Strona główna




Komentarz tygodnia - archiwum

Archiwum "Komentarz tygodnia" c.d. >>>


Ostatnia szansa? (17 marca 2008)

"(...) Są w historii takie momenty, w których przyszłość całych kontynentów zostaje przesądzona na wiele dziesięcioleci. Dat, które by się do nich odwoływały nie znajdzie się w encyklopedii, nie są one również powodem bezsennych nocy, starających się je zapamiętać, studentów. Zna je zaledwie kilku wybrańców. Natomiast my, którzy stanowimy niewtajemniczoną masę, kładziemy się pewnej nocy spać w znanym nam środowisku ojczystego kraju, a następnego ranka budzimy się w warunkach jakiegoś związku socjalistycznych republik. Nie jesteśmy nawet w stanie pojąć, kto i kiedy podjął tak fatalną w skutkach decyzję...". Władimir Bukowski pisząc te słowa w książce "Unia Sowiecka czy Związek Europejski" wiedział dobrze, że tych "kilku wybrańców" nie zrezygnuje ze swojego planu wcielania w życie idei europejskiego superpaństwa. Gdy kilka lat temu spotykał się z Polakami w ramach objazdowej konferencji uniosceptycznej twierdził jasno, że ci "wybrańcy" będą robić wszystko, by unijna konstytucja weszła w życie. Odrzucenie jej w referendach przez Francuzów i Holendrów nie ostudziło zapędów Wielkich Budowniczych Wspólnego Europejskiego Domu, przesunęło jedynie cała sprawę trochę w czasie.
Dziś znów ważą się losy polskiej suwerenności. Część parlamentarzystów aż przebiera nóżkami, by już, natychmiast podłączyć się do wielkiego unijnego koryta. Im koryto większe tym więcej można nakraść. Imponderabilia, takie jak niepodległość, nie mają dla nich żadnego znaczenia. Postawa PiS-u nieco zastanawia. Partia, która do tej pory zapewniała, że Traktat Lizboński nie oznacza utraty suwerenności przez Polskę teraz nagle domaga się gwarancji, że ta suwerenność nie będzie utracona, a Polska nie będzie - jak to się wyraził niedawno Jarosław Kaczyński - jedynie jednym z wielu województw Unii Europejskiej. Skąd nagle taka troska u szefa największej partii opozycyjnej o Polskę? Cóż, chyba tylko stąd, że skoro jest się opozycją to wypadałoby się odrobinę czymś różnić od partii rządzącej. Obawiam się jednak, że manewr jaki wykonuje obecnie Jarosław Kaczyński będzie - niestety - źle odebrany przez społeczeństwo i nie przysporzy PiS-owi elektoratu (bo o to też pewnie chodzi). Skoro PiS przez całą kadencję swoich rządów wmawiał Polakom, że Unia jest cacy a Traktat to krok w dobrym kierunku, to niby dlaczego nagle teraz mają uwierzyć Kaczyńskiemu, że z tą suwerennością coś jest jednak nie tak..?
W tej sytuacji pojawia się możliwość przeprowadzenia referendum. Nie jestem jego zwolennikiem, bo przy zmianie ustawy o referendum, co już zapowiedział marszałek Komorowski, przejdzie ono miażdżącą dla uniosceptyków większością głosów. Wolałbym, aby odpowiedzialność za ratyfikację Traktatu wzięli na siebie parlamentarzyści i prezydent. Przynajmniej wiadomo by było, kto sprzedał Polskę. A tak, będzie że naród sam chciał...
Jest jednak pewien plus tej sytuacji. Referendum w Polsce, którego wszak miało nie być, może dać do myślenia innym krajom, które też pierwotnie miały ratyfikować Traktat w parlamentach. Daje to nadzieję na to, że cała procedura się przeciągnie (czas może działać na niekorzyść "wybrańców"), a także - że gdzieś Traktat zostanie odrzucony. Być może da to bodziec do debaty o skutkach przyjęcia Traktatu, być może zmusi to polityków do bardziej świadomego podejścia do tej kwestii. Dlatego PiS niech robi to co robi, niezależnie od pobudek. To chyba ostatnia szansa na to, byśmy, "(...) kładąc się pewnej nocy spać w znanym środowisku ojczystego kraju", nie obudzili się przypadkiem w "(...) warunkach jakiegoś związku socjalistycznych republik...".

Paweł Sztąberek

* * *

Prywatyzacja czy prywata? (10 marca 2008)

Obawiam się że gdy chodzi o prywatny interes to Platforma potrafi pracować w ekspresowym tempie. Jak podaje gazeta "Parkiet" Tadeusz Jarmuziewicz z Opola będący od niedawna Ministrem Infrastruktury odpowiedzialnym za lotniska załatwił pod koniec grudnia Józefowi Pilchowi zgodę na założenie lotniska w Kamieniu Śląskim pod Opolem. Pilch będący właścicielem dawnego lotniska wojskowego, jak sam przyznaje oczywiście zna Tadeusza Jarmuziewicza. Jednocześnie już w grudniu Rada Ministrów przyjęła nowelizację ustawy Prawo lotnicze, skierowaną przez Ministerstwo Infrastruktury kierowane przez Tadeusza Jarmuziewicza. Nowela dodawała do ustawy art. 65a. Ustęp 1 tego artykułu mówi, że lotniska użytku publicznego mogą być zakładane na gruntach stanowiących wyłącznie własność Skarbu Państwa lub jednostki samorządu terytorialnego. Gdyby nowela weszła w życie w niezmienionym kształcie, lotnisko pana Pilcha byłoby jedynym prywatnym lotniskiem w Polsce. Z lokalnej "Nowej Trybuny Opolskiej" wiem, że Pilch chce sprzedać tą swoją płytę lotniskową teraz z zezwoleniem na ruch lotniczy. Cena spada bo nie było chętnych na lotnisko w tej lokalizacji. Zapewne teraz gdy Pilchowi dojdzie atut jedynego prywatnego lotniska łatwiej i drożej je sprzeda.
Pan Pilch jest z Wrocławia gdzie rządzi Grzegorz Schetyna pochodzący z Opola i będący kolegą Tadeusza Jarmuziewicza jeszcze z czasów KLD. Jak silną motywację musiał mieć Tadeusz Jarmuziewicz, minister odpowiedzialny za lotniska i Rada Ministrów z PO, że zatwierdzili monopol państwa na lotniska a jednocześnie w tym samym czasie zgodzili się, by jedno jedyne takie prywatne powstało na prywatnych gruntach! Czy to schizofrenia, przypadek głupoty czy może afera Jarmuziewicza jak Rywina, czyli pisanie ustawy pod wybranego, z góry wiadomo którego, prywatnego przedsiębiorcę?? Sprawa na pewno wymaga wyjaśnienia!

Andrzej Wianecki

* * *

Prawa rodziców coraz bardziej zagrożone! (3 marca 2008)

Totalitaryzm kojarzy nam się głównie z zamordyzmem, z czołgami na ulicach, z więzieniami pełnymi więźniów politycznych, masowymi aresztowaniami czy internowaniami, z bezkarnością aparatu bezpieczeństwa i z wszechmocnymi kacykami zasiadającymi na piedestale władzy. Jest to słuszne skojarzenie. Sami to zresztą, jako Polacy, przechodziliśmy jeszcze nie tak dawno temu. Ale myliłby się ten, kto sądziłby, że totalitaryzm ma tylko taką twarz - twarz bezmyślnego zomowca, bezwzględnego bezpieczniaka i wszechmocnego, spasionego sekretarza partii. Oj, myliłby się... Totalitaryzm może bowiem przybrać również twarz o wiele subtelniejszą, twarz uśmiechniętego, wykształconego, elokwentnego, i - o zgrozo!!! - działającego w ramach wielopartyjnej demokracji, lecz owładniętego jakąś szaleńczą ideą, osobnika. W dzisiejszej Polsce wiele jest znaków na to, że totalitaryzm wciąż ma się u nas dobrze, np. przymus ubezpieczeń społecznych, czy przymusowy pobór do wojska, jednak w ostatnim czasie przybrał on twarz pani minister edukacji, Katarzyny Hall.
Otóż pani minister obmyśliła sobie ambitnie, że dzieci będą musiały rozpoczynać naukę szkolną już od szóstego roku życia, a nie - jak dotąd - od siódmego. Oznacza to, że rodzice, którzy w jakiś sposób będą się posyłaniu dzieci w tym wieku do szkoły sprzeciwiać, narażeni będą na szereg nieprzyjemności natury prawnej, włącznie z ograniczeniem praw rodzicielskich i utratą kontroli nad wychowywaniem własnych dzieci. Niestety, wielu Polaków ma to wszystko gdzieś i najchętniej - gdyby tylko mogło - wypchnęłoby, oczywiście po uprzednim zainkasowaniu becikowego, swoje dzieci do jakiegoś przytułku.
Ale są tacy, i - dzięki Bogu - jest ich w naszym kraju coraz więcej, którzy nie tylko że nie przyjmą żadnej jałmużny od państwa, ale jeszcze pragną sami wychowywać i sami kształcić swoje dzieci, bez pośrednictwa "edukatorskiej" biurokracji. I nie są to żadni sekciarze, lecz normalni ludzie dobrej woli, jednak świadomi zagrożeń jakie dla spoistości rodziny niesie nadmierna ingerencja państwa. To właśnie od takich ludzi płynie rozpaczliwy - jakby nie patrzeć - apel do pani minister Hall, by zaniechała wcielenia w życie swojego chorego pomysłu. Bo o tym, by w ogóle znieść przymus nauczania, w chwili obecnej raczej nie ma co marzyć. Pod apelem, który znaleźć można na stronie www.prawarodzicow.pl podpisało się już blisko 1000 osób z całego kraju, ale i z zagranicy. Warto dołączyć do tej listy swój podpis, by zwiększyć krąg tych, którzy sprzeciwiają się coraz bardziej niepohamowanym zapędom państwa w stosunku do rodziny.
Gdyby powiedzieć pani minister Hall prosto w oczy, że jest totalniaczką, że wpisuje się w kanon postaci, które historia ocenia dziś często jako zbrodniarzy, zapewne obraziłaby się, a może nawet skierowałaby sprawę do sądu. Fakt, pani Hall zbrodniarzem - w dosłownym tego słowa znaczeniu - nie jest. Ale czy gwałt na rodzinie, jakiego coraz częściej dopuszczają się różne państwowe instytucje - a pomysł pani minister zapewne skalę tego gwałtu rozszerzy - nie jest również swoistego rodzaju zbrodnią?

Paweł Sztąberek

* * *

Codzienne zmagania w Unii... (18 luty 2008)

Życie w Unii Europejskiej płynie sobie powoli, swoim normalnym, zbiurokratyzowanym, zetatyzowanym, przesocjalizowanym rytmem. Żeby się o tym przekonać wystarczy od czasu do czasu zajrzeć na zielone strony dziennika "Rzeczpospolita". Niemal codziennie dowiemy się stamtąd, z jakimi to problemami muszą borykać się przeróżne instytucje znajdujące się na terenie chociażby polskiej prowincji Unii, żeby wytłumaczyć się z tego, czy z owego, przed swymi nadzorcami z Brukseli. Jak wiadomo, "dobroczynna" działalność Unii Europejskiej na rzecz swoich poszczególnych prowincji polega na tym, że Unia najpierw inkasuje od nich grube miliardy w postaci tzw. składki członkowskiej po to, by potem, pod postacią przeróżnych funduszy, "strukturalnych", "spójności" i diabli wiedzą jakich tam jeszcze bzdetów, coś niecoś im zwrócić. Ten system obiegu pieniądza to niemalże raj dla wszelkiej maści cwaniaków i drapichrustów, którzy wyspecjalizowali się w wyrywaniu publicznego grosza... Kiedyś wyrywali go z budżetów krajowych, teraz natomiast czynią to samo, tyle że na znacznie większą skalę, bo do funduszy płynących do naszej prowincji dokłada się już także prowincjusz hiszpański czy włoski... Zresztą, czy należy się dziwić tym wszystkim wydrwigroszom, skoro czynią tylko to, co jest w zasadzie istotą systemu UE? Właściwie frajerzy ci, którzy tego nie robią, z jakichś - np. pryncypialnych, ideowych - powodów.
Czego zatem dowiadujemy się z zielonych stron "Rz"? Tego chociażby, że np. polską prowincję czeka kilka procesów wytoczonych przez Komisję Europejską w związku z niewdrażaniem dyrektyw, bądź niestosowaniem się do nich. Sprawy są dość poważne, bo wiążą się, w przypadku przegranej, z potężnymi karami finansowymi, mogącymi znacznie podnieść wysokość naszej składki członkowskiej na rzecz Eurokołchozu. Dowiadujemy się także, że "Oddamy pieniądze z Unii"! Jakie? Ano takie, które wcześniej otrzymaliśmy z tejże Unii, w tym m.in. od samych siebie, na budowę "centrów sprzedaży ryb", mających być okazem unijnych standardów oraz elementem walki z "szarą strefą". Okazuje się oto, że te centra to pic na wodę. Tzn. nie do końca, bo jakieś tam maszyny ponoć zakupiono, np. "wózki widłowe bez świateł", które teraz rdzewieją, jednak w większości miejsc, gdzie centra powinny powstać, nic nie powstało. Kasa natomiast poszła...
Ale centra rybne to nie wszystko...Bruksela straszy, że zabierze naszej prowincji 104 mln zł za to, że "Polska nie sprawdza komu daje dotacje". "Rzepa" donosi, że "Ministerstwo Rolnictwa przygotowuje się do starcia z Komisją Europejską", która zarzuca nam, że niedokładnie sprawdzamy, jak wydawane są pieniądze unijne - czyli również nasze - na wsi. Chodzi m.in. o to, że nasze, prowincjonalne organa kontrolne niedokładnie sprawdzają, czy "(...) rolnicy, którzy korzystali z funduszy, nie przekroczyli norm nawożenia"... Straszna rzecz!
No i - jak widać - unijne życie jakoś sobie płynie... Wypada tylko mieć nadzieję, że przyjdzie czas, kiedy udławi się ono tymi wszystkimi tonami wytworzonych przez siebie papierów z dyrektywami, milionami standardów i norm, tysiącami procesów o tysiące "bardzo poważnych" spraw z "normami nawożenia" czy "wózkami widłowymi" w tle, itp... Byleby szybko...

Paweł Sztąberek

* * *

Niemoralne koncesje (11 luty 2008)

System koncesyjny jaki istnieje w Polsce to jedna z oznak, że nie ma u nas w pełni wolnego rynku. W ponad 200 dziedzinach działalności gospodarczej nie ma wolności jej prowadzenia. Decyduje urzędnik. Platforma Obywatelska deklarowała zmienić ten stan, jednak teraz coraz bardziej wydaje się, że deklaracja ta pozostanie kolejną niespełnioną obietnicą wyborczą.
Absurdalność i niesprawiedliwość koncesjonowania gospodarki bardzo dobrze widać na przykładzie działalności Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Od jej arbitralnej decyzji zależy to, czy jakiś nadawca będzie mógł istnieć na rynku czy też urzędnicy mu na to nie pozwolą.
Właśnie niedawno KRRiTV łaskawie przyznawała koncesję, czyli pozwalała na być lub nie być niektórych stacji telewizyjnych. Zadecydowała więc wielka Rada, że Telewizja Puls otrzyma koncesję, a TVN nie otrzyma. Decyzja ta oburzyła oczywiście TVN, który zapowiedział, że sprawy nie odpuści i że będzie szukał sprawiedliwości w sądach. Krajowa Rada broni swojej decyzji, utrzymując, że musi dbać o rozwój mniejszych stacji, a nie tylko tych, które i tak są już duże i dobrze radzą sobie na rynku. Wszystko brzmi pięknie, tyle że od razu rodzi się pytanie: czy to urzędnik powinien decydować o tym, co ludzie mają oglądać na swoich szklanych ekranach? W gospodarce wolnorynkowej decydować powinni o tym konsumenci, czyli mówiąc inaczej - RYNEK.
Arbitralne decyzje urzędników przyznających koncesje zawsze podszyte są podejrzeniem, że ktoś dał łapówkę i koncesję dostał, a ktoś inny nie dał i nie dostał. Podobnie może być i w przypadku decyzji KRRiTV. Już pojawiają się spekulacje, że faworyzowanie Telewizji Puls ma związek z ubiegłorocznym spotkaniem jej obecnego właściciela Ruperta Murdocha z ówczesnym premierem Jarosławem Kaczyńskim. Czy ktoś coś komuś dał "w łapę", czy też tylko ktoś coś komuś obiecał, tego pewnie nigdy się nie dowiemy, zresztą nie ma to nawet większego znaczenia. Ważne jest to, że dopóki system koncesjonowania gospodarki w tej czy innej dziedzinie, będzie niewzruszenie istniał, dopóty tego typu podejrzenia zawsze się będą pojawiały. Nie mówiąc już o tym, że system ten sam w sobie jest i będzie niesprawiedliwy i głęboko niemoralny...

Paweł Sztąberek

* * *

Jak się robi biznes w UE... (4 luty 2008)

Unia Europejska stwarza dużo możliwości. Oczywiście dużo możliwości na zarobienie pieniędzy... Ostatnio zapanował u nas bum na wymianę skrzynek pocztowych. Jest to co prawda bum spowodowany unijną dyrektywą czy czymś tam, niemniej jednak on jest. Wymiana skrzynek ma poniekąd sens, ponieważ demonopolizuje ona nieco ten rynek usług, pozbawiając Pocztę Polską wyłączności na wrzucanie przesyłek, choć z drugiej strony naraża użytkowników na liczny "spam", jaki każdego dnia będą musieli ze swoich skrzynek wyciągać, no i oczywiście na koszty, których być może dobrowolnie nie chcieliby ponosić... Mniejsza z tym. Na skrzynki jest bum i w związku z tym szykuje się eldorado dla ich producentów. Skrzynki muszą spełniać - jak wszystko w Unii - określone standardy, tzn. muszą mieć odpowiednią wielkość, wystarczająco duży otwór na wrzucanie listów, itp. Ciekawi mnie teraz, kto pozakładał firmy produkujące te euro-skrzynki? Czy byli to zwykli przedsiębiorcy potrafiący wyczuć koniunkturę i wpasowujący się w nią w odpowiednim momencie, czy też może jacyś wybrańcy, którzy znacznie wcześniej wiedzieli, że wkrótce pojawi się bum na skrzynki i także odpowiednio wcześniej zadbali o to, by powygrywać przetargi na wymianę skrzynek np. w zasobach różnych spółdzielni mieszkaniowych... Może za parę lat się o tym dowiemy, gdy wybuchnie jakaś aferka na temat tego, kto ile wziął i od kogo... Niemniej to, że produkcja skrzynek to pewny biznes, bo w wyniku unijnej dyrektywy ludzie muszą je kupić, nie podlega dyskusji. Podobnie jak z ubezpieczeniami społecznymi... Drugi filar niby prywatny, jednak ubezpieczyć się musi każdy pod państwowym przymusem...
Ale rysuje się też inna szansa na zarobienie pieniędzy... Otóż Krajowy Zawiązek Spółdzielni Mleczarskich planuje rozpoczęcie, mającej trwać kilka lat, akcji promującej spożycie mleka. Okazuje się bowiem, że Polacy piją zbyt mało mleka, no i dlatego trzeba aż kilku lat, by zakomunikować im, by pili go więcej. Trochę to dziwne, bo z jednej strony Unia ustala jakieś kwoty mleczne, czyli limity na produkcję mleka w danym kraju, a z drugiej dokłada parę milionów euro do akcji, której celem ma być promocja spożycia mleka... A jeśli Polacy tak rozkochają się, w wyniku tej akcji, w mleku, że kwoty mleczne przyznane Polsce przez Brukselę okażą się zbyt niskie i mleka zacznie nagle brakować? Zresztą, mniejsza z tym... Kto by się tam nad tym zastanawiał... Ważne, że rysuje się szansa na zrobienie wielkich pieniędzy... tym razem już chyba na pewno przez wybrańców. Otóż całą akcją zająć ma się, na zlecenie Związku Spółdzielni Mleczarskich, jakaś firma medialna, która obskoczyć ma w ciągu kilku lat 108 polskich miast. Rany, ileż tu można przez te lata kasy urwać!? Trudno powiedzieć czy firma ta wygrała jakiś przetarg, czy też zajmować się tym będzie z tzw. "polecenia"... Mniejsza zresztą z tym...
Nie ma to bowiem jak wpasować się w "zapotrzebowanie" i bez większego wysiłku, bez ponoszenia praktycznie żadnych kosztów własnych, zrobić wielkie pieniądze na unijnej dotacji albo dyrektywie. Zresztą i Krajowy Związek Spółdzielni Mleczarskich też pewnie na całym tym przedsięwzięciu nie straci... A ci, co żadnych dotacji z UE nie biorą? Cóż, pewnie frajerzy, którzy nie wiedzą jak się robi biznes w Unii Europejskiej...

Paweł Sztąberek

* * *

Cień generała wciąż pada na Polskę (28 stycznia 2008)

Gdyby dziś był 1 kwietnia pomyślałbym, że to prima aprilis. Ale nie jest, więc to co przeczytałem w jednym z internetowych serwisów musi być prawdą. Chodzi mianowicie o najnowszy wymysł Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych, poparty przez Ministerstwo Gospodarki, że sprzedaż alkoholu przez internet jest ... nielegalna! Podstawą do takiego twierdzenia, jest - według owej Agencji - ustawa o wychowaniu w trzeźwości uchwalona w 1982 roku, czyli w mrocznych czasach stanu wojennego.
Nie chce mi się nawet tej ustawy czytać, ale i bez tego domyślam się, że o internecie nie ma tam ani słowa. Czy to wystarczający powód dla Państwowej Agencji Rozwiązywania..., by zakazać prowadzenia działalności biznesowej tym, którzy taką działalność chcą prowadzić i zakazać kupowania przez internet tym, którzy chcą w ten sposób kupować?
Socjalizm - jak widać - ma szansę nie tylko umacniać się, ale i dalej rozwijać pod rządami "liberalnej" Platformy Obywatelskiej. Kilka tygodni temu pisałem tu o pomyśle posła PO, wprowadzenia dodatkowych koncesji na handel papierosami w lokalach gastronomicznych. Teraz, pod czujnym okiem "wolnorynkowców" z PO, ma szansę odżyć ustawa uchwalona w czasach, w których umundurowany pan w ciemnych okularach bredził coś o tym, by nie "wznosić barykad tam, gdzie potrzebne są mosty", a następnie dodawał, że "kontrrewolucja nie przejdzie", a socjalizm nigdy nie przegra.
Niestety, wszystko wskazuje na to, że socjalizm, istotnie, trzyma się mocno. Kontrrewolucja jednak jest bardzo potrzebna i trzeba robić wszystko, by PRZESZŁA. A potrzebna jest ta kontrrewolucja choćby po to, by jednym aktem prawnym powołać Państwową Agencję Rozwią...zania wszystkich dotychczasowych pasożytniczych Agencji, również tych z PRL-owskim rodowodem, unieważnienia tysięcy besensownych i szkodliwych ustaw, również tych, które uchwalał jeszcze PRL-owski sejm, ale głównie sejmy tzw. III RP, no i po to, by rozgonić całe to okrągłostołowe towarzystwo, od lat żerujące na żywym organizmie społecznym. Jeśli to wreszcie nie nastąpi na Polskę wciąż padał będzie cień umundurowanego pana w ciemnych okularach, bredzącego coś o tym, że "socjalizm nigdy nie przegra..."

Paweł Sztąberek

* * *

Upaństwawianie dzieci (21 stycznia 2008)

Niestety, nie ustają ataki na rodzinę i podstawowe prawa rodziców. Za kolejny taki atak należy uznać zapowiedź Ministerstwa Edukacji Narodowej dotyczącą obniżenia wieku szkolnego z 7 do 6 lat i przymusowym posyłaniu 5-latków do przedszkoli.
18 grudnia ub. roku na posiedzeniu Sejmowej Komisji ds. Edukacji, Nauk i Młodzieży, minister Katarzyna Hall przedstawiła zamierzenia swojego resortu. Do najważniejszych z nich należeć ma przeprowadzenie reformy obniżającej wiek szkolny z dotychczasowych siedmiu lat do sześciu, a także - najprawdopodobniej - wprowadzenie obowiązkowych przedszkoli dla pięciolatków.
Gdyby podobną propozycję wysunął były minister edukacji, Roman Giertych, podejrzewam, że pod budynkiem ministerstwa pojawiłyby się natychmiast tłumy rodziców z dziećmi w proteście, który "lajfowo" pokazałyby wszystkie telewizje. "Giertych chce odbierać dzieci rodzicom i uczyć je nietolerancji, ksenofobii, chować na młodych endeków". Gdy pomysł wychodzi od pani Katarzyny Hall, jest kompletna cisza medialna. Poza jedynym "Gościem Niedzielnym", który poruszył ten temat, reszta mediów milczy. Czy dziennikarze nie mają dzieci, czy może mają i jest im wszystko jedno jak będą uczone, przez kogo i czego?
Artykuł 48 konstytucji RP mówi, że "Rodzice mają prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. Wychowanie to powinno uwzględniać stopień dojrzałości dziecka, a także wolność jego sumienia i wyznania oraz jego przekonania". Jakim zatem prawem urzędnicy ministerstwa i posłowie mogą w zamian za rodziców decydować o tak ważnych sprawach?
Zarówno obowiązek szkolny, jak i traktowanie wszystkich dzieci w ten sam sposób pokazuje podejście państwa do tej kwestii. Za nic ma państwo dobro dziecka i fakt, że przecież każde dziecko ma inną psychikę, inną dojrzałość, inną wrażliwość, której nikt nie zna lepiej niż rodzice. Dla państwa wszystkie dzieci są takie same, wszystkie są tym samym rocznikiem, który ma rozpocząć w danym roku edukację i tyle. Przecież pani minister Hall nie jest w stanie osobiście sprawdzić czy wszystkie sześciolatki są gotowe do pójścia do szkoły, czy nie. A nawet gdyby poznała wszystkie dzieci i taką wiedzę posiadała, to i tak nie powinna o tym decydować. Od takich spraw są bowiem rodzice.
Naszym największym bogactwem są nasze dzieci - powtarza zdecydowana większość rodziców. Skoro tak, to może najwyższy czas odebrać państwu decydującą rolę w procesie kształcenia dzieci. Co bowiem zrobiliby pełnoletni ludzie, gdyby nagle uchwalono ustawę zobowiązującą wszystkich dorosłych obywateli do czytania rządowych lektur uchwalanych co roku przez państwo? Zapewne wybuchłby powszechny bunt. Dlaczego nie ma oporu wobec władzy, która narzuca lektury szkolne i cały system edukacji naszym największym skarbom nie konsultując niczego z rodzicami?
Może zatem warto jakoś się zorganizować rzez Internet i spróbować przynajmniej powalczyć o podstawowe prawa, skoro dziennikarze, ani politycy robić tego nie chcą...

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

"Artyści" i profesorowie na froncie obrony kradzieży (14 stycznia 2008)

Idąc niedawno warszawskim Krakowskim Przedmieściem moją uwagę przykuł widok plakatów jakie zdobiły budynek ASP, czyli Pałac Czapskich. Akcja "SOS dla ASP", listy profesorów i studentów w obronie budynku. Przed kim?
Przed oddaniem go prawowitym właścicielom, którym budynek został po wojnie ukradziony przez komunistów. Historia budynku jest typowa. W 1947 roku, po znacjonalizowaniu, zainstalowali się tam "artyści" i sytuacja trwała niezmiennie do 1991 roku, kiedy to o zwrot budynku upomnieli się spadkobiercy. Dopiero po szesnastu latach walki rodziny Raczyńskich o odzyskanie budynku, w 2006 roku WSA podjął decyzję o zwrocie nieruchomości do prawowitych właścicieli. Wtedy do "akcji" przystąpili studenci i - o zgrozo - również władze uczelni.
Warszawska prasa w następujący sposób opisywała działania studentów i władz ASP:
"To prestiżowe miejsce, związane z kulturą, sztuką i życiem akademickim. ASP jest od 60 lat wpisana w krajobraz tego pałacu i parku. Szukamy pomocy, żeby tu zostać - mówiła podczas happeningu szefowa samorządu studenckiego Magdalena Filąg.
Tłum akademików ubranych w czarne stroje z napisem: "SOS dla ASP" odpowiadał na pytania padające z głośników.
- Czy chcemy, żeby tutaj był hotel albo knajpa? Czy chcemy, żeby ponownie wyrzucono stąd Chopina?
Gromkie "Nie!" odbijało się od ścian pałacu. Były jeszcze ulotki informacyjne, symboliczne nekrologi uczelni, brzmiał wiersz Norwida "Fortepian Chopina", a w tle słychać było muzykę kompozytora".
Wyobraźmy sobie teraz następującą sytuację: okazuje się, że wiszący w moim mieszkaniu na ścianie mój ulubiony obraz jest kradziony i autor tegoż obrazu żąda ode mnie jego zwrotu. Ja z kolei mówię, że nie oddam mu obrazu, gdyż jestem do niego przywiązany, lubię na niego patrzeć, dzięki niemu mam lepszą motywację do pracy, nie mam też innego obrazu, aby powiesić go na jego miejsce. A w ogóle to nic się nie stanie jak malarz namaluje sobie drugi taki obraz, a mój zostawi w spokoju...
Bezsens? Niegodziwość z mojej strony? Dokładnie tak. Tylko, że te same argumenty wysuwają "artyści" z ASP palący własne obrazy byleby zachować status quo, czyli nie oddać właścicielowi ukradzionego im wcześniej budynku. Jeśli ci "artyści" są prawdziwymi artystami to miejsce pracy nie powinno mieć dla nich żadnego znaczenia.
Największe moje zdziwienie budzi w tym wszystkim zaangażowanie kadry profesorskiej, która zamiast świecić przykładem praworządności i poszanowania cudzej własności, staje na czele awangardy sprzeciwu wobec oddania budynku. W ich przypadku jest to już jednak hipokryzja do kwadratu, gdyż ASP w ramach "odszkodowania" otrzymała na Powiślu działkę o powierzchni 2,5 tys. mkw. na budowę nowej siedziby.
Takie mamy niestety elity, takich mamy "artystów", takie mamy też prawo i mentalność społeczną, która oddanie zagrabionej własności, traktuje jako zamach na nie wiadomo jakie dobro społeczne.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Pada kolejny bastion naszej Cywilizacji... (7 stycznia 2008)

Czasy się zmieniają, oj zmieniają... Zmienia się też - w związku z tym - stosunek do własności prywatnej. Przynajmniej w niektórych kręgach. Póki jacyś neo-bolszewicy z Unii Europejskiej knuli sobie w zapadłej norze jak to będą konfiskować cudzą własność, niszczyć ją i podważać prawo do niej, można się było tym zbytnio jeszcze nie przejmować... Gorzej, jeśli ci neo-bolszewicy okazują się nagle sędziami ... Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości.
Parę dni temu ów Trybunał orzekł, że związki zawodowe mogą zablokować przeniesienie firmy do innego kraju, jeśli w ten sposób ochronią pracowników. Sprawa dotyczy konkretnego przypadku, firmy przewozowej z Finlandii, która zmieniła banderę z fińskiej na estońską i zatrudniła Estończyków na zasadach prawnych obowiązujących w tym kraju.
Wyrok Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości to kolejny krok na drodze niszczenia Cywilizacji Zachodu, której jednym z fundamentów jest poszanowanie własności prywatnej. Czynienie grupy ludzi, którzy założyli związek zawodowy w jakimś prywatnym przedsiębiorstwie, współodpowiedzialnymi za decyzje biznesowe tego przedsiębiorstwa, to tak, jakby ktoś kazał mi moje własne zarobione pieniądze wydawać w taki sposób, z którym ja się nie zgadzam.
Jeśli właściciel lub właściciele firmy uznają w danej chwili, że przenoszą ją do innego kraju ponieważ tam będą lepsze warunki do prowadzenia biznesu, nikt nie powinien im tego zabronić. To jest właśnie wolność gospodarcza. To jest zasada poszanowania własności prywatnej. Własność lokowana jest tam, gdzie właściciel chce, by została ulokowana. Każda decyzja właściciela obarczona jest ryzykiem, nigdy nie wie on na sto procent, czy jest ona właściwa. Jeśli decyzja okaże się błędna, właściciel poniesie straty. Jeśli trafna - osiągnie zyski. Wyrok Trybunału stanowi, że właściciel nie jest już właścicielem, ponieważ jego biznesowe decyzje zablokować może związek zawodowy, czyli grupa ludzi, którzy nie ryzykują własnym majątkiem, a z mocy wyroku Trybunału stają się jakby jego współwłaścicielami.
Trudno przewidzieć jak się sprawy potoczą. Póki co nie słychać, by wyrok Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości wywołał jakąś dyskusję nad jego ewentualnymi skutkami. Życie spokojnie płynie sobie dalej, tymczasem powoli, acz konsekwentnie, kolejne atrybuty naszej Cywilizacji przechodzą na śmietnik historii.
Unia Europejska będzie się "jednoczyć" coraz głębiej. Z czasem pojawi się kwestia unifikacji systemów prawnych poszczególnych unijnych prowincji, tak, by na całym jej terytorium obowiązywał jeden system. Póki co, Estonia jest dziś bardziej konkurencyjna od Finlandii, dlatego firmy starają się w niej lokować swoje kapitały, jednak za jakiś czas, gdy w całej Unii będzie TAK SAMO, zniknie też konkurencyjność. Standardy narzucane przez unijną biurokrację, a teraz także i sądy, sprawią, że nie tylko przenoszenie biznesów z jednej unijnej prowincji do drugiej będzie pozbawione sensu, ale takim stanie się również lokowanie przez przedsiębiorców z innych krajów na terenie Unii jakichkolwiek przedsięwzięć gospodarczych. A wówczas pozostanie już tylko duszenie się w oparach socjalizmu i coraz większa stagnacja...

