawet przeciw". Inni znów dowcipkują, że Wałęsa powinien robić licytację - która partia da mu więcej pieniędzy, na kongres tej pojedzie. Sami libertasowcy, oczywiście niektórzy, zwłaszcza w Polsce, zachwycają się obecnością noblisty na swoim kongresie twierdząc, że wreszcie przełamana została zmowa milczenia na temat ich ugrupowania i Wałęsa na pewno dużo partii pomoże, bo od paru dni wszystkie media mówią o zdarzeniu jakie miało miejsce w Rzymie. Przypuszczam, że gdyby Libertas zaprosił na swój kongres Czesława Kiszczaka w duecie z Wojciechem Jaruzelskim, media jeszcze dłużej by o kongresie mówiły i efekt "pomocowy" byłby zapewne jeszcze większy...
Ale żarty na bok... Osobiście uważam, że obecność pana Wałęsy na zjeździe to świadome działanie mające na celu zdyskredytowanie partii Libertas w oczach wyborców. No bo z jednej strony "eurosceptycy", którzy obalili - póki co - traktat lizboński, a z drugiej Wałęsa - euroentuzjasta aż do kwadratu, marzący zapewne o przyszłej roli prezydenta UE, podobnie chyba zresztą jak pan Ganley, szef Libertasu. Lechowi Wałęsie cel udało się chyba osiągnąć. Już wbił szpilę pomiędzy zwolenników tej partii w Polsce, a wśród jej sympatyków wywołał pewnie niemały dysonans poznawczy. Pan Wierzejski z Libertasu już zapowiada, że odpowiedzialni za "skandaliczne zachowanie" w Rzymie, czyli za wznoszenie okrzyków "Wałęsa Bolek", zostaną zidentyfikowani oraz ukarani. Cóż za doskonały przykład tańczenia tak jak mu zagrają... Pan Ganley sam nazwał ich "idiotami", zaś pan Wielomski wysmażył artykuł, w którym niemalże czuje się "poraniony" wybrykiem polskich libertasowców w Rzymie, którzy naskoczyli na Wałęsę. Wewnętrzne pranie brudów powoli się zaczyna i "eurosceptycy", przynajmniej ci spod znaku pana Ganleya, znów wychodzą na niespójną zbieraninę oszołomów.
Jakiś czas temu pisałem, że widziałbym jeszcze jakąś rolę do odegrania w Polsce dla pana Wałęsy. Mianowicie - propagatora kapitalizmu, po tym jak parę tygodni temu powiedział w Toruniu, że w Polsce powinno być trzy razy więcej kapitalizmu niż jest obecnie i trzy razy więcej ludzi zamożnych niż teraz... Byłem naiwny. Gdy jednak patrzę na działania byłego prezydenta i widzę ich destrukcyjny charakter, zaczynam wycofywać się ze swojego pomysłu. Bo skąd w końcu pewność czy pan Wałęsa jednego dnia nie zjawi się na kongresie prokapitalistycznym zachwalając wolny rynek, by następnego dnia - być może wykonując rozkaz swoich ukrytych mocodawców - odwiedzić zjazd socjalistycznej międzynarodówki, by dla równowagi wesprzeć socjalizm, albo jakąś popapraną trzecią drogę?

Paweł Sztąberek

* * *

Śmiać się czy płakać... (27 kwietnia 2009)

Czy ktoś jeszcze pamięta o komisji "Przyjazne państwo" i o tym czym owa komisja miała się zajmować? Cóż, okazuje się, że to kolejne oszustwo Platformy Obywatelskiej, no i oczywiście platforma, dzięki której pan Palikot wyfrunął do miana posła-skandalisty. A naprawdę mogła owa komisja odegrać pozytywną i ważną rolę dla Polski. Gdy ostatnio pan Palikot obalał flaszkę pod chmurką, w miejscu do tego niedozwolonym, łamiąc ustawę o wychowaniu w trzeźwości, robił to w imię spraw drugo, a nawet dziesięcio-rzędnych. Gdyby był to na przykład happening wyśmiewający absurd istnienia takiej ustawy, czy też absurd istnienia Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych i pokazanie przez to, jak wiele nonsensownych i nikomu (z wyjątkiem pracujących w nich osób) niepotrzebnych instytucji żyje na koszt podatnika, to rozumiem. Tymczasem chlanie jak menel w imię jakichś bzdur kompletnie mija się z celem...
Jakby mało było nieśmiesznych żartów posła Palikota tu, w kraju, to jeszcze amerykańska gazeta - "Washington Times", przeciwstawiła ostatnio polską gospodarkę gospodarce amerykańskiej, pisząc o naszej, że jest wzorem gospodarki wolnorynkowej, w przeciwieństwie do socjalistycznej gospodarki amerykańskiej. Dokładniej, chodziło o to, że rząd polski prowadzi politykę wolnorynkową, a rząd amerykański socjalistyczną. Z tego tekstu wynikało jakoby nasz kraj był oazą prokapitalistycznej wolności, wręcz wolnorynkowym wzorem dla wszystkich innych państw świata. Może gdyby artykuł ów powstał 1 kwietnie to można by się jeszcze ubawić. Ale tak, to nie wiadomo czy śmiać się czy płakać.
Ktoś, kto tworzy sobie obraz zagranicy, w tym obraz Polski, na podstawie relacji amerykańskich gazet, rzeczywiście może się uważać za ułomnego. Heritage Foundation pewnie inaczej zbiera informacje na temat poszczególnych krajów, gdy tworzy swój coroczny Indeks Wolności Gospodarczej, bo w ostatniej edycji Polska zajęła aż... 82 pozycję pod względem swobód gospodarczych. A gdyby opierać ranking na rewelacjach "Washington Times" to powinna być przynajmniej w pierwszej dziesiątce, za Hongkongiem, Singapurem itp... Lepiej jak za Gierka... Ale cóż, łże-liberałowie mają widocznie swoje wtyczki w amerykańskich mediach, jednak do amerykańskiej Fundacji, macki skandalisty Palikota już nie sięgają.
W zasadzie to nie ma się co cieszyć z tego, że Polska według HF jest na 82 miejscu. Osobiście wolałbym, by to artykuł z "Washington Times" opisywał prawdę. Ale cóż, rzeczywistości nie da się przeskoczyć... Podobnie jak nie da się zmienić natury mediów, które zawsze bardziej będą zainteresowane głupotami wyczynianymi przez posła Palikota, aniżeli sprawami naprawdę ważnymi dla Polski.

Paweł Sztąberek

* * *

Czerwoni kontra czerwoni (30 marca 2009)

Znów objawili się antyglobaliści. Cóż, odkąd okazało się, że naszej planecie grozi raczej globalne ochłodzenie zamiast ocieplenia, wrócili do starej zdartej płyty, czyli walki z globalizacją, co należy czytać - w ich rozumieniu - z "kapitalizmem, który zabija". Ci wiecznie zbuntowani, nigdy niedorośli harcownicy, zamierzają protestować w całej Europie przeciwko szczytowi najbogatszych państw świata, tzw. Grupie G8, który odbyć się ma 2 kwietnia w Londynie.
Przyznam, że z pewnymi postulatami protestujących, tym razem można by się zgodzić. Na przykład oburzanie się na dotowanie przez rządy banków. Również postulat pociągnięcia do odpowiedzialności bankierów też wydaje się, przynajmniej do pewnego momentu, słuszny... Piszę "do pewnego momentu", bowiem nie wiem co tak do końca antyglobaliści mają na myśli... Jeśli chodzi o przypadki konkretnych przestępstw, czy ewidentnych oszustw, to jak najbardziej. Kodeksy karne przewidują wszak takie procedury. Jeśli natomiast chodzi o odpowiedzialność zbiorową, rozumianą jako "każdy bankier powinien iść do więzienia już za sam fakt bycia bankierem, to kategorycznie - nie. Dziś chcą wsadzać bankierów, jutro wezmą się za sprzedawców lodów, po tym jak okaże się, że jakiś lodziarz jest kanibalem...
Ale gdyby na antyglobalistów i przedstawicieli grupy G8 spojrzeć inaczej, to okazałoby się, że w zasadzie to wszyscy oni są "po jednych pieniądzach". I jedni czerwoni i drudzy czerwoni. Jedni (antyglobaliści) domagają się socjalizmu, czyli pompowania w rynek pieniędzy podatników, drudzy zaś (rządy) ten socjalizm realizują w praktyce, tworząc "pakiety antykryzysowe" i aktywnie "walczą z kryzysem". Antyglobaliści oczywiście chcieliby aby rządy, zamiast banków, finansowały tzw. zwykłych ludzi, rządy natomiast sprawiają wrażenie jakby ograniczały się do banków. Co zresztą jest oczywiście nieprawdą, bo pieniądze pompuje się w różne branże, chociażby w samochodową. A rząd w Polsce będzie nawet dokładał do kredytów mieszkaniowych "tym co wzięli kredyt i stracili pracę" (choć to też pośrednio wsparcie banków). Socjalizm zatem pełną gębą! I pod tym względem nie rozumiem antyglobalistów. I oni bowiem nienawidzą kapitalizmu i poszczególne rządy nienawidzą kapitalizmu. Jednym słowem - jedna sitwa! Powinni się zatem kochać a nie przeciwko sobie protestować.
Ale cóż, logika nigdy nie była mocną stroną socjalistów. Z historii natomiast wiadomo, że nienawiść tak, również ta skierowana wobec własnego gniazda. Czerwoni, od bolszewików po nazistów, uwielbiali wyżynać się między sobą. Czy powinniśmy im dzisiaj w tym przeszkadzać?

Paweł Sztąberek

* * *

"Walka z korupcją" - cuchnie i cuchnąć będzie... (16 marca 2009)

Pani Julia Pitera, platformiana specjalistka od walki z korupcją, ma zgłosić pod rozwagę "wysokiemu parlamentowi" swój projekt walki z korupcją. Projekt ten zakłada dość poważne restrykcje wobec osób, które zajmują wysokie stanowiska w administracji państwowej, a także wobec parlamentarzystów i urzędników zwanych funkcjonariuszami publicznymi. Zgodnie z tym projektem kompletnie ma być prześwietlany majątek tych osób. Ale nie tylko zresztą ich. Prześwietlenie dotyczyć ma również najbliższej, ale i dalszej rodziny delikwenta, w tym również jego - na przykład - teściowej. A nawet ma ono sięgać, bodajże, pokolenia czy dwa wstecz... Prześwietlani mają być również pracownicy SS, czyli służb specjalnych. Np. funkcjonariuszy CBA prześwietlać będą funkcjonariusze ABW. I na odwrót - funkcjonariuszy ABW prześwietlać mają funkcjonariusze CBA... Jeśli projekt wejdzie w życie, jest szansa na to, że będziemy żyć w jednym z najbardziej prześwietlonych krajów świata. Transparentność - używając popularnego wśród naszych elit politycznych słowa - aż do bólu...
Niby wszystko fajnie. Lud tabloidowy będzie miał rzuconą karmę w postaci - być może - bardziej szczegółowych deklaracji majątkowych polityków i urzędników, może przy okazji wybuchnie jakaś aferka, że ktoś coś ukrył, albo że "zapomniał wpisać", albo że w ostatniej chwili przepisał majątek na kochankę, przez co żona czuje się skrzywdzona i przed sądem będzie się domagać zadośćuczynienia... Może i tak będzie... Ale czy w wyniku wprowadzenia nowych przepisów "antykorupcyjnych" korupcja rzeczywiście zniknie?
Projekt pani Pitery to najlepszy przykład potwierdzający słuszność powiedzenia, iż socjalizm to taki ustrój, w którym dzielnie rozwiązuje się problemy nieznane w innych ustrojach. Cóż z tego, że zaostrzone mają być przepisy antykorupcyjne skoro niczego nie zmienia się w ustroju gospodarczym. Nadal wiele dziedzin działalności obwarowanych będzie koncesjami, wciąż urzędnicy będą mieli znaczący wpływ na gospodarkę, wciąż o wydawaniu grubych miliardów z budżetu decydować będą ludzie niewolni od pokus. A korupcja rodzi się przede wszystkim tam, gdzie o gospodarce decydują urzędnicy. A w tej dziedzinie nic sie nie zmieni. To tak, jakby czyste ubranie założyć na brudne ciało. Cóż z tego, że ładnie, skoro cuchnie?
Gdyby wprowadzono w Polsce ustrój wolnorynkowy z prawdziwego zdarzenia, żadna ustawa antykorupcyjna nie byłaby potrzebna, natomiast pani Pitera mogłaby się zająć stawianiem babek w piaskownicy, albo troską o swoją fryzurę. No właśnie, i tu jest pies pogrzebany. Co robiliby ci wszyscy urzędnicy? A tak to przynajmniej walczą sobie o "transparentność", choć cuchnie i cuchnąć będzie...

Paweł Sztąberek

* * *

Empatia z opcji walutowych (9 marca 2009)

Wicepremiera Pawlak chce anulować opcje walutowe bądź w inny sposób zrekompensować straty tym którzy dobrowolnie w opcje zainwestowali. Wiele bardziej zyskałby wicepremier i rząd na popularności gdyby anulował i zwrócić obywatelom pobrany w ostatnich latach podatek dochodowy od zysków kapitałowych. Podobnie jak z chęci zysku firmy inwestowały w opcje walutowe tak obywatele inwestowali w dobrej wierze i dla zysku i w akcje spółek giełdowych oraz fundusze. Podobnie jak firmy na opcjach tak inwestorzy na akcjach początkowo zyskiwali dzieląc się tym zyskiem z państwem polskim w wymiarze 19% podatku zwanego podatkiem Belki. Rynek akcji podobnie jak rynek walutowy odwrócił się skutkiem czego inwestorzy ponieśli na akcjach ogromne straty, podobnie jak firmy na opcjach. Straty te w większości przekroczyły już dawno zyski, których część (19%) państwo Polskie zabierało w ostatnich kilku latach inwestującym obywatelom. Wspaniałomyślnym byłoby unieważnienie przez premiera obecnych cen akcji i przywrócenie ustawą tych wyższych sprzed prawie 2 lat a tym samym przywrócenie inwestorom utraconych już i opodatkowanych zysków.
Jestem realistą a nie premierem, więc wiem, że to raczej niemożliwe, ale jestem też tylko człowiekiem podatnym na empatię premiera i w kontekście jego zamiarów co do opcji wydaje mi się całkiem realne i uczciwe zwrócenie przez państwo polskie inwestorom zapłaconego podatku od zysków skoro tych zysków już nie ma. Powinno się tak stać zwłaszcza dlatego , że Platforma Obywatelska z premierem Tuskiem na czele obiecywała wyborcom, że jak dojdzie do władzy to zlikwiduje podatek Belki od zysków kapitałowych. Tymczasem Premier Tusk z Platformy Obywatelskiej znany z miłosiernego serca i szczodrości dla skrzywdzonych grup zawodowych nie dotrzymał obietnicy danej inwestorom i ogolił ich podatkiem belki a teraz nic nie robi by pokrzywdzonym zadośćuczynić i pomóc. Jak to dobrze że miłości do ludu nie wyzbył się jeszcze wicepremier Pawlak.

Andrzej Wianecki

* * *

Pokolenie Magistrów PAFERE... (2 marca 2009)

Słuchając niedawnych wystapień na temat gospodarki prezesa PiS, Jarosława Kaczyńskiego, czy wicepremiera Waldemara Pawlaka, zresztą - słuchając większość naszych politycznych eliciarzy, dojść można do wniosku, że ich wiedza na temat ekonomii zatrzymała się na Marksie i Engelsie, no, może niektórzy dojechali nawet do prezydenta Roosevelta, Keynesa, Gomułki... Ich recepta na kryzys, spowodowany w dużej mierze niepohamowanym interwencjonizmem państwowym w gospodarki, to jeszcze większy interwencjonizm. Choć wyraźnie widać, że dotychczasowa pazerność rządów na gmeranie w poszczególnych gospodarkach owocuje dziś tym, że zadławiają się one od tego interwencjonizmu, tęsknota, by wciąż popełniać ten sam błąd jest większa niż zdrowy rozsądek i zwykłe poczucie sprawiedliwości. Recepta naszych eliciarzy to wciąż i wciąż się zadłużać, tzn. zadłużać zwykłych ludzi, bo to oni będą kiedyś musieli za tę interwencjonistyczną orgię zapłacić. Rząd bowiem - jak mawiał pewnien klasyk - zawsze się wyżywi...
Jak zatem widać, edukacja to podstawa. Działająca już kilka lat w naszym kraju Fundacja PAFERE dostrzega tę potrzebę niesienia kaganka oświaty ekonomicznej. Świadczy o tym chociażby ogłoszony przez nią konkurs Magister PAFERE. W tym roku rusza druga edycja tego konkursu, którego główną ideą jest promowanie wolnorynkowych rozwiązań w gospodarce poprzez prezentowanie prac magisterskich dotykających właśnie tych zagadnień. Zwycięskie prace zostana oczywiście nagrodzone. Jest zatem o co powalczyć. O szczegółach tegorocznej edycji konkursu Magister PAFERE i warunkach uczestniczenia w nim przeczytać można na stronie intenetowej Fundacji...
Zanim jednak tegoroczna edycja konkursu rozpocznie się na dobre warto przypomnieć sobie jak to było w roku ubiegłym. A znakomitą okazję do tego stwarzają blog Fundacji PAFERE na portalu Salon24 i Dziennik.pl, skąd łatwo można przeskoczyć o stron internetowych zawierających spory zasób informacji na temat ubiegłorocznego konkursu, fotoreportaż, nagrodzone prace w formacie PDF, oraz prelekcję Roberta Gwiazdowskiego - "Czy to jest kraj dla liberałów?", w wersji MP3 oraz video.
Trudno przypuszczać, że zawita na owe strony np. prezes PiS-u oraz pozostali etatyści, od SLD aż po PO. Ci są już raczej dla sprawy straceni. Ale przecież za jakiś czas w dorosłe życie, również w życie polityczne, wchodzić zacznie nowe pokolenie, choćby pokolenie uczestników konkursu Magister PAFERE. To raczej w nich cała nadzieja...

Paweł Sztąberek

* * *

Sprawa długów z min. Czumą w tle... (23 luty 2009)

Od tygodni cały świat tzw. mediów i wszystkich opcji politycznych żyje "sprawą" rzekomych amerykańskich długów posła i ministra sprawiedliwości w jednej osobie, Andrzeja Czumy. Pomijając przyczyny takiego zainteresowania ze strony mediów osobą nowego ministra i zupełnie zostawiając na boku kwestię tego, czy "ujawnienie" tej sprawy było wyrazem dziennikarskiego dążenia do prawdy w życiu publicznym, czy też wykonaniem zwykłego "zlecenia", warto na problem długów spojrzeć z zupełnie innej perspektywy.
Cóż takiego zarzuca się Andrzejowi Czumie? Że miał lub ma, bo do końca to nie zostało wyjaśnione, długi. Że w sprawie jego długów zapadły decyzje amerykańskich sądów na jego niekorzyść. Że mimo sądowych decyzji nie wszystkie długi zostały spłacone (informacja nie do końca potwierdzona). Wreszcie, zarzut z ostatnich dni, który dotyczy w zasadzie jakiejś sprawy sądowej dorosłego syna.
Miałem nieprzyjemność oglądać w telewizji pomstującego posła Napieralskiego (SLD), wypowiedzi posłów PiS-u, oburzenie wielu dziennikarzy i publicystów, że do czego to doszło, że Polska dorobiła się ministra dłużnika, że taki stan rzeczy kompromituje nasz kraj na arenie międzynarodowej i temu podobne głosy nie znikały z ekranów telewizorów.
Poseł Napieralski w programie red. Tomasza Lisa (który to tydzień wcześniej starał się uczyć moralności byłego premiera Marcinkiewicza, a który sam swoją rodzinę porzucił dla innej dziennikarki), pouczał że nie do zniesienia jest sytuacja, aby w polskim rządzie funkcję piastowała osoba z długami.
Nie sposób nie zgodzić się z trafną tezą posła Napieralskiego, ale jeśli tak, to Polska w zasadzie powinna pozostawać permanentnie bez rządu, gdyż każdy obywatel Polski, w tym również poseł Napieralski jest zadłużony.
Jak donosi raptem 20 lutego br. Ministrestwo Finansów, zadłużenie Polski na koniec ub. roku wyniosło 570 miliardów złotych i tylko w minionym roku wzrosło o 70 miliardów złotych. W 2008 roku sama obsługa zadłużenia Polski kosztowała takiego statystycznego posła Napieralskiego 700 zł.
Skąd biorą się takie kwoty? Politycy wszystkich partii, które dotychczas rządziły Polską zadłużały państwo. Państwo zaś to nikt inny jak obywatele, a w tym wypadku podatnicy. To oni spłacać muszą długi zaciągane przez polityków. Co ciekawe, poseł Napieralski, tak chętny do udzielania lekcji ministrowi Czumie, że powinno się żyć bez długów, zapomina że za czasów rządów właśnie SLD, zadłużenie Polski wzrosło o ponad 20 miliardów złotych.
Zadłużać siebie, ludzka rzecz. Każdy może żyć na kredyt i nic nam do tego pod warunkiem, że znajdzie takich głupich co mu będą go udzielać. Zadłużać dla realizacji własnych korzyści politycznych innych, w tym przyszłych obywateli, którzy nawet nie zdążyli jeszcze się urodzić, to dopiero Himalaje złodziejstwa i hipokryzji.
Poseł Napieralski, tak skory do krytykowania Andrzeja Czumy za jego prywatne długi, zupełnie nie wspomina o tym jak pozwolił na zadłużenie nas wszystkich na wiele, wiele lat, co będą spłacać jeszcze nasze dzieci i pewnie wnuki. To dopiero polityczny cynizm i buta - będąc współodpowiedzialnym za perfidne okradanie Polaków występować w telewizji i pouczać innych w sprawie ich prywatnych długów.
W tym kontekście warto odnotować jeszcze jedną pomijaną ciekawostkę, a mianowicie decyzje sądów w sprawach długów Andrzeja Czumy. Czy w Polsce sądy działają z taką szybkością jak w Stanach Zjednoczonych? Ile czeka się przeciętnie na załatwienie wydawałoby się najoczywistszej sprawy sądowej. Nikt o tym nie wspomina, że amerykański wymiar sprawiedliwości działa tak jak działa, czyli że polski dziennikarz może wejść do Internetu i sprawdzić kto jest, albo był zadłużony i na jaką kwotę.
Skoro zatem świat mediów i polityków z taką dokładnością bada prawdziwe lub nieprawdziwe długi ministra Czumy, może warto przeprowadzić dziennikarskie śledztwo odnośnie zadłużenia Polaków przez polityków. To dopiero mogłaby być bomba!

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Prezydent Kaczyński bierze doradców... (16 luty 2009)

W listopadzie ub. roku "Gazeta Bankowa" zamieściła wywiad z prezydentem Lechem Kaczyńskim. Prezydent pytany wówczas o swój stosunek do gospodarki odpowiedział: "Gdy trzy lata temu zostałem prezydentem Rzeczpospolitej, wygrałem między innymi dlatego, że opowiedziałem się za Polską solidarną. Bliska jest mi wizja państwa, w której korzyści z naszej wolności, z naszego rozwoju, są korzyściami dzielonymi, jeżeli nie zupełnie po równo, bo w gospodarce rynkowej nie jest to możliwe, a wszelkie inne formy gospodarki po prostu się nie sprawdziły, to w każdym razie jak największa grupa obywateli powinna odnosić korzyści z rozwoju gospodarczego." I dalej: "(...) Rynek jest potrzebny, żadna gospodarka na świecie inna niż rynkowa nie okazała się skuteczna. Ale rynek, jeżeli ktoś chce go doprowadzić do postaci czystej i zaborczej, zawodzi. Obecny kryzys udowodnił to najlepiej. Udowodnił także, że swoista gra rynkowa wymaga nadzoru ze strony państwa."
Cóż można by na to powiedzieć...? W zasadzie każdy współczesny socjaldemokrata mógłby powiedzieć dokładnie tak samo. Rynak jak najbardziej, ale...
Jakby potwierdzeniem wyżej zacytowanych przez prezydenta wypowiedzi na temat gospodarki są jego ostatnie decyzje personalne związane z mianowaniem doradców ekonomicznych. Otóż pan prezydent Lech Kaczyński na doradców wybrał sobie pp. Ryszarda Bugaja oraz Adama Glapińskiego. Pierwszy z nich jest szczerym socjalistą, który zresztą należał kiedyś do socjalistycznej partii, Unii Pracy. Zresztą partii nie tylko socjalistycznej ale i antyklerykalnej. W zasadzie równie dobrze pan prezydent mógłby mianować na swojego doradcę p. Grzegorza Kołodko. Na jedno by wyszło. Drugi z panów, wieloletni działacz pierwszej partii pana prezydenta, Porozumienia Centrum zasłynął natomiast tym, że na początku III RP rozpoczął proces koncesjonowania polskiej gospodarki. Wprowadził m.in. koncesje na obrót paliwem.
Domyśleć się można, że tok rozumowania pana prezydenta jest następujący: pan Bugaj - socjalista, a pan Glapiński - dla przeciwwagi liberał. Oczywiście dychotomia ta jest fałszywa, bowiem pan Glapiński żadnym liberałem nie jest, a - jak większość dawnych PC-tów i obecnych PiS-aków - etatystą, który nie wyobraża sobie rynku bez ręcznego sterowania.
Pan prezydent zapewne dumny jest z tego, że na czas kryzysu obstawił się dwoma ekonomistami, którzy właściwie mu doradzą. Że jest na kryzys przygotowany. Tyle że jakie rady wynikać mogą z połączenia stanowiska wybitnie socjalistycznego (p. Bugaj) ze stanowiskiem etatystycznym (p. Glapiński)? Nawet jeśli pan prezydent wyciągał będzie z tych stanowisk jakąś średnią arytmetyczną, to aż strach pomyśleć, co będzie... Choć właściwie, czy od prezydenta Francji, Nicolasa Sarkozy'ego, znanego unijnego bolszewika z partii "prawicowej", może być jeszcze ktoś gorszy?

Paweł Sztąberek

* * *

Bierutów ci u nas dostatek (9 luty 2009)

Życie w naszym kraju przeżarte jest absurdami. Zresztą, socjalizm to ustrój pełen absurdów. Pani prezydent Warszawy postanowiła rozprawić się z prywatnymi przedsiębiorcami, którzy akurat w centrum stolicy mają swoje miejsca pracy. Gdyby prezydentem był np. Bolesław Bierut to bym się nie dziwił. Ten własność prywatną zwalczał z wielką pasją... Ale pani Hanna Gronkiewicz-Waltz (HGW), przedstawicielka partii ponoć odnoszącej się do własności prywatnej z szacunkiem? No i to już jest pierwszy absurd. Ale cóż, widocznie Bierut w spódnicy możliwy jest i w Platformie Obywatelskiej. Otóż pani prezydentowa HGW ma inne plany w stosunku do terenów położonych wokół Pałacu Kultury i Nauki im. Józefa Stalina. Jakie, nie wiem... Być może nosi się z zamiarem jakiegoś wyjątkowego upamiętnienia Stalina, np. seria pomników.... Oczywiście to żart... z tymi pomnikami. Zresztą, nie potrzeba stawiać Stalinowi czy Bierutowi pomników w centrum Warszawy, by duch tych dwóch panów unosił się nad Placem Defilad.
Walka z prywatnymi przedsiębiorcami w Warszawie (ale nie tylko) ma w tzw. wolnej Polsce już swoją sporą tradycję. Zaraz po wprowadzeniu ustawy Wilczka, gdy na ulicach stolicy, i nie tylko, jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać setki straganów oferujących przeróżne towary, urzędasom z magistratów w całej Polsce zaczęło to przeszkadzać i wówczas rozpoczęła sie pierwsza wojna z kapitalizmem w III RP. Pod pretekstem, że "straganiarze" szpecą miasta, niekorzystnie wpływają na ich estetykę, prywatnych przedsiębiorców zaczęto przepędzać z ulic przy pomocy uzbrojonych po zęby policjantów. Kolejną wojnę warszawskim kupcom wypowiedziano w związku z likwidacją stadionu X-lecia. Również straszono użyciem siły. Takich przypadków było zapewne w skali kraju mnóstwo. Ostatnio także na granicy w Medyce, gdzie policja brutalnie rozprawiła się z tymi, którzy brali sprawy w swoje ręce, handlując z braćmi ze Wschodu...
Współczesne samorządy to dziś instytucje opierające swą działalność głównie na żebraniu o unijne dotacje. Z jednej strony zwalczają tych, którzy nie oglądają się na państwo i coś próbują robić na własny rachunek, jak np. kupcy w Warszawie czy prywatni przewoźnicy w Piotrkowie Trybunalskim, z drugiej same żebrzą o jałmużnę z Brukseli. Skoro samorządowe, zinstytucjonalizowane żebractwo o dotacje, czyli o pieniądze wcześniej odebrane siłą podatnikom, musi już mieć miejsce, to przynajmniej niech owe samorządy nie przeszkadzają tym, którzy próbują robić coś na własną rękę i na własne ryzyko. Jeśli ktoś chce prowadzić biznes nie należy mu w tym przeszkadzać, jeśli jakaś dziedzina działalności gospodarczej wymaga uzyskania koncesji, należy udzielać jej wszystkim, którzy o nią wystąpią. Chociaż tu należy kierować się rozsądkiem i zasadą, że "chcącemu nie dzieje się krzywda". Bo inaczej absurdów będzie coraz więcej. Ot, choćby programy unijne oferujące dotacje (zasiłki) dla chcących rozpocząć działalność gospodarczą... Z jednej strony, decyzjami administracyjnymi niszczy się już działające prywatne biznesy, a z drugiej proponuje programy, w ramach których oferuje się unijne jałmużny na rozpoczęcie działalności gospodarczej. Absurd na absurdzie...

Paweł Sztąberek

* * *

Gdzie są antyglobaliści? (2 luty 2009)

Niedawno odbył się w Davos tzw. szczyt ekonomiczny. Wcześniej odbyło sie spotkanie grupy G8. Jeszcze wcześniej w Krynicy spotkano się na Forum Ekonomicznym. W międzyczasie odbyło się zapewne jeszcze kilka innych szczytów, spotkań, sympozjów, na które zjechali się przeróżni możni tego świata. Obradowali pewnie o kryzysie oraz innych ważkich problemach współczesnego świata. Po co o tym wspominam? Nie, nie po to, aby zastanowić się nad sensem tego typu spędów, czy nad analizą poruszanych podczas nich tematów. Wspominam o tym tylko po to, by zwrócić uwagę na pewną charakterystyczną sprawę, a właściwie, by zadać jedno pytanie... A gdzie podziali się ANTYGLOBALIŚCI, ALTERGLOBALIŚCI i diabli wiedzą kto jeszcze? No własnie, gdzie?
Jeszcze nie tak dawno temu, problemem frapującym dziennikarzy na całym świecie, w mniejszym stopniu było, o czym możni tego świata będą dyskutować, a bardziej, czy policja poradzi sobie z dziesiątkami tysięcy podążającychy za nimi wszędzie tam, gdzie się pojawią, przeciwnikami globalizacji... A dziś? O antyglobalistach nawet słowa. Zapadli się pod ziemię, czy też może problem globalizacji, który wzbudzał w nich odruch sprzeciwu na tyle silny, że nie żałowali na bilety lotnicze, podążając, a to od Seattle, przez Tokio, aż po Genuę, by trochę poszarpać sie z policją, czy ów problem nagle zniknął?
Odpowiedź wydaje się tylko jedna. Ktoś, kto stał za ruchem antyglobalistycznym, albo przestał ów ruch finansować (kto wie, może z powodu kryzysu zbyt wiele stracił, by jeszcze bawić się w antyglobalizm), bądź nastąpiła w wyniku czyjegoś rozkazu zmiana akcentów, i od tej pory tematem numer jeden dla niedawnych antyglobalistów stała się walka z "ociepleniem klimatu". Jest to całkiem prawdopodobne, zważywszy na to, że poza starymi wyjadaczami wiedzącymi jak pod groźbą urojonej katastrofy wyciągać od podatników kasę, w szeregach "walczących z ociepleniem" znalazło się wielu pożytecznych, idiotów, gotowych uwierzyć we wszystko (no, może z wyjątkiem Pana Boga). Podczas gdy niedawni guru antyglobalistów przywdziali garnitury i wciskają "naukowe" kity na temat ocieplenia klimatu na konferencjach, zjazdach i sympozjach, pożyteczni idioci wieszają się na kominach ciepłowni, kładą na torach, głeboko wierząc, że lada moment - jeśli tylko nie wprowadzi się limitów - zostaną spaleni przez słońce.
Kilkanaście lat temu walczono z "przeludnieniem", potem z "globalizacją", o czym mało kto już dziś pamięta. Teraz na tapecie jest "ocieplenie klimatu". Jaki zaś temat przeróżni lewacy wymyślą sobie następnie, by znów wyrwać od podatników na całym świecie trochę szmalu? Bo o tym, "że klimat się ociepla", wszyscy pewnie wkrótce zapomną.

Paweł Sztąberek

* * *

Wolnorynkowe nowości książkowe (26 stycznia 2009)

Jedną z misji Fundacji PAFERE jest udostępnianie Polakom klasycznych dzieł ekonomii wolnorynkowej. Właśnie na rynku wydawniczym pojawiły się dwie ciekawe pozycje, które w syntetyczny sposób prezentują wybrane zagadnienia.
Z przyjemnością zatem zawiadamiamy, że jest już dostępna w formie książki zwycięska praca konkursu Magister PAFERE 2008. Szkoła austriacka wobec socjalizmu autorstwa Jacka Kacperskiego to podstawowe kompendium wiedzy na temat austriackiej szkoły ekonomii. Praca ta przedstawia zarówno historię tego najbardziej wolnorynkowego nurtu w ekonomii, jej twórców i najważniejszych przedstawicieli, jak również prezentuje stanowiska szkoły w kluczowych zagadnieniach: stosunku do socjalizmu, interwencjonizmu, państwa dobrobytu a także współczesnych problemów wolnego rynku. We wstępie do książki prof. Witold Kwaśnicki z Uniwersytetu Wrocławskiego pisze, że "Zgodzić się trzeba z Autorem, że nie ma drugiej takiej szkoły, która przez ponad 100 lat zachowałaby taką wierność swoim prekursorom oraz pierwszym ideom".
Rzeczywiście, austriacka szkoła ekonomii jest wyjątkową szkołą. Dzięki pracy Jacka Kacperskiego, docenionej przez jury konkursu Magister PAFERE, czytelnicy mają okazję poznać bliżej główne zagadnienia pozostające w sferze zainteresowań twórców szkoły.
Druga praca, jaka właśnie wyszła drukiem to cieszące się nieustającym powodzeniem w Stanach Zjednoczonych klasyczne już dzieło Leonarda E. Reada pt. Ja ,ołówek. Opowiadanie skierowane jest w zasadzie do wszystkich, niezależnie od poziomu posiadanej wiedzy ekonomicznej. Zarówno do tych, którzy o ekonomii nie mają pojęcia, jak do tych, którzy o ekonomii wiedzą niemal wszystko. Obecny prezydent Foundation for Economic Education, Lawrence Reed, z okazji 50. rocznicy pierwszego wydania ołówka opisał ją następującymi słowami: "Elokwentna. Wyjątkowa. Ponadczasowa. Wzorcowa. Klasyczna. Pół wieku od swojego pierwszego wydania, książeczka Leonarda Reada Ja, ołówek, wciąż zbiera te same, zasłużone pochwały. Dzieje się tak dlatego, że ten niewielki tekst ma zdolność otwierania oczu i umysłów ludzi w każdym wieku, a wielu jego czytelników po skończonej lekturze widzi świat zupełnie inaczej". Profesor Milton Friedman wyraził się z kolei, że nie zna żadnego innego utworu literackiego, który w tak zwięzły, przekonywujący i efektywny sposób wyjaśniałby znaczenie koncepcji niewidzialnej ręki Adama Smitha - rozumianej jako możliwość nieskrępowanego i nieprzymuszonego działania.
Zachęcamy wszystkich Czytelników Strony Prokapitalistycznej do zapoznania się z nowościami wydawniczymi. Zakupując wyżej zaprezentowane książki otrzymują Państwo nie tylko ciekawą literaturę, ale wspierają również materialnie prace nad kolejnymi książkami. Już wkrótce dzięki funduszom Fundacji PAFERE ukaże się opracowanie obalające wszechobecnie panujące w Polsce mity związane z Wielkim Kryzysem Gospodarczym lat 20. ub. wieku. Kolejne publikacje czekają w kolejce. Liczymy na Państwa pomoc. Kupując książki dokładacie cegiełkę w budowie wolnego i sprawiedliwego społeczeństwa.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Eurokołchoźnicy zaczynają się śpieszyć (12 stycznia 2009)