Paweł Sztąberek

* * *

Koncesjonerzy z Platformy (29 grudnia 2007)

Słowo się rzekło... Nie dalej jak tydzień temu pisałem w "Komentarzu tygodnia", że zapowiadana przez PO likwidacja abonamentu radiowo-telewizyjnego okaże się kolejną fikcją i że wszystko znów skończy się na gadaniu. No i mamy. Pan Bogdan Zdrojewski, minister kultury, oznajmił właśnie, że abonament nie zostanie zlikwidowany. Coś tam jeszcze powiedział, ale co, to już nie ma najmniejszego znaczenia...
Ciekawa jest kolejna rzecz, nad którą "pracuje" - jak to się ładnie określa w sejmowej nomenklaturze - Platforma. Okazuje się oto, że partia, ponoć wolnorynkowa, przygotowuje projekt ustawy, nakładającej obowiązek ubiegania się o koncesję na sprzedaż papierosów, który dotyczyć miałby tych wszystkich, którzy handlują nimi w lokalach gastronomicznych. No proszę. W kampanii wyborczej zapowiadało się, że będzie się walczyć z koncesjonowaniem gospodarki, a tymczasem okazuje się, że w Polsce jest wciąż zbyt mało koncesji.
Osobiście nie palę papierosów, a tym bardziej nimi nie handluję, teoretycznie więc problem nie powinien mnie w ogóle interesować. Teoretycznie... Chodzi tu bowiem o coś znacznie ważniejszego. Otóż okazuje się, że pod płaszczykiem "walki z paleniem" państwo będzie chciało wydusić od właścicieli lokali gastronomicznych kolejny haracz za to, by mogli spokojnie handlować papierosami. Urzędnicy znów będą mieli władzę. Dostaną do ręki kolejną zabawkę: temu dać koncesję a tamtemu nie dać, albo też dać, jeśli odpowiednio posmaruje. No, no... coś mi się widzi, że pani posłanka Pitera, specjalistka od korupcji w PO, będzie miała ręce pełne roboty. Zresztą, wolałbym, aby pani Pitera, skoro zna się na korupcji, demaskuje ją od lat, wyperswadowała swoim partyjnym kolegom ów poroniony pomysł. Pewnie wie pani Pitera skąd się korupcja bierze... Ale czy starczy jej odwagi? A może chodzi o to, by nie zabrakło jej pracy?
Drapieżność fiskalna rządu - jak widać - nie ma granic. Dziś nakłada się koncesje na handel papierosami, jutro na handel cukrem, bo też ponoć szkodzi w nadmiarze... itp. Zastanawiam się tylko czasem, czy ta pomysłowość polityków wynika z głupoty, z niedouczenia, czy może z rzeczywistej troski o "dobro ludzi", o ich zdrowie (premier Tusk oznajmił właśnie, że jego obowiązkiem jest dbać o zdrowie obywateli!!! - ciekawe czy pan premier ma dyplom ukończenia studiów medycznych, czy też jest zwykłym szarlatanem, znachorem?). Czy też jest to rezultat zwykłego cynizmu i wyrachowania, a tak naprawdę chodzi tylko o wyduszenie od ludzi kolejnych pieniędzy na przeróżne uciechy dla aparatu biurokratycznego, który wszak rozrasta się i rozrasta... I końca nie widać...

Paweł Sztąberek

* * *

Gadanie o abonamencie (24 grudnia 2007)

Temat nieśmiertelny, od lat wraca jak bumerang - tzw. abonament telewizyjny. Każda kolejna ekipa rządowa, czy to III RP, czy IV RP Wirtualnej, czy znów III RP zmaga się z tym problemem, który jak wydawać by się mogło, dawno już powinien być rozwiązany. I pewnie byłby, gdybyśmy nie żyli w Polsce. Tu wiele rzeczy jest nie do rozwiązania. Tu, w naszym kochanym kraju, panuje jakaś "ogólna niemożność"..
Tak jest właśnie z abonamentem, czyli - mówiąc inaczej - podatkiem, albo jeszcze inaczej - haraczem, do płacenia którego zmusza się ludzi za to, że sobie kupili telewizor i radio. Tak jakby już przy zakupie nie zapłacili żadnych podatków.
Nie wiem, co Platforma Obywatelska zamierzała zrobić z abonamentem, ale zaraz po wygranych przez nią wyborach podniósł się w państwowym radio rejwach, że "chcą zlikwidować abonament". Nareszcie - pomyślałem, choć nie do końca uwierzyłem. I chyba słusznie, bo im głębiej zaczęło się robić w las... tym okazało się, że "zlikwidować to może nie, ale ZREFORMOWAĆ...". Nie wiem, co to może oznaczać, niemniej znając życie, znów wszystko skończy się na gadaniu.
A kampania na rzecz utrzymania abonamentu zrobiła się rzeczywiście namolna - zwłaszcza w państwowych mediach. Mało słucham radia, a telewizji od jakiegoś czasu prawie w ogóle nie oglądam, ale co nieco do mnie dociera. No i dowiaduję się, że jeśli tylko haracz na państwowe media zostanie zlikwidowany, od razu padnie polskie radio. A niech pada, skoro samo nie będzie w stanie się utrzymać... Słyszę, że orkiestra radiowa pójdzie z torbami... Czy ktoś w ogóle słyszał o orkiestrze radiowej? Słyszę, że nie będzie miał kto realizować "misji"... Mam gdzieś waszą "misję"... Słyszę, że radio ma swoją tradycję i nie można tego nagle zaprzepaścić... Jasne, zwłaszcza tradycji PRL-u... W kampanię na rzecz zachowania haraczu włączył nawet metropolita warszawski abp Nycz, dla którego państwowe media nie mogą zniknąć z naszego życia. Kościół nie ma już chyba innych zmartwień...
Wszyscy ci obrońcy haraczu, zwanego dla zmyłki abonamentem, nie mówią o państwowych mediach, lecz - oczywiście - o "publicznych". Że to niby nie państwo, czyli politycy mają na nie wpływ, lecz "publiczność", czyli - jak należy to chyba rozumieć - ci, którzy płacą. Skoro rzeczywiście tak jest to niech mi ktoś wytłumaczy, dlaczego, gdy tylko nadarza się okazja, politycy robią wszystko, by powciskać swoich ludzi do różnych rad nadzorczych mediów państwowych, powciskać ich do poszczególnych redakcji, programów itp... Czy dlatego by dbali o "misję" czy może po coś innego?

Paweł Sztąberek

* * *

"Dziennik" dla idiotów (17 grudnia 2007)

Gazetę "Dziennik". przez złośliwców nazywaną "Der Dziennik", dawno już przestałem kupować. Biorąc do ręki piątkowy numer (z 14 grudnia 2007r) tego pisma, utwierdziłem się w przekonaniu, że postąpiłem swego czasu słusznie. Gazeta, która robi ze swoich czytelników kretynów nie zasługuje na to, by wydawać na nią choćby i 1,50 zł.
Pierwszych siedem stron to oczywiście euforia, że wreszcie powstało "Imperium Europa". Gazeta przyznaje oczywiście, że przywódcy państw Unii świadomie unikają rozpoczynania debat o tym co zawiera Traktat Reformujący, jednak dziennikarze "Dziennika" postanowili "oddzielić prawdę od mitu" i pokazać "co Polska zyska a co straci". O tym, że wcześniej, nie tylko politycy, ale również media, skutecznie blokowały debatę na temat Traktatu, by nie straszyć ludzi, gazeta milczy... Teraz jednak - gdy wszystko podpisane - jest rozkaz, że można o tym pisać! "Dziennik" więc odkrywa przed nami rąbka tajemnicy...
Red. Jędrzej Bielecki pisze na ten temat w sposób szczególny. Najpierw zapewnia, że "bez zgody polskiego premiera żadna decyzja na szczycie Unii nie będzie mogła być podjęta", albo że "jeśli np. polskie MSZ będzie przeciwne uznaniu przez Unię niezależności Naddniestrza, to szef unijnej dyplomacji nie będzie mógł niczego nakazać Sikorskiemu"..., by kilka akapitów dalej napisać, że "nowe zasady głosowania są dla naszego kraju mniej korzystne niż dotychczasowe, (...) decyzje będą wchodziły w życie, gdy poprze je 55 proc. państw członkowskich zamieszkałych przez 65 proc. ludności Unii". I dalej: "Polska ma zaś przeszło dwa razy mniej ludności niż Niemcy. A więc będzie miała i dwa razy mniejsze wpływy w Unii". Czy zatem, jeśli Polska zostanie przegłosowana, naprawdę niczego nie przepchnie się w Unii bez zgody polskiego premiera? Czy rzeczywiście szef unijnej dyplomacji nie będzie mógł "niczego nakazać Sikorskiemu"? Może nakazać i nie będzie mógł, ale czy będzie go tak naprawdę obchodzić, co minister Sikorski zrobi? Czy ruszanie przez premiera polskiej prowincji, czy też prowincjonalnego ministra spraw zagranicznych, palcem w bucie będzie szefa dyplomacji UE obchodzić? Bardzo wątpliwa sprawa.
W innym miejscu p. Bielecki pisze o Karcie Praw Podstawowych... Zaznacza od razu, że pewne zapisy Karty będą mogły byc wprowadzane w życie tylko wówczas, jeśli zdecyduje o tym polski rząd... Jednak zaraz potem podkreśla, że od teraz zwiększą się uprawnienia Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości i Polska będzie musiała się do nich stosować. A co będzie, jeśli Trybunał orzeknie, że Polska łamie europejskie prawo stosując w pewnych dziedzinach inne zasady, niż te zapisane w Karcie Praw Podstawowych? Oczywiście pan red. Bielecki zakłada w swoim tekście, że takie możliwości istnieją, jednak - jak dodaje - są one wyłącznie "teoretyczne", bo w praktyce... itp...
Jeden artykuł a tyle sprzeczności... Czy pan Bielecki nie zastanawia się nad tym co pisze, czy też może robi to z pełną premedytacją? I jeszcze jedno... Na stronie 20 tegoż numeru "Dziennika" zamieszczony jest artykuł Richarda Neuhausa. Pod nazwiskiem autora napisane jest, iż jest on "duchownym katolickim, teologiem". Jednak na końcu tekstu, w metryczce autora przeczytać można: "Ks. Richard J. Neuhaus, pastor luterański...". Widać "Dziennik" za naczelną zasadę swej strategii przyjął, by traktować swoich czytelników jak idiotów. Kto chce niech czyta...

Paweł Sztąberek

* * *

Gospodarczy cud, ale nie w Polsce - czas na Bułgarię! (3 grudnia 2007)

W Polsce rządzący zapowiadają cud gospodarczy, ale jak przychodzi co do czego to nie wiedzą nawet na czym ów cud miałby polegać poza tym, że wszystkim miałoby być lepiej, żyć się dostatniej etc. Oczywiście hasło cudu jest wspaniałe, tyle że jak pokazało kilka bardziej złośliwych pytań dziennikarzy, nic z niego nie wynika. Oto bowiem, po dojściu do władzy, Platforma Obywatelska od razu stwierdziła, że nie będzie podatku liniowego, początkowo chciała zablokować obniżkę ledwo co uchwalonej składki rentowej, a także przyjąć Kartę Praw Podstawowych, będącą dokumentem napisanym w iście marksistowskim duchu.
Oficjalny powód "odejścia od linii programowej" PO jest przymus koalicji z Ludowcami i koszty z tym związane... Czyli otrzymanie posad i zarządzanie państwem jest ważniejsze niż kontrakt z wyborcami, którym w czasie kampanii wyborczej coś tam się obiecało.
Tymczasem cuda się zdarzają. W Bułgarii w ub. tygodniu obniżono podatki do tego stopnia, że państwo to od Nowego Roku będzie swoich obywateli najmniej grabić w całej Europie. Jakby tego było mało, reformy dokonali nie żadni wolnorynkowcy, czy liberałowie, lecz socjaliści, co potwierdza po raz kolejny, że lewica w kwestiach gospodarczych postępuje bardziej zdroworozsądkowo niż prawica. Wynika to oczywiście z faktu, że ludzie lewicy prowadzą rozliczne interesy; od firm rodzinnych, przez zarządzanie wielkimi przedsiębiorstwami, więc wiedzą co piszczy w trawie. Tymczasem, ludzie prawicy (żeby daleko nie szukać w Polsce doskonałym przykładem takiego człowieka jest prezydencki minister Michał Kamiński, który otwarcie stwierdza, że nigdy nie zhańbił się pracą najemną, bądź prowadzeniem własnego biznesu) o wolnym rynku tylko mówią, bo własnych doświadczeń nie mają, pracując najczęściej na państwowych lub samorządowych posadach. Svetla Kostadinowa z bułgarskiego wolnorynkowego ośrodka Institute for Market Economy mówi, że "kiedy w 2003 r. IME po raz pierwszy zaproponował obecne rozwiązania, wszyscy politycy byli przeciwni. My jednak kontynuowaliśmy kampanię na rzecz niskiego podatku liniowego, przedstawiając zarówno politykom, jak i opinii publicznej analizy, organizując konferencje, a także pokazując przykłady innych państw, które naszą metodę zastosowały. Powoli stosunek do naszej propozycji ulegał zmianie. Podczas dwóch ostatnich kampanii wyborczych - parlamentarnej i samorządowej - partie zaczęły w swoich programach uwzględniać potrzebę obniżenia obciążeń podatkowych. Nagle niemal wszystkie partie prawicowe jako główne hasło wysunęły wprowadzenie podatku liniowego. Poprzedni rząd był bliski realizacji naszych postulatów, obniżył stawki, ale nie wprowadził podatku liniowego. Obecny, socjalistyczny okazał się pod tym względem odważniejszy, wprowadzając 10-proc. stawkę podatkową CIT i PIT. Oczywiście, premier Siergiej Staniszew wewnątrz własnej partii napotkał ogromny sprzeciw, ale razem z ministrem finansów do końca byli zdecydowani na przeprowadzenie tych zmian" (cały wywiad z S. Kostadinową w dzienniku "Rzeczpospolita"). Czyli jak się chce, można przekonać każdego koalicjanta...
Różnica między Polską a Bułgarią jest taka, że w Polsce o podatku liniowym, o zmniejszeniu gorsetu biurokratycznego dla przedsiębiorców, deregulacji gospodarki, mówi się przy każdej okazji, przy każdej kampanii wyborczej. Tylko się mówi. W Bułgarii mniej się mówi, a robi się więcej. O tak upragniony cud gospodarczy wówczas zdecydowanie łatwiej.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Thomas E. Woods w Polsce - odtrutka na socjalizm! (26 listopada 2007)

Pisząc tydzień temu o różnych rodzajach odtrutek na socjalizm wymieniłem jedną z nich - wydaną właśnie na naszym rynku książkę Ludwiga von Misesa Ludzkie działanie". Warto przy tej okazji wspomnieć o innej odtrutce... Otóż w przyszłą niedzielę przylatuje do Polski prof. Thomas E. Woods. Jest on znanym promotorem idei wolnego rynku oraz wybitnym znawcą ekonomii i stosunku Kościoła katolickiego do tych zagadnień.
W ostatnim czasie w Polsce ukazały się trzy jego książki: "Kościół a wolny rynek", "Jak Kościoł katolicki zbudował zachodnią cywilizację" i "Niepoprawna politycznie historia Stanów Zjednoczonych". Prof. Woods pracuje na co dzień m.in. jako wykładowca w Mises Institute w USA. Sam pisze o sobie, że jest "ortodoksyjnym katolikiem" i między innymi właśnie dlatego wiele wysiłku i pracy wkłada w wykazywanie, iż nie ma żadnych sprzeczności pomiędzy byciem człowiekiem wiernym Kościołowi i jednocześnie zagorzałym zwolennikiem wolnorynkowej gospodarki.
Powyższemu problemowi Woods poświęcił swoją książkę "Kościół a wolny rynek". We wprowadzeniu do niej pisze: "Broniąc rynku, nie obrałem relatywnie łatwiejszej drogi, polegającej na krytyce socjalistów >>na lewicy<<, wyczekujących kolektywistycznych utopii. Zamiast tego wziąłem na cel tych katolików >>na prawicy<<, którzy z podejrzliwością patrzą na społeczeństwo rynkowe. Nie są to socjaliści ani kolektywiści, ale ludzie wierni Kościołowi, którzy odrzucają wolną przedsiębiorczość i opowiadają się za szerokim spektrum interwencji w działanie rynku. Często popierają te interwencje, ponieważ są przekonani, że zobowiązuje ich do tego nauczanie Kościoła..."
Okazji do spotkania z prof. Woodsem będzie w Polsce kilka (czytaj szczegóły >>>). Odwiedzi on takie miasta jak Poznań, Wrocław, Opole, Katowice, Kraków, Kielce, Lublin i Warszawa. Wygłosi szereg prelekcji, odpowie na dziesiątki pytań... Weźmie udział w uroczystej kolacji w Warszawie, w której uczestniczyć będzie mógł w zasadzie każdy, (czytaj szczegóły >>>).
Thomas E. Woods to taka kolejna odtrutka na socjalizm. Będzie ona dodatkowo wzmocniona nową książką profesora wydaną specjalnie na okoliczność jego polskiej wizyty. Jej tytuł, "W obronie zdrowego rozsądku" (zbiór tekstów publicystycznych), wiele tłumaczy i wskazuje kierunek zawartych w niej rozważań Autora na temat Kościoła, społeczeństwa i gospodarki. Na pewno warto przyjść na spotkanie z prof. Woodsem. Na pewno warto zajrzeć do jego książek...

Paweł Sztąberek

* * *

Ludzkie działanie ... po komunizmie (19 listopada 2007)

Oceniając stosunek Polaków do ekonomii nie sposób nie brać pod uwagę kilkudziesięciu lat wtłaczania do umysłów fałszywego mitu o wyższości socjalizmu nad kapitalizmem. Jeśli od przedszkola aż po wyższe uczelnie słyszało się wciąż o "ekonomii marksistowskiej", o "socjalizmie naukowym", o "ekonomii socjalizmu", o "wyższości kolektywu nad jednostką", trudno się dziwić, że odpryski lewicowej ideologii wciąż cieszą się wśród Polaków sporą popularnością, a na "salonach" święcą nawet triumfy.
O ile jednak ludzie w swych kolektywnych zachowaniach, czy to w czasach PRL-u czy teraz, tęsknią za ułudą oferowaną im przez różne odmiany socjalizmu (głosując chociażby na określone partie polityczne), o tyle w swych postawach indywidualnych, w działaniu na niwie prywatnej bardzo często wykazują przywiązanie do zdrowego rozsądku, poddają się działaniu pewnych obiektywnych praw, chociażby praw ekonomii, o istnieniu których niekoniecznie nawet wiedzą. Ten sam człowiek, który odda w wyborach swój głos na ugrupowanie obiecujące, że będzie konfiskowało własność jednych po to, by rozdawać ją innym, będzie oburzony jeśli ktoś ukradnie mu radio z samochodu. Ten sam człowiek, który będzie domagał się od polityków, by zmusili drogą ustawy jakiegoś przedsiębiorcę do obniżki cen swoich towarów, jednocześnie jeśli tylko będzie miał możliwość kupienia czegoś taniej i sprzedania drożej, bez wahania to zrobi.
Odtrutek na socjalizm może być wiele i przyjmować one mogą różne formy. Jedną z nich jest książka. Właśnie ukazała się na polskim rynku, wydana po raz pierwszy, książka Ludwiga von Misesa Ludzkie działanie. Traktat o ekonomii". Praca ta (prawie 800 stron), skutecznie pomijana dotąd, podobnie jak sam Mises, na większości wyższych uczelni, w tym również ekonomicznych, wyszła w zasadzie tylko dzięki grupce zapaleńców z polskiego Instytutu Misesa i ludzi dobrej woli, którzy zasponsorowali jej wydanie własnymi pieniędzmi. Dobrze by się stało, gdyby potrafiono to docenić i gdyby książka ta stała się ważnym elementem nauczania ekonomii w każdej polskiej szkole. Na pewno przyspieszyłoby to nasze mentalne wychodzenie z komunizmu.
Odtruwanie zainfekowanego społeczeństwa nie jest zadaniem łatwym. Książka Ludwiga von Misesa to milowy krok na tej drodze. Ronald Reagan tak kiedyś powiedział: "Ludwig von Mises był jednym z najwybitniejszych ekonomistów w dziejach cywilizacji Zachodu... Jego wielkie dzieła przesycone są duchem wolności... Mamy wobec niego trudny do spłacenia dług". Pojawienie się "Ludzkiego działania" w polskim tłumaczeniu stwarza szansę na to, by ta spłata rozpoczęła się również w naszym kraju...

Paweł Sztąberek

* * *

Ile jeszcze lekcji nam potrzeba? (12 listopada 2007)

Gospodarka to żywy organizm. Składa się z żywych ludzi, którzy wciąż podejmują jakieś decyzje. Te decyzje mają z kolei wpływ na innych żywych ludzi i na inne decyzje. Wiele z tych decyzji jest nietrafionych, niektóre zaś są wręcz genialne. Ale nie oznacza to, że ten, kto okazał się w danej chwili geniuszem, za jakiś czas nie znajdzie się na marginesie. I na odwrót. Te wzajemne zależności stanowią sieć naturalnych powiązań międzyludzkich. Widać tu - choć brzmi to paradoksalnie - jak integracyjny i spajający społeczeństwo charakter ma wolna konkurencja. Ta sama wolna konkurencja, która dla wrogów wolności, dla wszelkiej maści lewaków, jest największym złem, które należy zakuć w kajdany. Problemy, nienawiść, dezintegracja społeczna zaczynają rodzić się wówczas, gdy w te naturalne relacje międzyludzkie wkraczać zaczyna państwo i bierze się za "wyrównywanie", "niwelowanie", za "sprawiedliwość społeczną"... Powstaje olbrzymia machina biurokratyczna, która w relacje między jednym człowiekiem a drugim, między ich dobrowolne decyzje, wciska pośrednika - urzędnika.
Żyjemy dziś w świecie, w którym spełnia się powoli marzenie wszelkiej maści totalniaków, socjalistów utopijnych i "naukowych"... Coraz więcej decyzji za nas, coraz więcej spraw za nas, coraz więcej obowiązków za nas zaczyna przejmować państwo. Powoli stajemy się bezwolnymi ofiarami zatrudnianych przez państwo pośredników. To oni próbują nam wmawiać, co jest dla nas dobre, co nam wolno kupować, co jeść, pić, a czego nie, co nam wolno produkować a czego nie, a jeśli już coś wolno, to w jakiej ilości, kiedy i za ile, jak wychowywać dzieci, czego je uczyć i od kiedy oddawać je do przedszkola... Można by jeszcze długo wymieniać...
Wedle tej ideologii nie możemy ani zbyt wiele stracić, ani zbyt wiele zarobić. A wszystko to rzekomo po to, byśmy czuli się "bezpiecznie", byśmy sobie krzywdy nie zrobili, byśmy zostali obronieni przed tzw. "bezwzględnymi prawami rynku", byśmy żyli "godnie". Bo przecież nikt inny - oprócz państwowego urzędnika - nie wie, co to znaczy "godne życie".
Dziwię się, jak małe wrażenie robi na naszej klasie politycznej, na tzw. elitach, system nakazów i zakazów, ograniczeń, reglamentowania, kwotowania, jakim stopniowo, acz systematycznie i z diabelską konsekwencją, osacza nas powstająca właśnie Unia Europejska. Ile jeszcze władzy nad samymi sobą gotowi będziemy oddać w ręce urzędników? Jak długo wybierać będziemy "elitę", która z uśmiechem na twarzy, w imię nie wiadomo tak naprawdę czego (własnych korzyści?), sprzedawać będzie naszą wolność bezdusznej machinie biurokratycznej? Czy lekcja komunizmu i realnego socjalizmu naprawdę niczego nas nie nauczyła? Jakich jeszcze dowodów nam potrzeba, by ostatecznie przekonać się, że socjalizm to piekło?

Paweł Sztąberek

* * *

Budowniczowie stadionów (5 listopada 2007)

W związku ze sprawą Euro 2012 wyłoniły się dość ciekawe punkty widzenia przedstawicieli PiS i PO. PiS-wska minister sportu jest - jak wiadomo - za tym, by na miejsce obecnego stadionu X-lecia PRL powstał tzw. Stadion Narodowy (zapewne marzeniem pani minister byłoby, by nosił on imię IV RP). Przedstawiciele Platformy natomiast chcieliby, aby nowy stadion wybudować poza Warszawą. Głównym argumentem przemawiającym za takim rozwiązaniem jest - jak twierdzą PO-wiacy - rachunek ekonomiczny. Teren, na którym stoi obecny stadion wart jest na wolnym rynku ok. 4 miliardów zł. PiS-acy twierdzą z kolei, że nie wszystko trzeba mierzyć rachunkiem ekonomicznym, a Warszawa zasługuje na to, by mieć stadion z "prawdziwego zdarzenia", na którym nastąpi inauguracja mistrzostw.
W tym przypadku zgadzam się z opinią Platformy. Rachunek ekonomiczny jest bardzo ważny, a w sytuacji, gdy miałoby chodzić o wydawanie pieniędzy podatników szczególnie ważny. Budowanie potężnego obiektu tylko po to, by rozegrać na nim kilka meczów nie ma najmniejszego sensu. Późniejsze utrzymanie go pochłaniać będzie kolejne grube miliony. Teren w centrum Warszawy na pewno można zagospodarować z większym pożytkiem dla ludzi.
W moim mieście wybudowano w latach 70-tych spory stadion (na ok. 20 tys. ludzi), z krytymi trybunami z jednej strony. Nie, nie żeby grała tu jakaś znana drużyna piłkarska, chyba była to tylko klasa okręgowa. Po prostu odbyć się miały dożynki i stadion wybudowano specjalnie na przyjazd tow. Edwarda Gierka. Jak się później okazało, stadion ów okazał się jednym z pomników socjalizmu. Jeszcze w latach 80-tych, gdy spłonął dach krytej trybuny, odbudowano go, potem jeszcze odbywały się tam jakieś mecze, przy prawie pustych trybunach (kilkaset osób na prawie 20-tysięczny stadion to przecież puste trybuny). Lata 90-te to już raczej degrengolada. Niszczejące ławki, coraz słabsza dbałość o murawę, rozrastający się w sąsiedztwie stadionu bazar... Wielka fabryka, która zarządzała obiektem, po tzw. komercjalizacji przekazała stadion władzom miejskim, te nie mogąc poradzić sobie z kosztami jego utrzymania, sprzedały cały obiekt prywatnemu właścicielowi. Ten z kolei, po kilku latach odsprzedał z zyskiem teren ze stadionem innej prywatnej firmie. Dziś po stadionie nie ma śladu. Powstały supermarkety, no i rozrósł się bazar. Wielu ludzi oczywiście to bulwersuje, tęsknią za tym pomnikiem socjalizmu, z którego przez lata istnienia nie było tak naprawdę większego pożytku, mimo że państwo socjalistyczne skubało ich jak mogło, by ów obiekt dla tow. Gierka postawić.
Wspominam o tym tylko po to, by łatwiej można sobie było wyobrazić, jaki los spotka za lat kilka Stadion Narodowy w Warszawie, podobnie jak spotkał Stadion X-lecia PRL, czy ten, w moim mieście. Nie wnikam w intencje Platformy, choć nie ukrywam, że jej obecna postawa nosi w sobie znamiona jakiegoś przekrętu, tzn. PO-wiacy wcześniej coś komuś za coś obiecali i teraz próbują się z tej obietnicy wywiązać. Ale o tym dowiemy się może dopiero za jakiś czas. Ważne jest, by obecnie podjąć taką decyzję, która będzie dla podatników najmniej kosztowna. Trzeba po prostu ominąć etap pośredni i od razu dać sobie spokój z budową stadionu.

Paweł Sztąberek

* * *

Podatkowy POpulizm (29 października 2007)

PO tuż przed wyborami obrzuciła nas kolejną propagandą. Chodzi o likwidacje około 200 rożnych opłat skarbowych. Pomysł PO nie ma jednak wiele wspólnego z rozsądkiem, naprawą państwa czy też z uwalnianiem rynku, wspieraniem przedsiębiorczości lub z redukcją podatków!
Po rzekomo liberalnej partii spodziewałem się raczej uproszczenia procedur wydawania pozwoleń i zaświadczeń a jeszcze lepiej całkowitą likwidację tej kosztownej biurokracji! Najbardziej uciążliwe nie są wcale opłaty skarbowe, tylko konieczność wychodzenia i wystania owych pozwoleń i zaświadczeń a także ograniczenia z nimi związane. Czas, który na te czynności tracą obywatele oraz wydający je urzędnicy stanowi większy koszt niż opłaty z nimi związane! Platforma jednak chce by urzędnicy dalej wystawiali te 200 pozwoleń i dokumentów tyle , że niby za darmo. Niby, no bo jakoś sobie nie wyobrażam, by urzędnicy nie brali za swoje czynności wynagrodzenia a materiały na dokumenty dostarczane były urzędom gratis!
Propozycja PO cofa nas do komunizmu, zmierza bowiem do tego, by pewne usługi świadczone obywatelom przez urzędy gminne i państwowe były finansowane ze wspólnej kasy tzn. z podatków dochodowych zamiast jak dotychczas ze stosownych opłat skarbowych uiszczanych przez nabywców! Oznacza to że np. wypis z planu zagospodarowania przestrzennego, akt urodzenia , decyzje o warunkach zabudowy, prawo jazdy, dowód itp. będziemy mogli brać bez zastanowienia, ograniczeń a często bez potrzeby, bo będzie za darmo. Oznacza to też, że obywatele, którzy tych dokumentów i czynności nie potrzebują będą ponosić koszty usługi świadczonej innym obywatelom, często bardziej zamożnym. Platforma nie wykazała źródła finansowania tych darmowych usług, ale oczywistą oczywistością jest, że finansowane one będą z naszych PITów i CITów . PO nie sporządziła tez bilansu korzyści i strat takiej reformy, przypuszczam, że dlatego bo strat byłoby znacznie więcej niż korzyści!
Pozostaje mieć tylko nadzieję, że partia aspirująca do ugrupowań zdrowego rozsądku robi tylko z obywateli idiotów, gdy serwowała im kolejny przedwyborczy Populizm, i że realizacja tego absurdalnego pomysłu nie jest jej zamiarem.

Andrzej Wianecki

* * *

Partie schodzą na psy... (19 października 2007)

Kampania wyborcza zbliża się ku końcowi. Śmiało można powiedzieć, że dwie największe partie w Polsce zeszły na psy. Prawo i Sprawiedliwość objawiło swe bolszewickie oblicze w całej pełni, Platforma Obywatelska natomiast, nie chcąc pozostać w tyle, na bolszewickie koleiny, wytyczone przez PiS, weszła bez większych zahamowań. Szkody wyrządzone w ludzkiej świadomości przez obie partie mogą być trudne do odrobienia przez długi czas.
PiS pojechał w tej kampanii po najmniejszej linii oporu. Partia, która do dziś uważana jest przez wielu za prawicową, skutecznie obrzydziła Polakom ludzi zamożnych, tych najbardziej przedsiębiorczych, którzy często do własnej pozycji majątkowej doszli nie dzięki układom, lecz dzięki własnej, ciężkiej pracy. Ale cóż, PiS-owcy kierują się specyficzną mentalnością, która za cel nadrzędny stawia sobie jątrzenie jednych przeciwko drugim. W kampanii PiS-u, słowo "bogaty" stało się synonimem zła. Takim synonimem stało się także słowo "prywatyzacja". A "prywatyzacja" służby zdrowia przede wszystkim.
Po tej kretyńskiej - bo trudno inaczej ją nazwać - kampanii PiS-u, kto jeszcze gotów będzie uwierzyć w to, że prywatna służba zdrowia może być lepsza od państwowej? Dziś służba zdrowia, a kto wie, czy jutro nie prywatne firmy, prywatne sklepy? Nie zdziwię się, jeśli PiS, po ewentualnie wygranych wyborach zacznie nacjonalizować gospodarkę, z wyjątkiem oczywiście tego, co dla samych PiS-iaków stanowić może prywatną korzyść. Taka to już mentalność.. PiS-owska mentalność.
PO, by nie zostać w tyle, niektóre pomysły PiS-u przyklepała. Wyrzekła się programu prywatyzacji służby zdrowia... A szef Platformy, choć wcześniej zapowiadał zmniejszenie biurokracji, nagle zapałał wielkim pragnieniem podwyżki dla tejże biurokracji. Bo jakże to tak, by "budżetówka" zarabiała grosze?... A gdzie dotychczasowy postulat PO redukcji sfery budżetowej? No tak, ale to oznaczałoby np. prywatyzację właśnie służby zdrowia, albo np. szkolnictwa... Tylko kto, w tonacji narzuconej przez bolszewików z PiS-u, odważy się to powiedzieć głośno? Chyba tylko UPR, bo PO sama zeszła na bolszewickie koleiny. Jednym słowem - kłamcy zawładnęli naszymi umysłami, kłamcy, oszuści, czyli tzw. politycy demokratyczni...
Na koniec ciekawa sprawa... CBA... Dotychczasowa działalność tej organizacji zmusza do pewnej refleksji... Otóż organizacja ta, ponoć państwowa, apolityczna i apartyjna, stała się typowym dowodem na to, że jakikolwiek urząd, jeśli już powstanie, zrobi wszystko, by uzasadnić dalszy sens swojego istnienia. Trudno mi uwierzyć, że w Polsce nie ma korupcji. Niemniej gdy oglądam relacje ze spektakularnych akcji tego urzędu, nie mogę powstrzymać się przed przypuszczeniem, że prawdziwej korupcji w Polsce nie ma. A skoro nie ma, trzeba ją wymyślić. Agenci CBA dobrze się o to starają. Jednak rodzi się pytanie: czy CBA jest instytucją stworzoną do zwalczania korupcji czy też jest instytucją powołaną do badania ludzkich charakterów. Dotychczasowe prowokacje CBA wskazywałyby na to, że w grę wchodzi raczej ta druga opcja.
CBA od samego początku zyskała na Stronie Prokapitalistycznej miano instytucji zbędnej, niepotrzebnej, nie dlatego, że korupcji u nas nie ma, lecz bezsensownej z uwagi na to, że już istnieją u nas odpowiednie - mniej lub bardziej skuteczne - służby do zwalczania tego typu patologii. No, ale przecież p. Mariusz Kamiński musiał mieć stołek! PO poparła powołanie CBA. Odpowiada zatem za tego potworka tak samo jak PiS. Znając jednak życie, nikt, w przyszłym sejmie nie będzie chciał tego stanu zmienić. Zacznie się walka o koryto w CBA...
Cóż, trzeba powtórzyć... PiS i PO zeszły na psy... Nie ubliżając oczywiście psom...

Paweł Sztąberek

* * *

Wybierzmy mniej śmieci! (12 października 2007)

Firma Elkom sp z o.o. z Brzezia k/Opola, odbierająca z przed mojego domu śmieci, właśnie poinformowała mnie pisemnie, że od nowego roku muszę się liczyć z 60% wzrostem opłat za odbiór odpadów!
Tak duży skokowy wzrost przypomniał mi czasy z przed 1989 roku kiedy to zamiast rynku ceny skokowo ustanawiał urząd planowania centralnego ! Z uzasadnienia podwyżki dowiedziałem się, że podobnie jak za komuny, za tą absurdalną podwyżkę odpowiadają niewydarzeni i jak zwykle z nazwiska nieznani urzędnicy! Elkom wyjaśnia, że podwyżka spowodowana jest wzrostem tzw. opłaty marszałkowskiej z obowiązującej stawki 15,71 zł/Mg niesegregowanych odpadów komunalnych do stawki 75,00 zł/Mg. Jednocześnie jak Elkom informuje Zakład Komunalny w Opolu planuje podnieść opłatę za składowanie odpadów o 20%.
Mieszkając w USA przez kilka lat odstawiałem śmieci na również komunalne wysypisko za darmo!!! Powodem nie pobierania opłat była w USA troska o środowisko i faktycznie w USA nie potykałem się o porzucone na drogach i w lasach worki ze śmieciami!
Mam wyobraźnię więc jestem pewien, że po tak drastycznym wzroście opłat wzrośnie liczba gospodarstw domowych nie mających podpisanych umów na odbiór śmieci, w konsekwencji wzrośnie też ilość śmieci na dziko spalanych, lub zakopywanych oraz podrzucanych i porzucanych w naszym otoczeniu!!!
Pozostaje jeszcze aspekt biznesowy tego szaleństwa. Otóż żaden prywatny przedsiębiorca nie odważyłby się podnieść opłaty tak drastycznie swoim stałym klientom. Przedsiębiorcy to myślący obywatele zdający sobie sprawę z tego, że gdyby zachowali się jak w tym przypadku urzędnicy to my konsumenci zmienilibyśmy dostawcę usług na innego, takiego który pozostaje przy zdrowych zmysłach i zdrowych cenach. Z urzędnikami podejmującymi decyzje biznesowe na majątku i na ryzyko obywateli jest jednak inaczej. Im bardziej kulawa demokracja i im mniej wolnego rynku tym skłonność do podejmowania absurdalnych decyzji przez urzędników rośnie a ryzyko konsekwencji maleje! Tak radykalne podwyżki są świadectwem ignorancji i arogancji oraz lekceważenia nas wyborców i klientów! Co nam pozostaje? Zmienić dostawcę, okazja przy najbliższych wyborach!!!

Andrzej Wianecki

* * *

Demokracja wkracza w nową fazę (8 października 2007)

Te wybory pokazują, że demokracja w Polsce wchodzi w kolejną fazę. Faza "rządów ludu... bez ludu"... Może to w zasadzie i dobrze, bo "lud" w swej większości jest - wiadomo jaki. Niemniej takie przejście w wykonaniu śmietanki klasy politycznej, która niemalże dławi się od wymieniania słowa demokracja przez wszystkie konfiguracje, z częstotliwością większą niż w przypadku innych słów, wydaje mi się wręcz perwersją. Wychodzi bowiem na to, że "demos" nie jest już tej śmietance politycznej do niczego potrzebny. No, chyba że tylko do tego, by ich oklaskiwać, no i jeszcze do tego, by na nich zagłosować.
Śmietanka po skonstatowaniu tego faktu uznała, że ze zwykłymi ludźmi nie ma sensu się spotykać "na żywo". Wystarczą konferencje dla dziennikarzy i konwencje, w których uczestniczą wyłącznie klakierzy. Nie ma ryzyka, że ktoś zada niewygodne pytanie, nie zachodzi niebezpieczeństwo, że ktoś się z czymś wyrwie. Wszystko jest pod kontrolą. Odkąd to, podczas konferencji prasowej zorganizowanej na otwartej przestrzeni w Łodzi, pewna pani zaczęła żalić się premierowi Kaczyńskiemu, że przez opieszałość urzędników jej firma bankrutuje, i że nie ma ona już z czego płacić swoim pracownikom, i po typowym dla premiera skonstatowaniu, że ta pani to zamierzona prowokacja politycznych wrogów, uznano zapewne, że szkoda czasu na stresy i odtąd postanowiono organizować spotkania wyłącznie z udziałem klakierów i to w pomieszczeniach zamkniętych.
Obserwuję kampanię z miejsca, z którego startuje paru tuzów o nazwiskach dla polskiej polityki znaczących. Może kogoś z nich krzywdzę, ale jak dotąd nie dostrzegłem, by któryś z tych kandydatów prowadził kampanię polegającą na bezpośrednim kontakcie z wyborcą. Są wielkie plakaty, afisze, spoty... Od czasu do czasu któryś z tuzów nawet pojawi się w mieście, ale chyba tylko po to, by w zamkniętym pomieszczeniu spotkać się z dziennikarzami, pochwalić się, ile to podpisów udało mu się zebrać, coś obiecać, ewentualnie zjeść kolację w otoczeniu klakierów i na tym koniec. Wyborca nie jest o tych spotkaniach informowany, a o tym, że tuz był, dowiaduje się następnego dnia z gazety. Nie, żebym się żalił, bo specjalnie bym się na takie spotkania nie rwał, ale może są tacy, którzy jednak chcieliby się upewnić w bezpośrednim kontakcie, czy rzeczywiście warto na tego bądź innego kandydata zagłosować.
Ta zmiana podejścia do prowadzenia kampanii wynika pewnie z prostej kalkulacji. Otóż na bezpośrednie, spontaniczne spotkania kandydatów z wyborcami szkoda i czasu i energii, poza tym nigdy nie wiadomo czy dopisze frekwencja. Jest to oczywiście podejście zrozumiałe i logiczne, warto jednak dodać, że w dłuższej perspektywie prowadzić ono musi do jeszcze większej alienacji tzw. klasy politycznej od społeczeństwa. Aha, warto też pamiętać jeszcze o tym, że wejście demokracji w nową fazę musi się wiązać ze wzrostem kosztów jej funkcjonowania. Podatnicy powinni się więc trzymać za kieszenie. Spoty telewizyjne, billboardy, konwencje z udziałem klakierów kosztują. Dlatego nie zdziwmy się, jak nowo wybrana śmietanka polityczna, gdy już zasiądzie w gmachu parlamentu, kto wie czy nie otoczonego wysokim murem, rozpocznie kadencję od zwiększenia dotacji dla partii politycznych. Po to oczywiście, by za 4 lata, a może i szybciej, móc posuwać rozwój demokracji dalej do przodu...

Paweł Sztąberek

* * *

Początek końca Jarosława Kaczyńskiego (1 października 2007)

Socjalizm jest, czego chyba Czytelnikom "Strony Prokapitalistycznej" przypominać nie trzeba, złem, które należy zwalczać w każdej postaci. Jest on szkodliwy dla poszczególnych ludzi, ale i dla całych społeczności, dla poszczególnych miast, ale i dla całych państw. Socjalizm psuje ludzi, niszczy gospodarkę, promuje nieróbstwo, złodziejstwo, szerzy demoralizację. Wydawać by się mogło, że socjalizm umarł w Polsce w 1989 roku. Dziś już wiemy, że tak się nie stało. Ci, którzy po 1989 roku, na swoich partyjnych sztandarach eksponowali hasło delegalizacji SLD, dekomunizacji i wreszcie przepędzenia postkomunistów na śmietnik historii, uzasadniali to "sprawiedliwością dziejową", "koniecznością rozliczeń" itp. Twierdzili, że wystarczy politycznie zmiażdżyć postkomunistów, niektórych może nawet pozamykać do więzień, a w Polsce zrobi się lepiej. Z niektórymi z tych haseł antysocjalistom trudno się było nie zgodzić.
Ale cóż oto widzimy dziś? Aż trudno uwierzyć własnym oczom... Prawo i Sprawiedliwość, partia Jarosława Kaczyńskiego, który był jednym z tych najgłośniej domagających się rozliczenia poskomuny, nagle staje się jej adwokatem. I wszystkie potulne kundelki prezesa PiS, z czołowym "antykomunistą" Jackiem Kurskim na czele, dwoją się i troją, by uzasadnić, dlaczego PiS uznał za stosowne wspomagać w tej kampanii lewą nogę i dlaczego Jarosław Kaczyński zdecydował się na debatę z cierpiącym na przypadłość goleni prawej, Aleksandrem Kwaśniewskim.
Wszyscy wokoło zachwycają się nad taktycznym geniuszem Jarosława Kaczyńskiego... Należy jednak zadać pytanie, czy to, co jest w danej chwili dobre dla Jarosława Kaczyńskiego i jego przybocznej gwardii z PiS-u, jest również dobre dla Polski? Otóż, dla Polski na pewno nie jest dobre wzmacnianie formacji poskomunistycznej, zwanej dzisiaj LiD-em. W momencie, w którym wydawać by się mogło, iż poskomuniści są tak blisko dna, jak nigdy dotąd, Jarosław Kaczyński uznał za stosowne podać im rękę, po to tylko, by dokopać Donaldowi Tuskowi. Jeśli taktyka Jarosława Kaczyńskiego polegać ma tylko na tym, by mógł on osiągać z niej jak największą osobistą satysfakcję, to ja za taki geniusz dziękuję. Wzmacnianie formacji jawnie deklarującej przywiązanie do socjalizmu, antykościelnej, promującej przeróżne zboczenia, uważam za równie szkodliwe dla Polski, jak rządy takiej formacji.
Richard M. Weaver mawiał, że "idee mają konsekwencje". Można by dodać, że czyny również. Mam dziwne przeczucie, że szef PiS-u, Jarosław Kaczyński, trochę się już - od tych wszystkich pochlebstw - w tym geniuszu taktycznym zagalopował, zaczyna się w nim gubić i kto wie, czy właśnie nie zaczął się proces powolnego owijania tego geniuszu wokół swojej własnej szyi.

Paweł Sztąberek

* * *

Cynizm (24 września 2007)

Co tu dużo mówić, na polskiej scenie politycznej istnieją jednak szczególne fenomeny. Bez wątpienia do jednego z nich należy lider Samoobrony, Andrzej Lepper. Ma on jakiś wyjątkowy dar przyciągania. Garną się do niego nie tylko - jak powszechnie to wiadomo - kobiety, ale także mężczyźni. Jednym z pierwszych znanych mężczyzn, który przyssał się do Andrzeja Leppera był Ryszard Czarnecki, wcześniej szef Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego. Oddał się on charyzmatycznemu przywódcy "Samoobrony" za mandat w europarlamencie. Gdy pan europoseł Czarnecki został przez Leppera dostatecznie wykorzystany, pozbyto się go tak mniej więcej, jak pozbywa się służącego, który nie jest już do niczego potrzebny.
Inny rodzaj zauroczenia panem Lepperem przeżył bez wątpienia lider Ligi Polskich Rodzin, Roman Giertych. Czar rzucony przez szefa "Samoobrony na pana Romana okazał się tak silny, że nawet gdy było już wiadomo, iż Lepper pokazuje mu wyciągnięty do góry środkowy palec, ten wciąż twardo go bronił przed ministrem Ziobro i pewnie do dziś ciężko przeżywa rozstanie ze swą - do niedawna - miłością polityczną.
Ostatnia "bomba" to zbliżenie się do szefa "Samoobrony" p. Leszka Millera. Ten, wydawało się, 100-procentowy mężczyzna, pies na kobiety, okazał się jednak wrażliwy również na męskie wdzięki. Wszystko wskazuje na to, że kobiety będą rozczarowane, gdyż jak Leszek Miller zaczynał - wiadomo... Ale że skończy w objęciach Leppera? Tego nikt się nie spodziewał...
Po co to właściwie piszę? Chyba tylko dla pokazania, jak ważną rolę w polityce (współczesnej zwłaszcza) odgrywa cynizm. Otóż ludzie, którzy są w polityce od dłuższego czasu nie mogą - jak się okazuje - bez niej żyć. Żeby tylko utrzymać się na firmamencie gotowi są zrobić wszystko, nawet uczynić z siebie pospolite szmaty. Pan Czarnecki miał być swego czasu nadzieją polskiej prawicy i promotorem jednego z jej nurtów - chrześcijańskiego, ale i liberalnego - wszak zaczynał w Unii Polityki Realnej... Pan Giertych był z kolei nadzieją spadkobierców idei narodowej i konserwatywnej. I nagle okazało się, że obaj byli gotowi zanegować własne tradycje, własne życiorysy, byleby tylko dorwać się, bądź utrzymać przy korycie. Co przyciągnęło ich do człowieka, który otwarcie głosi lewicowy prymitywizm i pada na kolana przed Unią Europejską? Chyba tylko cynizm. Ale cóż, okazało się, że trafili na jeszcze większego cynika od siebie samych... Co czeka p. Millera? Ech, to już nie moje zmartwienie...

Paweł Sztąberek

* * *

Dwa złote plus VAT (17 września 2007)

Dzięki rozwojowi różnych nowoczesnych technologii pojawiają się nowe sposoby zbiórek pieniędzy na różne cele. Wczoraj, z okazji kolejnego Dnia Kotana, czyli rocznicy śmierci społecznika Marka Kotańskiego, zauważyłem w telewizji, że podczas koncertu na dolnym pasku cały czas widniała plansza z informacją do telewidzów. Był to apel o finansowe wsparcie dla ośrodków terapeutycznych jakie założył Marek Kotański. Propozycja skierowana do telewidzów brzmiała następująco: wesprzyj dzieło Marka Kotańskiego - wyślij sms o treści... pod numer... Małymi literami na dole jest dodane, że koszt sms wynosi 2 zł + VAT. Czyli chcąc wesprzeć jakąkolwiek zbiórkę pieniędzy na obojętnie jaki cel, wspieramy w dużej mierze państwo. Z sms'a o wartości 2 zł wysokość podatku VAT to 0,44 zł. Gdy wysyłamy 100 zł to już 22 zł, itd.
Zastanawiające jest jednak dlaczego państwo sobie rości prawo do pobierania tego typu opłat? Przecież wysyłając tego typu wsparcie chcemy pomóc potrzebującym, a nie państwu. Państwo nie ma moralnego prawa do wyciągania łapy po tego typu pieniądze. Przecież w przypadku powodzi, huraganu, wypadków, podobne akcje szybkiej zbiórki pieniędzy są coraz bardziej popularne. Ludzie chcą pomóc potrzebującym, a tak naprawdę przy okazji pomagają państwu łatać dziurę budżetową...
Może warto w czasie rozpoczętej właśnie kampanii wyborczej podnieść ten temat i problem. W końcu nawet jeśli budżet państwa nie czerpie z tego jakichś gigantycznych wpływów, to i tak sam fakt, że przy tego typu altruistycznych postawach Polaków, cokolwiek wpływa na jego konto, jest obrzydliwe. I choćby z tego powodu należałoby jak najszybciej zmienić ustawę o podatku VAT, aby zlikwidować obecną sytuację.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Powściągliwość prezydenta - wskazana (3 września 2007)

Prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu zarzuca się od czasu do czasu, że jest ospały, że nie zajmuje zdecydowanych stanowisk w konkretnych sprawach, że nie reaguje w odpowiednim momencie. Widać, prezydent wsłuchuje się w te wszystkie głosy, bowiem w ostatnich dniach trochę się uaktywnił. I był to, niestety, błąd. Przynajmniej jeśli chodzi o fragment jednego z jego niedawnych wystąpień.
Nie dam głowy, gdzie owe słowa padły, być może na zjeździe "Solidarności", w stosunku do której PiS uprawia ostatnio politykę wyjątkowo wazeliniarską... Ale brzmiały one mniej więcej tak (cytuję z pamięci): "Nie dopuścimy do tego, aby Polska stała się krajem dla bogaczy". Po usłyszeniu takich słów dochodzę do wniosku, że jednak lepiej by było gdyby prezydent był bardziej powściągliwy i rzadziej się wypowiadał.
No bo jaką wobec tego Polskę chce nam zaoferować prezydent Kaczyński ze swoją ekipą? Ano chyba tylko Polskę dla biedaków. Ale czy naprawdę marzeniem obozu PiS-owskiego jest, by cały kraj stał się jedną wielką zasiłkodajnią? Tylko dlatego, że PiS-iakom wydaje się, że "bogaty to zły"?
Myślę, że panowie Kaczyńscy popełniają podstawowy błąd. Otóż, generalizowanie pewnych sytuacji, uogólnienia typu "bogaty = zły", wyrządzają szkodę bardzo wielu ludziom. Nie każdy, kto dorobił się majątku jest człowiekiem złym. Poseł, przez cały czas trwania kadencji dorobić się może z samych tylko diet, ok. 500 tys. zł. Nie jest to mało. Ale czy to oznacza, że każdy poseł jest złym człowiekiem, złodziejem, czy naciągaczem? Zdolny, pomysłowy przedsiębiorca w tym samym czasie może zarobić znacznie więcej. Czy z tego tylko tytułu jest on złym człowiekiem, złodziejem czy oszustem?
Nawet jeśli słowa braci Kaczyńskich są tylko skrótami myślowymi, czynionymi na użytek wyborczej propagandy, to nie zmienia to faktu, że mądry polityk nie powinien takich skrótów używać. Polityk taki powinien zdawać sobie sprawę z konsekwencji, jakie mogą rodzić słowa. Podburzanie jednych przeciwko drugim nie przysłuży się dobrze Polsce w dłuższej perspektywie. Jeśli panowie Kaczyńscy mają coś do konkretnych osób, choćby i majętnych, niech mówią to wyraźnie. Natomiast niech nie gnębią ludzi tylko za to, że coś im się w życiu udało.

Paweł Sztąberek

* * *

Winni za całe zło (27 sierpnia 2007)

Nie ma chyba na tym świecie rzeczy gorszej od biznesu. Biznes - jak powszechnie wiadomo - odpowiada za wszystko co najgorsze. Jest zatem winien wszystkich wojen, odpowiada za szerzącą się biedę, jest sprawcą wyzysku człowieka nad człowiekiem, okrada zwykłych ludzi, a dla zysku gotów jest do najcięższych zbrodni. Biznes jest winien zagłady żabek w Dolinie Rospudy, tego, że jedne zwierzęta zjadają inne oraz że ludzie zjadają zwierzęta, odpowiada zapewne za wszystkie niechciane ciąże oraz za to, że Janusz Kaczmarek okazał się człowiekiem "układu". To biznes, nikt inny, odpowiada za katastrofy drogowe, bo żądza zysku sprawia, że zapomina się o bezpieczeństwie. Wszystkie katastrofy lotnicze to wina biznesu, bo - wiadomo - szkoda było na śrubkę z mocniejszej stali. Biznes jest jak wampir, który bezlitośnie wyssie ostatnią kroplę krwi z dowolnego organizmu, byleby tylko sycić się i sycić ludzką niedolą.
Zatem, przedsiębiorcy wszelkich branż: fabrykanci, piekarze, szewcy, budowlańcy, rolnicy, masarze, księgarze, hodowcy kwiatów, właściciele firm transportowych, sklepikarze i malarze - wiedzcie, że odpowiadacie za wszystkie nikczemności tego świata! Nie ma dla Was ratunku...
Ale to nie wszystko... Okazuje się bowiem, że odpowiadacie za coś jeszcze, a czego na pewno byście się nie spodziewali... Jednak czujne oko dziennikarki TVN, Marzanny Zielińskiej, sprytnie Was zdemaskowało. W komentarzu wieńczącym informację o katastrofalnej burzy nad mazurskimi jeziorami, pani redaktorka pozwoliła sobie na, mniej więcej, taki komentarz (cytuję z pamięci): "Winny całej tragedii jest człowiek, a dokładnie - biznes. Zapobiec temu mogą tylko poważne decyzje polityczne".
Cóż, wszystko jasne. Jesteście podli, dlatego pewnie zaraz dobre państwo utka ustawę, która światu zrobi dobrze, a Was słusznie ukarze. I na pewno nie będzie już na świecie żadnych katastrof, a ludzie będą szczęśliwsi...

Paweł Sztąberek

* * *

Teatr absurdu (13 sierpnia 2007)

Ostatnie tygodnie w polskiej polityce mogłyby być solidną inspiracją do napisania scenariusza sztuki z dziedziny teatru absurdu. Koalicja jest, czy jej nie ma; "Samoobrona" wychodzi ale zostaje; LPR wychodzi ale zostaje. Można by pomyśleć, że politykom udało się rozwiązać odwieczny problem, jak zjeść ciastko i nadal je mieć. No i jeszcze to obłąkańcze pragnienie nie bycia posądzonym o zerwanie koalicji. Tak jakby miało to cokolwiek zmienić. Rozumiem, gdyby jednoznaczne przyznanie przez PiS, że to on zrywa koalicję, procentowało nagłym wzrostem poparcia dla LPR-u czy "Samoobrony", bądź odwrotnie, to dałoby się ten upór jakoś wytłumaczyć i usprawiedliwić. Ale nie zauważyłem jakoś, by naród zapałał nagle miłością do Romana Giertycha tylko za to, że premier w sobotę oświadczył, że wreszcie go dymisjonuje, i że zwalnia LPR na zielona trawkę. Po prostu paranoja...
W związku z tym całym zamieszaniem wpadł mi do głowy pewien pomysł. Można by to nazwać urynkowieniem rządu... Otóż należałoby przyjąć opcję zerową, tzn. zacząć wszystko od początku. Ponieważ w pewnym momencie nie wiadomo było, czy rząd jeszcze jest czy już go nie ma, bo wszyscy wychodzili z koalicji, ale jednocześnie w niej zostawali, wskazane by było, by istniało kilka rządów, a może nawet kilkanaście. Giertych założyłby własny rząd, Kaczyński własny, Lepper własny, Tusk własny, Korwin-Mikke własny itp, itd... Rządy te działałyby na własny rachunek, tzn. za własne pieniądze, a nie podatników - przynajmniej na początku. Oczywiście musiałyby ze sobą konkurować na programy i na poczynania. Najwięcej do powiedzenia miałby ten rząd, na który ludzie decydowaliby się płacić podatki. Ciekawe, czy większe szanse miałby rząd np. Olejniczaka, czy Kaczyńskiego, potrzebujący duuużo pieniędzy na realizację "solidarnego państwa" czy też np. rząd Korwina-Mikkego, głoszący hasła państwa minimum i niskich podatków. Zresztą, gdyby od hojności ludzi zależało być albo nie być danego rządu, wcześniej czy później, dochodziłoby do licytowania się, kto wprowadzi niższe podatki. Zasada jest prosta - rządy, na które ludzie nie chcieliby płacić bankrutowałyby, natomiast pozostałe jakoś by - lepiej lub gorzej - przędły.
Oszczędzone byśmy mieli - przy powyższym rozwiązaniu - patrzenia na te wszystkie gorszące spektakle, z tchórzami, sprzedawczykami, zdrajcami, narcyzami, a nawet dewiantami w roli głównej. Konkurencja między rządami - to jest to!

Paweł Sztąberek

* * *

Droga donikąd... (6 sierpnia 2007)

Będąc ostatnio w jednym z warszawskich centrów handlowych usłyszałem z głośników następujący komunikat: "Uwaga! Kierowca samochodu, który stanął na miejscu dla niepełnosprawnych. Powtarzam: kierowca, który stanął na miejscu przeznaczonym dla niepełnosprawnych... proszony jest o spalenie się ze wstydu". Komunikat był powtarzany średnio co 10 minut, więc po godzinie słuchania, miałem akcji zleconej przez Stowarzyszenie Przyjaciół Integracji już serdecznie dość. Niedługo potem dowiedziałem się, że niepełnosprawni podjęli kolejną akcję mającą, no właściwie nie wiem jak właściwie określić co mającą. Wychować, upokorzyć, czy być zemstą. Nie wiem jak nazwać akcję, która polega na tym, że przyłapane auto na miejscu parkingowym dla inwalidów zostaje oblepione na szybie naklejką zasłaniającą widoczność kierowcy. Usunięcie takiej naklejki nie jest proste i zajmuje podobno nawet do godziny...
Pozostawiając z boku kwestię czy w społeczeństwie, w którym podobno jest równość wobec prawa i stara się traktować niepełnosprawnych jako pełnosprawnych ludzi, w ogóle takie przywileje są potrzebne, ale warto zastanowić się na inną kwestią. Czy jeżeli nawet rzeczywiście najbliżej wejść do centrów handlowych wyznaczone są miejsca parkingowe dla inwalidów, to inni kierowcy mają prawo z nich korzystać? Zapewne nie mają takiego prawa, a przynajmniej kulturalny kierowca nie zostawi tam auta, choć z drugiej strony sytuacje mogą być przecież najróżniejsze. Czy wówczas łamie prawo? Zapewne tak, ale czy rzeczywiście stosowną do tego karą jest również łamanie prawa? Nie jest bowiem chyba zjawiskiem normalnym, że obklejamy komuś samochód tylko dlatego, że nie podoba nam się miejsce, w którym dany kierowca zaparkował. Dziś zaklejają szyby, jutro ktoś wpadnie na pomysł bardziej radykalny i zacznie się podpalać te auta.
Wydaje się, że tego typu akcje, które notabene zyskały wielki poklask ze strony salonowych mediów, tak naprawdę działają na szkodę inwalidów. Osobiście nigdy nie zająłem koperty przeznaczonej dla inwalidów, ale jak widzę obklejoną całą szybę pojazdu, który na takim miejscu zaparkował, to moja tolerancja wobec przywileju jakim jest prawo do tego miejsca parkingowego zostaje przekroczona. Nie rozumiem dlaczego jakaś grupa ma rzekome prawo do karania ludzi za ich rzeczywiste, bądź nie, błędy?
Stowarzyszenia, które deklarują walkę o prawa ludzi niepełnosprawnych, zgłosiły nie tak dawno wniosek o zmianę ustawy o ruchu drogowym proponując odholowywanie bezprawnie zaparkowanych aut na koszt ich właścicieli. Czemu ma służyć to wszystko? Dobre pytanie. Takimi karami i represjami nie nauczy się ludzi kultury, czy szacunku dla inwalidów. Obawiam się nawet, że takie akcje jak ta, której odpowiedzią na łamanie prawa jest również złamanie prawa, prowadzą donikąd...

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Tylko dokąd będziemy wiać? (30 lipca 2007)

Socjalizm, który - jak wiadomo - miał być "najwspanialszym z ustrojów", tam gdzie tylko się pojawił przynosił w rzeczywistości biedę i zniszczenie. Oaz socjalizmu jest wciąż na świecie sporo, na tyle sporo, by zdrowomyślący ludzie mogli nabrać do niego dożywotniej awersji.
Z socjalistycznej Korei Północnej co rusz dochodzą wieści o panującym tam głodzie. Kubański przywódca Fidel Castro wciąż karmi naród hasłem "socjalizm albo śmierć", jakby nie zdawał sobie sprawy z tego, że socjalizm równa się śmierć. Niepomny nauk płynących z doświadczenia, choćby chilijskiego za rządów Allende, inny socjalista, wenezuelski watażka Hugo Chavez prowadzi swój kraj i żyjących w nim ludzi wprost do katastrofy. Okradanie ich z własności, nacjonalizacja fabryk to pierwszy krok do gospodarczej zapaści i do tragedii wielu ludzi.
Inny socjalistyczny raj, Zimbabwe, rządzony od lat przez Roberta Mugabe, to kolejny przykład niszczycielskiego działania socjalizmu. Ta kwitnąca jeszcze niedawno kraina, po kilku latach socjalistycznego eksperymentu dziś staje się areną walk o bochenek chleba. Rządzący pozostają jednak ślepi. Zamiast uwolnić z okowów socjalizmu ludzką inicjatywę, która sprawi, że chleba znów nie będzie brakować, brną w coraz większe nonsensy. W Zimbabwe zniszczono prywatną własność, ograbiono dawnych właścicieli ziemskich, dopuszczono się okrutnych zbrodni na plantatorach i ich rodzinach. Dziś natomiast, na tych, którzy jeszcze czymś handlują usiłuje wymuszać się obniżki cen towarów, jakby miało to na dłuższą metę cokolwiek pomóc. Mugabe zabrnął w ślepą uliczkę i chyba nie bardzo wie, jak się z niej wydostać. Wie za to coraz więcej mieszkańców tego afrykańskiego kraju, głosując nogami. Do samej RPA uciekło już, bodajże, kilkaset tysięcy ludzi.
W Europie, a i w samej Polsce również nie brakuje socjalistów. Śmiało można stwierdzić, że jest ich spora nadwyżka, również w rządzie, co wcale nie przeszkadza niektórym "prawicowym" publicystom, jak np. Cezary Michalski z "Dziennika" czy Tomasz Sakiewicz z "Gazety Polskiej", troszczyć się o przyszłość ruchu socjalistycznego w naszym kraju. Jeśli jednak przed ruchem socjalistycznym rzeczywiście rysuje się świetlana przyszłość - tak jak chcieliby tego obaj znani publicyści - wówczas biada Polsce, biada Europie. Tylko dokąd będziemy zwiewać? Rosja, Białoruś, Ukraina?

Paweł Sztąberek

* * *

Zatroskani o lewicę... (23 lipca 2007)

Czy lewica jest Polsce potrzebna? To pytanie dość często stawiane jest przez różnych publicystów. I o ile można by zrozumieć publicystów "Trybuny" czy "Gazety Wyborczej", udzielających na nie twierdzącej odpowiedzi, o tyle dziwi czasem troska o przyszłość lewicy płynąca ze strony tzw. prawicowej. Świadomie piszę "tak zwanej", ponieważ w takich momentach prawicowość owej strony mocno się rozmywa.
Gazetę "Dziennik" przestałem regularnie czytać, gdy jeden z jej czołowych redaktorów, Cezary Michalski, kilkakrotnie postanowił zatroszczyć się o przyszłość lewicy w Polsce. Ubolewał pan Michalski nad ciężkim losem niejakiego Sławomira Sierakowskiego, któremu dostęp do politycznych salonów blokują starzy wyjadacze z SLD, dla redaktora Michalskiego nie będący żadną lewicą. Prawdziwa lewica - zdaniem p. redaktora - to Sierakowski i dlatego trzeba go dopieszczać. Pytanie tylko - po co? I dlaczego akurat pan redaktor Michalski oraz "prawicowy" "Dziennik" wzięli na swoje barki przedziwne lansowanie pana Sierakowskiego?
Okazało się jednak, że nie był to przypadek odosobniony... Niedługo po płaczliwych wywodach red. Michalskiego, za lansowanie i dopieszczanie lidera młodej lewicy, tow. Sierakowskiego, wziął się prezes państwowej telewizji, Andrzej Urbański. "Rzeczpospolita" doniosła, że obiecał on temu młodemu socjaliście, że będzie miał swój własny program publicystyczny w TV od jesieni br. Szum wokół tej sprawy zrobiła jedynie Liga Polskich Rodzin, której przedstawiciel, poseł Bosak, przekonująco tłumaczył, że jawne lansowanie bolszewizmu w czystej postaci jest niezgodne z obowiązującym prawem i że ktoś, kto otwarcie głosi poglądy Lenina nie powinien być pupilkiem prezesa Urbańskiego. Sprawa - jak na razie - trochę przycichła, niemniej p. Sierakowski czyni ponoć przygotowania do tego, by jesienią ruszyć ze swoim autorskim programem w państwowej telewizji. Z błogosławieństwem PiS-owskiego prezesa TV.
Okazuje się, że troska o losy pana Sierakowskiego jest zaraźliwa i dopadła już nawet redaktora "Gazety Polskiej", Tomasza Sakiewicza. Niedawno, uczestnicząc w sondzie "prawicowego" "Dziennika" na temat rozwoju bieżącej sytuacji politycznej, również rozczulił się on nad tym, że w Polsce nadal nie powstała "prawdziwa" lewica. O panu Sierakowskim red. Sakiewicz w swojej wypowiedzi co prawda nie wspomniał, jednak nie zdziwię się, jeśli wkrótce, podobnie jak w państwowej telewizji, również w "Gazecie Polskiej" załapie się on na jakieś okienko.
Czy zatem lewica jest Polsce potrzebna? Twierdząco na takie pytania odpowiedzieć mogą - poza czerwonymi z krwi i kości - chyba tylko ludzie, którzy ukrywając się pod etykietką prawicy są tak naprawdę lewakami, którzy z jakichś powodów wstydzą się swojego lewactwa, i którym od czasu do czasu ono się jednak wyślizgnie. Poza tym okazuje się po raz kolejny, że pusty antykomunizm, nie podparty przywiązaniem do tradycyjnego systemu wartości, do wolnorynkowej gospodarki i do wolności, jest tylko inną wersją bolszewizmu. Uświadamiając to sobie łatwiej zrozumieć, dlaczego mamy w Polsce taką "prawicę jaką mamy...

Paweł Sztąberek

* * *

Walka z korupcją (16 lipca 2007)

W związku ze sprawą domniemanej afery korupcyjnej, której głównym bohaterem ma być jakoby Andrzej Lepper, politycy Prawa i Sprawiedliwości, jeden przez drugiego, prześcigają się w udowadnianiu, jaką to słuszną ideą było powołanie Centralnego Biura Antykorupcyjnego. "Teraz widać, że bez względu na to, z jakiego ugrupowania wywodzi się przestępca i bez względu na to, jaką funkcję zajmuje, ręka CBA i tak go dopadnie" - tak można by mniej więcej skwitować słowa polityków PiS. Cóż jednak z tego, skoro "pozostający w kręgu podejrzenia" lider Samoobrony, zamiast oglądać świat przez kraty, chodzi sobie od konferencji prasowej do konferencji prasowej i ze wszystkich się naśmiewa.
Coś zatem poszło CBA nie tak. Ale nie to jest w całej tej historii najgorsze. Zwrócił na to uwagę m.in. pan Roman Giertych, który w jednym z wywiadów stwierdził, iż wiele wskazuje na to, że Centralne Biuro Antykorupcyjne samo wykreowało całą tę historię z odrolnieniem działki na Mazurach. "Państwo nie powinno prowokować ludzi do popełniania przestępstw, a z taką sytuacją prawdopodobnie mieliśmy tu do czynienia" - stwierdził lider LPR.
Wiadomo, skoro powołano jakiś urząd to po to, by czymś się on zajmował. CBA ma zwalczać korupcję, a nie zajmować się testowaniem ludzi na ich odporność na wszelkie pokusy. Szkoda jednak, że p. Giertych nie poszedł krok dalej w swej diagnozie i nie dostrzegł, że to prowokowanie ludzi odbywa się już na poziomie obowiązujących przepisów, które coraz więcej władzy przyznają urzędnikom, ograniczając jednocześnie wolność zwykłych ludzi. Szkoda, że p. Giertych nie zaproponował likwidacji koncesji na prowadzenie działalności gospodarczej oraz innych rozwiązań, które pozbawiałyby administrację, czy to centralną czy samorządową, możliwości decydowania o być albo nie być jakiegoś gospodarczego przedsięwzięcia.
Obawiam się, że PiS nie jest zdolny do przeprowadzenia takiej zmiany. Nie tylko dlatego, że brak jest na to politycznej woli, ale przede wszystkim chyba dlatego, że PiS święcie wierzy w biurokrację, jej świętą misję kreowania rzeczywistości. "Silne państwo" w ustach PiS-u to państwo nie mocnych i prężnych przedsiębiorców, zdolnych, pracowitych i dobrze zarabiających ludzi, lecz państwo rozbuchanych urzędów, biurokratów, inspektorów kontroli, przeróżnych rzeczników praw tego czy owego itp. Prościej było powołać nowy urząd do zwalczania korupcji, zatrudnić w nim kilka tysięcy ludzi, aniżeli zmienić przepisy, które z pewnością korupcję by, jeśli nie wyeliminowały całkowicie, to przynajmniej znacząco ograniczyły. No, ale wtedy to ludzie sami byliby kreatorami, nie zaś urzędnicy.
Andrzej Lepper krzyczy dziś: "Zlikwidować CBA!". To za mało. Trzeba zlikwidować nie tylko CBA, ale także mnóstwo przepisów, które korupcji sprzyjają.