Dowiadujemy się oto, że prezydent Francji przygotowuje "misję ostatniej szansy". Adresatem owej misji ma być prezydent RP, Lech Kaczyński, a jej celem - nakłonienie go do podpisania Traktatu Lizbońskiego. Prezedent Sarkozy nie przyjedzie osobiście, wysłać ma jakąś ważną figurę, która będzie miała za zadanie odpowiednio urobić prezydenta Polski. Atak eurokołchoźników ma zresztą być podjęty z kilku stron jednocześnie... Przysłowiowym nożem w plecy ma być rezolucja polskiego parlamentu wzywająca Lecha Kaczyńskiego do niezwłocznego podpisania traktatu. Jak widać, strategia jest prosta - zaatakować z kilku stron, poddać prezydenta presji i wreszcie zmusić go do uległości w kwestii eurokołchoźniczej konstytucji.
Eurokołchoźnikom bardzo się śpieszy. Pytanie tylko, dlaczego? Być może czują oni, że to ostatni moment na to, by doprowadzić do powstania eurokołchozu... Być może czują oni, że niestabilna sytuacja gospodarcza na świecie, w tym również na kontynencie europejskim, zwiastować może odwrócenie się niektórych państw od "ideii zjednoczenia", a nastawić je bardziej na troskę o własne sprawy... Być może pogarszająca się kondycja gospodarcza w największych państwach UE, uzmysłowi im, że Unia oraz wspólna waluta nie są żadnym remedium na dobrobyt ani stabilizację polityczą... skoro gaz i tak płynie z Rosji... Dlatego trzeba się śpieszyć.
Śpieszą się zatem i nasi rodzimi eurokołchoźnicy. Eurokołchoźniczka Hall, eurokołchoźnik Komorowski, eurokołchoźnik na etacie "przygłupa" - Palikot... I cała reszta. O tym, że śpieszą się jak tylko mogą świadczy choćby ostatnie zamieszanie wokół kwestii przymusowej konfiskaty dzieci przez rodzimą faszy-bolszewię. Parę dni temu obiegła nas informacja, że kionfiskata przez państwo dzieci do szkół od 6 roku ich życia ma być odłożona do 2012 roku. Zapisany wcześniej w ustawie "obowiązek" zamieniono na "prawo". Jednak 8 stycznia br., późnym wieczorem na komisji sejmowej ponownie przywrócono słowo "obowiązek" zastepując nim "prawo". De facto więc oznacza to, że tzw. reforma edukacji wchodzi w życie już od września 2009 roku, czyli dzieci urodzone od 01.01 do 30.04 2003 MUSZĄ iść do szkoły (zobacz szczegóły: Ratujmy maluchy! ).
Jak widać eurokołchoźnicy doszli do wniosku, że nie ma co czekać do 2012 roku, że czas nagli. Dlatego im szybciej podda się dzieci przymusowej indoktrynacji już od najmłodszych lat, tym wierniejszych eurokołchoźników się z nich wychowa.
Kto wie, czy unijna faszy-bolszewia nie jest gotowa poświęcić Irlandii i wykluczyć jej z eurokołchozu, byleby tylko traktat został zatwierdzony. Może poświęcą również Czechy... Polska jest jednak sporym krajem, szkoda by było takiej prowincji... Stąd "misja ostatniej szansy" skierowana do prezydenta Kaczyńskiego. Jednak co dalej, jeśli okaże się, że ta misja się nie powiedzie?

Paweł Sztąberek

* * *

Ustawa o działalności gospodarczej - paradoks historii (5 stycznia 2009)

Smutny to paradoks, że najwięcej dla wolności gospodarczej w Polsce zrobili komuniści. Właśnie minęła 20 rocznica od uchwalenia "Ustawy o działalności gospodarczej", czyli tzw. ustawy Wilczka. Dynamiczny rozwój prywatnych firm w Polsce, począwszy od skromnych ulicznych kramików, aż po poważniejsze przedsięwzięcia biznesowe, to właśnie zasługa tej ustawy. To ona przyczyniła się do powstania około półtora miliona firm i stworzenia prawie sześciu milionów miejsc pracy. W momencie, gdy zamykano wiele nierentownych zakładów pracy, i gdy ludziom groziło bezrobocie, właśnie te nowe możliwości zatrudnienia odegrały bardzo ważną rolę amortyzatora społecznych niepokojów.
Potem było już tylko gorzej. Wprowadzenie - już przez tzw. rządy solidarnościowe z tzw. "liberałami" na czele - nowych podatków oraz regulacji (VAT, popiwek, dostosowywanie się do unijnych norm itp.) oraz coraz większe reglamentowanie działalności gospodarczej (gdy ustawa weszła w życie było tylko kilkanaście dziedzin podlegających koncesjom, dziś jest ich ponad 200), przypominało kaganiec jaki zaczęto nakładać na polską przedsiębiorczość. W wyniku tego kagańca wielu ludzi zeszło do szarej strefy, którą też potem usilnie zaczęto zwalczać, a przynajmniej starano się to robić. Obecnie - jak wynika z sondażu dziennika "Rzeczpospolita" - największą bolączką polskich przedsiębiorców wcale nie są ograniczone możliwości robienia interesów, lecz nadmierny fiskalizm państwa, a konkretnie wysokość danin jakie trzeba pod przymusem płacić na ZUS oraz NFZ. Gdyby nie one, może nawet gładko dałoby się przejść przez kryzys.
Nasze życie gospodarcze osaczone jest tyloma nonsensami, że już przed laty powoływano komisję ds. odbiurokratyzowania gospodarki. Za ironię losu uznać można fakt, że na jej czele stał człowiek, który do tej biurokratyzacji mocno się przyczynił, czyli Leszek Balcerowicz. Czy ktoś w ogóle wie, czym działalność tamtej komisji się zakończyła? Obecnie w sejmie działa komisja "Przyjazne państwo", która ma się zajmować eliminacją z życia gospodarczego absurdów utrudniających egzystencję przedsiębiorcom. Ale cóż z tego, skoro szefowi tej komisji, Januszowi Palikotowi, zamiast uporczywego forsowania zmian w ustawodawstwie, wyznaczono rolę przygłupa, który ma za zadanie biegać po sejmie z wibratorami i świńskimi ryjmi, po to tylko, żeby dziennikarze się nie nudzili. Czy "przygłupa" może ktoś - z wyjątkiem kilku poważnych dziennikarzy - traktować poważnie, i czy "przygłup" wyeliminuje biurokratyczne absurdy utrudniające życie normalnym ludziom?
Smutne to, że na konferencji "Drogi do wolności" zorganizowanej 29 grudnia 2008 roku przez Centrum im. Adama Smitha, głównym bohaterem był minister z ostatniego rządu komunistycznego, Mieczysław Wilczek. Nie zabrakło na niej również oczywiście przedstawicieli rządzącej Platformy Obywatelskiej, panów Szajnfelda i Czumy. Ale cóż z tego, skoro ci ostatni, choć deklarowali, że są gorąco "za", w praktycznym działaniu okazują się "nawet przeciw". Co namniej tak samo, jak ich nowy idol, którego imieniem nazwano jeden z polskich portów lotniczych.

Paweł Sztąberek

* * *

Podsumowanie (29 grudnia 2008)

Koniec roku sprzyja podsumowaniom. Również Czytelnikom Strony Prokapitalistycznej takowe się należą.
Nasi wierni Czytelnicy wiedzą, że Strona istnieje już 7 lat. Statystyki pokazują, że w tym czasie zanotowaliśmy około 700 tysięcy wejść. W tym roku, do chwili obecnej odwiedziło nas 155721 internautów (warto dodać, że w liczbie tej znaczną część stanowią tzw. "unikalni użytkownicy"). Średnio daje to prawie 13 tys. wejść miesięcznie. Ktoś może powiedzieć, że nie są to jakieś rewelacyjne wyniki. Wokół przecież wszyscy się chwalą, że przykładowo 100 tys. wejść miesięcznie to dla nich chleb powszedni. Może i tak. Biorąc jednak pod uwagę tematykę Strony, to osiągamy i tak całkiem niezły rezultat. Na nasz portal nie wchodzą ludzie po to, by się "rozerwać" czy poplotkować, ale po to, by się czegoś dowiedzieć, czegoś się nauczyć, z czymś się zgodzić lub nie. Z naszej Strony korzystają m.in. studenci, czerpiący materiały do swoich prac, ale również pracownicy naukowi, o czym świadczą chociażby odnośniki do SP, znajdujące się na stronach internetowych wydziałów ekonomicznych przynajmniej kilku uczelni.
Mijający rok zaowocował bliższą współpracą z portalem internetowym Fundacji PAFERE. Pomaga to między innymi w poszerzaniu bazy ciekawych i ważnych artykułów, ale także stwarza możliwość wspólnej pracy przy różnych przedsięwzięciach wydawniczych. Ta współpraca zapewne nadal będzie się rozwijała, z pożytkiem dla ideii wolności w naszym kraju.
Przyszły rok przyniesie pewne zmiany. Prawdopodobnie zmieni się wygląd Strony Prokapitalistycznej, a także jej nazwa (nowa domena). Niejednokrotnie zdarzało mi się odbierać od Czytelników sygnały, że Stronę należałoby unowocześnić, uczynić ją bardziej interaktywną. Powinno się to za jakiś czas stać. Jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, nowa witryna zawierać będzie m.in. wyszukiwarkę, co na pewno ułatwi poruszanie się po niej, jak również możliwość bezpośredniego komentowania publikowanych tekstów. Możliwe będzie również korzystanie z materiałów audio i video. Jeśli tylko plan zmian na www okaże się możliwy do wykonania, i gdy tylko będzie miał się ku końcowi, Czytelnicy zostaną o tym powiadomieni.
Na nadchodzący 2009 rok redakcja SP składa wszystkim Czytelnikom i Współpracownikom wszelkiej pomyślności, realizcji marzeń, jak najmniej biurokratycznych przeszkód w codziennym życiu i więcej wolności.

Paweł Sztąberek

* * *

Grecka lekcja (15 grudnia 2008)

Zamieszki jakie przetaczają się przez Grecję pokazują m.in. do czego prowadzi pobłażanie dla chuligaństwa w połaczeniu z łagodną polityką karną. Jak pewnie pamiętamy, podobne zdarzenie miało miejsce kilka lat temu we Włoszech. Podczas ataku na policję zastrzelono młodego chłopaka, który, wraz z innymi kolegami zaatakował policyjny radiowóz. Fala protestów tzw. obrońców praw człowieka, jaka wówczas się przetoczyła przez całe Włochy, ale i świat, była ogromna. Policjanta aresztowano, ale to i tak nie uspokoiło sytuacji. Policję zwyzywano od najgorszych, a nad tym czy użycie broni wobec chuligana było zasadne czy też nie, mało kto się potem zastanawiał. Wszyscy biadolili, że policjant zabił młodego chłopaka, jednak to że ten "młody chłopak" niszczył cudze mienie, rzucał gaśnicami w samochody i że zagrażał życiu innych, zeszło na dalszy plan...
Podobnie teraz w Grecji... Policjant śmiertelnie postrzelił osobnika, rzucającego kamieniami, wraz z grupą kolegów w radiowóz. Żeby załagodzić dalszym rozruchom, natychmiast aresztowano policjanta, który strzelał, oraz jego kolegę z patrolu, ogłaszając dumnie na cały świat nawet ich nazwiska. Ten komunikat nie zapobiegł eskalacji rozruchów. Niszczone mienie prywatne - domy, sklepy, samochody, setki rannych - to bilans trwających zamieszek. Dopiero po kilku dniach zaczęto się zastanawiać, czy policjant strzelający do rzucającego w niego kamieniami chuligana nie postąpił słusznie. Wspomniano o badaniach lotu kuli i okazało się, że broń stróża prawa nie była skierowana wprost w awanturnika, lecz trafiła go rykoszetem. Zaczęło pojawiać się coraz więcej wątpliwości...
Owszem, wątpliwości jest w całej tej sprawie mnóstwo. Podstawową można sprowadzić do pytania, czy aby zbytnia pobłażliwość władzy państwowej dla wybryków przeróżnych ulicznych chuliganów nie stanowi dla nich zachęty do coraz bardziej drastycznego łamania prawa? Czy sytuacja, w której policjant reaguje zdecydowanie, a potem za to jego zdecydowanie pakuje się go do więzenia, bo "obrońcy praw człowieka" ujmą się nie za nim, lecz za chuliganem, nie sprawia, że ci którzy są powołani do strzeżenia porządku, do ochrony naszego mienia i obrony naszego życia, pięć razy się zastanowią zanim ruszą palcem?
Również w Polsce ciągle narzekamy na zbyt słabą reakcję policji, chociażby na wybryki chuliganów nazywających się kibicami. Gdy jednak policja zareaguje bardziej ostro, wówczas można być pewnym, że "Gazeta Wyborcza" i inne gadzinówki napiszą, że policja była zbyt brutalna.
W ubiegłym roku zamieszki przetoczyły się przez Francję. Policja nie potrafiła sobie z nimi poradzić, gdyby bowiem zastrzelono jednego, bądź więcej prowodyrów, pojawiłyby sie oskarżenia nie tylko o brutalność, ale i o rasizm, z racji koloru skóry większości zadymiarzy. Zatem chuligaństwo triumfowało na ulicach.
Czy to się może zmienić? Tylko wówczas jeśli władza będzie bardziej zdecydowana w tym, by rządów nad ulicami naszych miast nie oddać bandytom, nawet jeśli próbują swoje chuligaństwo uzasadniać "walką z globalizacją", "ocieplaniem klimatu", "rasizmem", czy "miłością do swojej ukochanej drużyny". Jeśli stanie się inaczej, wówczas policję rzeczywiście można będzie zredukować do roli instytucji zajmującej się rozdawaniem lizaków w przedszkolach, organizowaniem konkursów dla gimnazjalistów "Bezpieczne wakacje" albo kręceniem filmików o komisarzu Błysku, ostrzegającym przed przechodzeniem przez jezdnię w niedozwolonym miejscu... Tylko czy podatnicy powinni to wówczas finansować?

Paweł Sztąberek

* * *

Kryzys czy dopiero preludium? (8 grudnia 2008)

Kilka dni temu w Łodzi odbyła się interesująca konferencja "Rynek kapitałowy a koniunktura gospodarcza". Spośród wielu prelegentów na szczególoną uwagę zasługiwały wystąpienia przedstawicieli Instytutu Misesa, p. Witolda Falkowskiego i p. Mateusza Machaja, oraz osób zbliżonych poglądami do tzw. Szkoły Austriackiej w ekonomii, p. Roberta Gwiazdowskiego z Centrum im. Adama Smitha i p. Ireneusza Jabłońskiego z Fundacji Projekt Łódź. Wspomniani prelegenci mówili o obecnym kryzysie finansówym, próbując dociec jego przyczyn oraz starając się ocenić praktykowane przez rządy poszczególnych państw drogi wychodzenia z niego.
Konkluzje jakie płyną z tych wykładów nie napawają optymizmem. W zasadzie każdy z prelegentów nie pozostawia żadnych wątpliwości: to co obecnie się stało na rynkach finansowych, a co zwane jest ich kryzysem, to jedynie preludium przed tym, co dopiero nas czeka. Prawdziwy kryzys jest tak naprawdę przed nami.
Jak słusznie zauważył Mateusz Machaj, rządy robią wszystko, choć nie zdają sobie z tego sprawy, żeby do takiego kryzysu doszło. Ratowanie upadających banków, dawanie im kolejnych gwarancji finansowych, ponowne - jak przed obecnym kryzysem - roztaczanie parasoli ochronnych nad tą dziedziną działalności gospodarczej, w krótkim czasie spowoduje, że wrócimy do kredytowego rozpasania, upadek jednak będzie znacznie większy. Zamiast pozwolić zbankrutować instytucjom, które popełniały błędy, rządy reanimują je, odkładając nieco w czasie ich agonię.
Robert Gwiazdowski odniósł się do pakietu ratunkowego rządu premiera Tuska, w ramach którego ma być "wykreowane" 92 mld zł. Prelegent słusznie spytał: "Skoro można wykreować 92 mld, to dlaczego od razu nie 920 mld?". Zanosi się zatem na olbrzymi dodruk pieniędzy i kreowanie - poprzez państwowy interwencjonizm - sztucznego wzrostu. Już teraz banki centralne wielu państw obniżają stopy procentowe, by zachęcać do brania kredytów, czyli do dalszego zadłużania się.
Rządy pompują pieniądze bez opamiętania, a tymczasem z Niemiec nadchodzą wieści, że gospodarka - mimo to - zaczyna dołować coraz bardziej. Niewesołe sygnały napływają także z USA. Zanosi sie na to, że po krachu budowlanym, pora na inne dziedziny gospodarki - wielkie centra handlowe, hotele... Niewesoło jest też w Azji, gdzie coraz otwarciej mówi się o spowolnieniu chociażby w Chinach. Jeśli ludzie zaczynają ograniczać konsumpcję spaść musi produkcja, to zaś oznaczać może kolejne bankructwa, zwolnienia z pracy... Interwencje rządowe mogą stan upadku przedłużyć, ale czy zdołają mu zapobiec?
Zdroworozsądkowe podejście ekonomistów z Instytutu Misesa nie cieszy się sympatią mediów, które nadal wolą wsłuchiwać się w proroctwa dawno już skompromitowanych "ekspertów" i "analityków", bredzących od miesięcy różne sprzeczności. Czy jednak misesowcy mają rację? Oczywiście lepiej by było gdyby nie mieli, niemniej politycy poszczególnych państw robią wszystko, by jednak było inaczej.