Paweł Sztąberek

* * *

Jeśli nie rząd to kto? (9 lipca 2007)

Wielu ludzi wciąż sądzi, że jeśli tylko rząd przestanie się zajmować jakimś problemem, wówczas powstanie czarna dziura, której nic nie będzie w stanie zapełnić. Stąd bierze się szereg bardzo popularnych przeświadczeń, takich np. jak to, że służba zdrowia musi być państwowa, szkolnictwo musi być państwowe, ubezpieczenia społeczne muszą być przymusowe itp. Gdyby rząd nie zajmował się szpitalami to - zdaniem tych ludzi - szpitali w ogóle by nie było; gdyby rząd nie zajmował się edukacją, wówczas nie byłoby szkół i nikt by się nie uczył; gdyby rząd nie potrącał pod przymusem części wynagrodzeń w ramch tzw. składek ubezpieczeniowych, wówczas nikt nie dbałby o to, z czego będzie żył na starość.
Przykład skrajnego typu myślenia dała pani Elżbieta Jakubiak z kancelarii prezydenta Kaczyńskiego, która w jednym z wywiadów podzieliła się z czytelnikami swoją wizją roli jaką winien spełniać rząd, a dokładniej - stanowiąca jego zaplecze biurokracja. Otóż wyznała ona do dziennikarza, że gdyby nie urzędnicy... "(...) Gdyby nie oni, gdyby nie tacy ludzie jak ja, byłby pan bez numeru dowodu, zameldowania..." i "(...) W sumie to ja panu pozwalam pracować".
No właśnie, wychodzi na to, że gdyby nie rząd, ludzie poruszaliby sie po świecie niczym pijani we mgle. Mało kto dziś chce słyszeć np. o zniesieniu dopłat do rolnictwa. Czy gdyby te dopłaty zostały zniesione oznaczałoby to, że rolnictwo upadnie? Że nie będzie miał już kto uprawiać ziemi? Przecież to nonsesn. Najświeższy sygnał, który pokazuje, że rząd więcej szkodzi niż pomaga, płynie do nas z Unii Europejskiej, która aż dławi się od wszelkiego rodzaju dopłat i dotacji, w tym również dla rolnictwa. Otóż Unia zamierza płacić tym rolnikom, którzy zdecydują się wykarczować swoje winnice. Karczować mieliby dlatego, gdyż - jak zauważyli biurokraci - w Europie jest nadprodukcja wina. Urzędnicy najpierw sami stworzyli system dopłat, który zachęcał do zakładania winnic, teraz zaś będą płacić za to, by winnice likwidować.
Jak widać zabawa pieniędzmi podatników nie zna granic. Gdyby biurokraci zająknęli się chociaż, że sam system jest chory i że być może wszelkie dopłaty w ogóle należałoby zlikwidować - ale nie. Nadal trzeba regulować rynkiem, nadal decydować za konsumentów, czy jest nadprodukcja czy jej nie ma, czy jakiś producent powinien zbankrutować i przerzucić się na inną branżę czy też nie... Rząd, biurokracja, urzędnicy mają być oczami i mózgami zwykłych ludzi, bo bez tych oczu i bez tego mózgu ludzie nie będą wiedzieli jak żyć. To, że myśli tak wielu urzędników czy polityków nie powinno właściwie dziwić. Gorzej, że ten styl myślenia zaszczepili oni zwykłym ludziom, którzy rzeczywiście - nie wiedzieć zupełnie czemu - gotowi są oddawać swoje życie w ręce bezdusznej biurokracji.

Paweł Sztąberek

* * *

Głoszeniem prawdy ku wolności (2 lipca 2007)

W ubiegłą niedzielę wybrałem się na odprawianą od wielu lat w każdą ostatnią niedzielę miesiąca w Kościele św. Stanisława Kostki mszę świętą za Ojczyznę. W czasie ogłoszeń parafialnych, które wygłaszał proboszcz parafii Zygmunt Malacki, poinformował on, że w czerwcu br. do grobu Sługi Bożego ks. Jerzego Popiełuszki przybyło ponad 9 tysięcy wiernych z ponad 40 krajów ze wszystkich niemal kontynentów. Wynik - trzeba przyznać - imponujący, a co warte podkreślenia całe centrum poświęcone temu wielkiemu kapłanowi utrzymuje się jedynie z pracy społecznej wiernych i ich dobrowolnych wpłat. Nie ma zatem specjalnych reklam tego miejsca, a mimo to jakaś magiczna siła przyciąga ludzi z całego świata na warszawski Żoliborz, aby pochylić się nad grobem tego kapłana, który poświęcił życie w obronie wartości wyższych.
W dalszej części ogłoszeń ksiądz prałat wspomniał o wyjątkowym gościu, jaki zawitał do muzeum poświęconemu ks. Jerzemu - miał na myśli przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Hansa-Gerta Poetteringa. Zacytował on również pamiątkowy wpis jaki po sobie w księdze gości pozostawił Niemiec. Nie zacytuję go dosłownie, bo nie zapamiętałem, ale brzmiał on mniej więcej tak: "Ksiądz Popiełuszko jest symbolem wolnej Polski i Europy. Dziś budujemy Europę na takich zasadach, jakie głosił on za życia".
Albo przewodniczący tego marionetkowego i żerującego na europejskich podatnikach ciele jest człowiekiem bezczelnym, albo - pisząc bardzo oględnie - pokrzywdzonym przez los brakiem rozumu. Zresztą jedno nie wyklucza drugiego. Oto bowiem przyjeżdża niemiecki polityk chadecki (sic!), który u grobu męczennika za wiarę i prawdę ogłasza coś z czym organizacja, której przewodzi, swoim działaniem całkowicie zaprzecza. Czy ks. Popiełuszko walczył o przywileje zboczeńców? Czy ks. Jerzy zgadzał się, aby Europę zdominował laicyzm i jezusofobia?
Pan przewodniczący Poettering i parlament, któremu przewodzi, jest czymś, z czym księża i Kościół, jak i wierni powinni walczyć. Po pierwsze dlatego, że PE jest częścią Unii Europejskiej, organizacji, która za naczelny cel stawia sobie walkę z religią chrześcijańską i całym dorobkiem cywilizacyjnym zbudowanym przez Kościół. Na samą myśl o wspomnieniu dziedzictwa chrześcijańskiego w preambule, narzucanej wbrew narodom europejskim, uniokonstytucji, przez polityków europejskich przechodzą ciarki. Nie jestem zresztą zwolennikiem mieszania Boga do tego dokumentu, gdyż w niczym to nie zmieni tego, że projekt ten jest całkowicie antychrześcijański. Wpisanie zatem do preambuły odwołania do Boga czy religii przypominać może powieszenie krzyża w domu publicznym - nie zmienia charakteru tego miejsca i rzeczy jakie się tam dzieją, a wręcz dokonuje jedynie kolejnej obrazy Pana Boga.
Po drugie, ten sam przewodniczący Pottering nie tak dawno nakazał skasowanie wystawy w gmachu PE ukazującej prawdziwe oblicze tzw. aborcji, czyli mordowania nienarodzonych. Jak to się ma do budowania Europy w oparciu o wartości jakie głosił polski kapłan, nie sposób dowieść. Tym bardziej, że nie przeszkadzają mu podobne konferencje na temat rzekomej "faszyzacji Polski", czy dyskryminacji polskich obywateli ze względu na to jakie mają preferencje seksualne. Listę antychrześcijańskich i antyreligijnych postaw Parlamentu Europejskiego jak i całej Unii można by wymieniać jeszcze długo, ale po co.
Ważniejsze w tym wszystkim jest raczej to, że po raz kolejny cytując słowa zamordowanego przez komunistów księdza, możemy zrozumieć jak walczyć z tymi, którzy próbują wprowadzać w Europie to, co jest złe: socjalizm, relatywizm, ateizm.
Oto co ks. Popiełuszko powiedział w kazaniu z 31 października 1982 roku: "Aby pozostać człowiekiem wolnym duchowo, trzeba żyć w prawdzie. Życie w prawdzie to dawanie świadectwa na zewnątrz, to przyznawanie się do niej i upominanie się o nią w każdej sytuacji. Prawda jest niezmienna. Prawdy nie da się zniszczyć taką czy inną decyzją, taką czy inną ustawą. Nie na tym polega w zasadzie nasza niewola, że poddajemy się panowaniu kłamstwa, że go nie demaskujemy i nie protestujemy przeciw niemu na co dzień. Nie prostujemy go, milczymy lub udajemy, że w nie wierzymy. Żyjemy wtedy w zakłamaniu. Odważne świadczenie prawdy jest drogą prowadzącą bezpośrednio do wolności. Człowiek, który daje świadectwo prawdzie, jest człowiekiem wolnym nawet w warunkach zewnętrznego zniewolenia, nawet w obozie czy więzieniu. [podkreślenie - Autor] Gdyby większość Polaków w obecnej sytuacji wkroczyła na drogę prawdy, gdyby ta większość nie zapominała, co było dla niej prawdą jeszcze przed niespełna rokiem, stalibyśmy się narodem wolnym duchowo już teraz. A wolność zewnętrzna czy polityczna musiałaby przyjść prędzej czy później jako konsekwencja tej wolności ducha i wierności prawdzie.
Zasadniczą sprawą przy wyzwoleniu człowieka i narodu jest przezwyciężenie lęku. Lęk rodzi się przecież z zagrożenia. Lękamy się, że grozi nam cierpienie, utrata jakiegoś dobra, utrata wolności, zdrowia czy stanowiska. I wtedy działamy wbrew sumieniu, które jest przecież miernikiem prawdy. Przezwyciężamy lęk, gdy godzimy się na cierpienie lub utratę czegoś w imię wyższych wartości. Jeżeli prawda będzie dla nas taką wartością, dla której warto cierpieć, warto ponosić ryzyko, to wtedy przezwyciężymy lęk, który jest bezpośrednią przyczyną naszego zniewolenia. Chrystus wielokrotnie przypominał swoim uczniom: >>Nie bójcie się. Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, a nic więcej uczynić nie mogą<<. (por. Łk 12,4)".
Myślę, że te słowa są wciąż aktualne, a może nawet dziś jeszcze bardziej niż wtedy, gdy płynęły z ust ks. Popiełuszki. Aby uratować Polskę i Europę przed tym co szykuje projekt uniokonstytucji najlepszą drogą jest głoszenie prawdy. Jak zapewniał Polaków ten niezłomny kapłan, jedynie prawda może doprowadzić do prawdziwej wolności.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Publicyści przeciw polskiej racji stanu? (25 czerwca 2007)

W ciekawym artykule, jaki się ukazał na łamach "Rzeczpospolitej" z 18 czerwca 2007 roku, Igor Janke pisze: "Polska jest dziś w kluczowym momencie. Teraz decyduje się, jaką siłę i pozycję będziemy mieć w Unii Europejskiej, tym wymarzonym przez nas klubie demokratycznych i zamożnych państw. Wszyscy zgadzają się, że rola Unii jest i będzie coraz większa, że coraz bardziej będzie wpływać na nasze życie. Zgodziliśmy się na to i cieszymy się, że jesteśmy w Unii". Zgadzam się z poglądem, że rzeczywiście Europa jest dziś w kluczowym momencie, ale reszta opinii Redaktora zawartych w tym paragrafie nie wytrzymuje krytyki. Cóż to bowiem za demokratyczny klub zamożnych państw, których decydenci są wybierani na wzór sowiecki, czyli z nominacji, a nie wyborów? Komisja Europejska, która ma faktyczną władzę jest poza kontrolą jakichkolwiek władz zarówno narodowych, jak i wewnątrzunijnych, nie licząc Parlamentu Europejskiego, który - co ciekawe - bo nie mieści się w żadnym z klasycznych rozwiązań podziału władz, ma prawo jedynie do odwołania całej komisji, ale już nie poszczególnych komisarzy. A wybierany przez wyborców PE nie dość, że jest ciałem o znaczeniu marginalnym dla działań podejmowanych przez Unię, to hasła tolerancji i obrony praw człowieka, którymi rzuca na prawo i lewo, ma tylko na sztandarach. Konferencje poświęcone tzw. prawom homoseksualistów są w gmachu PE mile widziane, wystawa ukazująca zło aborcji niekoniecznie... Czy tak się zachowuje klub demokratycznych państw? Unia Europejska coraz bardziej przypomina instytucję do cna zideologizowaną, o czym przestrzegał nie tak dawno JŚw. Benedykt XVI, gdzie nie ma miejsca dla zdeklarowanych katolików.
Z kolei pogląd, że "wszyscy zgadzają się, że rola Unii jest i będzie coraz większa..." jest zupełnym nieporozumieniem. Przecież cały obecny tzw. spór europejski toczy się o dokument, który - tam, gdzie umożliwiono wypowiedź narodom - został w referendach odrzucony. Co więcej, coraz większa liczba państw nie zamierza już przeprowadzać referendów, szczególnie tam, gdzie wyniki mogą być niepewne. To kolejny przejaw braku szacunku dla werdyktu wyborczego europejskich szermierzy demokracji... Zresztą wszystkie badania opinii publicznej pokazują, że obywatele "klubu zamożnych państw" nie chcą zwiększania roli Unii i odbierania państwom narodowym kolejnych uprawnień.
Tytuł tekstu p. red. Jankego brzmi: "Politycy przeciw polskiej racji stanu". Warto zadać sobie pytanie czy polską racją stanu jest taki czy inny system głosowania, który zwiększa lub zmniejsza siłę naszego głosu od 3 do 5 proc. Dla mnie osobiście jest obojętne czy w konstytucji unijnej będzie zapisany taki czy inny system głosowania, skoro w każdym przypadku interesy mojej ojczyzny mogą być przegłosowane przez inne państwa. Wydaje mi się, że w ferworze walki o system głosowania większość, w tym i red. Janke, zapomina o sprawie zasadniczej - niezależnie od tego jaki ostatecznie system zostanie przyjęty, oznacza, że suwerenność naszego państwa znacznie się zmniejszy. Szkoda, że spór został sprowadzony nie tylko przez polityków, ale również publicystów do sporu o siłę procentową, a nie do sprawy zupełnie fundamentalnej, jaką jest sama idea konstytucji unijnej i w konsekwencji jej przyjęcia utrata suwerenności państwowej.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Czego potrzebuje Europa? (18 czerwca 2007)

Pytanie, po co właściwie Europa ma się jednoczyć, stawiane jest rzadko. Niełatwo też można znaleźć na nie zadowalającą odpowiedź. Jedni twierdzą, że jednoczy się po to, by nie było już więcej wojen na kontynencie. Inni uważają, że zjednoczenie to "konieczność dziejowa" wymuszona przez globalizację. Jeszcze inni utrzymują, że jednoczy się przeciwko Stanom Zjednoczonym. Nie brak też takich, którzy twierdzą, że to Niemcy jednoczą Europę po to tylko, by móc nad nią panować. Dla innych cały unijny projekt to spisek masonerii, który realizowany jest tylko po to, by wymazać Polskę z mapy świata. Właściwie w każdej z tych opcji znaleźć można jakieś ziarno prawdy. Ale zdaje się, że obecnie, już nawet ci, którzy dzisiejszą Europę starają się "jednoczyć", nie wiedzą do końca - po co...
Pod koniec tygodnia ma się rozpocząć unijny szczyt, który być może, choć niekoniecznie, zadecyduje o dalszym kierunku integracji. Najważniejszy cel tego szczytu to uzyskanie akceptacji ze strony wszystkich krajów dla konieczności przyjęcia unijnej konstytucji, obecnie zwanej traktatem. Całe to przedsięwzięcie określa się mianem "dalszego reformowania Unii". To "reformowanie" potrzebne jest ponoć po to, by Unia mogła się rozwijać. Ale co to oznacza, że Unia ma się rozwijać? Czy chodzi o rozwój gospodarczy, czy o jakiś inny? Bo - jak wiadomo - rozwojowi gospodarczemu najlepiej służy wolny rynek. Czy zatem na unijnym szczycie w Brukseli będzie mowa o wolnym rynku, o wolnej gospodarce, o Friedmanie, Misesie czy Hayeku? Wątpliwe. Będzie natomiast mowa o tym, że "trzeba", że "musimy", że "nie ma innej drogi", że "konieczność historyczna" itp.
Szkoda, że na zbliżającym się szczycie nie znajdzie się nikt odważny, kto by zakwestionował dalszy kierunek unijnej integracji, czyli integracji politycznej, wraz z towarzyszącą jej socjalistyczną, polit-poprawną otoczką (prezydent Czech, Vaclav Klaus też pewnie będzie się musiał "dostosować"). Bo jeśli Europa rzeczywiście potrzebuje jakiejś konstytucji to na pewno nie tej bełkotliwej grubej książki, którą kilka narodów już raz odrzuciło, a Konstytucji Wolności. Europa nie musi się na siłę, odgórnie "integrować". Europa potrzebuje oddechu wolności. Jeśli ten oddech złapie, ludzie sami znajdą ze sobą wspólny język i będą współpracować - bez pośrednictwa tej całej olbrzymiej biurokratycznej machiny, jaką na najbliższym szczycie unijnym w Brukseli będą próbowali zaprojektować i przyklepać różni mędrkowie. Pozostaje jednak pytanie: po co?

Paweł Sztąberek

* * *

No pasaran! totalniactwu... (11 czerwca 2007)

Nie tak dawno dowiedziałem się, że posłowie szykują nowelizację ustawy o opłatach abonamentowych. Zmiany nie idą jednak w kierunku zniesienia tej karygodnej i bezczelnej opłaty, lecz w całkiem przeciwnym. Jak informuje Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, głównym celem nowelizacji ustawy z 21 kwietnia 2005 r. o opłatach abonamentowych (Dz.U. nr 85, poz. 728 z późn. zm.) jest poprawienie ściągalności abonamentu radiowo-telewizyjnego. Dziś bowiem jedynie 44 proc. gospodarstw domowych płaci abonament. Poprawienie ściągalności ma być osiągnięte przez wyposażenie urzędników skarbowych w prawo do nachodzenia naszych domów w celu sprawdzania stanu posiadania odbiorników radiowo-telewizyjnych.
Jest to skandal i aż dziw, że jeszcze nikt nie zapowiedział skierowania projektu ustawy do Rzecznika Praw Obywatelskich, Trybunału Konstytucyjnego oraz żadne tzw. autorytety moralne nie zaprotestowały przeciw temu w otwarty sposób.
Jak przeczytałem w "Gazecie Prawnej" z 30 maja br. projekt nowelizacji przewiduje, że "w przypadku niezapłacenia należnego abonamentu, egzekucja zmierzająca do jego ściągnięcia ma być prowadzona przez naczelnika urzędu skarbowego. - Obecnie egzekucja administracyjna zwiększających się zaległości abonamentowych jest praktycznie wstrzymana. Chcemy, by była ona prowadzona przez kierowników urzędów skarbowych, którzy mają do tego odpowiednie zaplecze kadrowe i techniczne - mówi Witold Kołodziejski, członek KRRiT.
Mój dom moją twierdzą - mówi stara anglosaska zasada, ale jak widać pomysłodawcy zmian w polskim prawie mają raczej bliżej w pamięci czasy komunistyczne, w których ludzie chowali odbiorniki radiowe, bo za ich posiadanie groziła nawet kara śmierci! Propozycję, by egzekucję należności abonamentowych prowadziły urzędy skarbowe, pozytywnie oceniają jednak eksperci zapytani przez "Gazetę Prawną". - Urzędy skarbowe dysponują odpowiednim doświadczeniem w zakresie prowadzenia postępowań egzekucyjnych, co powinno umożliwić im skuteczne dochodzenie należności - mówi Ewa Wojnarska-Krajewska, ekspert ds. legislacji w Biurze Analiz Sejmowych".
A co z tymi, którzy mają odbiorniki, ale nie oglądają państwowej telewizji? Co z tymi, którzy mają kilka telewizorów lub odbiorników radiowych, bo np. je kolekcjonują? Na pytania nikt nie odpowiada. Poza tym, prawdziwym niebezpieczeństwem wpuszczenia urzędnika skarbowego za progi swego domu jest np. to, że sprawdzając ilość odbiorników, od razu zauważy też jakiej są one marki. A po marce i modelu łatwo sprawdzić jaką mają wartość te sprzęty. Mając te informacje i porównując np. z naszymi dochodami urzędnicy skarbowi mogą zażądać wyjaśnienia naszych dochodów...
Ponadto dopuszczając na wpuszczanie do naszych domów urzędników skarbowych tworzymy niebezpieczny precedens na przyszłość. Jeśli Sejm uchwali np. ustawę dopuszczającą kontroli oszczędności obywateli, urzędnicy skarbowi będą mogli do woli plądrować nasze zakamarki domowe, pościele, skarpety etc?
Wszyscy wypowiadający się w tej sprawie mącą nasze umysłu jakąś specjalną "misją TVP" jaką to niby ta państwowa spółka ma do spełnienia. A misji w rzeczywistości nikt do dziś nie zdefiniował. Bo i jak zdefiniować tę misję, jeśli nie jako nie chęć ograbienia obywateli pod oszukańczym pretekstem...
Czytając komentarze internautów na temat pomysłu KRRiTv w tekście Gazety Prawnej, a także do wpisu na blogu p. dr Roberta Gwiazdowskiego, odnoszę wrażenie, że nie powinnyśmy pozostać obojętni na próbę wtargnięcia funkcjonariuszy państwa do naszych domów. Może warto przedsięwziąć jakieś kroki zmuszające posłów oraz twórców tejże ustawy do przerwania prac nad nią i rozpoczęcia prac nad likwidacją abonamentu. Czytając te komentarze odnoszę wrażenie, że taka akcja nękania posłów i senatorów oraz członków KRRiTV mogłaby się zakończyć powodzeniem. A nawet jeśli nie zakończy, to powinniśmy chyba walczyć o odbierany nam po raz kolejny spory obszar wolności i prywatności. Niech wiedzą, że naród nie śpi i broni się przed nimi. Totalniakom powiedzmy wreszcie "No pasáran!" i przystąpmy do działania, bo nas zniewolą całkowicie.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Dziękuję ci, rządzie, za wszystko! (4 czerwca 2007)

Jak wiadomo, rząd zna się na wszystkim: na moralności, na etyce, na leczeniu, na edukacji, na literaturze, no i oczywiście na gospodarce. Gdyby nie rząd, ludzie nie wiedzieliby w ogóle co robić, jak się zachowywać, jak i gdzie się leczyć, gdzie się kształcić, czym jeździć do pracy, co czytać, jak gospodarować zasobami... Mówiąc krótko - byłaby katastrofa. Na szczęście rząd czuwa, dzięki czemu świat się jeszcze nie zawalił, a ludzie jeszcze nieposzaleli i jako tako wiążą koniec z końcem.
Rząd uznał swego czasu, że pewnych dziedzin gospodarki nie można prywatyzować, bo - po pierwsze - nie będą w stanie się utrzymać na rynku, a - po drugie - są one gałęziami strategicznymi i powinny pozostać państwowe. Rząd jak przystało na doskonałego planistę i wybornego stratega wie pewnie co mówi, a skoro mówi no to... O ile mnie pamięć nie myli, za jedną z takich gałęzi, rząd, w swej wszechogarniającej mądrości, uznał górnictwo węgla kamiennego. Najpierw oznajmiono, że kopalnie są deficytowe, bo jest ich zbyt dużo, no i że w ogóle węgla jest za dużo. Rząd - zachowując rewolucyjną czujność - nie dał się zwieść tym złoczyńcom, którzy od dawna domagali się normalnej prywatyzacji, a zamiast tego, część kopalń zlikwidował, zwalnianym górnikom wypłacił jałmużny za to, by przestali chodzić do pracy, oraz potworzył jakieś biurokratyczne czapy do zarządzania pozostałymi kopalniami, nadal twierdząc, że branża jest deficytowa, strategiczna i że musi być państwowa.
Rząd jest oczywiście mądry i wie co mówi, a tym bardziej robi. Nie wolno prywatyzować, bo to czy tamto - to nie! Trzeba zlikwidować, bo to i owo - no to trzeba! Koniec kropka. Wolny rynek jest do bani, interwencjonizm państwowy jest cacy!
Gdy dziś śledzę medialne doniesienia na temat przeróżnych afer, w których głównym bohaterem - oprócz ludzi - jest węgiel, dochodzę do wniosku, że rząd miał - jak zawsze - rację. Cudownie, że nie sprywatyzowano kopalń, świetnie, że spełniano wszystkie zachcianki górniczych związków zawodowych, rewelacyjnie, że do deficytowej branży rocznie dokładano z budżetu miliardy złotych (w tym na wymianę szyb w rządowych gmachach po pokojowych manifestacjach górników)... Jak ubogie dziś byłoby nasze życie. Przecież gdyby kopalnie były prywatne, nie przyssałyby się do nich spółki tworzone przez tzw. kolesiów, spółki, które mimo nierentowności samych kopalń, były w stanie zarobić na węglu grube miliony. Gdyby rząd w swej nierozwadze jednak sprywatyzował kopalnie, na Śląsku nie narodziłaby się nasza polska Alexis, nie powstałyby liczne artykuły w prasie, a TVN nie miałaby z kim przeprowadzić wywiadu (wywiad z Alexis to hit, a z właścicielem kopalni - to byłaby nuda...). Gdyby wreszcie - nie daj Boże! - rząd uległ podszeptom zwyrodniałych fanatyków wolnego rynku i na początku lat 90-tych wystawił kopanie na licytacje, Barbara Blida zapewne nie popełniłaby samobójstwa, prokuratura nie miałaby zajęcia, a Centralne Biuro Antykorupcyjne nie mogłoby dostać funduszy na stworzenie kilkuset, albo i kilku tysięcy etatów.
Kopalnie i "afera węglowa" to tylko fragment dużo większej całości. Ale i na tym niewielkim fragmencie doskonale sprawdza się stare przysłowie: "Gdzie diabeł nie może tam ... rząd pośle...". Dziękuję ci zatem rządzie, że czuwasz nad wszystkim, że dzięki tobie jakoś się to wszystko kręci...

Paweł Sztąberek

* * *

Komu konstytucja? (28 maja 2007)

Wyszło szydło z worka, bo to co zrobił Trybunał konstytucyjny z ustawą lustracyjną to kpina ze sprawiedliwości. A przecież podstawową rolą prawa jest tworzenie warunków do realizacji sprawiedliwości. Nie każdy z nas potrafi wyprowadzić poprawne wnioski z skomplikowanych pojęciowo zdań, ale każdy, o ile nie jest emocjonalnie zaangażowany, potrafi ocenić czy wyrok (rozstrzygnięcie) jest sprawiedliwy czy nie. Jeżeli więc, każdy z nas ma wrodzone poczucie sprawiedliwości a ustawa zasadnicza ustaliła pakiet niezbywalnych praw nam przysługujących, to jaka jest tu rola Trybunału Konstytucyjnego? Ujmując krótko, rola ta powinna sprowadzać się do sprawdzania czy ustanawiane prawo niższego rzędu nie zagraża gwarantowanemu prawu wyższego rzędu (zawartemu w konstytucji), np.: czy realizacja prawa do godziwej płacy nie godzi w prawo do zachowania owoców własnej pracy ( by dać komuś, trzeba komuś zabrać).
Dlaczego niesprzeczność prawa jest tak ważna? Odpowiedź jest jednoznaczna: sprzeczne prawo prowadzi do bezprawia, bowiem pozwala każdemu wyprowadzić taki wniosek jaki jest mu aktualnie potrzebny (prawo logiki mówi, że z dwóch zdań sprzecznych wynika dowolne zdanie) . Jeżeli argumentacja Trybunału wywiedziana z zapisów konstytucji jest poprawna to dlaczego wnioski obrażają nasze poczucie sprawiedliwości? Po prostu sama ustawa zasadnicza jest wewnętrznie sprzeczna stąd Trybunał Konstytucyjny może dopasować argumentację zarówno na "tak" jak i na "nie", stając się faktycznie piątą władzą, która z każdą ustawą sejmową może zrobić wszystko co zechce.
Nikt nie pokusił się o analizę konstytucji pod kątem jej wewnętrznej niesprzeczności. Jedynie pan Stanisław Michalkiewicz przedstawił swego czasu projekt konstytucji spełniający warunek spójności i niesprzeczności. Wykazanie niesprzeczności nie jest czynnością banalną. Logicy i matematycy od zarania ludzkości szukają prostych i efektywnych metod weryfikacji. Efekt póki co jest mizerny. Wykazano, że jeżeli zespół takich zdań ma być niesprzeczny to musi być niezupełny, a to oznacza, że zawsze znajdzie się zagadnienie, które nie da się wyprowadzić z wcześniej przyjętych zdań. I co wtedy pocznie biedny trybunał? Dlatego zasada precedensu wypełnia lepiej funkcję stanowienia prawa, co więcej nie potrzebujemy wtedy podpierać się ustawą zasadniczą, która i tak nie spełni naszych oczekiwań, że będzie pełnym kodeksem naszych praw i obowiązków.
Postawione wyżej zarzuty wobec konstytucji, mogą i powinny być postawione projektowi Konstytucji Unii Europejskiej bowiem przy ogromnej różnorodności uregulowań prawnych w poszczególnych krajach chaos prawny urośnie do piramidalnych rozmiarów, a obecne orzeczenia Trybunału Europejskiego dają nam przedsmak terroru prawnego, który nas czeka.

Wojciech Czarniecki

* * *

Kto ma rządzić rynkiem? (21 maja 2007)

Zastanawiam się, jaki właściwie sens mają te wszystkie pakiety mające ułatwić życie przedsiębiorcom w Polsce. Z jednej strony "Pakiet Kluski", z drugiej "Pakiet Szajnfelda" czy kogoś tam..., z trzeciej pewnie szykuje się jakiś "Pakiet Leppera i Giertycha". Zdziwiłbym się, gdyby również wielki pasjonat homoseksualizmu, Ryszard Kalisz z SLD, nie wyskoczył z jakimś swoim pakietem... Jeszcze jest PSL, Prawica RP. Jeśli każdy będzie miał jakiś pakiet mający "iść na rękę" przedsiębiorcom, to Polska już wkrótce powinna znaleźć się na czołowej lokacie w rankingu wolności gospodarczej...
Coś mi jednak mówi, że te wszystkie pakiety to tak naprawdę czysta fikcja (zwłaszcza, że żaden jeszcze nie wszedł w życie). Cóż bowiem za wieści do nas dochodzą? Otóż z jednej strony planuje się "ułatwienia" dla przedsiębiorców, z drugiej zaś tworzy się ustawy, które ograniczają dostęp tychże przedsiębiorców do rynku. Wspominałem już w którymś z poprzednich komentarzy o ustawie "prawo budowlane", która ograniczyła dostęp do zawodu budowlańców osobom z wykształceniem średnim technicznym. Teraz słyszę o pracach nad ustawą, która, jeśli wejdzie w życie, wyeliminuje z rynku wielu rzemieślników, o ile nie zdobędą oni odpowiedniego pozwolenia poprzedzonego zdaniem egzaminu. Wielu dotychczasowych zegarmistrzów, właścicieli warsztatów samochodowych, piekarzy, szewców itp. odciętych zostanie od możliwości wykonywania swoich profesji. Choćby nawet zajmowali się nimi większość swojego dotychczasowego życia, teraz nagle zobaczą na swojej drodze szlaban z napisem "STOP".
W Piotrkowie Trybunalskim na przykład, do niedawna istniały dwie prywatne firmy świadczące minibusowe usługi transportowe dla mieszkańców. Obecnie jeździ tylko jedna. Drugiej z tych firm nie przedłużono pozwolenia tłumacząc to różnymi zawiłymi przepisami. Plotka, co prawda, głosi, iż to kara za to, że minibusy tej firmy, przed wyborami samorządowymi woziły plakaty kontrkandydata obecnego prezydenta. Ale oczywiście kto by się tam przejmował plotkami. Wiadomo przecież od dawna, że władza nie może mścić się na własnych obywatelach, którzy wszak tę władzę utrzymują. Przyjąć zatem należy wariant z "zawiłymi przepisami", które uniemożliwiają itd... Podobnych przypadków można by zapewne, w skali całego kraju, mnożyć na pęczki, tak, że nawet w internecie zabrakłoby miejsca...
Wniosek jaki się w tej sytuacji nasuwa jest niestety smutny: władza, która od gospodarki trzymać się winna z daleka, utrudnia ludziom życie i nie pozwola im zajmować się tym, co potrafią i co chcą, dla pożytku publicznego, robić, zasłaniając się przy tym często gąszczem przepisów, który zresztą sama tworzy.
Rynek koncesjonowany to nie to samo, co wolny rynek. Na wolnym rynku, o być albo nie być jakiejś firmy decyduje konsument. Na rynku koncesjonowanym decyduje urzędnik. I dopóki urzędnicy nie oddadzą władzy nad rynkiem zwykłym ludziom, dotąd wszelkie pakiety "idące na rękę" przedsiębiorcom tracą jakikolwiek sens.

Paweł Sztąberek

* * *

Jak zarobić, a się nienarobić... (14 maja 2007)

Jak wiadomo istnieją różne sposoby wydawania pieniędzy. Najbardziej efektywny i racjonalny sposób ma miejsce wówczas, gdy wydaje się własne pieniądze na własne potrzeby. Najmniej - gdy wydaje się cudze pieniądze na cudze potrzeby. Obserwując sposób wydawania pieniędzy przez instytucje Unii Europejskiej nietrudno dostrzec, że cechuje ją przede wszystkim drugi sposób wydawania pieniędzy. Niewykluczone, że UE po to w ogóle powstała, by troszczyć się właśnie o cudze pieniądze i cudze potrzeby. Wiadomo, że - jak w przypadku każdego złodzieja typu Janosik - po drodze zaspokoić trzeba cudzymi pieniędzmi również własne potrzeby...
Unia Europejska, ze swoimi zasadami dystrybucji cudzych, ciężko zarobionych, pieniędzy, to świetna okazja dla przeróżnej maści wydrwigroszy. Wystarczy stworzyć "firmę", napisać program i już można wystąpić o tzw. dotację. Europejski Fundusz Społeczny (EFS) to świetny przykład, z jednej strony marnotrawienia pieniędzy podatników, a z drugiej - "okazji czyniącej złodzieja". Powstaje zatem wiele "firm" zajmujących się np. szkoleniami, które całkiem nieźle sobie prosperują bez ponoszenia praktycznie żadnych kosztów własnych - część dotacji na działalność uzyskują z UE a drugą część... z budżetów gminnych.
Wpadła mi w ręce ulotka pewnej firmy organizującej takie właśnie szkolenia. Przy okazji widać tu, jak państwo napędza takim firmom klienteli. Otóż w myśl nowych przepisów o prawie budowlanym, osoby z wykształceniem średnim technicznym, które dotychczas miały uprawnienia do wykonywania zawodu budowlańca, utraciły je. Państwo pozbawiło ich możliwości zarabiania pieniędzy w swoich profesjach, odbierając im uprawnienia. Ale? No właśnie... Ponieważ państwo jest DOBRE, stworzyło tym ludziom jednocześnie możliwość przekwalifikowania się do zawodu...kosztorysanta. I tu jest właśnie pole do popisu dla "firmy" szkolącej, która będzie szkolić byłych budowlańców na przyszłych kosztorysantów. Oczywiście nie za swoje pieniądze. W realizację tego programu szkoleń zaangażowane są: Europejski Fundusz Społeczny, Integracyjny Program Operacyjny Rozwoju Regionalnego, Naczelna Organizacja Techniczna oraz Wojewódzki Urząd Pracy. Widać, ilu Janosików musi się po drodze obłowić, zanim 45 osób (bo tyle przewiduje program), z byłych, często pewnie zdolnych i pracowitych, budowlańców przeistoczy się w kosztorysantów.
To naprawdę tylko jeden z - podejrzewam - tysięcy przykładów podobnego przelewania cudzych pieniędzy na cudze potrzeby. I - niestety - na szybki koniec tego procederu raczej się nie zanosi... Zwłaszcza, że w ulotce reklamowej innej firmy zajmującej się szkoleniami, tym razem w ramach programu "Twoja szansa - analiza efektywności form wsparcia dla osób zagrożonych wykluczeniem społecznym", znajduję temat jednego ze szkoleń przeznaczonych dla pracowników instytucji pomocy społecznej: "Pobudzanie świadomości ciągłego dokształcania w celu zwiększenia efektywności własnej pracy". Cóż, zabawa za cudze pieniądze trwa w najlepsze...

Paweł Sztąberek

* * *

Konstytucja UE a lustracja Geremka (7 maja 2007)

W sprawie oświadczenia lustracyjnego posła do Parlamentu Europejskiego Bronisława Geremka poruszone zostały niebo i ziemia. Przez kilka dni sprawa nie schodziła z czołówek gazet, po czym PE i tak oświadczył, że nie przyjmuje do siebie możliwości utraty przez niego mandatu. Oznacza to wprost, że polskie prawo nie ma żadnej mocy wykonawczej, a przede wszystkim nie jesteśmy suwerenni w egzekwowaniu obowiązującego prawa. Jak naprawdę przebiegała sesja parlamentarna w Strasburgu można się dowiedzieć z wywiadu jakiego udzielił "Naszemu Dziennikowi" inny polski poseł do PE, Bogdan Pęk. Wyrasta z niego obraz bardzo smutny.
Z jego relacji dowiadujemy się jak wyglądała "obrona Geremka" i jaki był rzeczywisty, a nie deklarowany cel całej tej awantury. Jak twierdzi bowiem Pęk, cała sprawa "wiąże się z europejskim traktatem konstytucyjnym. Otóż pan prof. Geremek na poprzednim posiedzeniu komisji konstytucyjnej PE zaproponował przeprowadzenie ogólnoeuropejskiego referendum w sprawie konstytucji europejskiej. To referendum miałoby ukazać wolę narodów Europy wprowadzenia konstytucji europejskiej, a w ślad za tym - formy scentralizowanego państwa europejskiego. Inicjatywa Geremka spotkała się z aplauzem większości członków komisji. Właściwie zdecydowany opór wyraziłem tylko ja i jeden z niezależnych deputowanych brytyjskich. Cóż takie referendum miałoby oznaczać? Nie miałoby oczywiście mocy wiążącej, ale stanowiłoby wielki spektakl propagandowy w celu wywarcia nacisku na polskie, czeskie, francuskie czy holenderskie władze, aby złagodziły własne stanowisko i zgodziły się na jakąś formę eurokonstytucji. Geremek był mózgiem tej operacji. Propozycja referendum zaskarbiła mu względy europejskiej lewicy, która tym mocniej broni go teraz w sprawie mandatu. Proszę zauważyć, że obie sprawy - projekt ogólnoeuropejskiego referendum i sabotowanie polskiego prawa lustracyjnego przez Geremka - łączy to, że oznaczają deprecjonowanie roli państw narodowych i podważanie autorytetu ich rządów".
Z tej perspektywy sprawa, przyznają Państwo, wygląda zupełnie inaczej niż mówiły o tym media. Dla polskiej gospodarki i prawodawstwa z nim związanego przyjęcie eurokonstytucji oznaczałoby utrwalenie systemu socjalistycznego bez jakiejkolwiek możliwości zerwania z nim. Jak mówi Pęk: "Konstytucja jest dla gremiów aspirujących do władzy nad Europą absolutnie kluczowa. Dopóki istnieje suwerenne państwo, a my jako Polacy mamy prawo weta wobec przyjętych na szczycie UE rozwiązań, dopóty możemy skutecznie realizować przynajmniej minimum własnych interesów. Jeżeli tego zabraknie, nasz wpływ stanie się zupełną fikcją. Musimy się wtedy liczyć nie tylko z narzuceniem niekorzystnych rozwiązań ekonomicznych, ale i antychrześcijańskiej ideologii, która przeżera starą Europę. Przykro to mówić, ale tutaj deputowani pozwalają sobie na szydzenie z Boga, wiary i Kościoła, eksponują zagrożone rzekomo prawa mniejszości seksualnych...".
Były poseł Geremek i jemu podobni forsując przyjęcie w Polsce konstytucji chcą nas pozbawić nawet szansy na wyjście z naszego grajdołka. Ktoś może powiedzieć: z konstytucją czy bez i tak z niego nie wyjdziemy. Nie zgodziłbym się z tak postawioną sprawą, gdyż suwerenna władza, jeśli tylko będzie miała taką wolę i chęć dokonania odpowiednich zmian, mogłaby tego dokonać. W przypadku wejścia w życie eurokonstytucji, szanse na zmianę ustroju socjalistyczno-biurokratycznego opartego na laickości i prawach homoseksualistów i innych dewiantów w całej Europie, są równe niemal zeru. Szczególnie, gdy reprezentantami naszych interesów są tacy ludzie jak np. prof. Geremek.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Atrybuty państwa (30 kwietnia 2007)

No cóż, osoby zajmujące się procesem beatyfikacyjnym Jana Pawła II powinny wziąć przykład z posłów opozycji w polskim parlamencie. Oto bowiem stała się rzecz zadziwiająca - w ciągu kilku godzin sejmowej debaty posłowie wynieśli na ołtarze p. Barbarę Blidę, byłą minister budownictwa, która zastrzeliła się podczas rewizji jej domu przez funkcjonariuszy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Już sam fakt popełnienia samobójstwa wyklucza wedle zdecydowanej większości doktryn religijnych zbawienie takiej osoby, ale może posłowie wiedzą o czymś, czego my nie wiemy, albo może poprzez głosowanie będą w stanie ustalić co się stało z samobójczynią. Tym niemniej, pani Blida natychmiast stała się symboliczną ofiarą "faszystowskiej" władzy jaka ma miejsce w Polsce.
Tymczasem sprawa byłej minister jest przykładem wszystkich patologii jakie dręczą naszą ojczyznę. Po pierwsze, ilustruje nierówność wobec prawa. Pospolitych przestępców, nawet gdy jeszcze nie zostali skazani prawomocnym wyrokiem sądu, prowadza się zakutych w kajdanki od stóp do głów, nie bacząc na ich psychikę, i co w niej zostanie po takich traumatycznych przeżyciach. Tymczasem, w czasie rewizji w domu państwa Blidów, funkcjonariusze ABW pozwalają swobodnie się po domu poruszać i nawet dają się jej zastrzelić...
Po drugie, histeria jaka miała miejsce po tym wydarzeniu spowoduje, że służby odpowiedzialne za nasze bezpieczeństwo kompletnie stracą rachubę jak się zachowywać w stosunku do przestępców. Czy skuć ich w kajdanki, czy filmować całe zatrzymanie, czy też nie.
Po trzecie wreszcie, tragiczne wydarzenie jakie miało miejsce jest wykorzystywane przez cynicznych polityków w najlepszym razie do obalenia rządu, lub przeogromnej jego krytyki. Szczytem absurdu jest już wypowiedź Andrzeja Celińskiego, który pisze na łamach prasy, że "Blidę zabił rząd Kaczyńskiego". Brak jakiejkolwiek kultury politycznej u polityków, którzy tego typu tragedie wykorzystują do próby obalenia rządu jest niedopuszczalny. Stwierdzenie Celińskiego jest mniej więcej takie jak to, gdyby powiedział, że to rząd Marcinkiewicza zabił w ub. roku kilkudziesięciu gołębiarzy podczas targów.
Dezawuowanie podstawowych atrybutów państwa nie uderza zatem w rząd czy premiera, lecz w państwo. Państwo, które wedle poglądów zwolenników państwa minimalnego ma mieć niewiele funkcji, ale jeśli już je ma, to ma je dobrze wykonywać. Jedną z takich funkcji jest zaś ochrona mienia i życia obywateli. Jeśli p. Blida była podejrzana o przywłaszczenie cudzych dóbr bądź udział w procederze przestępczym, to państwa obowiązkiem jest aresztowanie podejrzanej. Jeśli nawet to jest kwestionowane przez opozycję i wykorzystywane do politycznej gry, to dopiero można się bać co może się dziać, gdyby jakimś trafem udało im się objąć w niedługim czasie władzę w Polsce.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Nowej partii przyszedł czas? (23 kwietnia 2007)

Bardzo dobrze się stało, że p. Marek Jurek wystąpił z PiS-u, a następnie założył nową partię. Dobrze się stało, bowiem od ciągłej paplaniny na temat Euro 2012 bolała już głowa. Dzięki spektakularnemu gestowi marszałka sejmu, gadzinowe media zmieniły wreszcie główny temat swoich newsów. Euro 2012 zeszło na plan dalszy natomiast na czoło serwisów wyniesione zostały poczynania p. Marka Jurka. Drobna analogia... Co p. Marek Jurek ma wspólnego z p. Michałem Listkiewiczem z PZPN? Ano ma... Dopóki Polski nie ogłoszono organizatorem Euro 2012, p. Michał Listkiewicz uchodził za aferzystę, na którym nie tylko gadzinowe media, ale i sam Jan Tomaszewski nie zostawiali suchej nitki. Teraz zaś uchodzi on niemalże za narodowego bohatera, a legendarny polski bramkarz wyraził się o nim mniej więcej: "Michał, jesteś wielki!". Marek Jurek także, dopóki zasiadał w PiS-ie, określany był mianem radykała, oszołoma, fundamentalisty. Gdy jednak pokazał Jarosławowi Kaczyńskiemu ku-ku i zaczął tworzyć nową partię, od razu ogłoszony został "ideowcem", "politykiem honorowym", "człowiekiem z zasadami". Ta drobna analogia po raz kolejny udowadnia, że główne gadzinowe media tworzone są przez różnej maści cwaniaków i usłużne dziennikarzyny, a skierowane są głównie do kretynów. I cóż się dziwić, że jest jak jest...
Zatem nowa partia p. Marka Jurka mogłaby być, owszem, jakąś nadzieją dla prawicy w Polsce. Mogłaby, ale pierwsze wypowiedzi jej założycieli każą raczej przypuszczać, iż będzie to kolejna wersja socjalizmu, tym razem podrasowana dużo mocniejszą dawką katolicyzmu. Ze szkodą oczywiście dla tego drugiego, gdyż VII przykazanie wyraźnie stanowi "Nie kradnij", a X "Nie pożądaj żadnej rzeczy, która należy do bliźniego". A co wynika ze wstępnych zapowiedzi, ot. np. pana Mariana Piłki, jednego z liderów nowego ugrupowania? Ano to, m.in., że w Polsce nie ma prawdziwej "polityki prorodzinnej". Prawdziwa polityka prorodzinna według pana posła jest wtedy, gdy wydaje się na nią z budżetu państwa nie kilkaset milionów złotych, tak jak ma to miejsce obecnie, lecz kilka miliardów, czyli tak jak pan poseł by chciał. Zatem okradzenie przez rząd jednych podatników z kilkuset milionów po to, by rozdać je innym jest niewystarczające. Trzeba ich ograbić z kilku miliardów. Wtedy będzie dobrze. Ale czy po bożemu? Chyba jednak nie, bo Pan Bóg przecież wyraźnie nakazuje: "Nie kradnij".
Cały problem z prawicowością "prawicy" bierze się stąd, że jest ona nastawiona na rozdawnictwo. Polityka prorodzinna jest, jej zdaniem, tylko wtedy, gdy jeden obywatel musi płacić na dzieci innego obywatela. Nie są oni sobie w stanie wyobrazić, że można radykalnie ograniczyć państwowe wydatki i zmniejszyć podatki tak, by rodziny były w stanie utrzymać się samodzielnie, bez pośrednictwa złodziejskiego, a przez to, niemoralnego państwa, na czele z politykami-złodziejami, którzy rabunek własnych obywateli obrali sobie za naczelną zasadę rządzenia.
Czy nowa partia zakładana właśnie przez p. Marka Jurka będzie w stanie zmienić tę zasadę, czas pokaże. Choć pierwsze jaskółki ćwierkają, że raczej jednak nie.

Paweł Sztąberek

* * *

Prawniczy chaos (16 kwietnia 2007)

Przed Świętami Wielkanocnymi na łamach "Rzeczpospolitej" toczyła się dyskusja na temat wyroku Trybunału w Strasburgu w sprawie p. Alicji Tysiąc. Jednym z głosów w dyskusji był artykuł pt. "Matka Pospieszalskiego nie zostałaby milionerką" Adama Bodnara i Doroty Pudzianowskiej. Autorzy piszą w nim m.in., że "czytanie wyroków Trybunału nie jest łatwe dla nie-prawnika". Po przeczytaniu ich tekstu nie miałem również innych wątpliwości - nie jest łatwo czytać teksty prawników. Przyszło nam bowiem żyć w czasach, gdzie normalny człowiek nie rozumie tego co się wokół niego dzieje, bo wykładnia konstytucji zajmuje Trybunałowi Konstytucyjnemu zazwyczaj od kilku do kilkunastu miesięcy, gdyż wybitni znawcy prawa nie są w stanie na jednym posiedzeniu tego w jednoznaczny sposób rozstrzygnąć. Zrozumienie zwykłej ustawy również graniczy z cudem, czego najlepszym dowodem były perypetie związane z oświadczeniami majątkowymi samorządowców. To samo dotyczy prawa handlowego i gospodarczego - prawo jest tak zagmatwane, że przedstawiając tę samą ustawę różnym ekspertom, każdy inaczej ją interpretuje! A co z zapisami, które w jednej części ustawy na coś zezwalają, a w innym już nie - chaos prawny w jakim żyjemy jest wręcz nieprawdopodobny.
Zapoznałem się z wyrokiem Trybunału w Strasburgu i ze smutkiem muszę stwierdzić to samo - czytanie wyroków Trybunału nie jest łatwe. Nie dziękuję jednak Autorom artykułu za wyjaśnienie tego orzeczenia bo takowego nie otrzymałem. Otrzymałem natomiast mimowolny rozkaz, aby ludzie, którzy nie są prawnikami i nie poruszają się w tym jakże rzadkim języku, nieznanym szarym ludziom, najlepiej nie zabierali głosu w takich sprawach, bo nie mają o tym pojęcia. Jednak tekst p. red. Terlikowskiego napisany kilka dni wcześniej i argumentację w nim zawartą zrozumiałem. Podobnie moralne rozważania p. red. Pospieszalskiego. Może zatem najwyższy czas pomyśleć o tworzeniu takiego prawa, które niemal każdy będzie w stanie zrozumieć bez dodatkowej pomocy Fundacji Helsińskiej, której przy okazji zaoszczędzalibyśmy organizowania specjalnych konferencji w tym celu. I zamiast zajmować się interpretacjami wyroków Fundacja mogłaby np. zorganizować konferencję o prawach dzieci nienarodzonych…
Co ciekawe, w dyskusji nad wyrokiem Trybunału nikt nie zainteresował się szerzej zdaniem odrębnym, które dla zwykłego człowieka jest o wiele jaśniejsze niż całe, długawe orzeczenie. Oto i słowa sędziego Javiera Bornego: "Wszystkie istoty ludzkie rodzą się wolne i równe w godności i prawach. Dzisiaj Trybunał zdecydował, że istota ludzka urodziła się jako rezultat pogwałcenia Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Zgodnie z tym rozumowaniem, istnieje polskie dziecko, mające obecnie sześć lat, którego prawo do bycia urodzonym stoi w sprzeczności z Konwencją. Nigdy bym nie pomyślał, że Konwencja pójdzie tak daleko i sądzę, że jest to przerażające". Trudno się z tą opinią nie zgodzić. Przerażające są jednak również język oraz prawo jakie sobie uzurpują prawnicy do rozstrzygania sporów, które dla człowieka myślącego kategoriami moralnymi są oczywiste.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Przyszłość Europy według Papieża (2 kwietnia 2007)

"Europa wydaje się podążać drogą, która może ją doprowadzić do pożegnania z historią". "Skoro z okazji 50. rocznicy Traktatów Rzymskich rządy Unii pragną zbliżyć się do swoich obywateli, jak mogłyby wykluczyć zasadniczy element tożsamości europejskiej, jakim jest chrześcijaństwo, z którym szeroka większość z nich się identyfikuje?" - te dwa cytaty nie są komentarzem jakiegoś zagorzałego przeciwnika Unii Europejskiej. To słowa Papieża Benedykta XVI wypowiedziane podczas spotkania COMECE z okazji 50. rocznicy uchwalenia Traktatów Rzymskich. Aż dziw, że takie słowa nie wywołały w polskiej prasie żadnego rezonansu w postaci rozpoczęcia publicznej debaty, ożywionej dyskusji na łamach prasy czy choćby ustosunkowania się do tych słów przez dyżurnych komentatorów życia kościelnego.
Jest to tym bardziej dziwne, że gdy poprzednik Benedykta XVI, Jan Paweł II poparł integrację europejską mówiąc, że Europa powinna oddychać dwoma płucami, powtarzaniu tych słów nie było końca. Przeciwników integracji przekonywano, że skoro papież Polak ją popiera, to musimy spełnić jego wolę i wejść w struktury unijne. Do dziś jeszcze, gdy pojawiają się wątpliwości odnośnie sensu naszej obecności w UE, większość komentatorów podkreśla, że przecież takie było życzenie Jana Pawła II.
Słowa Benedykta XVI na temat przyszłości Europy są jednocześnie i przestrogą i szansą. Przestrogą, gdyż w jednoznaczny sposób pokazują zły kierunek w jakim podąża Wspólnota Europejska. Szansą, gdyż nie ma nic lepszego jak konstruktywna krytyka. Papież zachęca, czy wręcz wzywa europejskich katolików do czynnego udziału w budowie Europy XXI wieku, w której wartości chrześcijańskie będą nie tylko łaskawie uwzględniane, ale również będą dominować. To słowa zachęty dla katolików, aby przestać narzekać na laicyzację Unii, ale rozpocząć odbudowę Starego Kontynentu z Biblią w ręku.
Szkoda tylko, że nasi politycy i publicyści na taki apel papieża, dotychczas nawet nie odpowiedzieli.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Czy powstanie superpaństwo? (26 marca 2007)

Podczas, gdy dygnitarze państwowi i przeróżni biurokraci świętują w Berlinie 50-lecie Traktatu Rzymskiego, nadymając się "wielkością i mocarstwowością UE", oraz tym jacy to oni sami są wspaniali, papież Benedykt XVI stwierdził, że Europa, zapominając o swoim chrześcijańskim dziedzictwie zapiera się nie tylko Boga ale również samej siebie. "Wspólnota , która tworzy się bez szanowania autentycznej godności istoty ludzkiej, zapominając o tym, że każda osoba jest stworzona na podobieństwo Boga, nie przynosi nikomu dobra" - oznajmił papież.
Słowa papieża dość mocno kontrastują ze świąteczną atmosferą berlińskich obchodów i z jeszcze lepszym samopoczuciem konstruktorów "wspólnego europejskiego domu". Problem polega bowiem na tym, że tam gdzie Benedykt XVI widzi zagrożenia, tam twórcy UE widzą szanse. Jeśli papież mówi, że np. aborcja jest złem, eurokraci oznajmiają, że jest ona prawem człowieka. Gdy papież twierdzi, że homoseksualizm to wynaturzenie człowieka, piewcy Unii odpowiadają, że to styl życia, a każdy, kto uważa inaczej jest faszystą albo zacofańcem, nie rozumiejącym "ducha czasów".
Unia Europejska, która dziś kwestionuje chrześcijaństwo, musi siłą rzeczy zakwestionować również wolność. A to musi, wcześniej czy później, skończyć się jakąś formą totalitaryzmu. Istnieją już wyraźne sygnały wskazujące na to, że sprawy w Europie mogą się potoczyć w niebezpiecznym kierunku. Uchwalenie unijnej konstytucji i stworzenie podwalin pod jedno europejskie superpaństwo byłoby milowym krokiem do zrealizowania marzeń tych, którzy nienawidzą wolności. Ci sami ludzie, przynajmniej w Polsce, którzy próbują kierować naszą uwagę na - jak twierdzą - łamiącą prawa człowieka Rosję i na złego Putina, nie dostrzegają, a raczej nie chcą dostrzec, że pod nosem wyrasta im nowy totalitaryzm. Można się oczywiście śmiać i bagatelizować wiele zakazów i nakazów płynących z Brukseli, jak choćby te ostatnie, dotyczące wymiany żarówek, niemniej czy już one - na pozór mało istotne i błahe - nie zawłaszczają wolności ludzi na rzecz biurokracji? Można mieć - niestety - obawy, iż to zawłaszczanie będzie z czasem nabierało tempa, a niepoważne zakazy zaczną być na serio egzekwowane. Wówczas śmiech się skończy
Na szczęście do szerszego obiegu powoli zaczyna przedostawać się głos tych, którzy te zagrożenia dostrzegają. Niedawne wywiady z Władimirem Bukowskim w "Rzeczpospolitej" i w radiowej "Trójce", gdzie przestrzegał on przed totalitarnymi zapędami Unii, można uznać za światełko w tunelu. Bukowskiemu, w opiniotwórczych polskich mediach, pozwalano, jak dotąd, mówić jedynie o Rosji i o Putinie. Jest więc przełom. Takim przełomem może też być wywiad z Rogerem Scrutonem z sobotniej "Rzeczpospolitej" (24 III 2007). Scruton otwarcie mówi: "Na naszych oczach toczy się spór o to, czy Europa będzie gigantycznym superpaństwem czy kontynentem luźno ze sobą stowarzyszonych państw narodowych. Wydaje się, że właśnie teraz ten spór doszedł do punktu, w którym zostanie ostatecznie rozstrzygnięty. Wierzę, że idea superpaństwa poniesie porażkę. Jest ona bowiem niemożliwa do zrealizowania".
I my też musimy w to wierzyć...

Paweł Sztąberek

* * *

Nowa ubekizacja nadchodzi (19 marca 2007)

W III RP, wszystkie rządy dwoją się i troją, byleby tylko przychylić przedsiębiorcom nieba. A dokładniej mówiąc, raczej by przyspieszyć ich pójście do nieba. A jeszcze dokładniej - by przedsiębiorczość skutecznie ukatrupić, przenosząc ją na tamten, pewnie lepszy świat.
W tyle nie pozostaje również obecny rząd, z premierem Jarosławem Kaczyńskim oraz wicepremierem, ponoć gospodarczą liberałką, p. Zytą Gilowską na czele (myślę, że wpływ p. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, z jego dorobkiem naukowym w dziedzinie "prawa pracy" nie jest tu bez znaczenia). Oczywiście chcą oni dla przedsiębiorczości dobrze. Dlatego zapewne, by przedsiębiorcy nie czuli zbytnio, że rząd się nimi nie interesuje, dano urzędom skarbowym możliwość inwigilowania ich (zresztą innych obywateli również), niczym SB inwigilowała za komuny opozycjonistów. Nie wiem czy premier Jarosław Kaczyński, który z jednej strony planuje tzw. deubekizację, zdaje sobie sprawę z tego, iż z drugiej strony, lekką ręką wprowadza nową ubekizację. Jej skutki dla wielu, niekoniecznie nieuczciwych ludzi, mogą okazać się opłakane. Podobnie jak UB i SB decydowała o czyimś być albo nie być, tak teraz w rolę wszechwładnych "smutnych panów" wczują się - chcąc niechcąc - skarbowi urzędnicy. Podobnie jak wówczas wsadzano ludzi do więzień i konfiskowano im mienie za "antypaństwową działalność", tak również teraz będzie się ich puszkować oraz wywłaszczać za to np. że ratując się przed żarłoczną biurokracją przechodzą do "szarej strefy".
Pan premier Kaczyński powiedział niedawno o tzw. "pakiecie Kluski". Nędzę tych słów obnażono bardzo szybko, gdy okazało się, że żaden pakiet nie istnieje, a w każdym razie, że rząd jeszcze nie zajął się jego opracowywaniem. Gdy tydzień temu spytano premiera na konferencji prasowej, jak to w końcu będzie z tymi ułatwieniami dla przedsiębiorczości premier odpowiedział (cytuję z pamięci): "Przedsiębiorcy muszą sobie najpierw odpowiedzieć na pytanie, czy chcą by Polska była w Unii Europejskiej. Bo jeśli chcą, to muszą się liczyć z aktami prawnymi, które pochodzą z Brukseli, a które my musimy przyjąć w ramach naszych zobowiązań. Tych aktów jest już bardzo dużo (tu premier pokazał obrazowo ręką, iż jest ich tyle, że sięgają one mniej więcej od podłogi aż do blatu stołu, za którym siedział - przyp. P.Sz.) i one nie zawsze zmierzają do ułatwienia przedsiębiorcom życia ".
Właściwie czy coś jeszcze trzeba dodawać? No, może tylko jedno... Otóż podczas tej samej konferencji premier Kaczyński nawiązując do kwestii socjalizmu stwierdził, że "socjalizm to był ustrój hołoty, dla hołoty...". Choć uważam, że były to jedne z sensowniejszych słów premiera wypowiedzianych przez niego w ostatnim czasie, to jednak do końca nie jestem pewien, czy premier zdawał sobie tak naprawdę sprawę z tego, co powiedział...

Paweł Sztąberek

* * *

W obronie życia (12 marca 2007)

Od jakiegoś czasu za sprawą próby wpisania do konstytucji ochrony życia dla nienarodzonych dzieci rozgorzała dyskusja na temat aborcji. Jak w przypadku każdej debaty pojawiają się różne głosy - są obrońcy życia, ale także ci, którzy negują takie prawo.
Z sondażu zleconego przez Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. Piotra Skargi ( www.piotrskarga.pl) wynika, że zdecydowana większość, gdyż niemal 2/3 Polaków, uważa aborcję za zabójstwo. Znaczna większość pragnie również zapisania proponowanych zmian w konstytucji. Z kolei posłowie, w tym również ci którzy uważają siebie za katolików, jak np. senator Jarosław Gowin, deklarują że nie tylko nie popierają zmian, ale będą namawiać swoich partyjnych kolegów do głosowania przeciw! Senator Gowin uważa bowiem, że obecne zapisy chroniące życie są wystarczające i dla "dobra sprawy nie należy ich ruszać". Na myśl przychodzi mi jednak trafne spostrzeżenie prezydenta Ronalda Reagana, który powiedział kiedyś, że dziwnym trafem zwolennikami aborcji są zawsze ci, którym już ona nie grozi. Coś w tym jest, również jeśli chodzi o odniesienie do Polski. Być przeciwnikiem zaostrzenia ochrony życia w czasach, gdy w większości krajów Europy dokonuje się idącej co roku w miliony aborcji, jest zdumiewające. Nie dalej jak miesiąc temu socjalistyczny rząd Portugalii wbrew społeczeństwu dokonał zmian w ustawie dopuszczając aborcję "ze względów społecznych". Stało się tak między innymi dlatego, że Portugalia nie miała zapisu konstytucyjnego chroniącego życie. Jeśli w Polsce nie zagwarantuje się prawa do życia konstytucyjnie, wkrótce możemy pójść w ślady Portugalii.
Dlaczego jednak w serwisie, który poświęcony jest zagadnieniom gospodarczym pojawia się tekst dotyczący ochrony życia - można się zastanawiać. Wydaje mi się, że dlatego, iż ta kwestia jest fundamentalna również dla rozwoju gospodarczego każdego narodu. Czy można oczekiwać, że będą panować sprawiedliwe prawa odnośnie gospodarki, jeśli ustawodawstwo nie chroni istot najmniejszych i bezbronnych? Tu nie chodzi nawet o fakt, że w przypadku Polski, która jak się okazuje ma najniższy wskaźnik dzietności spośród państw Wspólnot Europejskich, prawo do życia jest ważne również ze względów ekonomicznych.
Fundamentalną sprawą jest tutaj kwestia moralności. W społeczeństwie, które nie przestrzega podstawowych zasad moralnych, a więc i prawa do życia, cóż dopiero oczekiwać poszanowania własności prywatnej, czy sprawiedliwych ustaw. Jeśli jesteśmy obojętni w tak zasadniczej kwestii moralnej, nie dziwmy się potem, że i prawa gospodarcze są naganne pod względem moralnym. Wielki myśliciel konserwatywny, Irlandczyk Edmund Burke powiedział, że "aby zwyciężyło zło, wystarczy obojętność ludzi dobrych". Ta maksyma odnosi się jak najbardziej do Polski i Polaków. Narzekamy powszechnie na panujące prawa, na relatywizm moralny, na niesprawiedliwość, ale czy czynimy cokolwiek ponad narzekania?
W tak ważnej sprawie jak ochrona życia nie warto pozostawać obojętnym. Na internetowej stronie www.nienarodzeni.org.pl można podpisać się pod listem do Marszałka Sejmu RP popierającym zmiany w konstytucji. Jest to oczywiście mały gest i mały krok, ale niezbędny, na drodze do budowy sprawiedliwego i moralnego prawa w Polsce.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Dobra "klasa robotnicza" i źli kapitaliści (5 marca 2007)

Prezydent Lech Kaczyński podczas niedawnego spotkania ze związkowcami z "Solidarności", nie mógł powstrzymać się od zachwytów nad mocnym uzwiązkowieniem irlandzkiego społeczeństwa. Kilka tygodni temu nasza Głowa Państwa odwiedziła Irlandię, stąd zapewne ta refleksja... Lech Kaczyński ubolewał, że w Polsce ogół związkowców stanowi niewielki margines spośród osób pracujących, w przeciwieństwie do Irlandii, gdzie w tym kilkumilionowym narodzie członkowie związków zawodowych stanowią aż 600 tysięczną armię. Chyba tylko dlatego, by pójść ukochanej przez prezydenta Kaczyńskiego "Solidarności" na rękę, wymyślił on projekt ustawy ograniczającej możliwości tzw. samozatrudniania. Jednym słowem z powodu prezydenckiego pociągnięcia wiele prywatnych firm - choćby i jednoosobowych - w mig przestanie istnieć. Jeśli jednoosobowe firmy znów przerodzą się w bezkształtną masę tzw. siły roboczej, związki zawodowe uzyskają być może szanse na pozyskanie nowego narybku. Łatwiej manipulować niezadowoleniem masy, aniżeli poszczególnych jednostek.
Prezydent Kaczyński wiele miejsca w swoim wystąpieniu przed związkowcami z "Solidarności" poświęcił ochronie praw pracowniczych (chwaląc się przy tym, że jest specjalistą "Prawa Pracy", zatem wie o czym mówi). Nie zdarzyło mi się natomiast jeszcze nigdy usłyszeć z ust pana prezydenta (nie tylko zresztą z jego ust), by kiedykolwiek zająknął się na temat "praw przedsiębiorców". Żyjemy w świecie, w którym nawet zwierzęta mają swoje prawa, więc dlaczego nie mieliby ich mieć również przedsiębiorcy? Nie chodzi mi tu o żadne przywileje, bo te zawsze nadawane są czyimś kosztem. Prawa przedsiębiorców rozumiałbym raczej jako zmianę nastawienia decydentów do tego, czym przedsiębiorcy się zajmują. Bo dziś, tych, którzy zajmują się własnym biznesem, dając jednocześnie zatrudnienie wielu ludziom i przyczyniają się do powstawania bogactwa, nadal traktuje się jak zło konieczne, jak krowy dojne, które mają tylko płacić podatki i poza tym siedzieć cicho.
W normalnym kraju, zarówno pracodawcy jak i pracobiorcy nie powinni mieć żadnych szczególnych praw, poza sprawiedliwym prawem obowiązującym wszystkich bez wyjątku. Wówczas żadne kodeksy pracy, żadne prawa pracownicze, żadne przywileje i ulgi dla przedsiębiorców nie miałyby racji bytu, natomiast naukowe dzieła pana prezydenta Kaczyńskiego na temat "prawa pracy" można by wyrzucić do kosza albo wsadzić do "muzeum barbarzyństwa", w którym np. jedna sala poświęcona by była socjalizmowi.
III-IV Rzeczpospolita nie jest jednak państwem normalnym. Dla prezydenta Kaczyńskiego jest to nadal państwo permanentnej walki dobrej "klasy robotniczej" ze złymi kapitalistami. By ta walka trwała trzeba zniszczyć tysiące prywatnych firm (choćby i jednoosobowych). Prywatny przedsiębiorca wie bowiem dobrze, ile z zarobionych pieniędzy musi oddać rządowi w postaci przymusowego ZUS-u czy podatków. Natomiast przedstawiciel "klasy robotniczej" wie jedynie, ile dostaje "na rękę". Dlatego im więcej "klasy robotniczej" tym więcej bezrozumnej masy, którą cwani związkowcy, wsparci przez uległych wobec nich polityków, mogą do woli manipulować.