Paweł Sztąberek

* * *

Stręczyciele w natarciu (1 grudnia 2008)

Czyżby Polska stawała się krajem stręczycieli? Chyba tak... Dodam tylko, że stręczyciele ci rozplenili się zwłaszcza w tzw. elitkach intelektualno-ekonomicznych III RP. Pojawiły się wśród nich nawet kobiety. Czymże zajmują się ci osobnicy? Ano stręczą nam od jakiegoś czasu, że w 2012 roku Polska powinna wejść do strefy euro. Wspomniałem o kobietach, bowiem do grona stręczycieli przystąpiła niedawno pani profesor Jadwiga Staniszkis. Zagajana przez dziennikarkę TVN 24 (niektórzy twierdzą, że to WSI 24, ale to oczywiście tylko żart i to wyjątkowo nie na miejscu...), co Polska powinna zrobić w obliczu kryzysu światowego, pani profesor bez wahania odpowiada, że powinniśmy jak najszybciej przyjąć euro. Euro, jako remedium na wszystkie nasze bolączki. Jak widać, nie dość, że osaczeni jesteśmy przez stręczycieli to jeszcze na dodatek stręczycieli-fetyszystów. Euro nowym fetyszem!
Czytam właśnie w "Rzeczypospolitej" z 15 listopada, że "Strefa euro oficjalnie w recesji". Dla naszych stręczycieli-fetyszystów tego typu nowiny raczej nie mają znaczenia. Euro i koniec! Ale właściwie po co nam to euro?...
Nietrudno się domyśleć... Polacy od lat poddawani są zmasowanej propagandzie prounijnej. Unia Europejska miała być dla nas wybawieniem, i by "naszym dzieciom żyło się lepiej". Jednak za tą zmasowaną propagandą składającą się ze słodkich sloganów, kryje się cały czas wizja stworzenia jednego superpaństwa, z jedną konstytucją, z jednym rządem, z jednym prezydentem, no i z jedną walutą. Dzisiejsze unijne superpaństwo byłoby państwem socjalistycznym, oczywiście z jakąś formą prywatnej własności, bo etatyzm musi się czymś karmić. Bardziej zatem przypominałaby Niemcy za rządów Adolfa Hitlera, aniżeli Związek Sowiecki. Prywatna przedsiębiorczość zostałaby zwasalizowana przez biurokrację, a właściciele firm staliby się tak naprawdę niewolnikami wszechwładnego państwa. Dlatego takiej Unii trzeba się sprzeciwiać. Trzeba się sprzeciwiać stręczycielom-fetyszystom, którzy stręczą nam obecnie euro, wiedząc dobrze (przynajmniej niektórzy), że euro samo w sobie nie tworzy bogactwa ani dobrobytu. Euro potrzebne jest tylko po to, by zrobić kolejny krok na drodze do superpaństwa.
Ostatnio w telewizorze zobaczyłem, podczas konferencji prasowej, kolejnego stręczyciela-fetyszystę. Mówił coś o globalizacji, że trzeba iść z prądem, że świat się globalizuje, że trzeba tworzyć jedno państwo unijne, bo inaczej zostaniemy w tyle, że "nie chcem ale muszem"... itp. Gdy patrzyłem na niego, w jaki sposób się zachowuje, jak mówi, jaki podnosi dumnie głowę, jak zadziera nos przyozdobiony siwymi już wąsami, jak wzrokiem wizjonera sięga w nieznane, ujrzałem mędrca... Gdy jednak ktoś po chwili zapytał o Cenckiewicza i Gontarczyka, i gdy zobaczyłem jak zaczyna się trząść, miotać... Zresztą, spuśćmy nad tym mędrcem zasłonę milczenia...

Paweł Sztąberek

* * *

Emeryturowy terror (24 listopada 2008)

Kiedy państwo jest rządzone sprawiedliwie? Jedną z takich cech jest bez wątpienia równość obywateli wobec prawa. Nie ma lepszych i gorszych tylko dlatego, że tak stanowi ta bądź inna ustawa - wszyscy mają równe szanse do tego, by stawać się lepszymi, bądź gorszymi, państwo zaś stoi na straży przestrzegania tego prawa, czyli w istocie stoi na straży wolności. Sprawiedliwe państwo to również takie, w którym obowiązują niskie podatki. Jeśli podatki nadmiernie obciążają obywateli, wówczas państwo ze sprawiedliwego przeistacza się w państwo-złodzieja. Srawiedliwe państwo to również takie, w którym jak najmniejsza liczba jednych obywateli żyje na koszt innych. Państwo winno stać na straży tego, by nie dochodziło do sytuacji, że jedni, wykorzystując na przykład swą siłę, bądź też z jakichś innych przyczyn, zmuszać będą drugich, poprzez np. ustawy, do łożenia na ich utrzymanie. Sprawiedliwe państwo do takich sytuacji nie powinno dopuszczać.
Obecnie jesteśmy świadkami sporu o tzw. emerytury pomostowe. Sprawa jest, z punktu widzenia sprawiedliwości państwa, bardzo dobrym przykładem, bowiem zachowanie wcześniejszych emerytur dla jednych obywateli, musi się wiązać z obciążeniem dla innych. Czy to jest sprawiedliwe? Zresztą, gdy państwo jednych obdziela przywilejami, zaraz rodzi się kolejne pytanie... Dlaczego akurat ta, a nie inna grupa zawodowa, ma być uprzywilejowana? Czy rzeczywiście praca górników, kolejarzy czy nauczycieli jest ważniejsza od pracy innych ludzi, którzy akurat do tych grup zawodowych nie należą?
Przykład zachowania przywilejów w postaci wcześniejszych emerytur dla wybranych grup zawodowych wyraźnie pokazuje, że łamana jest zasada równości obywateli wobec prawa, a to oznacza, że państwo w którym żyjemy nie jest sprawiedliwe. Obecnie pojawia się szansa, by choć trochę odwrócić ten trend, tym bardziej, że o tym, kto tak naprawdę obdarowany jest przywilejem nie decyduje żadna konieczność dziejowa, czy poczucie zwykłej sprawiedliwości. W rzeczywistości decyduje o tym, poza spadkiem po komunizmie, przede wszystkim to, która grupa zawodowa ma silniejszy związek zawodowy, będący w stanie, dla walki o zachowanie swych przywilejów, skuteczniej sterroryzować tych obywateli, którzy nie są w stanie się bronić, a którzy za te przywileje mają płacić. Sprawiedliwe państwo to takie, które na przeciw tego terroru stawia szlaban z napisem "STOP".

Paweł Sztąberek

* * *

Wiek wolności czy wiek zniewolenia? (10 listopada 2008)

Szczerze mówiąc, wnioski jakie płyną z tzw. unijnego szczytu w sprawie kryzysu finansowego, kompletnie mnie nie zaskakują. Czegóż bowiem można było spodziewać się po całej plejadzie politycznych drapichrustów, z prezydentem Francji na czele, jeśli nie pędu do coraz bardziej pogłębiającego się interwencjonizmu w gospodarkę. Jak już raz zrobi się skok na pieniądze podatników, trudno nie robić tego dalej.
Zanosi się zatem na kolejny triumf socjalizmu. Nie wiem kto, ale ktoś na szczycie stwierdził, że każdy sektor rynku wymaga rządowej kontroli. Wynika z tego, że już nie tylko banki mają być pod szczególnym nadzorem, ale "każdy sektor...". Póki co każdego dnia dochodzą do nas nowe informacje, że gdzieś rząd przejął kontrolę nad jakimś bankiem, czyli po prostu znacjonalizował go. Ostatnio chyba we Francji i w Austrii. Jakie to proste... Kiedyś komuniści musieli strzelać ludziom w głowy, bądź na długie lata zamykać ich do więzień, by móc przejąć jakieś przedsiębiorstwo, upaństwowić je. Dziś robi się to z dnia na dzień, w białych rękawiczkach. Nikt do nikogo nie strzela, nikt nie wydaje sfingowanych wyroków (choć z tym bywa różnie), a socjalizm i tak zaczyna kwitnąć sobie w najlepsze.
Parę lat temu ktoś powiedział, że XXI wiek będzie wiekiem wolności. Póki co, trudno w to na razie uwierzyć. Nadzieja w tym, że to dopiero początek stulecia, jeszcze nawet jedna dekada nie minęła. Może trend się odwróci... Obecna fala interwencjonizmu państwowego określana jest - jak twierdzą różni "mądrzy" doradcy ekonomiczni - jako konieczna, by przywrócić spokój na rynkach finansowych. Tyle że zwykle jedna interwencja rodzi kolejne, które mają załagodzić skutki wcześniejszej nieudanej interwencji. Może z czasem rzeczywiście w rękach rządów znajdzie się "każdy sektor rynku"...
Zastanawiałem się dlaczego rządom tak bardzo zależy na tym, by ratować, poprzez swoje interwencje, upadające banki, a tymczasem sprawa wydaje się dość prosta... System bankowy to nieodłączne narzędzie rządu do kontroli dochodów swoich poddanych. Przecież nie na próżno zmusza się ludzi do tego, by wszelkie transakcje handlowe, wszelkie opłaty, wpłaty, przelewy dokonywali przez banki. Nie na próżno tworzy się przeróżne policje skarbowe, które mają mieć wgląd w konta poszczególnych obywateli, tzn. swoich niewolników, którzy muszą na nich harować... Jeśli system bankowy się załamie, znaczna część transakcji mogłaby znaleźć się poza zasięgiem jakiejkolwiek kontroli państwa. A to, według dzisiejszych socjalistów-interwencjonistów, grzech śmiertelny.
Ale czasem musimy też stanąć przed lustrem i popatrzeć na samych siebie. Rząd drukuje inflacyjne pieniądze, banki nam je wciskają, a my je chętnie bierzemy, nawet wówczas, gdy zdajemy sobie sprawę, że nie stać nas tak naprawdę na to, czy na tamto. Ksiądz Robert Sirico pytał niedawno w swoim najnowszym artykule, napisanym z okazji 20 rocznicy powstania Instytutu Actona : czy rzeczywiście potrzebny nam kolejny telewizor plazmowy, czy musimy mieć koniecznie samochód lepszy od tego, który ma nasz sąsiad, czy warto porywać się na budowę domu, podczas, gdy nasze realne dochody na to nie pozwalają? Jak dodaje ksiądz Sirico, "Cogito ergo sum" zostało zastąpione przez "Consumo ergo sum". Uderzmy się też czasem we własne piersi. Bez naszego własnego poczucia odpowiedzialności, nie tylko za nas samych, tu i teraz, ale także za przyszłe pokolenia (bo za to nasze dzisiejsze folgowanie ktoś kiedyś będzie musiał zapłacić), wiek XXI - istotnie - przejdzie do historii jako wiek socjalistycznego zniewolenia, a nie jako wiek wolności...

Paweł Sztąberek

* * *

PiS rżnie głupa! (3 listopada 2008)

Ostatni tydzień przyniósł bardzo ważną deklarację prezydenta Lecha Kaczyńskiego w kwestii przyjęcia przez Polskę waluty euro. Była to poniekąd reakcja pana prezydenta na prasowe doniesienia sprzed kilku dni, że "prezydent i premier są zgodni w kwestii przyjęcia przez Polskę wspólnej unijnej waluty". Swoją deklaracją, wyrażoną podczas konferencji prasowej - bodajże w piątek - w Krakowie, prezydent chciał zapewne zdementować te doniesienia prasowe, w rzeczywistości jednak, niestety, je potwierdził. Stwierdził oczywiście, że nadal jest zwolennikiem referendum w tej sprawie. Od razu jednak dodał, że referendum nie może dotyczyć kwestii, "czy w ogóle wchodzić do strefy euro, lecz kiedy to zrobić?". "Gdybyśmy mieli pytać Polaków, czy w ogóle chcą euro, oznaczałoby to, że podważamy traktat akcesyjny" - dodał prezydent (cytuję z pamięci).
Cóż, prezydent Polski, pan Lech Kaczyński definitywnie już chyba odsłonił karty. Referendum, jak się okazuje, ma dotyczyć nie tego, czy w ogóle chcemy euro, lecz kiedy ma ono zostać wprowadzone. Jeśli ktoś jeszcze łudzi się, że prezydent naszego państwa stoi na straży niepodległości i suwerenności kraju, to powinien czym prędzej się otrząsnąć.
Jakby dopełnieniem tego, że prezydent ma do niepodległości i suwerenności kraju stosunek co najmniej luzacki, jest wypowiedź ministra z kancelartii prezydenta Kaczyńskiego, pana Bielana, jaka padła w niedzielnej (2 listopada br.) audycji Radia ZET, w programie prowadzonym przez p. Olejnik. Otóż pan minister Bielan twardo stał na stanowisku, że zrzeczenie się przez Polskę własnej waluty jest zrzeczeniem się kolejnego atrybutu suwerenności, dlatego stanowisko prezydenta Kaczyńskiego w sprawie referendum jest słuszne... Ta deklaracja pana Bielana brzmi jednak dość groteskowo w obliczu tego, co w piątek powiedział prezydent Kaczyński. Bo oznaczałoby to, ni mniej ni więcej, tylko tyle, że pan prezydent powiedział: "Suwerenności Polski i tak musimy się wyrzec, bo tak stanowi traktat akcesyjny, powinniśmy nie robić jednak tego od razu tylko trochę później". To naprawdę żałosne, że Głowa Państwa, mieniąca się patriotą, może mieć w tak ważnej dla narodu kwestii takie stanowisko.
Nie zdziwię się, jeśli pan Bielan za swoją wypowiedź w Radio ZET zostanie przez prezydenta skarcony, bo teraz wychodzi na to, że prezydent, popierając euro, nieważne czy teraz czy potem, jest za zrzeczeniem się przez nasz kraj suwerenności, co jest równoznaczne zdradzie narodowej, kiedyś karanej śmiercią.
Cała ta sytuacja pokazuje zakłamanie formacji politycznej skupionej wokół Prawa i Sprawiedliwości. Jest to środowisko z gruntu pro euro-kołchoźnicze, stąd udawanie, że jednak jest inaczej, i że PiS stoi na stanowisku obrony narodowego interesu, wypada tak żałośnie i śmiesznie zarazem. PiS po prostu rżnie głupa! Jarosław Kaczyński zamknął się ponoć ostatnio w jakiejś willi, by pisać nową wersję programu swojej partii. Spodziewam się, że w programie owym będzie "dla każdego coś miłego". Pewnie również elektoratowi radiomaryjnemu rzucony zostanie jakiś ogryzek. Pytanie tylko, czy na ogryzek ów elektorat ten da sie po raz kolejny nabrać?

Paweł Sztąberek

* * *

Kto jest największym złodziejem? (27 października 2008)

Obecny kryzys pokazuje najlepiej, że największym złodziejem wcale nie są "pazerni" i "chciwi" kapitaliści. Prawdopodobnie prawdziwi kapitaliści na tym kryzysie stracili, zyskali natomiast przeróżni spekulanci, prezesi banków, tzw. analitycy, manadżerowie i inna finansistowska ferajna w białych kołnierzykach. Ale kryzys ten pokazuje, że największym złodziejem okazują się rządy, w tym oczywiście wszystkie rządy polskie od 1989 roku.
Nie dalej jak kilka dni temu podano infermację, że aktywa otwartych funduszy emerytalnych stopniały o niemal połowę. Oznacza to, że wartość naszych przyszłych emerytur z tzw. drugiego filaru powoli sięga dna. Może nie byłby to problem, o którym warto byłoby tu pisać, gdyby nie to, że drugi filar, podobnie zresztą jak pierwszy, funkcjonuje tylko dlatego, że państwo, pod groźbą więzienia zmusza ludzi do tego, by pod pozorem płacenia składki na przyszłą emeryturę, odpalali sporą działkę swoich dochodów na utrzymanie całych rzesz urzędników ZUS-u i "menadżerów" OFE. Domyślam się, że prezesi zarządów OFE zarabiają dziesiątki tysięcy złotych miesięcznie. Ciekawe, czy w związku z kryzysem ich wynagrodzenia zostały obniżone. Wątpię...
Tzw. składka na ubezpieczenie emerytalno-rentowe, wymuszana pod groźbą więzienia przez rząd miała "zapewnić nam godziwą i dostatnią starość". Gdy niektóre środowiska polskiej Prawicy postulowały swego czasu, by w ogóle znieść przymus ubezpieczeń i pozwolić ludziom ubezpieczać się, jeśli sami tego zechcą, w prywatnych funduszach emerytalnych, wyśmiewano się z nich i twierdzono, że ludzie są nieodpowiedzialni i zamiast oszczędzać na starość, wszystko przejedzą już teraz. Dziś okazuje się, ile warta była ta argumentacja. Jednak czy ktoś poniesie odpowiedzialność za utopienie miliardów złotych polskich podatników, za to, że ich pieniądze dokądś (ciekawe dokąd?) wyparowały?
Co innego, gdy ktoś sam, na własną odpowiedzialność ponosi ryzyko inwestycji. Jeśli traci, cóż - źle zaiwestował. Co innego jednak, jeśli ludzi poprzez restrykcyjne ustawy pozbawia się tej wolności wyboru i zmusza do inwestycji, w wyniku których tracą. Czy ktoś pójdzie za to do więzienia?
Żaden rząd tzw. wolnej Polski nie miał odwagi nawet wspomnieć o dobrowolności ubezpieczeń. Rząd niby wolnorynkowej PO też tego nie zrobi. Tym bardziej, że będzie potrzebował w przyszłym roku pieniędzy, bo zanosi się chyba na deficyt większy niż planowano. A to m.in. dlatego, że mimowolnie Platformie udało się, dzięki kryzysowi, spełnić jeden postulat wyborczy - znieść tzw. podatek Belki. Oczywiście PO formalnie go nie zniosła. Faktycznie jednak, z bowodu braku zysków z giełdy, mało kto ów podatek będzie musiał zapłacić. Ciekawe dlaczego PO jakoś nie szczyci się tym, że chociaż jedną obietnicę wyborczą udało jej się zrealizować... Co prawda w sposób niezamierzony, ale zawsze to coś...

Paweł Sztąberek

* * *

Haider (13 października 2008)

Tak pisałem w lutym 2000 roku w tygodniku "Najwyższy Czas!", zaraz po tym, gdy partia Jeorga Haidera odniosła pierwszy wyborczy sukces:
"Gdyby Jeorg Haider, lider austriackiej Partii Wolnościowej (FPO) pokornie słuchał dyrektyw z Brukseli, zachwalał wspaniałe pomysły dotyczące regulacji rozmiarów bananów oraz orzekania przez Komisję Europejską, co jest owocem a co warzywem, gdyby wreszcie wyznał ze skruchą, że w Brukseli znajduje się zbyt mało biurowców, a urzędników powinno być kilka razy więcej, tak samo, jak i wyższe powinny być podatki, wszystko wówczas byłoby w porządku. Jednak Haider tego nie mówi, bo ma on do pomysłów eurobiurokratów stosunek, mówiąc delikatnie, bardzo luźny.
Założenia programowe jego partii daleko bowiem odbiegają od tego, co stanowi obecnie w państwach Unii Europejskiej tzw. standard uprawiania polityki. Dzisiejszym standardem jest szeroko pojmowany interwencjonizm państwa w gospodarkę. Również Austria, która należy do jednego z bogatszych państw Europy, powoli przestaje już wytrzymywać ciężar obciążeń fiskalnych, zaś rządowe ingerencje w przedsięwzięcia ekonomiczne obywateli mocno dają się im we znaki.
Haider deklaruje, że chce to wszystko zmienić. Dlatego w jednym z punktów oficjalnego dokumentu FPO, tzw. "Kontraktu z Austrią" obiecuje m.in. "więcej wolności". Poszerzeniu jej obszarów służyć ma m.in. likwidacja przymusu przynależenia do różnych izb oraz zrzeszeń - również zrzeszeń przedsiębiorców. "Dobrowolność przynależności i finansowania lepiej bowiem przyczynia się do rozwoju tego typu organizacji aniżeli przymus" - uważają Wolnościowcy.
(...) Haider i jego Partia Wolnościowa zdają się rozumieć, co może przyczynić się do ożywienia gospodarki Austrii i ustabilizowania rynku pracy. Są to przede wszystkim: deregulacja życia ekonomicznego i mniejsze podatki. "Całkowita deregulacja zwiększy konkurencyjność austriackiej gospodarki, zagwarantuje jej rozwój i stworzy nowe miejsca pracy" - czytamy w programie FPO. Wolnościowcy deklarują, że zdecydowanie zmierzać będą do całkowitej deregulacji życia ekonomicznego, bo tylko to może się stać gwarantem rozwoju i stabilności rynku pracy. (...) Realizacja tych postulatów na pewno nie służyłaby politykom ślepo zapatrzonym na brukselskiego złotego cielca. A czy europejskim biurokratom może służyć chociażby redukcja podatków? W żadnym wypadku. Haider natomiast taką redukcję obiecuje: "Gospodarka rynkowa domaga się niskich podatków i opłat skarbowych dla inicjatyw gospodarczych i pracowników. Promowaniu inwestycji służą raczej bodźce podatkowe, a nie subsydia". "(...) Przeżarta subsydiami i dotacjami Unia Europejska ze zgrozą tylko - co oczywiste - patrzeć może na kogoś, kto chciałby to wszystko zmienić. Wiadomo bowiem, że subsydia, dotacje, subwencje itp. uzależniają gospodarkę od polityków, zwiększając ich władzę. Tymczasem Haider i jego Partia Wolnościowa chcieliby politykom tą władzę nieco zredukować. Oczywiście Unia nie może się na to zgodzić. Haider jest więc faszystą i koniec! Zwłaszcza, że celem jego partii jest ponadto ograniczanie progresji podatkowej i w konsekwencji - podatek liniowy. Czyżby więc i nasz profesor Leszek Balcerowicz był faszystą, a w najlepszym przypadku - neofaszystą i ksenofobem? Wszak niedawno sam jeszcze domagał się wprowadzenia tego podatku..." (fragmenty tłumaczenia "Kontraktu z Austrią - Agnieszka Łaska)
Tyle tekst sprzed lat... Niewątpliwie szkoda, że Jeorg Haider nie żyje. Zginął w sobotę rano w wypadku samochodowym. Pewnie sporo krwi mógłby jeszcze napsuć otaczającym nas zewsząd eurokołchoźnikom. Zwłaszcza teraz, gdy jego nowa partia zdobyła sporo głosów w ostatnich wyborach. Cóż, miejmy nadzieję, że ktoś równie charyzmatyczny zajmie jego miejsce. Tymczasem... "Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie..."

Paweł Sztąberek

* * *

Eurokołchoźnikom puszczają nerwy (6 października 2008)

Dziwne rzeczy dzieją się ostatnio na świecie, w tym również w tzw. Unii Europejskiej. Jakaś pani komisarz, nie znająca pewnie słowa po polsku i rezydująca sobie na terenie obcego państwa - w Belgii, daje szlaban na reorganizację polskich stoczni. Polski minister, z rządu dotąd pełzającego przed takimi jak owa komisarz, próbuje z nią polemizować. Okazuje się następnie, że stoczniowcy, dotąd klnący na Brukselę i na takich jak pani komisarz, twierdzą, że polski minister obraził panią komisarz i udają się w delegację do obcego państwa, do Belgii, by rezydującą w nim obcą nam panią komisarz, przepraszać za zachowanie polskiego ministra. Paranoja jakaś... Wybitny specjalista od dramatu, Sławomir Mrożek nie wymyśliłby niczego lepszego...
Ale to nie koniec... Bo jest jeszcze kryzys w "świecie finansów"... Również w Unii ma on swoje reperkusje. Ot, np. Komisja Europejska wystąpiła z prośbą do amerykańskiego Kongresu, by zechciał przyjąć plan "ratowania" banków. Okazuje się, że podczas kryzysów, Stany Zjednoczone, a dokładniej ich rząd, choć na codzień przez niektóre państwa Unii znienawidzony, jest niezbędny do tego, by Unia, a dokładniej, działające na jej terenie banki, mogły dalej istnieć. A kto wie, może i Unia też...
Nas kryzys ma podobno nie dotknąć, ale - jak podała właśnie "Rzeczpospolita" - istnieje niebezpieczeństwo, że w przyszłości Polska może dostać znacznie mniej pieniędzy z unijnej kasy, niż pierwotnie było to planowane. Dlatego ponoć, że Niemcy się zaczynają skarżyć, że płacą zbyt wiele na Unię i powoli zaczynają przebąkiwać o zmniejszeniu składki. Niemcy w ogóle zachowują sie ostatnio trochę dziwnie. Tamtejszy minister skarbu skrytykował rządy tych krajów, które dopompowały prywatne banki z pieniędzy podatników. Jak podają media, minister miał powiedzieć, że bankierzy powinni poczuć, że jeśli źle prowadzą swoje biznesy to mogą zbankrutować. No proszę, nareszcie jakiś głos rozsądku i to z socjaldemokratyczno-chadeckich Niemiec...
Jak się to całe "światowe dzianie" potoczy, trudno przewidzieć. Póki co, w Austrii w ostatnich wyborach bardzo dobrze wypadła prawica, nie wiedzieć czemu zwana przez przestraszony, zlewaczony establishment "populistyczną". Zresztą, cóż to za epitet... Niech będzie sobie nawet populistyczna, byleby prawica. Eurokratom chyba znów grozi rozstrój nerwowy, może nawet większy, niż wówczas, gdy do rządu Austrii wszedł Haider. Kto wie, czy niedawna rezygnacja ze swojego stanowiska komisarza UE ds. handlu, nie świadczy o tym, że niektórym w Eurokołchozie już puszczają nerwy.

Paweł Sztąberek

* * *

Czyje są dzieci? (29 września 2008)

Zamiłowanie do totalitaryzmu przejawiane przez czołowych kacyków z Platformy Obywatelskiej nie słabnie. Reglamentowanie dostępu do różnych zawodów (np. masażyści i rehabilitanci, a ostatnio dziennikarze), centralna ewidencja kobiet będących przy nadziei, kastracja pedofilów - to tylko kilka z przykładów. No i oczywiście jeszcze jeden - przymusowy pobór dzieci do szkoły już od 6 roku ich życia.
Ten ostatni pomysł rodzi szczególne niebezpieczeństwo. Nie tylko wyrywa dziecko z domu i wprzęga go w beznamiętny mechanizm państwowej indoktrynacji, ale przede wszystkim każe zadać podstawowe pytanie: do kogo właściwie należą dzieci, do rodziców czy do państwa?
Państwo ma, w dzisiejszym ustroju, czyli w demokratycznym socjalizmie, mocne argumenty na rzecz twierdzenia, że dzieci należą do państwa. Otóż - mogłoby powiedzieć państwo - zapewniamy darmową edukację, z której rodzicie masowo korzystają. A skoro MY ją zapewniamy, to również możemy uczyć czego chcemy, kogo chcemy i od takiego momentu, w którym nam się spodoba. Dajemy wam zasiłki, np. becikowe, więc nie narzekajcie - powie znów państwo. Bo skoro dajemy to możemy również chcieć coś w zamian. Akurat chcemy wasze dzieci, bo skoro na nie łożymy to są one nie tylko wasze, ale także nasze, a może nawet przede wszystkim nasze. Dajemy wam darmową służbę zdrowia, z której również korzystają wasze dzieci. Nie miejcie więc pretensji, że chcemy się do nich dobrać już od ich najmłodszych lat... Itd. itp... Państwo oczywiście nie mówi tego w takiej formie, ale po cichu tak pewnie sobie myśli, poniekąd zresztą słusznie, bo skoro daje, to może i czegoś oczekiwać w zamian.
Na szczęście nie wszyscy rodzice dali się ogłupić i nie wszyscy zaakceptowali tę chorą logikę. Wiadomo bowiem, że państwo, żeby cokolwiek mogło dać "za darmo", najpierw musi zabrać, i to tym, którym rzekomo potem daje (oczywiście jest w każdym społeczeństwie grupa ludzi, która niczego państwu nie oddaje, a jedynie od niego bierze, np. różne lumpy żyjące z państwowej jałmużny).
Dziś w Warszawie odbył się protest rodziców przeciwko przymusowemu nacjonalizowaniu dzieci od 6 roku ich życia. Ludzie, którzy protestowali wiedzą, że państwo żyje tylko z tego, co odbierze im w formie podatków. Nie dość, że ludzie ci muszą płacić na owych zasiłkowych lumpów, to jeszcze opłacać muszą konfiskatę własnych dzieci, wbrew ich własnej woli. To, że odbył się taki protest znaczy, że nie wszystkim obojętne jest pytanie: do kogo należą dzieci - do rodziców czy do państwa?
A tak na marginesie... no właśnie, do kogo?

Paweł Sztąberek

* * *

Artyści i niewolnicy (22 września 2008)

Obejrzałem właśnie film Roberta Altmana, "Vincent i Theo". Utwór ten doskonale pokazuje w jakich bólach rodzi się geniusz, zresztą za swojego życia niedoceniony. Van Gogh mieszka w nędznych warunkach, gdzieś na wsi, nie ma własnych pieniędzy. Tworzyć może tylko dzięki pomocy brata, który zarabia pracując w jednej z paryskich galerii. Cały czas wierzy w Vincenta, dlatego wspiera go, nawet wówczas, gdy wydaje się to przedsięwzięciem beznadziejnym. Vincent van Gogh, czy jego brat, nawet nie myślą o tym, by udać się do jakiegoś ministerstwa, czy też do innego urzędu po dotację. Ta kwestia pewnie nawet nie rodzi się w ich głowach.
Vincent van Gogh nie zaznał dobrobytu, umrł w takiej samej nędzy, w jakiej żył... Jest jednak artystą, którego obrazy osiągają dziś na aukcjach niebotyczne kwoty...
Jakże wiele się od tamtego czasu zmieniło... Czy w jakimś polskim mieście bądź gminie, istnieje związek artystów plastyków, który nie byłby przyssany do państwowego bądź gminnego cycka? Może i istnieje, choć jeśli tak, to pewnie stanowi wyjątek. Ale problem dotyczy nie tylko sztuk plastycznych. Również filmowcy z niezwykłą lubością uwielbiają stawać się niewolnikami państwa. Powołanie jakiś czas temu Instytutu Sztuki Filmowej ten stan niewolnictwa tylko przypieczętował.
Właśnie niedawno byliśmy świadkami, jak minister kultury zakazał dofinansowania z pieniędzy ISF-u, czyli pieniędzy podatników, produkcji filmu "Westerplatte". Decyzja ta wywołała oczywiście oburzenie filmowców i niektórych pismaków, że jak to tak... Państwo ma dołożyć i koniec. Z żalem patrzyłem na znanego aktora, Bogusława Lindę, jak ubolewał, że minister kultury nie chce dać... Pan Linda, aktor utytułowany, do biednych pewnie nie należy, niemniej nie miał żadnych oporów, by publicznie domagać się jałmużny od ministra na film "Westerplatte". Trochę to wstyd...
Ale tak to już jest, gdy na własne życzenie artysta pozbywa się niezależności. Pan raz da, raz nie da... A jak da - to i zabrać może. Kiedyś artysta, jeśli chciał być wolny, musiał doświadczyć wielu upokorzeń, musiał niejednokrotnie sięgnąć dna, nie obciążając przy tym podatników, zanim świat o nim usłyszał. Wielu pewnie przepadło na wieki w zapomnieniu. Świat ich odrzucił. Innych natomiast, takich np. jak van Gogh, unieśmiertelnił, choćby i po ich śmierci. Dziś wszyscy od razu chcieliby być wyniesieni na piedestał, najchętniej dzięki wsparciu ministra kultury. Panowie od "Westerplatte"... Jeśli chcecie zrobić film, nakręćcie go za własne pieniądze. Publiczność oceni wasze dzieło. I albo wyniesie was na szczyty sławy, albo strąci w czeluście piekielne. Ale nie każcie, by za wasz film płacili również ci, którzy w ogóle nie interesują się sztuką i nigdy w kinie nie byli.

Paweł Sztąberek

* * *

Francja i wino (15 września 2008)

We Francji, gdzie w najlepsze króluje socjalizm, rówież wino nie ma łatwego życia. Pewnie trudno w to uwierzyć... Kraj słynący z wina, właściwie mekka wszystkiego co w winie najlepsze, a tu nagle coś takiego. Ale cóż, skoro współczesne rządy ciągle lubią z czymś walczyć... Dlaczego zatem rząd francuski miałby być inny... Też walczy, m.in. z alkoholizmem wśród młodzieży. Ofiarą tych bojów stało się także wino.
Otóż rząd Francji planuje, w ramach "walki z alkoholizmem", wprowadzenie szeregu restrykcji na reklamowanie i sprzedaż wina. Wino w internecie na przykład, ma być dostępne jedynie w określonych godzinach, ograniczeniom ma również podlegać wszelka literatura na temat wina tj. recenzje, przewodniki, i wszelkie artykuły branżowe. Zapewne wielu Czytelników "SP" pamięta, jak z alkoholizmem walczyła komuna w Polsce... Sklepy monopolowe otwierane od godziny 13.00, alkohol na kartki itp. Jak widać, kierunek działań rządu francuskiego wydaje się jakby znajomy. Socjalizm, czy to PRL-owski czy współczesny francuski, lubuje się w reglamentowaniu wszystkiego, co się da.
Pytanie jednak, czy we Francji, przyczynę problemów z nadużywaniem alkoholu wiązać należy akurat z winem? Od dawna już winiarze francuscy skarżą się, że sprzedaż produkowanych przez nich trunków spada. Statystyki zaś pokazują, że rośnie sprzedaż piwa oraz alkoholi wysokoprocentowych. Czy zatem nakładanie restrykcji na wino ma jakikolwiek sens? Znając socjalistyczne metody rozwiązywania problemów spodziewać sie można, że wkrótce rząd zdecyduje o karczowaniu winnic, tak jak kiedyś winnice w ZSRR, głównie w Gruzji, karczował Gorbaczow (tak jakby Rosjanie byli akurat smakoszami wina), oraz o wypłacaniu winiarzom z tego tytułu odszkodowań. Praktyka to w Unii Europejskiej bardzo często stosowana.
Problem z francuskim winem to tylko wycinek tego, do czego prowadzi interwencjonizm państwowy. Każda forma interwencjonizmu owocuje nakładaniem restrykcji na wolny wybór człowieka. W tym przypadku rząd próbuje stawiać się w roli moralizatora, który chce ustrzec ludzi przez "złem". Generuje jednak inne zło, a mianowicie kradzież. Bo żeby te wszystkie interwencjonistyczne fanaberie można było sfinansować, trzeba będzie sięgnąć do kieszeni podatników, którzy za to wszystko zapłacą.
Tak swoją drogą, Francuzi jakoś szczególnie lubują się w odchodzeniu od własnych korzeni. Kiedyś zerwali z chrześcijaństwem, teraz chcą zniszczyć wino... Dziwni ludzie...

Paweł Sztąberek

* * *

Wyznanie posła PO, Arkadego Fiedlera (1 września 2008)

Podczas Pikniku Wolnościowego jaki odbył się w dniach 22-24 sierpnia 2008 roku w Kórniku, zaprezentował się m.in. poseł PO, p. Arkady Fiedler. Szczerze pisząc, słuchając pana posła, nie trzeba było nawet wiedzieć, że jest on posłem, by móc stwierdzić, że to człowiek - jak to ujął kolega Paweł Toboła-Pertkiewicz - "z innego świata". Od siebie dodam - ze świata establishment, ze świata ludzi czerpiących profity z obecnego systemu.
Mniejsza już z tym, że pan poseł dziwił się, że zebrani na Pikniku ludzie sprzeciwiają się Unii Europejskiej w takim kształcie w jakim obecnie ona funkcjonuje. Nie mógł pojąć, że można nie akceptować Traktatu Lizbońskiego. Właściwie jedynym argumentem na rzecz naszej integracji z UE były słowa: "Przecież zawsze dążyliśmy do tego, by być Zachodem. Czego tu się bać? Czy boimy się być Zachodem?".
Ale jeszcze jedna wypowiedź okazała się ciekawa, może nawet ciekawsza... Otóż w pewnym momencie jeden ze słuchaczy zadał panu Arkademu Fiedlerowi pytanie o posła Palikota. "Dlaczego nie wpłyniecie panowie z PO na posła Palikota, by zamiast zajmować się głupotami, zaczął wreszcie wprowadzać w życie założenia, jakie przyjęła komisja sejmowa - Przyjazne Państwo..." - brzmiało pytanie. Pan poseł Fiedler odpowiedział mniej więcej tak: "To nie takie proste. Opór urzędników jest tak wielki, że nic nie można zrobić. Niektórzy z tych urzędników pracują w ministerstwach już po kilkanaście lat i oni są tak tam poosadzani, że bronią swoich pozycji, a my nic nie możemy zrobić".
Gdyby pan poseł Fiedler dbał choć trochę o pozory, wymyśliłby jakąś inną bajeczkę. Jednak z tonu w jakim to mówił wyraźnie można było odczuć, że ma on, jak i pewnie cała PO, z posłem Palikotem na czele, komisję "Przyjazne Państwo" w najwyższym poważaniu i tak naprawdę niczego nie chce zmienić. Status quo go zadowala, jak i całą PO, wszak czerpią z tego profity.
Jeśli by jednak przyjąć, że poseł Fiedler mówi prawdę, tzn. że urzędnicy tak okopali się na swoich pozycjach, że są nie do ruszenia, to jaki wniosek z tego wypływa? Ano taki, że pan premier Tusk to zwykła marionetka, ministrowie to kukiełki chodzące na krótkiej uwięzi, a cały parlament to fasada, za którą ktoś pociąga za sznurki. Skoro nie mają nic do powiedzenia w sprawach personalnych, nie są w stanie zwalniać krnąbrnych urzędników to o czym to może świadczyć? Ano, że choć od czasu do czasu lubią się groźnie nadymać, to w rzeczywistości są dymani, i to na różne sposoby.
Czy to właśnie poseł Arkady Fiedler chciał tak naprawdę powiedzieć?