Paweł Sztąberek

* * *

Polska tygrysem gospodarczym? (26 luty 2007)

"Dziennik" z 21 lutego br. na pierwszej stronie gazety zamieścił znamienny tytuł: "Polska - gospodarczy tygrys Europy". W krótkim tekście wprowadzającym czytamy m.in., że "przy obecnym tempie rozwoju wkrótce prześcigniemy Irlandię". Swojego głosu użyczył "Dziennikowi" również laureat nagrody Nobla w 2000 roku, Joseph Stiglitz, który mówi, że "wśród gospodarek dokonujących przejścia od systemu nakazowo-rozdzielczego do wolnego rynku bezapelacyjnie jesteście jednym z liderów". Czytając tylko "Dziennik" rzeczywiście można nabrać przekonania, że jesteśmy najlepsi, że w Polsce panuje dobrobyt itd. Skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest jednak tak źle, wypada zapytać. W ciągu 2 ostatnich lat milion młodych ludzi w poszukiwaniu ... (no właściwie czego, skoro u nas jest tak dobrze) ... opuściło naszą ojczyznę, głównie zresztą w kierunku Irlandii. Skoro mamy doganiać, a nawet prześcignąć zaraz Irlandię warto zastanowić się, czy potomkowie Celtów również tak chętnie przyjeżdżają do kraju nad Wisłę?
Aby jednak przekonać się czy porównywanie nas z Irlandią ma sens, przedstawmy trochę danych:
Podczas gdy my mamy dziurę budżetową 2,5 proc. PKB, Irlandia ma nadwyżkę budżetową. W Irlandii bezrobocia nie tylko nie ma, ale brakuje rąk do pracy; w Polsce wynosi...
PKB Irlandii w ciągu ostatnich 15 lat wzrósł blisko dwukrotnie, w Polsce... Na Zielonej Wyspie zarejestrowanie firmy trwa jeden dzień, w Polsce...
Wyspa Celtów ma podatek dochodowy od przedsiębiorstw na poziomie 12,5 proc., Polska…
Zadłużenie Irlandii względem przyszłych pokoleń jest niemal zerowe podczas gdy zadłużenie Polski dochodzi już do 55 proc. PKB...
Irlandia w prestiżowym rankingu Heritage Foundation na najbardziej wolne gospodarki zajmuje od 10-lecia miejsca w pierwszej piątce, a Polska...
PKB per capita Irlandii wynosi 40 tys. USD stawiając ją na 4. miejscu na świecie, PKB per capita Polski wynosi niecałe 13 tys. USD i daje nam to 51. miejsce. Wystarczy już chyba tych porównań.
Wypada jeszcze odnieść się do słów noblisty, który tak zachwala naszą transformację. I również można to porównać z krajem, który jeszcze kilkanaście lat temu znajdował się w podobnym miejscu jak Polska. Nie mam nawet na myśli Estonii, ale spójrzmy na Macedonię. W prasie na całym świecie, w tym również w polskiej, rząd wykupuje reklamy z informacją mającą zachęcić do inwestowania w tym kraju. Kilka informacji jest znamiennych: podatek od przyszłego roku będzie wynosił 10 proc., a przy reinwestowanym zysku 0 proc. Rejestracja firmy trwa 3 dni, zaś dla nowych pracowników przewidziane są ulgi w składkach.
Skoro nawet Macedonia może takich reform dokonać, to czy wypada ogłaszać wszem i wobec Polskę "drugą Irlandią" i "liderem wolnorynkowych przemian"?

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Etatyści a "Wolny wybór" (19 luty 2007)

Telewizja państwowa rozpoczęła właśnie emisję serialu edukacyjnego przygotowanego przed kilkunastoma laty przez zmarłego niedawno prof. Miltona Friedmana pt. "Wolny wybór". Po obejrzeniu pierwszego odcinka dochodzę do wniosku, że jest to film ... obrazoburczy. Tzn. obrazoburczy w tym znaczeniu, że zaburza obraz świata reprezentowany przez zdecydowaną większość polskich elit politycznych.
Obawiam się, że przeciętny polityk PiS-u, SLD czy PO (choć nieprzeciętny pewnie też), gdy patrzy na wywody prof. Friedmana może przeżyć szok. No bo jak to tak, państwo ma się nie angażować w gospodarkę? Państwo nie powinno ustanawiać płacy minimalnej? Państwo nie powinno tworzyć kodeksu pracy, tylko pozwolić ludziom zawierać dobrowolne umowy, takie, jakie im najlepiej odpowiadają? No i jeszcze do tego ta obrazoburcza teza, że niskie podatki lepiej służą gospodarce, a zatem są korzystniejsze dla ludzi...
Film ten, dla etatystów ze wszystkich partii establishmentu (o ile go oczywiście oglądają) musi być ciężkim przeżyciem. Skoro np. prezydent Lech Kaczyński jest specjalistą od prawa pracy to jak zatem miałoby prawa pracy nie być?
Naszym politykom przyświecają zgoła inne wizje - im więcej państwa w gospodarce, tym lepiej. Dla kogo lepiej to już raczej tłumaczyć nie trzeba... Co prawda premier Jarosław Kaczyński zapowiedział w minionym tygodniu, że "PiS nie jest przeciwko prywatyzacji, ale...". No właśnie, zawsze jest jakieś "ale", którym rządzący usiłują usprawiedliwiać konieczność konserwowania etatyzmu. Premier zapowiedział też, że w najbliższym czasie wprowadzony zostanie w życie program "odbiurokratyzowywania gospodarki" zwany "pakietem Romana Kluski". Jak się jednak okazuje, na razie nie istnieją nawet założenia, co w owym pakiecie miałoby się znaleźć i - znając życie - pakiet ten nigdy nie powstanie. Kilka lat temu był już jeden polityk, który powołał nawet urząd do "odbiurokratyzowania gospodarki". A ponieważ był to polityk, wówczas Unii Wolności, profesor ekonomii, ubóstwiany przez główne media, to żaden dociekliwy dziennikarz nawet nie próbował go nigdy potem zapytać, jak mu to "odbiurokratyzowywanie" poszło. Po co zresztą pytać - życie samo pokazuje, że raczej kiepsko...
Za premierem Kaczyńskim media nie przepadają, więc za rok ktoś go pewnie spyta, co z "pakietem Kluski". Na te kłopotliwe pytania dużo łatwiej byłoby mu odpowiadać, gdyby zechciał nie tylko obejrzeć "Wolny wybór", ale jeszcze na poważnie się nim przejąć. Wówczas zrozumiałby (nie tylko zresztą on), że odbiurokratyzowywanie gospodarki kłóci się z budową "solidarnego państwa" (przynajmniej w tym znaczeniu w jakim rozumieją je politycy rządzącej koalicji). A gdyby premier to zrozumiał wówczas być może pojawiłaby się szansa, by, zamiast "solidarnego", zacząć wreszcie budować państwo normalne.

Paweł Sztąberek

* * *

Albo "państwo prawa" albo Chiny! (12 luty 2007)

O tym, że jesteśmy państwem prawa powszechnie wiadomo. I choć p. Stanisław Michalkiewicz próbował niedawno zasiać w tej kwestii wątpliwość pytając: "cóż to za państwo prawa skoro nie wiadomo, czy p. HGW jest prezydentem Warszawy czy nie jest?", to pytanie to należy traktować w kategoriach - powiedziałbym - wybryku niepokornego publicysty. Bo państwem prawa jesteśmy i basta!
O tym, że tak właśnie jest świadczy niedawna wypowiedź premiera Jarosława Kaczyńskiego (wygłoszona podczas którejś z organizowanych ostatnio dość masowo konferencji prasowych) w sprawie tempa budowy autostrad w Polsce. Otóż p. Kaczyński oznajmił, że przyczyną, która leży u źródeł tak wolnego tempa budowy u nas autostrad jest to, że "jesteśmy państwem prawa a nie Chinami". "W Chinach" - kontynuował premier (cytuję z pamięci) - "autostrady buduje się szybko, bo Chiny nie są państwem prawa i nie mają tak skomplikowanych przepisów. W Polsce trzeba przejść przez ponad 30 barier biurokratycznych, by zacząć budowę autostrady, a tam nie. Dlatego musimy zdecydować - czy mamy być państwem prawa czy Chinami?". Na koniec premier dodał jeszcze - jakby od niechcenia - że gdybyśmy nawet chcieli budować trochę szybciej to i tak "Unia Europejska nam na to nie pozwoli". Ostatnia kwestia to chyba jakieś przejęzyczenie premiera, bo przecież tak jak powszechnie wiadomo, że jesteśmy państwem prawa, tak też powszechnie wiadomo, że jesteśmy państwem suwerennym. Zostawmy więc te kwestię na boku, a przejdźmy do "państwa prawa"...
Wracając do pytania premiera to oczywiste jest, że każdy poprawnie myślący i posiadający instynkt samozachowawczy, człowiek musi oświadczyć, że chcemy być "państwem prawa" a nie Chinami. To proste jak drut! Przy okazji wiadomo teraz, że wysokie i skomplikowane podatki, bariery biurokratyczne dla przedsiębiorczości, system koncesji ograniczający wolność gospodarczą, przymus ubezpieczeń społecznych itp. dobrodziejstwa rządu dla obywateli to cena za to, żebyśmy mogli szczycić się mianem "państwa prawa". Dziękujemy Ci, Panie Premierze, za to, że jedna Twoja wypowiedź pozwoliła nam zrozumieć wszystko to, co do tej pory roztrząsaliśmy na dziesiątkach ton papieru, nie mogąc pojąć dlaczego jest tak jak jest... Szczerze dziękujemy.
A jeśliby ktoś chciał, mimo wszystko, bardziej zbliżać się do Chin niż do państwa prawa to musi zdawać sobie sprawę z tego, że marny jego los. Przekonała się o tym niedawno młodzieżówka PiS-u z Torunia, która zorganizowała na tamtejszym dworcu kolejowym konferencję prasową, podczas której opowiedziała się przeciwko dalszym zniżkom na bilety kolejowe dla studentów. "Jeśli ktoś ma przywileje, wówczas inni muszą za nie płacić. Zniżki na bilety dla nielicznych oznaczają wyższe podatki dla wszystkich" - tłumaczono podczas konferencji. Na reakcję apologetów "państwa prawa" nie trzeba było długo czekać. Kilka dni potem młodzieżówka PiS-u w Toruniu została rozwiązana, gdyż uznano, że jej postulat biletowy jest niezgodny z programem partii "solidarne państwo". Wiadomo zaś powszechnie, że tylko "solidarne państwo" może być "państwem prawa". Wszystko zaś, co inne, od złego pochodzi, czyli - jak również powszechnie wiadomo - z Chin...

Paweł Sztąberek

* * *

Własny teatr, ale za czyje pieniądze? (5 luty 2007)

Z dużym zainteresowaniem przeczytałem artykuł z piątkowego wydania "Rzeczpospolitej", nr 28 (7525) pt. "Trudne marzenie o własnym teatrze" autorstwa p. Katarzyny Czarneckiej. Tym bardziej, że pierwsze zdanie brzmi niezwykle zachęcająco: "Na koncepcje utworzenia własnych scen wpadli kilkanaście lat temu, tuż po 1989 roku. Wtedy pomysł samodzielności artystycznej stał się bardziej realny".
Pomyślałem, że z polską kulturą przez duże "K" nie jest jeszcze tak źle, skoro aktorzy zakładają własne sceny, czyli prywatne teatry. Słysząc o tym jak pozyskują pieniądze dla swoich przedsięwzięć polscy filmowcy, wydawało mi się, że w artykule przeczytam godną pochwały inicjatywę. "I dla Kamińskiego, i dla Jandy, istotne było stworzenie teatru w którym będą mogli swobodnie wypowiedzieć się artystycznie".
Moje nadzieje rozwiały się po przeczytaniu kolejnych akapitów, gdzie czytamy m.in. że fundacja pani Jandy dostała 1,85 miliona złotych dotacji z Ministerstwa Kultury, a fundacja pana Kamińskiego wystąpiła o dotację unijną w ramach Zintegrowanego Programu Operacyjnego Rozwoju Regionalnego. Fundacja ta dostała 5 milionów złotych dotacji, a 25 proc. kapitału własnego, który powinien był włożyć aktor, otrzymała z dotacji dzielnicy śródmieście. Co prawda zarówno Krystyna Janda, jak i Emilian Kamiński inwestują w swoje prywatne i ostatecznie skierowane na zyskowność przedsięwzięcia również własne pieniądze to większość stanowią pieniądze podatników.
Dochodzimy tu do meritum. Z jakiego powodu wszyscy podatnicy mają się składać na inwestycje w prywatne przedsięwzięcia poszczególnych aktorów? Dlaczego zwykli zjadacze chleba muszą ryzykować często własnym majątkiem i dorobkiem całego życia, a ludzie kultury mogą żyć na garnuszku reszty obywateli, tylko dlatego, że chcą w ten sposób zaspokajać własne ambicje? Dlaczego wreszcie chcąc tworzyć niezależne sceny uzależniają się od państwowych pieniędzy pisząc podania o zapomogi, które są pozytywnie rozpatrywane?
Prywatna przedsiębiorczość polega na tym, że ktoś ma jakiś pomysł, który chce zrealizować licząc, że uda mu się na tym zarobić. Wykłada w tym celu jakieś większe lub mniejsze środki własne lub bierze kredyt w banku. Wkłada w swój pomysł pracę i, albo biznes przynosi spodziewane rezultaty, albo nie. Jeśli tak to przedsiębiorca się cieszy i myśli nad rozbudową interesu, jeśli nie - musi się z tym pogodzić i zacząć myśleć o nowym zajęciu. Swoim ewentualnym niepowodzeniem nie obarcza jednak innych ludzi.
Polscy artyści postępują tylko w połowie jak przedsiębiorcy; z jednej strony chcą posiadać własne sceny, czyli chcą stać się prawdziwymi przedsiębiorcami, ale z drugiej strony nie do końca, bo chcą aby ich pomysły były finansowane z publicznych pieniędzy. Nie ponoszą zatem niemal żadnego ryzyka, jak coś się nie uda to znana postać polskiego aktorstwa pójdzie do ministerstwa i pod pretekstem potrzeby polskiej kultury, dostanie dotację, zapomogę czy inny grant.
W lidzie wspomnianego artykułu czytamy, że oboje aktorzy postawili wszystko na jedną kartę, aby spełnić swoje marzenie. Nie przeczę, że należy dbać o kulturę i nie deprecjonuję tego, że aktorzy mieli dobre chęci wniesienia w dorobek kultury czegoś nowego. Jeśli jednak aktorzy chcą zarówno być przedsiębiorcami, jak i artystami to muszą ponosić takie samo ryzyko jak przedsiębiorca zakładający pub, czy budkę z zapiekankami.
Największe na świecie teatry nie powstawały za państwowe pieniądze, lecz z dobroczynności kapitalistów, którzy mając nadmiar wolnych środków przeznaczali je na jakiś zbożny cel, w tym wypadku sceny teatralne. Powstawały też prywatne teatry działające na normalnych wolnorynkowych zasadach i jakoś udało im się przetrwać do dziś. Dlaczego polscy aktorzy z góry zakładają, że im się nie uda i od razu sięgają po pieniądze podatnika? Czy nie wierzą w swoje umiejętności i to, że swoją grą są w stanie sami na siebie zarobić?

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Dura lex, sed lex (29 stycznia 2007)

Dura lex, sed lex - powiada łacińska maksyma co oznacza: twarde prawo, ale prawo. Stara zasada odnosi się również oczywiście do ostatnich wydarzeń z Warszawy i kilkunastu innych polskich gmin, gdzie niektórzy wybrani z woli wyborców radni nie złożyli na czas swoich lub współmałżonka oświadczeń majątkowych. Dopóki sprawa dotyczyła gmin, że tak powiem, o charakterze małostrategicznym, posłowie i liderzy partyjni nie mieli w tej sprawie specjalnie nic do powiedzenia. Nie złożyli, trudno - ich problem.
Ale gdy w sprawę okazała się być zamieszana prezydent Warszawy, Hanna Gronkiewicz-Waltz, ci sami politycy podnieśli larum, że "kara jest niewspółmierna do winy", że "należy jak najszybciej wprowadzić abolicję", że "takie prawo to nie prawo". Z uwagi na fakt, że głosiły to osoby, które to prawo uchwaliły, takie deklaracje brzmią dziwnie. Cóż zatem zrobić?
Moim skromnym zdaniem sprawa oświadczeń majątkowych ma podwójne dno. Obnaża bowiem nie tylko dążność do naginania prawa dla własnych potrzeb przez polityków (ciekawe czy Urzędy Skarbowe wobec zwykłych obywateli, którzy spóźnili się o 10 godzin ze złożeniem deklaracji, również byłyby tak wyrozumiałe), ale przede wszystkim ukazuje jak fatalne i niejasne prawo obowiązuje w Polsce. W tej jednej sytuacji widzimy bowiem, że inne terminy złożenia deklaracji majątkowych mają radni i prezydenci, inaczej czas 30 dni liczony jest dla radnego, inaczej dla współmałżonka. To wszystko powoduje, że nawet teraz prawnicy nie umieją na podstawie obowiązującego prawa stwierdzić, czy mandat rzeczywiście wygasł, czy nie. Takie prawo, którego nie rozumieją nawet prawnicy, bo potrzebują kilkunastu dni na dokonanie jego wykładni, powoduje, że zwykli obywatele już całkiem mogą się w tym bałaganie pogubić.
Prawo powinno być tworzone w ten sposób, aby było jasne i zrozumiałe dla osoby umiejącej posługiwać się umiejętnością czytania. Dopóki takiego prawa nie będzie, takie sytuacje będą się zdarzać nagminnie. I im częściej będą uderzać w polityków, tym lepiej. Może wreszcie przejrzą na oczy i zaczną się interesować co jest napisane w ustawach, którymi nas raczą niemal codziennie.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Koniec "Trzeciej drogi" (22 stycznia 2007)

Z okazji 15. rocznicy ukazania się encykliki papieża Jana Pawła II Centesimus Annus, Watykan opublikował zbiór tekstów pt. "The Family In New Economy". Wśród opublikowanych tam tekstów znalazł się jeden, który - wydaje mi się - zasługuje na szczególną uwagę Czytelników Strony Prokapitalistycznej. Jennifer Roback Morse zamieściła tam tekst pt. "Katolicka myśl na temat ekonomii i rodziny - alternatywa wobec współczesnego państwa dobrobytu".
Ponadto w serii ukazały się teksty m.in. kard. Alfonso Lopeza Trujillo oraz Manfreda Spiekera, jednego z najważniejszych niemieckich znawców katolickiej nauki społecznej.
Pani Roback Morse pisze m.in., że nadszedł czas, aby zarówno ludzie, jak i Kościół zrozumieli, że nie tylko komunizm okazał się porażką, ale również zachodni model państwa opiekuńczego. Mimo, że pewne aspekty podejmowanych tam rozwiązań mają inspirację w katolickiej nauce społecznej, to jednak większość bazuje na socjalizmie i wypacza nie tylko te społeczeństwa, ale również samą naukę Kościoła. Zdaniem p. Roback Morse zachodnia Europa rozpaczliwie potrzebuje prawdziwie katolickiej alternatywy.
Z pewnością cieszy, że do tak wysokich kręgów nareszcie dociera świadomość, iż mieszanina komunizmu i religii katolickiej, czyli sławetna trzecia droga, przynosi więcej zła niż dobra. Zresztą p. Roback Morse w konkluzji artykułu pisze, że "rozwiązaniem problemu nie jest ani socjalizm, ani korporacjonistyczny kapitalizm, ani w szczególności komunizm. "Celem powinna być promocja społeczeństwa wolnych ludzi, z wolną przedsiębiorczością i zdolnych do współpracy". I dodaje, że takie społeczeństwo jest największym gwarantem ochrony wartości rodzinnych. "Prawdziwe rodziny są kolebką każdej cywilizacji, ponieważ to one kształtują i przekazują kolejnym pokoleniom najważniejsze wartości. Rodzina pod tym względem jest o wiele ważniejsza niż jakakolwiek cywilizacja miłości".
Dlatego trzecia droga okazuje się zabójcza nie tylko dla gospodarek, ale przede wszystkim dla tradycyjnych wartości. Pozornie wolny rynek (część "trzeciej drogi") połączony z degrengoladą moralną (współczesna myśl lewicowa) powoduje, że wychodzi z tego twór, który niszczy, a nie utrwala tradycyjne wartości. Bardzo dobrze, że myśliciele katoliccy zbliżeni do kręgów watykańskich zdają się to nareszcie rozumieć.
Byłoby ze wszech miar wskazane, aby tak jak Jan Paweł II rozprawił się z teologią wyzwolenia, czyli marksizmem wewnątrz Kościoła, tak JŚw Benedykt XVI wniósł ogromny wkład w zniszczenie mitu o "trzeciej drodze" jako najlepszym rozwiązaniu po upadku komunizmu w Europie Wschodniej.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Szczyt bezczelności (15 stycznia 2007)

Niezależnie od tego czy rządzi lewica czy tzw. prawica jeden temat zawsze pozostaje tabu - prywatyzacja państwych mediów, tj. radia i telewizji. Media te uchodzą niemalże za świętość nietykalną, a jeśli ktoś od czasu do czasu ośmieli się choćby tylko szepnąć o możliwości ich sprywatyzowania zaraz otacza go aura ostracyzmu i łatka - w najlepszym razie - szaleńca.
Państwowe media, podobnie jak wszystkie inne firmy pozostające w rękach rządu, to przedłużenie pola walki dla polityków. Parlament już im nie wystarcza, samorządy też... W tysiącach urzędów centralnych czy gminnych jest coraz ciaśniej. A ogony partyjne coraz dłuższe, coraz więcej gęb do wyżywienia. O ile jeszcze kilka lat temu mówiło się cokolwiek o prywatyzacji państwowych firm (z wyjątkiem mediów oczywiście) to teraz zrzucono na ten temat totalną zasłonę milczenia. Pod rządami socjalistów pobożnych żadnej zmiany raczej nie będzie...
Ale wróćmy do mediów... Otóż niedawno przyczytałem informację, że państwowa telewizja przygotowuje nową kampanię mającą skłonić tych, co posiadają telewizory i radia, do płacenia haraczu zwanego abonamentem. Dyskusja, jak zmusić ludzi do dzielenia się swoimi pieniędzmi z ferajną z ul. Woronicza, toczy się w III RP od lat. Jak dotąd nie przyniosła ona rezultatów, które zadowoliłyby telewizyjno-radiową biurokrację. Wymyślono więc nowy sposób - odwołać się do sumień posiadaczy odbiorników. Głównym hasłem kampanii, która prezentowana ma być m.in. w mediach o. Rydzyka, jest 7 Przykazanie "Nie kradnij". Niestety, hasło to użyte ma tu być jednak nie w kontekście jego znaczenia jako podstawowego imperatywu gospodarczego, czy edukowania ludzi w kwestii ochrony własności prywatnej, lecz jako wezwanie do tego, by nie okradać państwa. Proste - jeśli nie płacisz radiowo-telewizyjnego abonamentu jesteś złodziejem!
I tak oto niemoralne państwo, które okrada Polaków z olbrzymiej części dochodów, ma jeszcze czelność nazywać ich złodziejami tylko dlatego, że próbują ratować ze swojej własności co się da. A wykorzystywanie do tej niecnej kampanii 7 Przykazania to już szczyt bezczelności.

Paweł Sztąberek

* * *

System psucia ludzi (8 stycznia 2007)

Nie umilkły jeszcze echa po zamordowaniu 7-letniej dziewczynki w Wałbrzychu, a media już doniosły o kolejnym drastycznym przypadku. Tym razem w Łowiczu zatrzymano kobietę, która omal nie zakatowała własnego dziecka.
Podobne sytuacje - wcale nierzadkie - zawsze wywołują dyskusje w mediach. Podstawowe pytanie jakie media narzucają swoim rozmówcom brzmi: kto jest za to odpowiedzialny? Najczęściej interlokutorzy dwoją się i troją, by wykazać winę poszczególnych instytucji państwowych powołanych do "opieki nad rodziną", zapominając często o bezpośrednich sprawcach.
Ale mniejsza z tym... Nawet jeśli szczekający w telewizorze "eksperci" znajdą wreszcie winnego kuratora, pracownika socjalnego czy lekarza, wnioski jakie ze swego "śledztwa" wyciągają są zazwyczaj błędne. A sprowadzają się one mniej więcej do twierdzenia, że należy zwiększać opiekę socjalną nad rodziną, że trzeba reformować "służby społeczne" tak, by wszystko wiedziały o rodzinie. To, zdaniem "ekspertów", ma spowodować, że do przypadków takich jak w Wałbrzychu czy w Łowiczu nie będzie więcej dochodzić.
Po pierwsze - nigdy żaden pracownik "służb społecznych" nie będzie wiedział wszystkiego o rodzinie. Ludzie są - co jest banałem, który niestety trzeba tu powtórzyć - nieprzewidywalni w 100 procentach. O rodzinie można wiedzieć wiele, ale nigdy "wszystko". I z tego też powodu trudno pracownikowi "służb" przewidzieć, co i kiedy strzeli komu do łba. Żeby wiedzieć o rodzinie wszystko należałoby ją ulokować w zakładzie zamkniętym, pełnym kamer i personelu zabezpieczającego. Czy wszelkiej maści totalniakom chodzi właśnie o taką "opiekę nad rodziną"?
Po drugie - do podobnych sytuacji nadal - niestety - będzie dochodzić. A to m.in. dlatego, że państwo nadmiernie "opiekuje się rodziną". Dla totalniackich inżynierów społecznych, którzy aż zapluwają się od swoich mądrości, pogląd ten jest zapewne nie do przyjęcia (mniejsza już z tym z jakich przyczyn). Ale taka jest prawda... Przypadki znęcania się, oraz zabójstw dzieci mają najczęściej miejsce w rodzinach patologicznych. To właśnie przeważnie te rodziny dopieszczane są od lat przez "opiekę państwa". A im ta opieka większa, tym mniejsze poczucie odpowiedzialności matek i ojców za swój los i za los swoich dzieci. Skoro państwo opiekuje się cudzymi dziećmi, to i państwo odpowiada za to, co się z tymi dziećmi dzieje. Rodzice już nie muszą. Ot i taka paranoja naszych czasów... Państwo najpierw hoduje i dopieszcza patologię jak tylko się da, a potem zastanawia się dlaczego jest tak źle, skoro miało być tak dobrze.
Nadzieja na zmianę tkwi nie w reformie systemu "opieki państwa nad rodziną", ale w całkowitym zlikwidowaniu tej "opieki". W niszę, jaką pozostawi po sobie państwo wskoczą organizacje prywatne, w tym kościelne. Dziś jest często tak, że np. ksiądz, gdy widzi w swoim otoczeniu biedę i zło, bierze za telefon i dzwoni do państwowej opieki społecznej z pretensjami, że za słabo się "opiekuje". Sąsiad słysząc, że za ścianą ktoś znęca się nad dzieckiem, nie wezwie policji, lecz dzwoni do państwowej opieki społecznej, że coś powinna z tym zrobić. Ten system jest chory, lecz tej choroby nie da się wyleczyć nawet najbardziej postępowymi środkami. Trzeba sobie po prostu uświadomić, że nie da się go zreformować. Ten system trzeba unicestwić. Bo jest to system kompletnego psucia ludzi. A to jest nawet gorsze niż marnotrawienie pieniędzy podatników...

Paweł Sztąberek

* * *

Zasadnicza różnica (18 grudnia 2006)

W czytanej na mszach w tę niedzielę Ewangelii zawarte jest przesłanie skierowane przez Jana Chrzciciela do zebranych: "Jeśli ktoś posiada dwie suknie niechaj jedną da temu, który nie posiada żadnej".
Jak mogłoby brzmieć to ewangeliczne wezwanie przetworzone przez współczesnego wyznawcę "państwa opiekuńczego"? Mniej więcej tak: "Są w społeczeństwie tacy, którzy mają wielkie bogactwo. Dorobili się go nie zawsze uczciwie i często kosztem wyzysku klasy robotniczej. Nie może być tak, że jedni opływają w bogactwo i dostatek a inni nie są w stanie związać końca z końcem. Bogacze twierdzą, że i tak płacą bardzo wysokie podatki, a dodatkowe obciążenie ich spowoduje tylko wzrost biedy i bezrobocia. To oczywiście pustosłowie. Oni bowiem na pewno nie zbiednieją. Dlatego musimy przyjąć ustawę, która zagwarantuje bardziej sprawiedliwy podział dóbr i zmusi bogatych do podzielenia się swoim bogactwem z biednymi. Jezus Chrystus, największy socjalista w historii ludzkości nauczał, że z biednymi trzeba się dzielić. Dlatego zapewne nasza nowa ustawa uzyska również przychylność duchowieństwa".
Tak mniej więcej, pokrętnie, bardzo przewrotnie i prowokacyjnie mógłby zaapelować do parlamentarzystów z sejmowej mównicy współczesny zwolennik "państwa opiekuńczego" - z każdej opcji politycznej, zarówno z lewicy bezbożnej, jak i z lewicy pobożnej. Zresztą co ja piszę "mógłby". Tak się przecież dzieje, takie są fakty. Czy nie słyszeliśmy jakiś czas temu polityków SLD uzasadniających swoje grabieżcze ustawy powoływaniem się na Ewangelię? Czy nie widzieliśmy polityków "prawicy" odwołujących się do "społecznej nauki Kościoła" podnoszących ręce za ustawami gwałcącymi prawa własności i sankcjonującymi jej rabunek? Widzieliśmy, i to nie raz...
Różnica między słowami Jana Chrzciciela a tym, co proponuje współczesny zwolennik "państwa opiekuńczego" jest zasadnicza. Ten pierwszy wzywa, apeluje, odwołuje się do indywidualnego sumienia każdego człowieka, zachęca do bycia dobrym. Ten drugi, narzędzie do zaprowadzenia "dobra" upatruje w rządzie a metodę w przemocy i w przymusie.
Od polityków lewicy trudno oczekiwać, że wyrzekną się terroru. Ich ideologia ma w założeniach przemoc i nienawiść. Jednak politycy "prawicy" powinni wreszcie zrozumieć, że Pan Bóg stworzył człowieka wolnym, a zatem odpowiedzialnym za swoje czyny. A drogowskazem dla nich powinny być słowa Jana Chrzciciela i prawdziwa nauka Chrystusa, nie zaś tomy bezużytecznej makulatury w postaci dzieł Marksa, Engelsa i Lenina. Wielu duchownych też powinno się zastanowić, które z wyżej wymienionych postaci są im duchowo bliższe...

Paweł Sztąberek

* * *

Fascynacje ludu (11 grudnia 2006)

Gdyby przyszło mi oceniać jakie wydarzenie w mijającym tygodniu było najbardziej zabawne, za takowe uznałbym wypowiedź posłanki PO, p. Julii Pitery, która w TVN 24 zgłosiła postulat delegalizacji "Samoobrony". Gdy prowadzący, Bogdan Rymanowski, spytał czym posłanka uzasadnia swój postulat, odrzekła bardzo poważnie: "Bo niewiadomo czy to jest w ogóle partia. Tam się tylko bawią i cieszą...". No proszę, to już nawet bawić i cieszyć się nie można, żeby nie narazić się PO. Nie ma to jak definicja demokracji stworzona przez jej bezgranicznych wyznawców.
Cały miniony tydzień pokazał, co tak naprawdę interesuje ludzi i media. O seks-aferze - jak zwał tak zwał - mówili niemalże wszyscy. Nie przypominam sobie, by takie same emocje w społeczeństwie budziły np. sprawy związane z ujawnianiem SB-ckiej agentury. Media zresztą niechętnie podejmują te tematy. Do świadomości ludzi nie może się też jakoś przebić to, co niedawno oświadczył p. Robert Gwiazdowski na temat ZUS-u. Czyżby Polaków naprawdę nie interesował problem przyszłości ich emerytur? Owszem, zaatakowano - i słusznie - Samoobronę za to, że pieniądze otwartych funduszy emerytalnych, czyli tzw. II-gi filar, chciałaby przekazać do ZUS-u, jednak mało kto rozważa w ogóle możliwość bankructwa tej instytucji. Najlepszym tego przykładem niech będzie audycja red. Moniki Olejnik w Radio ZET z ubiegłej niedzieli. Pani redaktor ostro zaprotestowała przeciwko pomysłowi Samoobrony, twierdząc, że ubezpieczenie jest dobrowolne i wara politykom od jej pieniędzy. Gdy obecny w studio p. Roman Giertych zwrócił jej uwagę, że II-gi filar ubezpieczeń nie jest dobrowolny, lecz opiera się na przymusowym podatku, nie zrobiło to już na pani redaktor wrażenia. Jednocześnie do dyskusji włączył się poseł PO, p. Jan Rokita, krytykując p. Giertycha za użycie przez niego słowa "podatek". "To nie jest podatek tylko składka emerytalna" - stwierdził. Gdy po chwili p. Roman Giertych zaproponował, by w ogóle znieść przymus ubezpieczeń przynajmniej w drugim filarze, poseł Rokita odparował: "To jakieś rewolucyjne pomysły! Pan chce pozbawić ludzi powszechnego prawa do emerytury?".
Jakoś nie przyszło p. Rokicie do głowy, że za lat kilka żadne powszechne prawo do emerytury nie będzie istnieć, gdyż nie będzie emerytur. A nie będzie ich między innymi dlatego właśnie, że pan poseł nie dopuszcza do swojej świadomości myśli, iż świat może istnieć bez przymusu ubezpieczeń.
Jasne, nie zawracajmy ludziom głowy jakimiś "rewolucyjnymi" pomysłami. Dajmy im się nasycać ciągiem dalszym seks-afery, z przerwami na ewentualne zamartwianie się tragicznym losem posła Rokity w Platformie Obywatelskiej.

Paweł Sztąberek

* * *

Przestępców trzeba napiętnować (4 grudnia 2006)

Do redakcji "Strony Prokapitalistycznej" wpłynął krótki list od anonimowego czytelnika oburzającego się na kapitalizm. Autor, bądź autorka (trudno stwierdzić), przytacza w nim informację PAP o tym jak sąd w Górze (Dolnośląskie) skazał właściciela sklepów na rok więzienia w zawieszeniu na 2 lata za to, że znęcał się nad pracownicami. Z relacji wynika, że Paweł E. ubliżał im, szarpał za włosy, dusił, wywoził je zimą do lasu i zmuszał do ćwiczeń fizycznych, a także nie ogrzewał sklepów mimo silnych mrozów, organizując pracownicom "rozgrzewki" właśnie w lesie. Komentarz czytelnika do owej informacji brzmi: "Dziękuję za taki kapitalizm!!!! Tak wygląda wolność w kapitalizmie!!!! Równie dobrze można być zwolennikiem Czerwonych Khmerów i Pol-Pota!!!!".
Otóż obawiam się, że mamy tu do czynienia z pomieszaniem pojęć. Można zrozumieć emocjonalną reakcję czytelnika, którego, po zapoznaniu się z tą informacją, nieco poniosło. Zresztą każdego człowieka o zdrowych zmysłach i wrażliwości opisane w notatce PAP zajście musi zbulwersować. Podobnie zresztą jak bulwersować powinno każde doniesienie o przestępstwie, mniejszego czy większego kalibru. Nieuprawnione jednak wydaje się rozumowanie, by jednego zdeprawowanego, sadystycznego sprzedawcę utożsamiać z zagadnieniem o wiele głębszym i szerszym jak "wolność w kapitalizmie", czy z kapitalizmem. Kapitalizm to forma gospodarczej organizacji społeczeństwa, w której dominującą rolę odgrywa własność prywatna, ograniczana przez państwo wyłącznie wówczas, gdy jest to niezbędne. Nikt nie potrafi zapobiec temu, by w ramach tej organizacji nie dochodziło do wynaturzeń. Warto zaznaczyć, że kapitalizm nie oznacza - jak błędnie myśli nasz anonimowy czytelnik - bezhołowia, bezprawia i wolności od odpowiedzialności. Jest wprost przeciwnie. Kapitalizm to, owszem, wolność, ale przede wszystkim odpowiedzialność. Podany przez czytelnika przykład dowodzi zresztą tego - zwyrodniały właściciel sklepu został ukarany. Mimo że nie trafi do więzienia (przynajmniej na razie) to jednak nie uniknął kary. Dodatkową karą dla niego będzie również to, że jeśli kiedykolwiek będzie chciał wrócić do biznesu niełatwo zapewne będzie mu pozyskać nie tylko nowych pracowników, ale i odzyskać zaufanie konsumentów.
Na koniec jeszcze uwaga... Nie pomniejszając wagi przestępstw popełnionych przez opisanego wyżej sklepikarza w stosunku do swoich pracownic, zastanawia mnie pewna rzecz: dlaczego media tak bardzo lubują się w opisywaniu losu krzywdzonych pracowników, nigdy natomiast nie piszą o przypadkach łamania prawa przez pracowników wobec własnych pracodawców? Znam przypadki okradania właścicieli sklepów przez sprzedawców. Wiem też, że tylko nieliczne z nich kończą się w sądzie. W większości przypadków sprawa kończy się na zwolnieniu z pracy nieuczciwego pracownika. I może to jest właśnie błąd! Może przypadki ewidentnych kradzieży powinny lądować w prokuraturze, a następnie w sądzie?
Skażenie komunizmem do dziś zbiera swoje żniwo. Niewolni od tego zaczadzenia są również dziennikarze, którzy wciąż eksploatują postkomunistyczną frazeologię, że zły jest zawsze pracodawca, a dobry pracownik. Większe nagłaśnianie spraw okradania pracodawców przez pracowników mogłoby przyczynić się do zwrócenia uwagi na ten problem. Chodzi wszak przecież o to, by żaden przestępca nie pozostał bezkarny.