Paweł Sztąberek

* * *

Nazi-bolszewicy w akcji (16 sierpnia 2008)

Nazi-bolszewików wciąż u nas pod dostatkiem. Tacy osobnicy czepiają się jakiegoś swojego konika i starają się nim uszczęśliwiać na siłę cały świat. Dopóki taki osobnik pozostaje w cieniu, na marginesie życia społecznego czy politycznego, pół biedy. Niech tam sobie bredzi w kącie, mało kto sie tym przejmie. Gorzej jeśli dostanie taki jeden z drugim do ręki narzędzia jakie daje polityczna władza... biada ludowi...
Tych osobników, nawet pewnie nie wiedzących o tym, że są idealnym odbiciem nazi-bolszewików mamy niestety u władzy. O pomysłach pani minister edukacji narodowej było już głośno. O jej pomysłach konfiskowania przez państwo dzieci i zmuszania ich do chodzenia do szkoły już od 6 roku życia pisano również na tych łamach. Oczywiście krytycznie, bo inaczej nie można. Ale nazi-bolszewicy nie byliby sobą, gdyby nie szli dalej, coraz dalej... Teraz wpadli na pomysł, by od 5 roku życia konfiskować rodzicom dzieci i na siłę wcielać ich do przedszkola! Żeby było jasne... nie mam nic przeciwko przedszkolom, sprzeciwiam się natomiast przymusowi posyłania do nich dzieci. Kto chce, może to robić, ale jeśli ktoś nie chce, ma czas by samemu wychowywać dziecko, nie powinien być do tego zmuszany. Nazi-bolszewicy, którzy przy wielu innych okazjach chętnie odwołują się do "wolności wyboru" (np. p. Hall jest zwolenniczką "wolności wyboru" jeśli chodzi o mundurki szkolne), tego jakoś zrozumieć nie potrafią. Zresztą co się dziwić - mundurek nie zindoktrynuje ucznia, natomiast wciskanie przez nauczyciela np. odpowiednio przyrządzonej wersji historii (ot, chociażby wg. przepisu Michnika) - już tak. Dlatego im wcześniej zacznie się dziecko odpowiednio indoktrynować, tym bardziej posłuszny wykształciuch z niego wyrośnie. Taki w sam raz na potrzeby Eurokołchozu...
Na horyzoncie naśladowców nazi-bolszewizmu objawia sie nam obecnie nowa gwiazda... Pan Rzecznik Praw Dziecka... Jak ulał pasuje na jednego z czołowych kołchozników! Niezadowoleni z pomysłów minister edukacji rodzice zwrócili się do owego pana, zapewne myśląc naiwnie, że stanie on po stronie dzieci, by interweniował i podjął próbę zastopowania tych szaleństw. Pan rzecznik, twierdząc oczywiście, że się zajmie, że sprawdzi itp... jednak oznajmił, że w Polsce jest niski wskaźnik wykształecenia, że panuje nierówny dostęp do edukacji (edukacja i wykształcenie - nowy fetysz eurokołchoźników!) i że w ogóle... Wiadomo już zatem jaki będzie odzew pana rzecznika, rzekomo obrońcy dzieci, a w rzeczywistości funkcjonariusza systemu polit-poprawności, broniącego jego najżywotniejszych interesów.
Cóż, wbrew temu co swego czasu napisał pewien znany naukowiec, że nastąpił "koniec historii", na nic takiego się nie zanosi. Na horyzoncie bowiem wciąż pojawiają się jacyś nowi szaleńcy, roszczący sobie prawa do wszystkich i wszystkiego, co istnieje na ziemi i chcący, by świat wyglądał koniecznie tak, jak im się to pourajało w głowach... Jeśli jeszcze tacy dojdą do władzy to... Szkoda słów.

Paweł Sztąberek

* * *

Idzie kryzys? (21 lipca 2008)

"Rzeczpospolita" z 17 lipca br. obwieściła, że kraje należące do strefy euro stoją w obliczu kryzysu gospodarczego. Grozi im nie tylko spowolnienie wzrostu ale także - w przypadku niektórych - recesja. W najmniej ciekawej sytuacji są - jak podaje gazeta - Włochy i Hiszpania.
Jednocześnie, kilkanaście dni temu, ta sama "Rzeczpospolita" poinformowała, powołując się na badania jakiegoś włoskiego instytutu zajmującego się gospodarką, że aż 50 procent dochodu Włoch wytwarzane jest w "szarej strefie", przy czym tylko 15 procent z tej liczby stanowią dochody przynoszone przez biznesy kontrolowane przez mafię. Oficjalne statystyki włoskie grzmią o kryzysie gospodarczym, podczas gdy przeciętnemu obywatelowi w rzeczywistości wcale źle się nie żyje. Rośnie konsumpcja, ludzie kupują coraz więcej luksusowych towarów... Jednym słowem - poprawia im się ekonomiczny status, choć według oficjalnych statystyk powinno być im gorzej.
Czymże zatem jest, bądź czymże ma być kryzys, przed którym straszą media, powołując się na raporty "specjalistów"? Otóż wydaje mi się, że kryzys, w tej sytuacji, oznacza tak naprawdę w większym stopniu kryzys z punktu widzenia rządu, aniżeli obywateli. Po prostu do budżetu państwa zaczyna wpływać mniej pieniędzy z podatków, bowiem obywatele, ratując się przed państwową grabieżą, znaczną część swoich dochodów starają się ukryć przed fiskusem. Oczywiście, ten kryzys rządu, który zanotuje mniejsze wpływy do budżetu, w jakimś stopniu odbije się także na obywatelach, gdyż i oni zaczną odczuwać obniżenie jakości usług, których świadczenie wzięło na swoje barki państwo, takich jak np. szkolnictwo, służba zdrowia, czy tzw. bezpieczeństwo socjalne. Ale czy te usługi, mimo grabieżczej polityki państwa, były kiedykolwiek na wysokim poziomie? Niemniej dla polityków może to oznaczać problem, ponieważ wiele obietnic wyborczych może nie zostać spełnionych z braku wpływów do budżetu. Dla obywatela jednak, któremu udaje się coś uszczknąć przed rządem, oznaczać to może konieczność częstszego korzystania z usług firm prywatnych, czy to szkół czy przychodni lekarskich. W każdym razie, dopóki sfera prywatnej działalności nie zostanie znacjonalizowana, obywatel nie jest bez wyjścia...
Czy zatem kryzys, który ma nastąpić, nie będzie bardziej kryzysem rządu, niż obywateli? Szef włoskich skarbówek zapytany o to, dlaczego fiskus nie może sobie poradzić z masowym "oszukiwaniem" państwa i uchylaniem się przez wielu obywateli od płacenia podatków, odpowiedział: "Przecież nie jesteśmy w stanie skontrolować całego społeczeństwa".
Widzimy zatem, że kryzys gospodarczy w obliczu którego stoi rząd nie musi oznaczać, że przed kryzysem stoją także obywatele. I daj nam Boże tylko takie kryzysy. Jak widać, nie tylko "Polak potrafi"... Włoch również... A pewnie i Hiszpan, Anglik ...

Paweł Sztąberek

* * *

Koniec suwerenności (7 lipca 2008)

Polscy eliciarze naganiający nas do Unii Europejskiej nie zauważają już chyba tego, jak stają się śmieszni zwłaszcza w kontekście mówienia przez nich o suwerenności naszego kraju w UE. Gdyby spytać ich czy Polska jest jeszcze suwerennym krajem oczywiście odpowiedzą, że tak. Gdyby spytać ich czy nadal Polska będzie suwerenna także po przyjęciu Traktatu Lizbońskiego, również odpowiedzą, że tak. W którym momencie przejawia się ta ich śmieszność?
Otóż od pewnego czasu jesteśmy świadkami zamieszania związanego z tym co się dzieje wokół polskich stoczni. Przyznam szczerze, że zbytnio w ten temat nie wnikałem i nawet nie bardzo wiem, o co w tym wszystkim chodzi (pamiętam natomiast jak jeszcze kilka lat temu zachwycano się na świetną kondycją polskiego przemysłu stoczniowego)... Chcę zwrócić uwagę na coś zupełnie innego... A mianowicie stawiam pytania... Gdzie decyduje się los Stoczni Gdańsk, Gdynia i Szczecin? W Polsce czy w Brukseli? Od kogo zależą decyzje dotyczące przyszłości tych firm? Od Polaków czy od biurokratów schowanych za szklanymi pałacami brukselskich urzędów? Gdzie stoczniowcy niedawno protestowali chcąc wymusić korzystne dla siebie rozwiązania - w Warszawie czy w Brukseli? I przed kim polscy, bredzący wciąż, że jesteśmy krajem suwerennym, politycy muszą skomleć, żeby móc coś ze stoczniami zrobić - przed jakimś kapitalistą, który mógłby w stocznie zainwestować, czy przed panią Komisarz z Komisji Europejskiej?
Przykłady polskich stoczni najlepiej pokazują, że Polska, nawet nie ratyfikując Traktatu Lizbońskiego, nie jest już suwerennym krajem. Skoro decyzje o tym, co ma się dziać z polskimi przedsiębiorstwami zapadają nie tu, lecz w Brukseli, ględzenie o suwerenności można już między bajki włożyć.
Najzabawniejsze jest to, że jakoś mało komu to przeszkadza... Dziennikarze nawet się specjalnie nie dopytują, jak to w końcu jest z tą suwerennością, politycy nadal bezczelnie kłamią, że wciąż ją mamy, itp., itd...
Cóż, chyba po prostu nie zauważyliśmy, że już straciliśmy suwerenność, co gorsza - traktujemy ten stan jako coś normalnego, oczywistego...

Paweł Sztąberek

* * *

Nowa klasa robotnicza (30 czerwca 2008)

Nie ma dnia, w zasadzie to śmiało można napisać, że nie ma nawet serwisu informacyjnego co godzinę, w którym przynajmniej kilka wiadomości nie byłoby kompletnym absurdem, pomieszaniem najprostszych spraw, zakończonych idiotycznym komentarzem.
Zastanawiałem się nawet nad tym, aby zapamiętywać te najlepsze i potem, być może wspólnie z czytelnikami "Strony Prokapitalistycznej" rozpocząć ich zamieszczanie w jakimś specjalnym dziale. Sęk w tym, że w natłoku medialnych bzdur, starsze są wypierane przez nowe i nie sposób wszystkiego zapamiętać.
Tym niemniej jedna wiadomość, a w zasadzie historia, zapadła mi w pamięć niezwykle głęboko. Otóż program interwencyjny w TVP 1, zaraz po Teleekspressie nadał życiowe perypetie pewnego młodego człowieka, który... zapragnął "nieść pomoc ludziom". W tym jakże szlachetnym celu nie założył jednak własnej firmy zatrudniającej ludzi, nie wynalazł leku na jakąś nieuleczalną chorobę, ani nie rozpoczął akcji zmierzającej do powstrzymania masowego mordowania nienarodzonych dzieci.
Facet zapragnął nieść pomoc ludziom... jako pracownik socjalny. Reportaż powstał gdyż okazało się, że polskie przepisy są do tego stopnia durne, że nawet ukończywszy specjalne studia mające na celu wykształcenie zawodowych pomagaczy ludziom, nie jest pewne, że znajdzie zatrudnienie.
Ów facet, choć chciałoby się napisać, że po prostu darmozjad i bezczelny ekonomiczny i etyczny ignorant, miał marzenie przed laty, że chce zostać pracownikiem socjalnym. Poszedł na studia, zdał egzaminy, obronił pracę, został aspirantem tejże pracy socjalnej w urzędzie zajmującym się tymi sprawami, po czym nie został przyjęty na stałe, gdyż okazało się, że jakiś przepis nie pozwala na jego zatrudnienie w związku z uzyskanym przez niego tytułem naukowym.
Facet żali się do kamery, że jego życie legło w gruzach, że on rzucił dla swojej kariery pracownika socjalnego - jak sam się wyraził - bardzo ciekawą i dobrze płatną pracę w sektorze prywatnym, bo koniecznie chciał zostać pracownikiem socjalnym. W reportażu wypowiadają się jego nauczyciele akademiccy chwaląc jego pracę i wyniki w nauce, żona gani przepisy i - jak zawsze - system, który jest winien temu, że jej mąż nie może się spełniać zawodowo.
Komentarz dziennikarzy przygotowujących reportaż jest jednoznaczny; no tak, jeszcze jeden przykład na to, jak ludzka inicjatywa i chęć niesienia pomocy innym jest w Polsce niszczona. W programie słowa nie ma o tym, że ten człowiek jest po prostu idiotą. Miał pracę, zrezygnował. Miał perspektywy, a został na lodzie. I jeszcze poszedł z tym do telewizji. Ilu jest ludzi, którym dzieje się podobna "krzywda"?
Ale nic straconego. Może na kanwie tego precedensu powstanie nowe prawo; prawo do zostania biurwą żerującą na pracy uczciwych ludzi, tzn. chciałem napisać prawo do bycia pracownikiem socjalnym.
Skoro w Hiszpanii właśnie nastąpiło historyczne nadanie praw człowieka małpom, cóż stoi na przeszkodzie nadać kolejny przywilej następnym obibokom. Tylko, kiedy tak będziemy nadawać kolejne prawa nie zapominajmy, że ktoś na pracę tego "pokrzywdzonego" aspiranta pracy socjalnej musi najpierw zarobić. Czyżby nadanie "praw człowieka" małpom miało stworzyć grupę tych, którzy na tego typu obiboków będą pracować? Tego jeszcze nie wiadomo, ale przecież wszystko dopiero przed nami...

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Praca "na czarno" (23 czerwca 2008)

Prasa doniosła właśnie, że w Belgii zatrzymano kilku Polaków pracujących - jak to się określa - "na czarno". Wykonywali oni prace budowlane przy remoncie pałacu królewskiego. Pałac królewski to instytucja bardzo szacowna, zapewne utrzymywana z pieniędzy podatników, więc dodaje to całej sprawie dodatkowej pikanterii. Otóż pod okiem wszechogarniającego państwa ludzie pracują sobie "na czarno".
Co to w ogóle jest praca "na czarno"? Wojciech Cejrowski w jednym ze swoich programów zauważył ostatnio bardzo słusznie, że tylko nieliczne zawody hańbią, np. zawód prostytutki. Ta praca ociera się o pewna mroczność, którą można by określić właśnie pracą na czarno. Każda inna, czy to robotnika na budowie, czy hydraulika, czy opiekunki do dziecka, czy pomoc w kuchni... to zwykła, normalna praca, dla której przymiotnik "na czarno" jest w gruncie rzeczy obraźliwy.
Z pracą "na czarno" (pozostańmy jednak przy tym określeniu) jest wszak jeden szkopuł. Otóż każdy, kto ją wykonuje jest, w świetle obowiązujących przepisów, przestępcą podatkowym. A więc, praca "na czarno" to rzeczywiście problem, ale tak naprawdę - problem dla państwa. Jednak celem pracy "na czarno" nie jest niepłacenie podatków i innych towarzyszących pracy haraczy, lecz wykonanie jakiejś czynności możliwie najmniejszym kosztem. Dla państwa jest to już jednak przestępstwo, ponieważ za wykonanie owej czynności państwo nie otrzymuje żadnej doli. A państwo - jak wiadomo - nie lubi tych, którzy się z nim nie dzielą. Ta cecha państwa sprawia, że bardzo często trudno odróżnić je od zwykłej gangsterskiej hałastry, która żywi się z haraczy ludzi pracujących.
Praca "na czarno" to w dzisiejszych czasach jedyna forma ratowania się przed tym największym gangsterem, jakim jest państwo. Dlatego nie dziwi, że nawet pod okiem króla Belgii i belgijskiego rządu ludzie ratują się jak mogą, byleby tylko uratować jakiś grosz. "Rząd się sam wyżywi" - powiedział kiedyś pewien PRL-owski propagandysta. No właśnie, tyle że aby zwykły człowiek mógł się wyżywić, musi zazwyczaj bardzo ciężko pracować, w przeciwieństwie do rządu. Ten bowiem na tej pracy tylko żeruje, niczym pasożyt, dlatego każda forma uchronienia się przed tym pasożytem zasługuje co najmniej na nasze zrozumienie...

Paweł Sztąberek

* * *

Dziękujemy Panie Prezydencie de Valera (14 czerwca 2008)

Dziś wszyscy cieszymy się z wyniku referendum irlandzkiego, ale jednocześnie z tej okazji nie sposób nie napisać dlaczego w ogóle w Irlandii do referendum doszło. Powód jest tak naprawdę jeden i nazywa się Eamon de Valera.
Konstytucja irlandzka z 1937 roku została napisana przez wielkiego męża stanu i konserwatystę, Eamona de Valerę. Jest to dokument prosty, jasny w swej wymowie, zrozumiały i krótki (zawiera zaledwie 50 artykułów). Co równie ważne, jest to najbardziej konserwatywna konstytucja, jaka obecnie obowiązuje w Europie. Próżno gdzie szukać takich zapisów jak np. w artykule 41. że "państwo uznaje w szczególności, że kobieta przez swoją aktywność w domu, daje Państwu wsparcie, bez którego dobro wspólne nie mogłoby zostać osiągnięte (...) aby matki nie były zmuszone ekonomiczną potrzebą do podejmowania pracy, zaniedbując swoje obowiązki domowe".
Albo artykuł 42.: "Państwo uznaje, że pierwotnym i naturalnym wychowawcą dziecka jest rodzina", czy artykuł 43., gdzie czytamy, że "państwo zobowiązuje się nie uchwalać żadnej ustawy próbującej obalić własność prywatną i prawo do jej posiadania".
punktu widzenia wczorajszego referendum, najważniejszy jest jednak punkt 1. artykułu 47:
"Każda propozycja zmiany niniejszej Konstytucji, która jest poddana decyzji narodu w referendum".
To, że Irlandczycy mieli szansę jako jedyny naród zagłosować w imieniu całej Europie i powiedzieć wyraźne NIE brukselskim eurokratom to zasługa nikogo innego jak Eamona de Valery, notabene przeciwnika wejścia Irlandii do EWG w 1972 roku.
Konstytucja de Valery, o której Ojciec Święty Pius XII powiedział po jej lekturze, że była pisana ręką Boga, zapewniła przynajmniej na jakiś czas ratunek całej Europie. Konstytucja ta chroni prawo obywateli do decydowania o losach własnego kraju przed zakusami zaprzedanych polityków. I taki był zamysł jej twórcy.
Konstytucja kończy się słowami: "Na chwałę Pana Boga i Honor Irlandii". W języku irlandzkim te słowa brzmią: "Dochum Glóire De Agus Onora na hÉirean". W tych dniach z boską pomocą Irlandczycy obronili honor Irlandii i jak przed wiekami uchronili europejskie dziedzictwo przed zakusami barbarzyńców; tym razem uchronili Europę przed barbarzyńcami z Brukseli.
Chwała im za to, ale przede wszystkim chwała Emonowi de Valerze za irlandzką konstytucję.
Gdy cieszymy się dziś ze zwycięstwa w irlandzkim referendum pamiętajmy, komu naszą radość zawdzięczamy.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

PS. Pojawiają się już głosy, że trzeba będzie przygotować kolejną wersję traktatu dla Europy. Jeśli tak, to wydaje się, że przyszła konstytucja jest już gotowa i należy ją po prostu skopiować w innych państwach. Domyślają się państwo, jaką konstytucję mam na myśli...

* * *

W Eurosojuzie głupio, coraz głupiej... (9 czerwca 2008)

Głupio, coraz głupiej... Można by sparafrazować tytuł popularnego niegdyś polskiego serialu. Oto z Unii Europejskiej, czyli z pionierskiego poligonu walki o postęp ludzkości, dochodzą wieści, że z użycia wycofane mają być zwykłe żarówki i że zastąpić je mają świetlówki. Chodzi ponoć o to, że zwykła żarówka emituje zbyt dużo ciepła, a to z kolei przyczynia się do ocieplania klimatu. Na razie są to ponoć luźne propozycje, ale czyż inne luźne propozycje eurokratów nie stają się powoli obowiązującym prawem? Jak choćby zakaz używania pewnego rodzaju zapalniczek wprowadzony po tym, jak w ubiegłym roku w wyniku ich używania doszło do kilkunastu pożarów na terenie UE. Głupio, coraz głupiej...
Media donoszą właśnie, że na zachodzie Unii Europejskiej burzą się rybacy i nie tylko. W Brukseli doszło nawet ponoć do starć z policją dzielnie broniącą złotych pałaców unijnych biurokratów, by jakaś hołota się do nich nie wdarła... A czegóż to ta "hołota" się domaga? Chciałaby ona, aby Bruksela zainterweniowała w kwestii rosnących cen paliw. "Hołota" zwracała się ponoć o interwencję do swoich rodzimych rządów, ale tamte miały sprawę zmyć, twierdząc, że to zależy nie od nich, lecz od Brukseli... Tak przy okazji... ot, przykład suwerenności państwowej w ramach UE... Bruksela oczywiście też sprawę zmywa, twierdząc, że interweniowanie na rynku paliw byłoby "nielegalne". Naprawdę trudno się już połapać, co jest w Unii legalne a co nie, tym bardziej, że cały unijny system opiera się na jednej wielkiej INTERWENCJI biurokracji w ludzkie życie. Inna sprawa, że unijni rybacy, czyli "hołota", żądali dopłat do paliw, zamiast domagać się obniżenia podatków nakładanych na paliwa (tak przynajmniej donoszą polskie media). Jeśli to prawda znaczyłoby to, że ludzie na Zachodzie nie wiedzą już, że w cenach są poukrywane podatki mające wpływ na ich wysokość. Jedynym remedium na rozwiązanie problemu ma być "dopłata". Cóż, socjalizm - jak wiadomo - odmóżdża. A ponieważ socjalizm unijny, ze swoimi dopłatami, subwencjami, programami operacyjnymi itp. kwitnie w najlepsze już od dość dawna, rośnie nam na kontynencie nowe pokolenie ludzi odmóżdżonych.
No, może w Polsce nie jest jeszcze tak źle, bo ktoś jednak ostatnio domagał się, by obniżono akcyzę na paliwo. Sam premier Tusk nawet ponoć zatroskał się bardzo tą kwestią, niemniej ostudził go chyba szybko minister finansów, twierdząc, że obniżenie akcyzy to katastrofa dla budżetu, a ten jest przecież najważniejszy. Podatkowy rabunek Polaków trwał więc będzie w najlepsze. Tym bardziej, że obecni ministrowie jeżdżą pojazdami służbowymi, za które płaci podatnik. Ech, szkoda, że pani Pitera (zwana już ponoć tu i ówdzie "panią Pitu-Pitu") nie napisała o tym w swoim słynnym 6-stronicowym raporcie o nadużywaniu publicznych pieniędzy przez polityków... PiS...
Głupio, coraz głupiej...
Tym bardziej, że nawet prywatne firmy zaczynają ulegać terrorowi politycznej poprawności... Otóż robię sobie zakupy w Carrefour i nagle przy kasie dowiaduję się, że nie ma już torebek jednorazowych i żeby móc zakupy zapakować, muszę kupić dużą reklamówkę za 60 groszy... Jak się okazuje... EKOLOGICZĄ reklamówkę. Te dotychczasowe, używane przez lata, były ponoć nieekologiczne, bo się długo rozkładały, a ta ma się rozłożyć szybko. Nie wiem, czy to jakaś kolejna dyrektywa UE, czy też Carrefour mści się w ten sposób na klientach za to, że w najważniejsze święta musi być zamknięty, i może w ten sposób chce sobie powetować straty... Nie wiem. W każdym razie po przyjściu do domu dokładnie przyjrzałem się tej reklamówce i znalazłem na niej napis następującej treści: "Chronić przed dziećmi. Istnieje niebezpieczeństwo uduszenia się". MAKABRA!!! Tym samym donoszę Komisji Europejskiej na firmę "Carrefour", iż rozprowadza, każąc sobie jeszcze za nie płacić, zabójcze reklamówki.
Jak nic, jest to sprawa godna tego, by zajęli się nią Wielcy Komisarze Wielkiego Eurosojuza!

Paweł Sztąberek

* * *

Paranoiczny dylemat (2 czerwca 2008)

Pan Andrzej Sadowski w swoim bardzo interesującym artykule nt. rzeczywistych dysponentów władzy "Polska nie jest krajem polityków" zamieścił m.in. taki ustęp: "Tymczasem rządzący nieoczekiwanie zdecydowali się na ujawnienie prawdy o faktycznych dysponentach władzy. Z ust prominentnego polityka partii rządzącej wyborcy dowiedzieli się, że są to urzędnicy, którzy na zapowiadany przez władzę cud nie dali na razie swojej zgody".
Nie do końca jest on zrozumiały dla mnie, ale czy dobrze się domyślam? Cud Tuskowy miał obejmować regulacje i porządek w systemie podatkowym, nie wspominając już o podatków obniżeniu. Jednak nie tak dawno rzeczywiście któryś z POmatołków wyższego stołka był uprzejmy publicznie stwierdzić, że ze zmian w systemie na razie nici, bo urzędnicy skarbowi storpedowali zamiary Robin Hoodów z PO. W sumie zaszokowało mnie, z jaką beztroską parlamentarzysta i polityk oznajmia właściwie taki oto komunikat: "Jako parlament jesteśmy ubezwłasnowolnieni i nie wolno nam - władzy ustawodawczej - przeprowadzać nawet niewielkich zmian w prawie i przepisach bez zgody jakiejś grupy określanej anonimowo jako >>urzędnicy<<". Co to u diabła jest????
Czy ci ludzie nie widzą swojej śmieszności i małości? Jakim cudem urzędnik choćby i najwyższy z Ministerstwa Skarbu ma prawo i władzę by blokować inicjatywę parlamentarną??? W takim razie lepiej ten pseudo-parlament szybko rozwiązać, żeby nie marnować pieniędzy na twór, który nie potrafi wypełniać swoich podstawowych zadań. Ale - jak rozumiem - taka atrapa komuś jest jednak potrzebna?
Komuś - ludziom, którzy utworzyli z Polski prywatny folwark, dojąc z nas wszystkich ile się da i nawet nie udając wobec nas jakiejkolwiek życzliwości. Dlatego może to państwo jest tak wrogie i obce Polakom... Ale to paranoiczny dylemat znany w Polsce od lat jeśli nie od wieków: miłość do swojego kraju i nienawiść do własnego (?) państwa....

Leszek Karliński

* * *

Wykluczyć się z Unii (26 maja 2008)

Komisja Europejska opublikowała właśnie raport na temat sytuacji społecznej w UE. Jak podał to jeden z portali internetowych, wyniki tego raportu są "szokujące". Otóż, jak się okazuje, według Komisji, 35 procent Polaków nie stać na to, aby mieć co dwa dni na obiad mięso albo rybę. Jak pisze portal: "Komisja Europejska uznała te dane za >>niepokojące<<. Po pierwsze dlatego, że według Światowej Organizacji Zdrowia posiłek mięsny co dwa dni to jedna z podstawowych potrzeb współczesnego człowieka. Po drugie zaś dlatego, że według szczegółowych danych, na taki >>przyzwoity<< posiłek nie stać także osób, które zarabiają powyżej 60 proc. przeciętnego krajowego wynagrodzenia". I dalej: "Według KE, 60 proc. to pułap biedy albo zagrożenia biedą. KE tłumaczy, że zarobki poniżej tego progu uniemożliwiają pełne uczestnictwo w życiu społecznym, gospodarczym i kulturalnym - stąd mowa o tzw. wykluczeniu, które jest pojęciem szerszym niż bieda".
No więc z raportu dowiadujemy się, że Polakom grozi nie tylko bieda, ale także wykluczenie, co jest znacznie gorsze od biedy. Znaczyłoby to, że można być biednym ale niewykluczonym, co jeszcze jakoś ujdzie, jeśli jednak bieda idzie w parze z wykluczeniem, to już jest istna katastrofa! A jeśli, na przykład, jest się zamożnym i też wykluczonym to już pewnie musi być dla Komisji Europejskiej tragedia...
Jak by można temu zaradzić? Otóż to proste... Wystarczy stosować się do zalecanych przez Komisję Europejską rad Światowej Organizacji Zdrowia i jeść mięso lub ryby przynajmniej co drugi dzień, zgodnie z "potrzebami współczesnego człowieka". No, ale jeśli kogoś na taki "luksus" nie stać? Też proste... Odkrył to już premier Tusk, który w swoim niedawnym orędziu zapowiedział, że będzie karmił dzieci. Teraz, czy się to komuś podoba czy nie, będzie musiał wcinać co drugi dzień, a najlepiej codziennie, mięcho. Nieważne, że po szkołach toczyć się będzie coraz więcej młodocianych tłuściochów. Od czego jest w końcu Unia Europejska?! A bo to już raz ogłaszała akcję walki z otyłością?
A co z takimi, których stać na mięso i ryby, ale nie lubią ich zbyt często jeść, albo z tymi, którzy w ogóle nie jadają mięsa? Cóż, trzeba ich będzie poddać kulinarnej reedukacji. Innej rady nie ma. W końcu, skoro Komisja Europejska wydaje tysiące, a może nawet miliony euro na sporządzenie raportu, to chyba nie po to, by poszedł on szybko w niepamięć, lecz po to, by był z niego jakiś użytek w praktyce. Jeśli jeszcze nie teraz, by nie wywoływać szoku, to kto wie, czy nie za jakiś czas... Kto wie...
Właśnie podano wiadomość, że rozpoczął się okres zakazu połowu dorsza na Bałtyku, który ma trwać do września. Cóż, unijne limity... I tym sposobem Unia sama "wykluczyła" tych, którzy chętnie zjedliby sobie co drugi dzień dorsza na obiad. Ale, jest jeszcze tzw. "czarny rynek". W nim cała nadzieja, by choć trochę poczuć się z Unii autentycznie wykluczonym... Wykluczonym od tych wszystkich głupot...

Paweł Sztąberek

* * *

Dwanaście gwiazdek (19 maja 2008)

Nie ma co, idziemy z postępem... Kiedyś na budynkach pewnych przybytków w PRL-u powiewały flagi z jedną gwiazdą, no i jeszcze z sierpem i młotem. Gdzie niegdzie stały pomniki z ową gwiazdą, a w takiej np. Czechosłowacji czy NRD to gwiazdy z sierpem i młotem były niemalże na każdym kroku. Ale zawsze była to tylko jedna gwiazda. Dziś, w ramach marszu z postępem, gwiazd jest już dwanaście... Flagi z dwunastoma gwiazdami powiewają niemalże wszędzie, na budynkach siedzib władz, na siedzibach różnych instytucji, na autobusach. 1 i 3 maja to nawet niektórzy powiesili sobie takie flagi w oknach swoich prywatnych domów. Niewykluczone, że jeszcze 20 lat temu w ich oknach wisiały flagi czerwone z jedną gwiazdą. No proszę jaki postęp... Teraz gwiazd jest dwanaście.
Od tych gwiazd coraz trudniej uciec, coraz trudniej się na nie nienapatoczyć... Włączam telewizor (co czynię rzadko, a teraz będę chyba czynił jeszcze rzadziej), a tu reklama jakiegoś "programu operacyjnego rozwoju regionalnego", no i żeby brać kasę, bo dają... No i oczywiście dwanaście gwiazdek... Idę sobie na spacerze, mijam rondo... a tu pomnik... właściwie tablica ku czci jakiegoś tam "programu operacyjnego", no i wielkiej dobroczynności Unii Europejskiej, która dała kasę. Nieważne, że rondo to odebrało już życie i zdrowie wielu osobom, bo jest zrobione bez żadnego pomyślunku, i że łączy dwie drogi prowadzące ... donikąd. Kogo to obchodzi?! Ważne, że jest uwiecznione dwunastoma gwiazdkami, i że bezgraniczni wyznawcy tych gwiazdek będą się mieli w przyszłości przed czym modlić i hołdy dziękczynne składać.
Właściwie to można by pomyśleć, że bez dwunastu gwiazdek to już nic w Polsce nie może się dokonać... No i chyba tak jest. Kupiłem niedawno makaron i coś mnie tknęło żeby poczytać opakowanie. I co widzę? Dwanaście gwiazdek, jakieś dziwne znajome loga, które wciąż gdzieś rzucają się w oczy, a to w TV, a to w reklamach prasowych, a to na plakatach wiszących w mieście... No i formułkę, z której jasno wynika, że gdyby nie dofinansowanie w ramach jakiegoś "programu operacyjnego", to owa fabryka makaronu nie miałaby taśmy produkcyjnej, no i pewnie ów makaron by nigdy nie powstał. Żałuję, że nie zachowałem tego opakowania, bo podałbym nazwę firmy, od której już nigdy nie kupię makaronu, ale niestety reakcja alergiczna kazała mi się tego opakowania natychmiast pozbyć. Radzę zatem spoglądać od czasu do czasu na opakowania kupowanych produktów. Nie ma bowiem sensu podwójnie płacić za towar: raz w formie składki na Unię Europejską, a drugi raz w sklepie. Ale czy nie okaże się, że za jakiś czas nie da się już kupić niczego, co nie miałoby na opakowaniu gwiazdek? I czy w ogóle coś jeszcze można będzie wtedy kupić?

Paweł Sztąberek

* * *

Premier obieca... (12 maja 2008)

Premier Donald Tusk nawoływał w kampanii wyborczej rodaków, którzy wyjechali do pracy na obczyźnie, by wracali do kraju. Nie byłby to wcale taki głupi pomysł, pod warunkiem, że wróciliby ci, którzy wyjechali za granicę pracować, a nie żebrać o zasiłki. Trzeba bowiem wiedzieć, że wielu Polaków którzy znaleźli się np. w Anglii skusił tamtejszy system opieki społecznej, który oferuje im zasiłki na znacznie wyższym poziomie niż rodzimy socjal. Jeśli ci wróciliby do kraju, oraz reszta żulerii, która w Anglii czy gdziekolwiek indziej przynosi nam wstyd, nie byłby to dobry znak dla premiera, który - jak wiadomo - planuje pewnie by za jakiś czas przeistoczyć się w prezydenta. Nie trudno sobie wyobrazić, że statystyki bezrobocia poszłyby momentalnie w górę, wzrosłaby przestępczość itp. Nie byłoby się zatem za bardzo czym pochwalić w kampanii prezydenckiej. No bo przecież kandydat-demokrata, mizdrzący się do ludu nie krzyknie mu wprost "do roboty!", bo nigdy żadnych wyborów już nie wygra. Wprost przeciwnie - obieca raczej, że zasiłki wzrosną i że dalej można będzie jakoś żyć niewiele z siebie nie dając...
I chyba premier Tusk już to powoli rozumie, bo minister pracy w jego rządzie przygotowuje właśnie nowelizację ustawy o "przeciwdziałaniu bezrobociu", przewidującą m.in. wzrost zasiłków, które wysokością powoli zbliżać się będą do płacy minimalnej. Czyż prezydencka kampania wyborcza już się właśnie nie zaczęła? Pani minister pracy deklaruje ponadto, że urzędy pracy muszą się zreformować, czyli bardziej muszą się nastawić na doradztwo zawodowe, no i muszą się odbiurokratyzować. Zapewne w ramach tego odbiurokratyzowania, pani minister zapowiada wzrost etatów w urzędach pracy. Czyżby brakowało już ludzi do tego, by "aplikować" środki z Unii Europejskiej na przeróżne fantastyczne programy typu "Kobieta sukcesu" czy temu podobne?
Gdy z jednej strony zanosi się na kolejne marnotrawstwo publicznego grosza, pewnie za aprobatą pana premiera, z drugiej tenże sam premier spotyka się z ministrami po to, by zastanowić się, jakby tu zaoszczędzić "na władzy". Pan premier planuje każdemu z ministrów wyrwać trochę kasy, no i pochwalić się przed ludem, jak to on dzielnie walczy o "tanie państwo". Hipokryzji nie widać końca. No bo cóż z tego, że pan premier zaoszczędzi na ministrach - dajmy na to - 6 miliardów złotych, skoro nie obniży jednocześnie podatków tak, by te 6 miliardów pozostało w kieszeniach Polaków, tylko przeznaczy je np. na zwiększenie zasiłków? Nie wierzę, że Donald Tusk tego nie rozumie, choć kto wie... Władza może rzeczywiście otumania...