Paweł Sztąberek

* * *

Bułgaria to nie Irlandia (27 listopada 2006)

W jednym z ostatnich numerów tygodnika "Polityka" pojawił się tekst na temat Bułgarii w kontekście jej niedługiego wejścia do Unii Europejskiej ("Bułgarzy nadchodzą", nr 45, 11 listopada 2006). Tekst traktuje m.in. o mankamentach bułgarskiej polityki gospodarczej, gdzie cały sektor turystyczny został opanowany przez mafię, większość transakcji gospodarczych odbywa się w szarej strefie, która wytwarza ponad 60 proc. PKB. Średnia płaca w tym państwie wynosi grubo poniżej średniej unijnej (ok. 165 euro), mimo że kraj kolejny rok z rzędu zakończy z ponad 5 proc. wzrostem gospodarczym.
Co mnie jednak najbardziej zainteresowało we wspomnianym artykule to informacja o zmianach jakie nastąpią w systemie podatkowym i spodziewanymi w związku z tym efektami. Już dziś w Bułgarii CIT wynosi 15 proc., natomiast od nowego roku zostanie obniżony do 10 proc., dzięki czemu Bułgaria będzie po Estonii krajem, gdzie podatki dla przedsiębiorstw będą najniższe (w Irlandii stawka 10 proc. obowiązuje dla firm już istniejących, nowopowstałe są opodatkowywane w skali 12,5 proc.). Mimo protestów ze strony MFW i Banku Światowego, które bardzo skrytykowały rząd bułgarski za obniżkę podatków, wielu analityków przewiduje, że Bułgaria może pójść drogą irlandzką stając się w krótkim czasie tygrysem gospodarczym Europy Środkowo-Wschodniej. Tak jednak nie będzie.
Podatki są oczywiście niezwykle ważną sprawą, ale oprócz nich dla gospodarki niezwykle ważne są również takie właściwości jak: skala korupcji, unormowanie spraw własnościowych, a także, a może przede wszystkim - kwestie mentalności. Irlandia miała szczęście nigdy nie być krajem komunistycznym i jej społeczeństwo nie jest skażone myśleniem socjalistycznym; biznesu i relacji gospodarczych nie postrzega się jako grę o sumie zero-jedynkowej, gdzie aby ktoś zyskał, ktoś inny musi stracić. W byłych krajach socjalistycznych, również w Polsce, główną przeszkodą dla właściwego rozwoju nie są podatki, biurokracja, czy koniunktura - to właśnie skażona socjalizmem mentalność powoduje, że w porównaniu z Zachodem Europy pozostaniemy na dugi czas daleko w tyle.
Bułgaria choćby zniosła CIT to drugą Irlandią szybko nie będzie, bowiem tamtejsze społeczeństwo, co zresztą jasno wynika z tekstu p. Jagienki Wilczak, jest nadal pod dominującym wpływem idei socjalistycznych. Potwierdzeniem tego niech będzie fakt, że bardzo światły człowiek, jakim jest były premier Bułgarii, car Symeon II, w trakcie 4 lat swoich rządów nie był w stanie uzdrowić kraju właśnie ze względu na zupełne inne systemy wartości wyznawane przez niego i resztę narodu.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Dzieło Miltona Friedmana (20 listopada 2006)

16 listopada 2006 roku zmarł Milton Friedman, autor słynnych książek: "Wolny wybór", "Kapitalizm i wolność" oraz "Tyrania status quo", dla wielu ludzi będących swoistymi epopejami wolnego rynku. Milton Friedman również w Polsce zaskarbił sobie sympatię wielu zwolenników kapitalizmu, zwłaszcza, że jego myśli upowszechniane były już w stanie wojennym, choćby za sprawą podziemnego Wydawnictwa "Kurs".
W związku ze śmiercią noblisty pojawiły się, nieliczne co prawda, komentarze na jego temat. Słuchając niektórych z nich można by momentami pomyśleć, że Friedman to ktoś, na kim wychowywało się prawie całe pokolenie dzisiejszych polityków czy dziennikarzy, ktoś, kto wywarł na nich potężny wpływ. Nawet prof. Leszek Balcerowicz w jednym z wywiadów w taki sposób wspominał Friedmana jakby zjadł na nim wszystkie zęby, jakby podczas pełnienia przez siebie kilkakrotnie eksponowanych funkcji we władzy wykonawczej myślał tylko o tym, jakby tu wprowadzić fridmanowskie zasady ekonomii do gospodarczego obiegu III RP. "Przecież to Friedman był autorem koncepcji bonu oświatowego" - z rozrzewnieniem wyznał prof. Balcerowicz w TVN 24. Owszem, był, podobnie jak był zwolennikiem ochrony własności prywatnej, zwolennikiem niskich podatków, zwolennikiem minimalnej roli rządu w gospodarce, zdecydowanie opowiadał się za redukcją biurokracji oraz nie krył swojego sceptycyzmu wobec Unii Europejskiej i kierunku, w którym ona zmierza. Był więc, można by rzec, totalnym zaprzeczeniem prof. Leszka Balcerowicza, któremu, mimo wielu lat rządzenia nie udało się (prawdopodobnie nigdy tego naprawdę nie chciał) przeprowadzić reprywatyzacji, wprowadzić bonu oświatowego, zmniejszyć i uprościć podatki, zredukować biurokrację, czy sprzeciwić się wejściu Polski do przesocjalizowanej Unii Europejskiej.
Pamiętam jak kilka lat temu prof. Balcerowicz, jeszcze jako lider Unii Wolności, jeździł po Polsce zachęcając do poparcia w referendum projektu liczącej ponad 200 artykułów konstytucji, fundowanej nam przez Aleksandra Kwaśniewskiego. Jak wiadomo, konstytucja ta to, w wielu przypadkach, stek pobożnych życzeń, gwarantujących obywatelom coś "za darmo". Podczas jednego z takich spotkań, na pytanie z sali, czy istnieje coś takiego jak "darmowy obiad", prof. Balcerowicz odpowiedział, że raczej nie, bo nawet za darmowy obiad ktoś musi zapłacić. "Skoro tak" - kontynuował pytający - "to dlaczego popiera pan projekt czegoś, co mnóstwo rzeczy obiecuje właśnie za darmo?". Na to pytanie nie padła już konkretna odpowiedź.
Może rzeczywiście prof. Balcerowicz znał już wówczas książki Miltona Friedmana, bo to Friedman właśnie zawarł w jednej z nich spostrzeżenie na temat "darmowych obiadów". Cóż jednak z tego skoro praktyka rządzenia twórcy naszego "cudu gospodarczego" szła w przeciwnym kierunku, aniżeli życzyłby sobie tego noblista z Chicago.
Czy znajdzie się wreszcie u steru władzy w Polsce ktoś, kto dzieło jakie pozostawił po sobie Milton Friedman potraktuje serio?

Paweł Sztąberek

* * *

Samorząd macherów spod ciemnej gwiazdy (13 listopada 2006)

"Kandyduję do rady, bo nie chcę by moi rówieśnicy szukali szczęścia poza Polską"... Takie i wiele innych haseł serwowali wyborcom kandydaci w tegorocznych wyborach samorządowych. Hasło jak hasło, zdarzały się i o wiele głupsze, jak chociażby: "Skuteczny do bólu". Jeśliby się jednak bardziej wczytać w programy owych kandydatów, niestety, wyłania się pustka. Znajomy, który od jednego z kandydatów na prezydenta, tzw. prawicowego, próbował uzyskać jakąś programową deklarację, usłyszał w odpowiedzi: "Ja nie muszę być prezydentem". Nie warto tego nawet komentować.
Nie zmienia to faktu, że ktoś w tych radach i na tych prezydenckich fotelach zasiądzie. Nie wykluczone, że znajdą się wśród nich również ludzie rozsądni... Czy będą mogli coś zmienić? Czy polski samorząd jest w stanie poszerzyć dla lokalnych społeczności obszary wolności, czy jest w stanie znacząco obniżyć podatki, tak, by lokalni przedsiębiorcy mogli wreszcie złapać głębszy oddech? Niestety, ale wydaje się to mało prawdopodobne. Tak naprawdę będą mogli co najwyżej przyczynić się do wybudowania za pieniądze podatników placu zabaw dla dzieci, albo wymienić stary chodnik na nowy. Jeden z kandydatów w moim okręgu już chwali się, że w ubiegłej kadencji wybudował skatepark dla młodzieży. Nikt jednak nie miał okazji zadać mu pytania, ile wyłożył na tę budowę z własnej kieszeni, ponieważ nie zorganizował żadnego spotkania z wyborcami, a przemawiał do nich jedynie z ulotek.
"Uczciwy", "wiarygodny", "skuteczny" itp. Tak piszą o sobie w ulotkach sami kandydaci. Można im wierzyć lub nie, jednak jakie to ma znaczenie? Coraz mniej natomiast o podatkach, o ograniczaniu biurokracji... Wielu rozsądnych ludzi dawno już doszło do wniosku, że samorząd w III RP tak naprawdę zmienić może niewiele. Najważniejsze bowiem decyzje zapadają gdzie indziej - w Warszawie, no i w Brukseli. I właśnie Bruksela stała się w tych wyborach jednym z motywów przewodnich kampanii. Niemal wszyscy kandydaci prześcigali się w licytacji, ile to oni wyżebrają z Unii Europejskiej dla swojego miasta. Powstały nawet na tę okoliczność komitety wyborcze z "Euro..." w nazwie. Tworzący je ludzi, różni lokalni cwaniaczkowie, o polityce najczęściej nie mają zielonego pojęcia, natomiast wyspecjalizowali się w żebractwie na skalę międzynarodową. W tym naprawdę są dobrzy. I tak oto, przy okazji - tym razem - wyborów samorządowych żebractwo wyniesione zostaje do rangi cnoty. Kto więcej wyżebra ten "uczciwy", "wiarygodny", "skuteczny" - nawet do bólu... I może dzięki niemu Polacy przestaną uciekać z kraju?
Samorząd w III RP w ogóle staje się miejscem właśnie dla przeróżnych macherów spod ciemnej gwiazdy, bez poglądów, bez idei, ale zawsze wiedzących jak w porę się ustawić, do jakiej partii się prześlizgnąć, by zdążyć "się załapać", i by dalej móc ciągnąć lokalną politykę wyłącznie pod siebie

Paweł Sztąberek

* * *

Czas na Łotwę! (6 listopada 2006)

Jak wynika z danych kilku instytucji zajmujących się podawaniem danych statystycznych (m.in. Eurostat, WTO), Łotwa jest obecnie najszybciej rozwijającą się gospodarką europejską. W ub. roku wzrost gospodarczy wyniósł niemal 10 proc., zaś w pierwszym i drugim kwartale tego roku odpowiednio: 10,6 i 13,1 proc.! Warto wspomnieć, że gdy przeszło 2 lata temu Łotwa wstępowała do Unii Europejskiej była najbiedniejszym krajem 25-tki.
Dziś Łotwa notuje znakomite wyniki gospodarcze, a dwucyfrowym wzrostem gospodarczym może się pochwalić jeszcze jedynie północny sąsiad Łotwy, Estonia. Jak wytłumaczyć fakt, że tamtejsza gospodarka przeżywa taki rozkwit? Przede wszystkim rozkwit jest tu na miejscu, gdyż inwestycje zagraniczne z każdym rokiem rosną (w 2005 roku wyniosły ponad pół miliarda dolarów), a kilka lat temu znacznie zredukowano zadłużenie państwa. Ponadto 97 proc. firm państwowych zostało sprywatyzowanych, wszystkim firmom obniżono podatki wprowadzając jednolita stawkę w wysokości 15 proc. W ostatnich 3 latach bezrobocie spadło na Łotwie z 18 do 8 proc., a od momentu wejścia do Unii średnie płace wzrosły o 45 proc.
Wszystkie te reformy miały swój początek w połowie lat 90., kiedy to politycy łotewscy zdecydowali się na pójście śladem Estonii rządzonej ówcześnie przez Marta Laara i zdecydowali się uniezależnić gospodarkę od Rosji, obniżyć podatki i stworzyć fundamenty właściwie prosperującej gospodarki. Pisząc o sukcesie Łotwy należy wspomnieć o dwóch nazwiskach: premiera Aigarsa Kalvitisa oraz byłego ministra gospodarki Artursa Karinsa. Szczególnie ten drugi w czasie dwuletniego kierowania gospodarką w oparciu o doświadczenie jakie zdobył podczas wielu lat spędzonych w USA, wprowadzał zmiany idące po linii tego, czego dokonali w swoich krajach Ronald Reagan i Margaret Thatcher. MFW oraz Unia Europejska postuluje wprawdzie schłodzenie łotewskiej gospodarki, ale nikt z polityków łotewskich nawet nie chce o tym słyszeć. A już na pewno nie premier Kalvitis, który miesiąc temu został pierwszym premierem w historii Łotwy, który utrzymał się na swym stanowisku po wyborach. Zapewnia, że obecny kurs będzie nadal podtrzymywany.
Oczywiście nie wszystkie problemy na Łotwie zostały rozwiązane, kraj boryka się ze sporą emigracją, do dziś nie uregulowana jest sytuacja mniejszości rosyjskiej. Ale Łotwa przeszła już pierwszy, najbardziej bolesny etap reform gospodarczych, które musi przejść każdy kraj odchodzący od socjalizmu na rzecz wolnej gospodarki. Szkoda, że w Polsce wciąż borykamy się z problemami, które w byłych republikach sowieckich zostały pokonane kilka lat temu...

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Trzecia siła (30 października 2006)

Na początku listopada odbędą się w Stanach Zjednoczonych wybory do Izby Reprezentantów i 1/3 Senatu. Oprócz tego Amerykanie wybiorą gubernatorów, sędziów stanowych, prokuratorów, radnych gmin, będę również głosować w rekordowej liczbie referendów. Z tej okazji warto zapoznać Czytelników Strony Prokapitalistycznej z raportem autorstwa znanego w Polsce z niedawno wydanej książki pt. Libertarianizm Davida Boaza oraz Davida Kirby'ego z Cato Institute na temat zachowań wyborczych libertarian.
Z raportu wynika, że grupa wyborców mieniąca się libertarianami, do której wg Boaza i Kirby'ego należą ci, którzy zgadzają się z tym, że "rząd stara się ingerować w zbyt wiele dziedzin życia gospodarczego i indywidualnego" oraz, którzy są zdania, że "rząd nie powinien promować nie tylko konserwatywnych wartości, ale żadnych wartości", jest największą grupą tzw. "swing voters" - zmiennych wyborców. Autorzy raportu obliczyli, że wyborców o takich poglądach jakie zostały zaprezentowane powyżej w 2005 roku było 13 proc. W 2000 roku przy okazji wyborów prezydenckich 72 proc. z nich oddało swoje głosy na George'a Busha, zaś 20 na Ala Gore'a. W 2004 roku już po powołaniu nowego ministerstwa oraz rozpoczęciu wojny z terroryzmem, na Busha zagłosowało jedynie 59 proc. Amerykanów o libertariańskich poglądach. Na Kerry'ego 38 proc. W tegorocznych wyborach libertarianie mają podzielić swoje głosy między Republikanów i Demokratów niemal po równo.
Co z tego jednak wynika zdaniem autorów raportu? Przede wszystkim zmienność jaka charakteryzuje tę grupę wyborców powoduje, że tak naprawdę żadnej z tych partii nie warto zbytnio zabiegać o te głosy. Dla Republikanów zdecydowanie ważniejsze jest poparcie ze strony konserwatywnych stowarzyszeń i kościołów, aniżeli grupy, która nie dość, że nie jest zbyt liczna, to jeszcze potrafi w każdych wyborach zagłosować odmiennie. Dla Demokratów z kolei nie warto poświęcać lewicowych haseł na rzecz pozyskania "indywidualistów". Poza tym Demokratom łatwo pozyskać poparcie np. związków zawodowych, gdyż wiadomo gdzie ich szukać, a co z libertariańską grupą wyborców. Gdzie ich szukać i jak do nich dotrzeć - pytają Boaz i Kirby.
Oczywiście warto wspomnieć o tym, że w tegorocznych wyborach, jak w każdych od 1972 roku, startuje Partia Libertariańska, ale jej szanse na zdobycie choćby jednego mandatu w Izbie Reprezentantów są niemal zerowe. Również ze względu na fakt, że amerykańscy libertarianie po prostu masowo nie głosują na Partię Libertariańską.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

McŚwiat a kapitalizm (23 października 2006)

W sobotnio-niedzielnym dodatku "Plus Minus" "Rzeczpospolitej" (21 X 2006) ukazał się wywiad ze znanym amerykańskim politologiem, Benjaminem Barberem. Czytamy w nim m.in.: "Przecież fakt, że możemy sobie kupić 30 gatunków sera albo wody mineralnej, to nie jest żadna wolność, to nie ma w ogóle związku z nią".
Dalej Barber mówi, że "(...) kapitalizm, ściślej to, co nazywamy McŚwiatem, tworzy biedę, nierówności, bezrobocie, urawniłowkę, kulturalną modłę najpodlejszych przejawów amerykańskiej tandety. Zasadniczy problem polega na tym, jak zachować dobre strony kapitalizmu i bronić się przed ciemną stroną McŚwiata". Wreszcie ujmuje cały swój wywód jednym zdaniem: "Problemem nie jest McŚwiat, ale za dużo McŚwiata, nie rynek, ale za dużo rynku".
Z zacytowanych zdań można odnieść wrażenie, że McŚwiat jest częścią kapitalizmu, jego patologią, złym duchem etc. W ostatnim zdaniu Barber rozumie, że istnienie McŚwiata jest nieuniknione, ale skoro już musi istnieć to należałoby go jakoś kontrolować, czy "ucywilizować". Podobnie zresztą jak z rynkiem. Skoro jednak Amerykanin proponuje "coś zrobić" z tym McŚwiatem to równocześnie jest to propozycja zrobienia czegoś z wolnym rynkiem, gdyż tenże McŚwiat jest niczym innym jak wytworem kapitalizmu. Ani złym, ani dobrym, po prostu jest jego immanentną częścią. Co więcej, próby jego "ucywilizowania" spowodują nie to, że biedy, nierówności będzie mniej, ale więcej. Bo skoro wybór między 30 gatunkami sera jest przejawem McŚwiata to należałoby pewnie ograniczyć wybór do 10, może 5 rodzajów. Oprócz konsekwencji płynących z tego dla gospodarki, któż miałby decydować ile rodzajów tego sera jest jeszcze kapitalizmem, a ile już McŚwiatem?
Wydaje mi się, że szufladkowanie pewnych zjawisk, jak to czyni Barber, jest niebezpieczną formą nie walki ze zjawiskami, które mają miejsce na rynku i czasem ze względu na niskie morale niektórych przedsiębiorców, można uznać za patologiczne, ale dlatego że atakują system, który nie jest temu winien. Winni są ludzie i ich natura. Panaceum na "za dużo McŚwiata" nie jest zatem ograniczanie rynku, jego kontrola, ale choćby wzrost etyki i moralności, które - co wypada się zgodzić z Barberem - są źródłem powodzenia różnych przejawów McŚwiata we współczesnym świecie. Adam Smith pisał ponad 200 lat temu, że moralność i etyka są fundamentem zdrowej gospodarki wolnorynkowej, a gdy etyki zabraknie wówczas z podziemia wychodzą patologie.
Lekarstwem Barbera na McŚwiat jest ograniczenie wolnego rynku. Ale to lekarstwo jest gorsze od samej choroby.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Pytanie przełomu Rzeczpospolitych... (16 października 2006)

Polska - jeśli chodzi o podejście ludzi do spraw społeczno-politycznych - to niewątpliwie dziwny kraj. Wszyscy, a w każdym razie prawie wszyscy, są tu "za". I tak, prawie wszyscy są za lustracją, prawie wszyscy są za dekomunizacją, prawie wszyscy są za odtajnieniem wstydliwych epizodów związanych z genezą III RP, prawie wszyscy są za zaostrzaniem prawa w stosunku do przestępców... itp. Podobnie jest z podejściem do gospodarki. Prawie wszyscy są więc za wolnym rynkiem, za reprywatyzacją, za poszanowaniem własności prywatnej, za ograniczaniem biurokracji, za obniżeniem podatków, za redukowaniem bezrobocia... itp.
To powszechne "za", można by rzec - emanację tego "za", widać najlepiej w polskim parlamencie, będącym ponoć demokratycznym odbiciem nastrojów i oczekiwań demokratycznego społeczeństwa. Czy w ciągu ostatnich kilkunastu lat było takie ugrupowanie polityczne, które w sposób zdecydowany i kategoryczny opowiadało się przeciwko którejś z wymienionych spraw? Owszem, w szczegółach zawsze występowały jakieś różnice, ale co do ogólnej zasady wszyscy byli - jakże by inaczej - "za".
Dziwność naszego kraju polega właśnie na tym, że, paradoksalnie, mimo tego, że wszyscy są "za", jakoś niczego z tych "za" nie udało się - jak dotąd - wcielić w życie. Jak dotąd bowiem nie przeprowadzono solidnej, definitywnej lustracji i dekomunizacji, które problem rozliczenia historii PRL-u przeniosłyby właśnie do ... historii. Podobnie, mimo że prawie wszyscy byli "za", nie przeprowadzono dotąd sprawiedliwej reprywatyzacji (zwłaszcza w czasach koalicji AWS-UW było to do zrobienia, bo większość była "za"), nie ograniczono biurokracji, nie mówiąc już o obniżeniu podatków. Czy słyszał ktoś polityka w polskim parlamencie, który zdecydowanie i kategorycznie powiedziałby, że jest przeciwnikiem obniżenia podatków? Ja, w każdym razie, nie przypominam sobie takiego.
Skoro zatem wszyscy, a dokładniej - prawie wszyscy, są "za" to dlaczego nic z tego, "za" czym oni są nie udało się wcielić w życie? Zastanawiam się czy nie jest to aby najważniejsze pytanie przełomu Rzeczpospolitych, III-ej i IV-tej. Od odpowiedzi na nie zależy być może to, jak wyglądać będzie Polska za jakiś czas.

Paweł Sztąberek

* * *

Kraj żebraków czyli "Co ci się należy od Polski?" (9 października 2006)

Od jakiegoś czasu polskie media prześcigają się w różnego rodzaju poradnictwie skierowanym do swoich czytelników. Ostatnio w modzie jest informowanie ludzi, jakie to socjalne prawa im przysługują. "Super Express" posunął się nawet do zatytułowania swojego cyklu porad dość oryginalnie: "Co ci się należy od Polski". Przeciętny czytelnik tego brukowca (ale nie tylko jego - ostatnio także "Dziennik" instruował "co i jak") dowiaduje się jak wielka rozpościera się przed nim gama zasiłków do wzięcia. Fakt, że wielu czytelników zapewne już dobrze się w tych sprawach orientuje, bowiem tendencja zachęcania ludzi do zinstytucjonalizowanego żebractwa płynie wszak z góry. Skoro instytucje państwowe co rusz podkreślają, ile to pieniędzy należy nam się np. z Unii Europejskiej, to cóż właściwie się dziwić, że żebractwo staje się obecnie bardzo modnym stylem życia.
Na zmianę tego stylu życia w najbliższym czasie raczej się nie zanosi. Licytowanie się przez liderów partyjnych w parlamencie, kto jest bardziej "solidarny społecznie" i kto rozda więcej pieniędzy podatników na "wsparcie dla ubogich", staje się już wręcz obrzydliwe. Ale jeszcze inna rzecz każe domniemywać, że Polska szybko nie przestanie być krajem żebraków. Otóż 1 października br. weszły w życie nowe kryteria przyznawania zasiłków z ośrodków pomocy społecznej, a konkretnie - zostały one podwyższone. Oznacza to, że kolejnych kilkaset tysięcy Polaków będzie miało szanse na to, by stać się żebrakami. Jestem przekonany, że dzięki instruktażom "Dziennika" czy "Super Expressu", ale przede wszystkim dzięki skretyniałym politykom, liczba żebraków korzystających z upaństwowionej jałmużny lawinowo wzrośnie.
Napisałem kiedyś, że współczesne tzw. państwa opiekuńcze całkowicie przewartościowały sposób patrzenia na życie, na człowieka... Dziś powodem do dumy dla skretyniałych politykierów jest nie to, ile ludzi żyje godnie dzięki własnej pracy i wysiłkowi, lecz to, ile objętych jest zasiłkami. O ile kiedyś można było uważać, że im mniej obywateli korzysta z zasiłków tym społeczeństwo bardziej bogatsze i szczęśliwsze, o tyle teraz odwrotnie: lepiej jest tam, gdzie jest więcej zasiłków.
Skretyniali politycy sądzą, że dzięki tej fałszywej hojności zyskają sympatię ludu. Grubo się mylą. Lud gardzi nimi. Ale jak ma być inaczej, skoro tenże lud uczony jest przez tych kretynów nie tego, że jałmużna to akt serca, czy chrześcijańska, niewymuszona ustawą powinność względem ubogiego, lecz coś co "mu się należy". A skoro się należy, to "nie gadać tylko dawać!".

Paweł Sztąberek

* * *

Kolejny krok w stronę faszyzmu (2 października 2006)

Stało się już chyba tradycją, że ta część Europy, która od kilkudziesięciu lat nie zaznała żadnej wojny, wciąż stacza jakieś walki. A dokładniej, toczą je europejscy urzędnicy, który co rusz wymyślają sobie wroga po to tylko, by ratować społeczeństwa przed złymi wpływami. Walka z otyłością, z batonikami, z paleniem papierosów, z AIDS, z narkotykami, z hałasem w miejscu pracy to już dość znane przypadki dbałości unijnej biurokracji o morale swoich poddanych. Na firmamencie pojawia się jednak kolejny wróg. Nie nowy, oczywiście, ale za to sczególnie niebezpieczny - alkohol!
Właśnie trwają prace nad tym, aby pokazać temu śmiertelnemu wrogowi człowieka, gdzie jest jego miejsce. Tzn. wciąż będzie on mógł stać na sklepowych półkach, w restauracjach, w domowych barkach... Niemniej biurokracja już zadba o to, by dostęp do niego chociaż trochę utrudnić.
Jednym z tych utrudnień ma być np. zakaz sprzedaży alkoholu w nocy. Za komuny alkoholu, nie dość że nie można było sprzedawać w nocy, to na dodatek nawet w dzień trzeba było czekać aż do godz. 13.00, by można było cokolwiek kupić. Ale od czegóż były tzw. mety?! Wystarczyło odwiedzić pewne miejsca (o których zapewne wiedziała też przekupna milicja obywatelska) i już miało się buteleczkę tego bądź tamtego... Życie zapewne bardzo szybko zweryfikuje skuteczność planowanego przez unijną biurokrację zakazu.
Innym narzędziem mającym utrudnić kontakt człowieka z jego śmiertelnym wrogiem - alkoholem, jaki proponują biurokraci UE, jest wzrost akcyzy na wszelkie trunki. Automatycznie zwiększyć to ma ceny alkoholi, a tym samym wpłynąć na ograniczenie jego konsumpcji (to oficjalna wersja, choć przy okazji - a może przede wszystkim? - chodzi bankrutującej UE o wzrost wpływów do budżetów, no bo nawet jeśli ceny nie wzrosną to do kasy państw i tak wpływać będzie więcej pieniędzy z podatku akcyzowego). Ceny więc - znając życie - najprawdopodobniej wzrosną, gdyż mało kto lubi, gdy zmniejszają mu się zyski. Ale też i nastąpi - jak za komuny w PRL-u, czy jak cały czas w krajach skandynawskich - rozwój prywatnych, niekontrolowanych przez rządy bimbrowni. Ceny będą zapewne konkurencyjne, więc ani jeden zamysł unijnych biurokratów, tj. zmniejszenie spożycia alkoholu, oraz zwiększenie wpływów do budżetu, nie zostanie osiągnięty.
W planach jest jeszcze zakaz reklamy alkoholu - każdego, zdaje się, że nawet piwa. O ile mnie pamięć nie myli, w PRL-u też nie wolno było reklamować trunków, a Polacy należeli do światowej czołówki jeśli chodzi o spożycie czystego alkoholu na głowę. Zresztą obecnie, np. we Francji też istnieje zakaz reklamy chociażby wina, a tymczasem Francuzi to - zdaniem biurokratów z UE - jeden z najbardziej rozpitych narodów Europy...
Polskie ministerstwo zdrowia już ponoć przyklasnęło unijnym pomysłom, więc jest szansa na to, że będziemy w awangardzie tej nowej wojny jaką Bruksela zamierza wypowiedzieć alkoholowi. Cóż, żal mi np. tych wszystkich winomanów-naiwniaków, którzy przed akcesją III RP do UE zachęcali do głosowania na "tak", będąc przekonanymi, że co jak co, ale ceny win na pewno zmaleją. Dziś już wiadomo, że wzrosły, a teraz, gdy Unia zapowiada kolejną wojnę, bez wątpienia wzrosną jeszcze bardziej.
Powiada się, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. Nadgorliwość urzędnicza, jak by nie było, jest jeśli nie gorsza to na pewno do faszyzmu prowadzi.

Paweł Sztąberek

* * *

Jednego populistę mniej (25 września 2006)

Ledwo dwa tygodnie temu wspomniałem w komentarzu tygodnia, że zanosi się na poważny bój pomiędzy PiS a Samoobroną, a już mamy pierwsze jego efekty. Andrzej Lepper wyleciał z rządu.
I bardzo dobrze! Jarosław Kaczyński rozegrał sprawę w sposób mistrzowski. Pozbycie się z rządu jednego z największych populistów wśród polityków może rządowi PiS wyjść jedynie na dobre. Oby wyszło również na dobre Polsce... Pytanie tylko, czy jeśli premierowi uda się znaleźć większość, niezbędną do skutecznego rządzenia, nie będą to ludzie jeszcze bardziej niebezpieczni dla gospodarki od Leppera? Otóż jest cień nadziei, że tak nie będzie. Obecny układ parlamentarno-rządowy nie trzymał się dotąd na tak cienkim włosku, jak ma to miejsce teraz. Roman Giertych widząc z jaką dynamiką Jarosław Kaczyński rozprawił się z Lepperem, być może powściągnie na jakiś czas swoje, momentami, bardziej czerwone od czerwonych, "genialne" pomysły na utrwalanie socjalizmu. Jeśli bowiem ów cieniutki włosek się zerwie, dalsza polityczna kariera lidera LPR może stanąć pod poważnym znakiem zapytania. W podobnej sytuacji jest również PSL. Jeśli chce przetrwać w polityce jeszcze jakiś czas, musi wejść do koalicji i raczej siedzieć w niej cicho, a nie wierzgać tak, jak robił to dotychczas Andrzej Lepper.
Paradoksalnie więc PiS jest w znacznie lepszej sytuacji, niż był dotąd. Pytanie tylko czy będzie potrafił tę sytuację wykorzystać dla dobra polskiej gospodarki. Zyta Gilowska okazała się, niestety, zbyt elastyczna. Jej powrót do rządu nie oznacza, moim zdaniem, niczego, co mogłoby dawać nadzieję na bardziej liberalny kurs. Klucz do naprawy Polski leży więc chyba w rękach Jarosława Kaczyńskiego. Będzie tak, jak on rozkaże. Jeśli uzna, że trzeba umacniać socjalizm - miej nas Panie Boże w opiece.
Póki co to Andrzej Lepper nawołuje do umacniania socjalizmu. Na niedzielnej, jednej z bardzo licznych ostatnio i bardzo chętnie pokazywanych przez wszystkie - dotąd niechętne mu - media, oznajmił, że państwo "nie może ludzi zostawić bez opieki", a zasiłki po 100 zł "to śmiech". Ten brak "wrażliwości społecznej" PiS-u i odejście od programu "Polski solidarnej" sprawiły m.in., że obecność w rządzie zaczynała go uwierać. Nie ma co po nim płakać. Wypada tylko mieć nadzieję, że PiS, a przynajmniej Jarosław Kaczyński, nie tylko na dobre zapomni o "solidarnej Polsce", ale uwierzy wreszcie w wolnorynkowy kapitalizm.