Paweł Sztąberek

* * *

Skąd się bierze znieczulica? (5 maja 2008)

W związku z przypadkiem zwyrodnialca z Austrii, który przez wiele lat przetrzymywał w piwnicy własną córkę, którą gwałcił i z którą miał kilkoro dzieci, media podniosły straszliwy rejwach. Zresztą, czy dla współczesnej prasy i telewizji może być wdzięczniejszy temat od sprawy, w której mieszają się: dewiacyjny seks i zbrodnia? Przy okazji całego zdarzenia środki masowego ogłupiania zaczęły stawiać pytania typu: "A gdzie było przez te wszystkie lata państwo?", "A gdzie była policja?", "A gdzie była opieka społeczna?". Najrzadziej natomiast pojawia się takie chociażby pytanie: "A gdzie byli sąsiedzi?", czyli ci, którzy żyli najbliżej zwyrodnialca i jego rodziny.
Jestem przekonany, że całe stada mędrków zaczną zaraz ujadać, jaka to znieczulica wśród ludzi zapanowała, że zanikają międzyludzkie więzi... I pewnie całą winę będą próbowali zrzucić na "krwiożerczy kapitalizm", który wyzwala w ludziach najniższe instynkty, że w pogoni za pieniądzem nie dostrzegają drugiego człowieka itp... Gdyby się jednak głębiej zastanowili nad problemem, a nie zachowywali jak banda przygłupów, musieliby dojść do wniosku, że owa znieczulica, owo "niedostrzeganie człowieka" to skutek nie kapitalizmu, czy pogoni za pieniądzem, lecz socjalizmu, zwanego współcześnie "państwem opiekuńczym". To właśnie tu leży klucz do odpowiedzi na pytanie, dlaczego panuje "znieczulica", czy jakkolwiek by to nazwać.
Państwo, które zawłaszcza małym wspólnotom czy całym społecznościom coraz więcej zadań i obowiązków, które powinny należeć do nich, siłą rzeczy musi z czasem doprowadzić do tego, że owe wspólnoty staną się zbieraniną przypadkowych jednostek, mijających się z obojętnością. Państwo, które dziś "opiekuje się" ludźmi od urodzenia aż do śmierci, zwalnia z tej opieki najbliższych - rodzinę, sąsiadów, wspólnotę... Państwo, które stara się kontrolować niemalże każdy ruch swoich poddanych, swoich niewolników, będących wyłącznie maszynką służącą do zapełniania państwowego budżetu, czyli nabijania kiesy polityków i biurokratów, oducza tej kontroli na najniższym, rodzinno-sąsiedzkim poziomie.
Czy sąsiedzi zwyrodniałego Austriaka, nawet jeśli cokolwiek wiedzieli o tym, co dzieje się w jego domu, mieli interes w tym, by kogokolwiek informować, skoro mieli świadomość tego, że istnieją państwowe służby wyspecjalizowane w opiekowaniu się ludźmi? Czy opłacało im się narażać, interesować, skoro obowiązek interesowania się prywatnym życiem obywateli wzięło na siebie państwo?
W systemie "państwa opiekuńczego" wzrasta już kolejne pokolenie, pokolenie, które od małości ma zaszczepianą wiedzę, że państwo się nim opiekuje, interesuje się jego życiem, wychowuje go, że daje mu "bezpłatne" szkolnictwo, że może się "za darmo" leczyć, najeść, a nawet refunduje mu środki antykoncepcyjne, a gdy te zawiodą, umożliwia "usunąć za darmo niechciany płód"... Państwo jest zatem wszechobecne, a edukację swoją prowadzi w taki sposób, że nowe pokolenie edukowanych jest przekonane, że to jest właściwy model, że tak jest dobrze, że tak być musi. Nieważne, że państwo okazuje się - jak pokazał choćby przypadek austriacki - nieskuteczne, a ludzie zobojętniali... Najważniejszy jest aksjomat: "jeśli państwo się tym nie zajmie to kto?"
Jeśli ktoś się dzisiaj dziwi, że wśród ludzi panuje coraz większa znieczulica, że są obojętni na cierpienie, które niejednokrotnie dzieje się za ścianami naszych mieszkań, niech się dalej dziwi... No i niech z podziwem patrzy, jak przez najbliższe lata, wszechwładne, "dobre państwo" będzie żywić, reedukować, resocjalizować i opracowywać programy terapii dla pana Fritzla z Austrii, który przez 25 lat więził i gwałcił córkę, a jedno dziecko pochodzące z ich "związku", zamordował.

Paweł Sztąberek

* * *

Nasi południowi sąsiedzi (28 kwietnia 2008)

Kto by się spodziewał, że będziemy mieli czego zazdrościć naszym południowym sąsiadom - Czechom... Okazuje się jednak, że jest czego. Nie tylko prezydent tego niewielkiego państwa zasługuje na to, byśmy o Czechach myśleli dobrze, ale ostatnio także tamtejszy senat zrobił coś, czego nasi żałośni polityczkowie nie mieli - jak dotąd - odwagi uczynić. Skierował, mianowicie, do tamtejszego trybunału konstytucyjnego Traktat Lizboński, by trybunał ocenił jego zgodność z czeską konstytucją. Rezultatu oczywiście trudno przesądzić, tym bardziej, że w Czechach lustracja agentów komunistycznej bezpieki rozpoczęta została - chyba z sukcesem - już dawno temu. Kto zatem wie, czy unijnym eurokratom wkrótce nie opadnie szczęka na skutek czeskiej wolty...
U nas natomiast, ani lustracja na dobre się nie zaczęła, ani inne sprawy z przeszłości nie zostały uporządkowane, natomiast pan prezydent Lech Kaczyński forsując swego czasu nowelizację ustawy lustracyjnej doprowadził do jej skutecznego zablokowania przez niezlustrowany Trybunał Konstytucyjny. Teraz zaś, ów prezydent przebiera nóżkami byleby tylko przejść do historii jako ten, którego podpis uczyni z Polski prowincję nowego superpaństwa, jednocześnie namawiając do wieszania w oknach 2 i 3 maja flag narodowych. Na razie jeszcze biało-czerwonych... Chociaż kto wie, może "przypadek czeski" podziała na naszą głowę państwa niczym kubeł zimnej wody. No, jeszcze jest referendum w Irlandii, na rezultaty którego lokator Pałacu Namiestnikowskiego też pewnie raczy zaczekać zanim złoży swój historyczny podpis. Przypomina mi się tu angielski serial "Co ludzie powiedzą". No właśnie - co powie komisarz, co powie Bruksela... Na szczęście chociaż Czesi - póki co - zbytnio się tym nie przejmują...
Czechom można jeszcze pozazdrościć morawskiego wina. Bo polskiego, jak dotąd, nie można nigdzie kupić. Właśnie polscy winiarze, których jest coraz więcej i którzy produkują już ponoć (niestety nie miałem okazji skosztować) niezgorsze trunki, mają poskarżyć się na polski rząd, że nie uchwalił dotąd ustawy, która umożliwiałaby wreszcie handlowanie rodzimym winem. Rząd "wolnorynkowej" Platformy Obywatelskiej i wrażliwego na problemy przetwórstwa rolniczego PSL-u, to wymnarzona koalicja, by takie prawo wreszcie ustanowić. A tymczasem "cicho wszędzie, głucho wszędzie...". Jak tak dalej pójdzie to pan poseł Palikot będzie musiał chyba zmienić nazwę swojej słynnej komisji sejmowej "Przyjazne państwo" na "Wszechwładna biurokracja". Zresztą, z tego co wiem, pan Palikot inwestuje w morawskie firmy winiarskie, więc luzowanie przepisów polskim winiarzom może mu się najzwyczajniej nie kalkulować. Ale to tylko luźne spekulacje...
Niemniej jednak mamy czego zazdrościć naszym południowym sąsiadom, oj mamy...

Paweł Sztąberek

* * *

Polska bieda... (21 kwietnia 2008)

Od jakiegoś czasu mało kto zajmuje sie tzw. problemem bezrobocia w Polsce. Temat, który jeszcze niedawno był numerem jeden wszystkich gazet, serwisów, oraz pełnych lamentów reportaży, zniknął nagle jak kamfora. Nie oznacza to oczywiście, że tu czy ówdzie jakiś dziennikarz, szczególnie z prasy brukowej, która z natury rzeczy odwołuje się do najniższych instynktów swoich czytelników, nie zapłacze nad losem jakiejś rodziny, która "nie ma co do garnka włożyć".
Tak, ponad tydzień temu, postąpił "SuperExpress" opisując pięcioosobową rodzinę spod Olsztyna, która - jak pisze gazeta - bieduje, podczas gdy miejscowa pomoc społeczna oddaje z powrotem do budżetu państwa niewykorzystane za 2007 rok fundusze. Gazeta nazywa ów zwrot środków skandalem, a urzędników, którzy to zrobili "marnotrawcami".
Mało dziś się pisze o pomocy społecznej, a tymczasem zasiłków tak dużych jak obecnie nie było chyba jeszcze w III RP nigdy. Wynika to w znacznej mierze z zapisów ustawy i z tego, że pewne zasiłki stały się obligatoryjne, czyli jak ktoś zwróci się po zapomogę i spełnia kryteria to musi ją dostać.
O rodzinie, o której wspomina "SuperExpress", wiadomo tylko tyle, że jest "biedna" oraz że utrzymuje się z "kuroniówki" w wysokości 486 zł i z zasiłku rodzinnego - 270 zł. Idę o zakład, że rodzina ta notorycznie wisi na garnuszku miejscowej pomocy społecznej, a jeśli tak jest to informacja o jej dochodach podana przez "SuperExpress" jest nieprawdziwa. Dlaczego? Jak wspomniałem, pewne zasiłki są obligatoryjne, np. tzw. zasiłek okresowy. Jeśli rodzina ta składa się - jak podano - z 5 osób, kryterium dochodowe uprawniające do korzystania z zasiłków wynosi w jej przypadku 1755 zł (351 x 5). Dochód podany w gazecie daje w sumie 756 zł ("kuroniówka" plus rodzinne). Zasiłek okresowy (obligatoryjny), który z pewnością rodzina ta pobiera, jeśli tylko nawiedza ona miejscową pomoc społeczną, oblicza się następująco: od kryterium dochodowego (1755 zł) odejmuje sie dochód faktyczny rodziny (756 zł). Daje to 999 zł. Zasiłek okresowy to - jak wynika z zapisów ustawy - połowa tej kwoty, czyli 499,50 zł. Widać więc, iż rodzina ta pobiera jeszcze, z dużym prawdopodobieństwem, prawie 500 zł zasiłku okresowego miesięcznie, o czym "wiarygodny" "SuperExpress" nie raczył już wspomnieć. A szkoda, bo dopiero podając takie fakty widać jak duże pieniądze państwo przeznacza na różnego rodzaju zapomogi... Wówczas i na biedę w Polsce można by też spojrzeć nieco inaczej. Ale pewnie nie wszystkim byłoby to na rekę. Lepiej lamentować, że jest źle i że "nie ma co do garnka włożyć"... I dalej przejadać wzrost gospodarczy...

Paweł Sztąberek

* * *

W Warszawie o podatku liniowym (31 marca 2008)

Gdy jakąś dekadę temu Unia Polityki Realnej zaczęła lansować hasło podatku liniowego, wszyscy bez mała "mędrcy" ekonomii, z guru profesorem Balcerowiczem na czele, pukali się w głowy, dając jednoznacznie do zrozumienia, że to jakaś kolejna wzięta z księżyca ekstrawagancja "sekty" wymachującej na lewo i prawo ponurym sztandarem z wizerunkiem krzyża św. Jerzego. Minęły lata i niewiele się w kwestii podatku liniowego w Polsce zmieniło. No, może poza ty, że hasło jego wprowadzenia zaczęło być powoli przejmowane przez inne ugrupowania odwołujące sie do haseł wolnorynkowych. Orędownikiem tego podatku stał się nie tylko sam "guru", profesor Balcerowicz, ale również rządząca obecnie Platforma Obywatelska...
Cóż jednak z tego, skoro na samych deklaracjach, jak dotąd, się kończy. A patrząc na lata minione, i na to, jak załatwiano w Polsce inne sprawy, trudno doprawdy być w tej kwestii optymistą. Pamiętamy, iż chociażby za reprywatyzacją opowiadali się niemal wszyscy. Czy był idealniejszy moment do jej przeprowadzenia niż czasy rządów AWS i UW? Obydwa ugrupowania deklarowały się wówczas jako zwolennicy zwrotu majątków zagrabionych po wojnie przez komunistów. Oczywiście niewiele z tego wyszło, do czego - co też trzeba uczciwie przyznać - przyczynił się prezydent wszystkich czerwonych, Aleksadner Kwaśniewski, niepodpisując ustawy, która w rzeczywistości stanowiłaby karykaturę reprywatyzacji.
Dziś prezydent nie jest już ponoć czerwony... Ale cóż z tego, skoro już zapowiedział, że gdyby trafiłaby na jego biurko ustawa o podatku liniowym, zawetuje ją. Czy w Polsce można cokolwiek zrobić?
Otóż w dniach 1-3 kwietnia br. w Warszawie przynajmniej można będzie posłuchać na żywo człowieka, który na bieżąco zajmuje się popularyzacją podatku liniowego oraz analizą skutków jego wprowadzenia tam, gdzie dotychczas to uczyniono. Daniel J. Mitchell, ekspert podatkowy Cato Institute, przylatuje do Polski na zaproszenie Fundacji PAFERE. W Warszawie da cykl wykładów oraz odbędzie kilka spotkań, podczas których zachęcał będzie do poważnego podejścia do reformy systemu podatkowego, ze szczególnym naciskiem na podatek liniowy. Myślę, że warto posłuchać Daniela Mitchella. Również prezydent Kaczyński uczyniłby znacznie lepiej, gdyby zechciał posłuchać gościa Fundacji PAFERE, aniżeli marnował czas na przeróżne zabiegi prowadzące do utraty przez Polskę suwerenności. Ale to już jest chyba marzenie ścietej głowy...

Pobierz plik z pełnym programem wizyty D. Mitchella w Polsce (pdf)

Paweł Sztąberek

* * *

"Polonia Christiana", czyli pismo normalne (25 marca 2008)

Na rynku prasowym pojawił się nowy dwumiesięcznik, który zarówno w treści, jak i w formie (b. ładny papier), od pierwszego numeru pozytywnie wyróżnił się na tle zalewającego kioski co tu dużo mówić obrazkowo-słownego chłamu.
Ważnym wyróżnikiem każdego pisma jest jego tytuł, a więc pierwsza, może obok całej okładki rzecz, która rzuca się w oczy. W przypadku tych dwu słów "Polonia" i "Christiana" mamy do czynienia z bardzo ciekawym dualizmem, objawiającym się również w dwóch niejako warstwach. Zacznijmy od języka: jak widać, tytuł jest sformułowany w języku, który powszechnie nazywany jest "martwym". Jakoś z tą martwotą jednak krucho, skoro także w dwudziestym pierwszym wieku można nazwać w nim gazetę i przy okazji - co nie mniej ważne - nadać jej w ten sposób określony, głęboki profil. To jest właśnie ta druga warstwa, do odczytania której należy pochylić się nad znaczeniem tej słownej zbitki. "Polska - Chrześcijańska". Rzadko zdarza się, by tak lapidarnie (a lapidarność jest jedną z głównych cech łaciny) wyrazić jedną z podstawowych prawd historii, i wciąż jeszcze teraźniejszości. To, że nazwa naszej Ojczyzny zakorzeniła się i funkcjonuje jako "Polonia" przypomina zatem, do jakiego kręgu cywilizacyjnego, kulturowego i religijnego ona należy. Jest wszak Polska częścią czegoś, co przywykło się określać jako "christianitas", społeczność chrześcijańską, nie przestając jednocześnie być wyrazistą i niepowtarzalną przecież "Polonią". Tak zatem wygląda prawdziwa "jedność w różnorodności". Warto o tym pamiętać, kiedy stykamy się z innym, całkowicie odmiennym, bo totalitarnym modelem integracji.
Skoro zaś już jesteśmy przy kwestiach politycznych, warto wspomnieć, że poświęconych im jest większość stron nowego pisma, którego łamy zaszczyca między innymi człowiek, którego (ani jakości jego pióra) przedstawiać nie trzeba - Stanisław Michalkiewicz. Znajduje się w nim też dział religijny (z artykułem JE Jorge kard. Mediny Esteveza), historyczny (R. Konik), wreszcie dossier, czyli coś w rodzaju "tematu numeru", w pierwszym poświęcone Islamowi w Europie oraz tzw. "Karcie Praw Podstawowych", będącej niczym innym jak instrumentem dyktatury relatywizmu (prof. Roberto de Mattei). Samo pismo zaś wydaje wielce zasłużone Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. X. Piotra Skargi. Wypada się zatem cieszyć, że na tle barwnych w stylu ale całkowicie jednokolorowych ideowo pism pojawił się tytuł, który już przez samą swoją wymowę akcentuje sprzeciw wobec dyktatury bajań o "państwie neutralnym światopoglądowo" czy "prawach podstawowych", których "podstawą" jest właśnie odebranie jednostkom i narodom wszelkich przynależnych im praw, oddający przy tym swoje łamy czołowym przedstawicielom polskiej i europejskiej Kontrrewolucji, czy raczej: normalności.

Piotr Toboła-Pertkiewicz

* * *

Archiwum "Komentarz tygodnia" - powrót do wcześniejszych >>>





Umieść poniższe bannery na swojej stronie WWW








Webmaster
Copyright 2001, Paweł Sztąberek




Spis Autorów

Komentarz tygodnia

Książki
polecane

Czytelnicy
piszą

1 2 3 4
oooooooooooooooooooooooi
Subskrypcja
Jeśli chcesz być powiadamiany o nowościach na "SP" wpisz swój adres e-mail


Powiadom znajomego o "SP" wpisując jego adres e-mail

ooooooooooooooooooooooooi
Przyślij swoją opinię