Paweł Sztąberek

* * *

Czy Zawisza zabije Balcerowicza? (18 września 2006)

Sposób w jaki polskie media przedstawiają prace bankowej komisji śledczej pozostawia wiele do życzenia. Pani red. Monika Olejnik jest niezwykle pokorną myszką gdy rozmawia z p. prof. Leszkiem Balcerowiczem, natomiast gdy do studia zaprasza posła Artura Zawiszę zamienia się w kobietę - wampa. Podobna rzecz ma miejsce w prasie codziennej. Odnoszę wrażenie, że sposób przedstawienia przewodniczącego komisji zmierza do wyrobienia w czytelniku jak najgorszej opinii o nim. Odwrotnie niż w przypadku prezesa NBP. Patrząc chociażby na mało znaczące ilustracje do tekstów nie sposób nie odnieść wrażenia, że media kreują poważnego profesora ekonomii, zawsze zamyślonego i zatroskanego wartością polskiej złotówki przeciw zidiociałemu posłowi Zawiszy, który staje na rękach w Sejmie, zatrzaskuje drzwi do gabinetu i zawsze ma krzywą minę. Słuchając radia podczas jazdy samochodem co rusz słyszę w przerywnikach między muzyką jak prezenterzy kpią z posła... Czemu nie kpią dla równowagi z prezesa NBP?
Skoro zatem media, zanim jeszcze doszło do jakichkolwiek rozstrzygnięć merytorycznych, zawyrokowały kto ma rację, a kto nie, kto jest poważny, a kto nie, nie pozostaje nic innego jak podsunąć dziennikarzom myśl, którą właśnie przeczytałem w magazynie "The Economist". Pismo to, rzadko piszące o Polsce, w ostatnim numerze zamieściło dwuszpaltowy tekst na temat prof. Balcerowicza zaczynając artykuł od tego, że w ub. tygodniu w Moskwie został zastrzelony pierwszy zastępca Rosyjskiego Banku Centralnego, Andrei Kozlov. W kolejnym zdaniu czytamy, że w "Warszawie pod obstrzałem znajduje się ojciec polskiej transformacji Leszek Balcerowicz". Czy prof. Balcerowicza czeka los Kozlova nie wiadomo, ale sugestia co do zamiarów posła Zawiszy jest oczywista.
Jeśli już więc postanowiono, że nie będzie merytorycznej dyskusji o polskim rynku bankowym, to proponuję dziennikarzom pójść na całość! Czekam zatem aż napiszą w przyszłym tygodniu wprost: "Zawisza chce zabić Balcerowicza". Po co wysilać się na ośmieszające zdjęcia i teksty jak można pójść w ślady "The Economist" i w żadne półsłówka się nie bawić.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Jaka przyszłość? (11 września 2006)

Wydaje się, choć wszystko jeszcze może się zdarzyć, że scena polityczna w Polsce zaczyna się powoli porządkować. Co prawda, to porządkowanie trwa już od kilkunastu lat, ale - jak dotąd - z dość mizernym skutkiem. Teraz też wcale nie musi być inaczej.
PiS wyraźnie dąży do tego, by zagospodarować tzw. prawicę. Bez wątpienia PO stanowić tu może dla PiS-u pewną konkurencję, gdyż trudno byłoby partii, która ma w swoich szeregach działaczy chociażby dawnego ZChN-u, nazywać się lewicą. W planach Jarosława Kaczyńskiego leży pewnie zamysł, by PO jednak na lewy biegun zepchnąć. Długofalowa strategia szefa PiS-u zmierza zapewne do tego, by wyłuskać co bardziej "konserwatywnych" posłów z PO (porażka Platformy w wyborach samorządowych może ten proces zdecydowanie przyspieszyć), a pozostawić w niej osoby typu pp. Katarasińskiej, czy Radziszewskiej, które przeciwko nazywaniu ich lewicą, bądź centrolewicą, nic by nie miały. Kto wie, czy wówczas PO nie stałaby się częścią większego bloku lewicy, który dziś próbuje występować jako "Wspólna Polska".
O ile los LPR wydaje się już raczej przesądzony, o tyle przyszłość Samoobrony jeszcze nie. Wcale niewykluczone, że największy bój rozegra się w przyszłości nie pomiędzy PiS a PO czy WP, lecz właśnie między PiS a Samoobroną. Czy Jarosławowi Kaczyńskiemu uda się przechwycić wiejski i małomiasteczkowy elektorat Andrzeja Leppera - trudno dziś przewidzieć.
Co to jednak może oznaczać dla polskiej gospodarki?
Przyjmując jeden z możliwych wariantów, że za jakiś czas na scenie politycznej pozostaną: PiS (tzw. prawica), Samoobrona (lewica), PO + PD + SLD (lewica), zwolennicy wolnego rynku nie mogą być szczególnie zachwyceni, gdyż w szeregu znaczących na rynku politycznym partii nie będzie takiej, na którą mogliby z czystym sumieniem złożyć swoje poparcie. Czy jest jakieś wyjście z tej, na pierwszy rzut oka beznadziejnej, sytuacji? Na lewicę liczyć oczywiście nie można. Jej programy zawsze będą destrukcyjne dla gospodarki. Czy można zatem liczyć na PiS, czyli na tzw. prawicę? W interesie tej formacji jest, by jakoś się od lewicy odróżniać. Dla wielu polityków wystarczającą różnicą jest stopień pobożności, jednak to zbyt mało, by przyniosło Polsce wymierne korzyści gospodarcze. Wszystko zależy oczywiście od tego jacy ludzie - w związku z porządkowaniem sceny politycznej - znajdą się w PiS-ie i jacy będą mieli wpływ na jego decyzje. Jeśli nadal będą to politycy tak miałcy jeśli chodzi o wiedzę ekonomiczną, jak np. poseł Cymański, czy Dorn, albo Gosiewski, to przyszłość widzieć należy raczej w ciemnych barwach. Pytanie jednak, czy PiS bez nich jest w ogóle możliwy?
My, tak jak dotąd, nadal musimy wykazywać, że wolny rynek najlepiej służy ludziom, również tym najbiedniejszym, w nadziei, że serfujący po internecie Jarosław Kaczyński czy Ludwik Dorn, wpadną przypadkowo na Stronę Prokapitalistyczną i po lekturze stwierdzą: Tak! To jest to!

Paweł Sztąberek

* * *

Nietrafiona krucjata (4 września 2006)

Media jak to media co jakiś czas podejmują tzw. akcje w obronie interesu ogółu Polaków, które mają pokazać czytelnikom ich pism, że dziennikarze są po stronie uciskanego ludu, patrzą władzy na ręce etc. W ostatnim tygodniu na frontonie "Dziennika" mogliśmy przeczytać wielki tytuł: "Haracz za benzynę - koncerny paliwowe bez powodu windują ceny paliw na stacjach benzynowych". Tekst skupia się na krytyce stacji benzynowych i koncernów paliwowych będących jednocześnie właścicielami stacji, które - zdaniem gazety - z żądzy zysku stosują potwornie wysokie marże na paliwa. Gdyby marże wynoszące wg gazety nawet 75 groszy na litrze były mniejsze, benzyna mogłaby spaść do poziomu poniżej 4 zł. 3,96 - wielka cyfra rzuca się na każdego kto spojrzy tylko na gazetę. Pod spodem komentarz: tyle kosztowałby dziś litr benzyny bezołowiowej, gdyby obniżyły one marże na litrze do tradycyjnego poziomu 25 groszy na litrze.
Co ciekawe dwa dni później w tej samej gazecie ukazuje się wzmianka, że prezydent Rzeszowa nakazał obniżenie marży do tego właśnie poziomu na stacji benzynowej będącej własnością miasta! Obecnie można tam zatankować po 3,99zł za litr. I wszystko byłoby pięknie i można by przyklasnąć zarówno samej inicjatywie jak i pierwszym efektom, gdyby nie fakt, że na tej samej stronie jest diagram, który pokazuje strukturę cenową 1 litra bezołowiowego paliwa. Wynika z niego, że na cenę składa się pięć komponentów: 1,64zł to cena producenta, 0,67 zł to marża stacji, natomiast trzy pozostałe składniki - odpowiednio 1,31zł akcyza, 0,67zł podatek VAT i 0,09zł opłata paliwowa - są daninami na rzecz państwa. Sumując te trzy rodzaje danin wychodzi, że 2,07 zł z każdego litra trafia do państwa.
Dlaczego zatem dziennikarze rozpoczęli krucjatę przeciw właścicielom stacji benzynowych, którzy pobierają tytułowy "haracz za benzynę", a nie przeciw państwu? Jak bowiem nazwać 2,07zł pobierane przez państwo skoro 70 groszy jest haraczem? Bandytyzmem? Złodziejstwem? Skandalem? Uważam, że rzeczywiście marże pobierane przez właścicieli stacji są zbyt wysokie, ale rozpoczęcie z tego powodu krucjaty przeciw nim, podczas gdy prawdziwy okupant pobiera trzy razy tyle, jest pomysłem nietrafionym i w gruncie rzeczy nietaktownym. Bo przecież gdyby "marża" państwa wynosiła nie 2 zł, ale np. 1 zł to cena na stacjach nawet przy windowaniu przez ich właścicieli swoich zysków, byłaby znacznie, ale to znacznie niższa…

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Nowatorski pomysł Andrzeja Leppera (28 sierpnia 2006)

III RP, jak szeroka i głęboka, zdołała wypracować przez okres swojego istnienia wiele zasad. Jedną z nich jest bez wątpienia "zasada rozdawnictwa publicznego grosza". Każdy rząd, począwszy od sławetnego "pierwszego niekomunistycznego", nie próbował zrobić nic, by z tą zasadą zerwać. Przypuszczam, że za kilkadziesiąt lat, jeśli sondażysta spyta przeciętnego Polaka, z czym kojarzy mu się np. Jacek Kuroń, ów odpowie zapewne, że to gość, który wymyślił "kuroniówki", czyli zasiłki dla bezrobotnych. Mało kto wspomni opozycyjną działalność tego lewicowego polityka, bo dla mało kogo będzie to miało znaczenie.
"Zasada rozdawnictwa publicznego grosza" kontynuowana jest w III RP w dość dziwaczny sposób. Tzn. każdy praktycznie rząd, choć nie odżegnywał się od tej zasady, to jednocześnie zapowiadał "zracjonalizowanie wydatków", "usprawnienie instytucji" zajmujących się socjalem, niekiedy "ostre cięcia" itp. Mimo tych zapowiedzi, których wcielenie w życie mogłoby, choć trochę przynajmniej, przyczynić się do ograniczenia wydatków na socjal, zabawa w "rozdawnictwo publicznego grosza" trwa w najlepsze - co roku pochłania ona coraz większe sumy, no i przybywa też pracowników budżetówki, zajmujących się świadczeniem socjalu. Rządy zapowiadają ograniczenia, a jednocześnie produkują takie ustawy, które państwowymi jałmużnami obejmują coraz większe rzesze Polaków. Dziś, pewnie sporo ponad połowę społeczeństwa, pobiera od państwa jakiś zasiłek.
Dlatego przyklasnąć trzeba wicepremierowi Lepperowi za to, że podjął się niedawno próby wyjścia poza dotychczasowy schemat, jeśli chodzi o mechanizmy rozdawnictwa. Po prostu pojechał na wieś za 100-ma tysiącami złotych i rozdał je wśród chłopów bezpośrednio, bez pośrednictwa urzędników, bez wywiadów środowiskowych, bez oglądania się na ustawy o pomocy społecznej, czy inne bzdety. Cała kasta urzędników mocno się tym oburzyła, no bo to przecież konkurencja... Jeśli nagle wszyscy politycy ruszą w kraj z walizkami pełnymi pieniędzy, bezpośrednio - bez pośredników - rozdawać jałmużny, to okaże się nagle, że połowa biurokracji w naszym kraju jest tak naprawdę niepotrzebna i powinna znaleźć się na zielonej trawce...
Jest tylko jeden mankament tego wyjścia poza schemat... Tak jak Andrzej Lepper, pewnie i wszyscy inni, którzy - jak niegdyś prezydent Lech Wałęsa - "ruszą w kraj", hojnie rozdawać będą nadal publiczny grosz, z którego przecież finansowane są partie polityczne. Bo jakoś trudno mi sobie wyobrazić, by którykolwiek z tych "społecznych przewrażliwieńców" poświęcił na "walkę z biedą" własne 100 tys. złotych...

Paweł Sztąberek

* * *

Atak na Wal-Mart (21 sierpnia 2006)

Jeśli ktoś myśli, że amerykańska lewica nie próbuje naruszać wolnorynkowych fundamentów społeczno-gospodarczych jest w błędzie. Jednym z najbardziej jaskrawych przykładów takiej próby są nieustające ataki wszelkiej maści lewaków na słynną amerykańską sieć Wal-Mart.
Zatrudniającą 1,7 miliona Amerykanów sieć odwiedza miesięcznie w samych tylko Stanach Zjednoczonych blisko 400 milionów ludzi. Stawki godzinowe są niemal dwukrotnie wyższe niż płaca minimalna (średnia stawka w Wal-Martach wynosi 10 USD/h, stawka minimalna nawet po ostatniej podwyżce wynosić będzie nieco ponad 7 USD/h). Wydawać by się mogło, że panuje idealna równowaga: wielka sieć daje pracę milionom ludzi, umożliwia ubogim kupno tych samych towarów po niższych cenach, więc szczególnie lewica powinna jeszcze przyklasnąć idei tego typu sklepów. Jest jednak inaczej.
W Chicago South Side, rada miejska zdominowana przez lewicę, nie zgodziła się na powstanie drugiego w mieście Wal-Martu. Sieć wybudowała zatem market tuż za granicami miasta. Powodem była troska o ludzi pracy, którzy - zdaniem radnych - są zbytnio wykorzystywani. I co się okazało? Dając ogłoszenie o naborze 350 pracowników zgłosiło się 25 tysięcy chętnych. 25 tysięcy chętnych do pracy za 10 dolarów za godzinę i to do firmy, w której - o zgrozo! - nie ma związków zawodowych.
Z drugiej strony Wal-Marty są atakowane przez prominentnych polityków Partii Demokratycznej. Za co? Za to, że rzekomo wyzyskują ludzi, że mają za duże zyski i w ogóle za to, że nie pozwalają ingerować politykom w działalność korporacji. Centrale związkowe od lat próbują wtargnąć do sieci z radami pracowniczymi, ale sami pracownicy im nieustająco dziękują.
Wiceprezydent Wal-Mart Corporation Bob McAdam powiedział po ostatnich atakach lewicy, że "żadna firma nie powinna mówić pracownikom na kogo mają głosować w wyborach, ale również politycy nie powinni mówić ludziom gdzie mają robić zakupy". No właśnie.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Komisja wczesnego ostrzegania (14 sierpnia 2006)

Mamy już w Europie system szybkiego ostrzegania. Jego matecznik to Komisja Europejska. Ostrzega przed czym tylko się da i co rusz wyrusza na jakieś wojny...
Niedawno Komisja ostrzegła przed nadmiernym opalaniem się w solarium. Zwiększa ono ponoć ryzyko zachorowania na złośliwego raka skóry. Komisja apeluje, by z solarium nie korzystały zwłaszcza "osoby o jasnej karnacji, piegowate, z wieloma pieprzykami". KE wydać ma na tę okoliczność nawet ulotkę oraz nakłonić właścicieli firm, by informowali użytkowników o ryzyku oraz by zastosowali się do norm, jakie już wkrótce mają być wprowadzone, tak by ograniczyć stopień promieniowania ultrafioletowego.
Komisja Europejska wzięła też na tapetę olejki do opalania oraz ... farby do włosów. W tych ostatnich ma być zakazane stosowanie 22 substancji chemicznych, które szkodliwie wpływają na zdrowie, a zwłaszcza mogą wywołać ... raka pęcherza. Nieważne, że, jak dotąd, nie udało się ustalić czy ktokolwiek w ogóle stosuje te substancje w produkcji farb do włosów, ale cóż szkodzi ostrzec zawczasu... Urzędnicy będą mieli robotę, powstaną nowe dokumenty, stworzone zostaną dodatkowe normy itd., itp.
I niech ktoś powie, że w Unii Europejskiej nikt nie przejmuje się losem konsumentów... Fakt, jest to dość szczególna troska. Bo, co prawda, realizowana jest z pieniędzy tychże konsumentów, zabieranych im w postaci coraz to wyższych podatków, ale konsument wie przynajmniej za co płaci. Skoro w dzisiejszych czasach trudno już liczyć na ochronę ze strony policji przed pospolitymi bandytami, to niechże chociaż komisarz Verheugen ochroni nas przed kremem do opalania i farbą do włosów! Nie mówiąc już o solarium!

Paweł Sztąberek

* * *

Początek kampanii w USA (7 sierpnia 2006)

W ubiegłym tygodniu Izba Reprezentantów Kongresu Stanów Zjednoczonych przegłosowała podniesienie do 2009 roku stawki minimalnej płacy z obecnych 5,15 USD/h do poziomu 7,25 USD/h. Niestety ustawa była inspirowana i została przegłosowana głosami kongresmanów republikańskich. Jak wytłumaczyć takie postępowanie amerykańskiej prawicy?
Wydawać się może, że usprawiedliwienia dla jawnie antyrepublikańskiego działania nie ma żadnego, natomiast przegłosowanie tej ustawy można wytłumaczyć po prostu zbliżającymi się wyborami. W listopadzie Amerykanie wybierają cały skład Izby Reprezentantów oraz 1/3 składu Senatu i wedle sondaży wszystko wskazuje na to, że niemal pewna jest strata większości w izbie niższej, zaś utrzymanie większości w Senacie może być niezwykle trudne. O ile zatem Republikanie nie mają zbyt wielkich sukcesów w polityce zagranicznej (Irak, Bliski Wschód, Afganistan, nie wspominając już o Ameryce Południowej), starają się to nadrobić pokazując wrażliwość społeczną, która miałaby pomóc w zdobyciu poparcia "ludzi pracy". Wydaje mi się jednak, że takie działanie obliczone na sukces wyborczy może obrócić się przeciw Republikanom. O ile bowiem przywódcy związkowi są głośni i pełno ich w amerykańskich mediach, o tyle zwykli Amerykanie, w większości o poglądach republikańskich, w ciszy pracują na bogactwo tego kraju. Ich głosu nie ma w programach telewizyjnych, nikt nie jedzie do Dakoty Płd albo Idaho, aby zapytać "rednecków" o zdanie.
I właśnie ta milcząca większość przez tego typu działania może się obrócić przeciw Republikanom. Demokraci od lat dbają nie o interes zdecydowanej większości Amerykanów, lecz o interesy i "prawa" poszczególnych głośnych mniejszości i przegrywają. Republikanie zamiast podążać za oczekiwaniami milczącej większości przytomnie myślących Amerykanów zaczynają puszczać oczko do mniejszości, w tym wypadku związkowców. I podejrzewam, że zamiast zwiększyć szanse wyborcze, tego typu działania przynoszą skutek odwrotny. Rozmawiałem ze zwykłym pracownikiem najemnym niewielkiego sklepu w USA, który mi powiedział, że on wcale nie cieszy się z podwyżki płacy minimalnej, gdyż właściciela zatrudniającego 4 pracowników nie będzie stać na takie wynagrodzenie w najbliższych latach. Efektem będzie to, że albo on, albo któryś z jego trzech pozostałych kolegów pożegna się z pracą, przez co Republikanie z pewnością nie zyskają przychylności small businessu.
Republikanie chcąc zachować przewagę w Kongresie powinni zatem iść za głosem milionów Amerykanów, a nie politycznych krzykaczy, których głosy i tak dostaną Demokraci.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Dobro "spekulacyjne" wg. ministra finansów (31 lipca 2006)

Zdążyliśmy się już przyzwyczaić do tego, że w ustroju interwencjonistycznym, z niezwykle rozrośniętą sferą budżetową, gdzie rząd steruje wieloma dziedzinami życia, tak jak ma to miejsce np. w III RP, pewne obszary ludzkiej aktywności są, w znacznym stopniu, wyłączone spod wpływu oddziaływania wolnego rynku. Problem ten dotyczy chociażby tzw. służby zdrowia, czy edukacji. Nadal przeważająca większość szkół to szkoły państwowe, podobnie jak państwowa jest zdecydowana większość przychodni i szpitali. Zwolennicy utrzymania takiego stanu rzeczy twierdzą najczęściej, że nie wszystko można poddać zasadom rynkowym, że nie wszystko jest towarem nadającym się do wolnej sprzedaży. Wszelkie dyskusje zamykane są twierdzeniem, że pieczę nad tym musi mieć państwo.
Gazeta "Dziennik" opublikowała w wydaniu z 28 lipca 2006 roku wywiad z obecnie urzędującym ministrem finansów, p. Stanisławem Kluzą. Jedno zdanie z wypowiedzi p. ministra nieco mnie przeraziło, ponieważ dopuszcza możliwość rozszerzenia zakresu towarów mogących być stopniowo wyłączanych spod działania wolnego rynku.
Dziennikarz pyta: "Jakie są argumenty za wprowadzeniem nowego podatku od nieruchomości? Dlaczego likwiduje się zasadę, zgodnie z którą obowiązek podatkowy nie powstaje, jeśli sprzedający był właścicielem nieruchomości dłużej niż 5 lat?"
Minister odpowiada: "W założeniach jest to podatek mający zniechęcić do traktowania mieszkania jako dobra spekulacyjnego. Mieszkanie w pierwszej kolejności powinno zaspokajać potrzeby mieszkaniowe rodzin. I właśnie ten podatek tę kolejność ustawia".
Szczerze pisząc mniej obeszłaby mnie odpowiedź pana ministra, gdyby brzmiała: "Każdy sposób na oskubanie podatnika jest dobry. Byleby więcej szmalu wyrwać do budżetu... Koniec". Jednak uzasadnienia dla wprowadzenia nowego podatku, jakim posłużył się minister, nie można określić inaczej, jak bolszewickim.
Pytanie, jakie się nasuwa brzmi: jakie jeszcze towary uzna wkrótce pan minister za "spekulacyjne"? O ile się nie mylę to najprostszą istotą handlu jest "kupić taniej, sprzedać drożej". I tak handluje się wszystkim i na całym świecie. Czy wkrótce na całą gospodarkę rząd nałoży nowy podatek, byleby tylko zniechęcić ludzi do uczestnictwa w działaniach "spekulacyjnych", czyli - mówiąc prościej - w życiu gospodarczym?

Paweł Sztąberek

* * *

Przestępstwo przeciwko wyborcom (24 lipca 2006)

Media doniosły niedawno, że aresztowany został lider jednej z nieznaczących partyjek, p. Adam Słomka. Postawiono mu zarzut stania na czele "grupy przestępczej", która popełniała przestępstwa - jak to określono - przeciwko wyborom. Chodzi zapewne o fałszowanie list poparcia dla kandydata na prezydenta. Fakt, złamanie prawa jest to niewątpliwe, ale żeby zaraz określać p. Słomkę mianem, które przysługiwało - jak dotąd - największym gangsterom tego kraju?
Mnie, w związku z całą tą sprawą, nurtuje jedna rzecz, czy wreszcie ktoś wpadnie na to, aby w kodeksie karnym wprowadzić artykuł o "przestępstwie przeciwko wyborcom".
Przeczytałem właśnie w jednym z dzienników, że polski system emerytalny jest coraz bliższy katastrofy. Mimo że państwo co miesiąc inkasuje od Polaków haracz zwany składką, mimo że haracz ten pobierany jest pod przymusem konsekwentnie od lat, nagle okazuje się, że może zabraknąć na emerytury. Każdy, kto płacił składkę (nie mając zresztą większego wyboru) ma prawo oczekiwać, że gdy osiągnie odpowiedni wiek, otrzyma tę składkę z powrotem, właśnie w formie emerytury. Tymczasem, jak donosi gazeta, może dostać figę! Przez te wszystkie lata ktoś zarządzał pieniędzmi odprowadzanymi na ZUS, ktoś uchwalał ustawy, przeprowadzał "reformy", obiecywał złote góry itp. Jeśli swoimi decyzjami doprowadził do katastrofy, powinien być nazwany przestępcą, który popełnił przestępstwo przeciwko wyborcom i za to trafić do więzienia.
W III RP znalazłoby się znacznie więcej przestępstw przeciwko wyborcom. Każda podwyżka podatków, której jedynym uzasadnieniem jest łatanie dziur budżetowych po poprzednikach, również powinna być nazwana przestępstwem przeciwko wyborcom. Obawiam się, że na wolności nie ostałby się, w związku z tym procederem, żaden z urzędujących dotąd ministrów, oraz wiceministrów, finansów. Nieskuteczność w zapewnianiu porządku publicznego i zła ochrona obywateli przed pospolitymi bandytami, niejednego ministra spraw wewnętrznych powinna wsadzić za kratki. A ile to niespełnionych obietnic wyborczych nagromadziło się w III RP? "Milion nowych miejsc pracy", "mieszkania za darmo", "obniżka podatków", "reprywatyzacja", "odbiurokratyzowanie gospodarki", "3 miliony mieszkań"... Trudno to wszystko zliczyć. Czy cały parlament nie powinien aby oglądać świata przez zakratowane okna?
Z przestępstwami przeciwko wyborcom mamy do czynienia niemalże na każdym kroku. Czy ktoś się jednak tym przejmuje? Póki co, zapuszkowano p. Adama Słomkę, bo działał "przeciwko wyborom"... Istotnie, wielki to gangster w porównaniu z tymi politykami, którzy co roku grabią obywateli na grube miliardy (przeznaczając je choćby na działalność swoich partii) i wcale nie odczuwają z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia.

Paweł Sztąberek

* * *

Minister edukacji traci odporność psychiczną (17 lipca 2006)

W ustroju, w którym rządzą sondaże badania opinii społecznej, każdy, albo prawie każdy polityk w końcu oszaleje. Roman Giertych, odkąd został posłem, a następnie ministrem edukacji narodowej, przeszedł chyba przyspieszony kurs podlizywania się ludowi. Na dziesięć wypowiedzi pana ministra, sześć jest może rozsądnych, reszta natomiast - niestety - je obala. Co ciekawe, podlizywanie się pana ministra przynosi jak dotąd odwrotny skutek, tzn. zamiast coraz bardziej lubiany i kochany, jest on coraz bardziej nienawidzony. Fakt, niemała tu rola wszelkiego lewactwa, które do ministra Giertycha ma stosunek zdecydowanie ideologiczny, aniżeli merytoryczny, niemniej reakcje pana ministra dowodzą tylko tego, że ma on słabą odporność psychiczną i powoli zaczyna tracić głowę.
Ostatni pomysł pana Romana Giertycha, by wydać świadectwa maturalne tym, którzy matury nie zdali nie jest nawet surrealistyczny, jest po prostu idiotyczny. I jeśli polskie szkolnictwo jest chore, to ów pomysł idealnie wpisuje się w tę chorobę. A źródłami tej choroby są: system państwowego szkolnictwa, centralizm szkolny i przymus nauczania. Teraz już z pełnym przekonaniem stwierdzić można, że pan Roman Giertych nie ma pomysłu na uzdrowienie dziedziny, którą jako minister zarządza (niemalże jak król), bo gdyby naprawdę chciał ów system uzdrowić, musiałby ogłosić, że jego celem ostatecznym jest prywatyzacja szkolnictwa, decentralizacja, a w konsekwencji likwidacja ministerstwa edukacji, jako nikomu niepotrzebnego biurokratycznego tworu. Tymczasem mamy tzw. abolicję maturalną, która nie tylko podważa sens uczenia się, osłabia autorytet nauczycieli, ale jest także idealnym krokiem w stronę dalszej demoralizacji młodzieży, w ramach obowiązującego systemu.
Generalnie, wadą ministra jest to, że zbyt często zwołuje konferencje prasowe i ogłasza światu swoje pomysły. "Krowa, która dużo ryczy, mało mleka daje". Zamiast dużo gadać powinien raczej robić. Są sytuacje, że trudno nie czuć sympatii do ministra, gdy np. próbuje ograniczać zbędne wydatki ministerstwa, czy gdy zapowiada likwidację niektórych instytucji (np. Centrum Doskonalenia Nauczycieli), niemniej są momenty, że nie sposób zadać sobie pytanie: czy minister aby nie oszalał?
Jest chyba tylko jeden pozytywny aspekt decyzji ministra Giertycha w sprawie abolicji maturalnej, z którego pan minister zapewne nie zdaje sobie sprawy... Otóż, co bardziej zdolni uczniowie, gdy zobaczą, że są traktowani na równi z różnymi debilami, którzy choć nie uczą się to i tak zdają wszystkie egzaminy, czym prędzej porzucą szkoły i wezmą się za różne biznesy. W ten sposób - zamiast marnować czas w szkole - zaczną wykorzystywać swoje talenty i realizować swoje marzenia. Minister Giertych właśnie im, chcąc nie chcąc, powiedział, że wykształcenie, tzn. potwierdzający je papierek, nie jest tak naprawdę ważne do tego, by móc się realizować w życiu. Pytanie tylko, czy ci młodzi ludzie wybiorą tę życiową realizację w kraju, czy też poza nim?

Paweł Sztąberek

* * *

Zmiana premiera (10 lipca 2006)

Od kilkunastu, przynajmniej, dni pan premier Kazimierz Marcinkiewicz wyglądał tak, jakby ktoś cały czas trzymał mu przy skroni nabity pistolet. Był blady, niespokojny, nerwowy, jakiś taki nieswój, nie ten wyluzowany, medialny Marcinkiewicz. Czy premierowi ktoś groził? Czy ktoś go szantażował? Pojawiła się ostatnio w mediach nawet informacja o jakimś sporym wynagrodzeniu, które miał rzekomo przyjąć kilka lat temu od kogoś za doradztwo, którego nie było...
A może humor pogorszył się panu premierowi po tym, jak skonstatował, że z polską gospodarką nie jest wcale tak różowo, jak głosi to PiS-owska propaganda? Że bezrobocie spada, ale nie dlatego, że coraz więcej ludzi znajduje w kraju pracę, lecz dlatego, że coraz więcej bezrobotnych opuszcza Polskę? Że wzrost gospodarczy jest, owszem, ale jakoś nie przekłada się on na wzrost poziomu życia - przynajmniej większości Polaków? A może pan premier pojął nagle, że jak dotąd nic nie wyszło z jego planów odbiurokratyzowania gospodarki, obniżenia podatków, ograniczenia wydatków państwa, ułatwień dla biznesu, poszerzenia zakresu wolności gospodarczej itp.? Może dlatego właśnie był ostatnio taki smutny i jakby lekko przestraszony?
A może uświadomił sobie, że powołany przez niego nowy minister finansów to jednak nie był najlepszy pomysł, skoro swoje urzędowanie rozpoczął od zapowiedzi zwiększenia zatrudnienia w ... urzędach skarbowych o 1200 etatów dla poprawy ściągalności podatków?
I tak, zastanawiając się nad osiągnięciami gospodarczymi rządu, okazuje się nagle, że nie ma ich, tak naprawdę, zbyt wiele, a właściwie nie ma ich w ogóle. A ludzie żyją względnie nienajgorzej chyba tylko dlatego, że zarabiają w "szarej strefie" i że jakoś chronią te zarobki przed rządem, a nie dlatego, że rząd "stworzył im warunki". Poniekąd jest to prawda, zważywszy na to, że rząd nakładając na ludzi wysokie haracze prowokuje rozrost "szarej strefy". Ale czy należy to zaliczyć do sukcesów rządu? Nie o takich sukcesach myślał też pewnie p. Kazimierz Marcinkiewicz...
Jarosław Kaczyński, najpewniej nowy premier, w sobotnim wywiadzie dla państwowej telewizji, chcąc uspokoić - ponoć zaniepokojonych - inwestorów oznajmił, że jego polityka będzie "polityką kontynuacji". Nie brzmi to, niestety, zbyt pocieszająco. Polsce nie potrzeba polityki kontynuacji etatyzmu, stagnacji, nijakości. Polska potrzebuje radykalnego odwrotu od tej polityki i skierowania się w stronę wolnego rynku. Bez oglądania się na cokolwiek. Jarosław Kaczyński to człowiek z charyzmą, zdolny do radykalnych działań. Pytanie tylko, czy zdaje on sobie sprawę z ważkości takiej zmiany kierunku, czy czuje to i czy wie, że to także niezbędny warunek pełnego zerwania z komunizmem, z III RP i marszu w stronę nowego, wolnego Państwa Polskiego.

Paweł Sztąberek

* * *

Kto naprawdę obalił min. Gilowską? (3 lipca 2006)

Dziwne rzeczy dzieją się na naszej scenie politycznej. Ledwo tylko obalona została minister finansów, pani Zyta Gilowska, a już premier Kazimierz Marcinkiewicz ogłosił, że tzw. twórcy nadal będą mogli się cieszyć przywilejem niższych podatków. A mówił to w towarzystwie kilku reżyserów, którzy, albo już od dawna nie zrobili żadnego filmu, albo też robią knoty, na które nikt nie chce chodzić, może poza nimi samymi.
Ponieważ przywilej podatkowy dotyczy również dziennikarzy, premier wymownie się do nich uśmiechnął, zapewniając, że ich portfele także nie ucierpią. Tak więc, telewizyjni gwiazdorzy, ot, w rodzaju gwiazd numer jeden, red. Tomasza Lisa, czy red. Kamila Durczoka, którzy - jak mi się wydaje - negocjują swoje kontrakty przynajmniej od kilkuset tysięcy złotych wzwyż, nadal będą mogli się cieszyć z tego, że płacą niższy niż reszta hołoty, podatek dochodowy.
Przy okazji jasna staje się też odpowiedź na pytanie: kto obalił Zytę Gilowską? Teraz już przynajmniej wiadomo - tzw. twórcy, dla ratowania swoich portfeli... A kto obali socjalistów u władzy dla ratowania portfeli pozostałej, nieuprzywilejowanej części społeczeństwa?
Ale jakby tego było mało, tuż po obaleniu min. Zyty Gilowskiej, nowo i błyskawicznie powołany na ministra finansów, p. Wojciechowski ogłosił, że nie zamierza ograniczać administracji w urzędach skarbowych. Jak wiadomo, po tym, jak min. Gilowska zapowiedziała, że będzie redukować zatrudnienie w skarbówkach, ogłoszono w nich akcję protestacyjną jako wyraz dezaprobaty dla jej planów. Teraz urzędnicy z US-ów mogą spać spokojnie, bo nie dość, że nie będzie żadnych zwolnień to jeszcze przybędzie nowych etatów. Pan minister Wojciechowski (wykształcony ponoć na niezliczonej liczbie zagranicznych uczelni, których nazwy trudno nawet wymienić) zapowiedział bowiem, że planuje zatrudnienie w urzędach skarbowych dodatkowo 1200 urzędników "dla poprawy ściągalności podatków". Widać, że nowy minister nie na próżno kształcił się przez tyle lat. Bo gdyby ukończył jedynie szkołę podstawową pewnie nigdy nie dowiedziałby się, że tylko etatyzm prowadzi do szczęścia ludzkości.
Pani Zyta Gilowska, zaraz po swojej dymisji rozpoczęła snucie domysłów, kto wrobił ją w problemy lustracyjne i komu mogło zależeć na jej odejściu. Wspomniała coś nawet o mafii paliwowej, której interesy próbowała rzekomo naruszyć. Tymczasem odpowiedź wydaje się prostsza niż mogłoby się to wydawać. To "twórcy" do spółki z "Solidarnością" ze skarbówek obalili panią minister. Bo nie trzeba było długo czekać, by przekonać się, kto rzeczywiście skorzystał na jej odejściu...

Paweł Sztąberek

* * *

Naważyli sobie ... wina (26 czerwca 2006)

Komisja Europejska oznajmiła niedawno, że w UE jest nadprodukcja wina. W związku z tym zamierza ona doprowadzić do karczowania winnic. Za karczowanie będzie oczywiście płacić, tak jak dotąd płaciła czy nadal płaci za sadzenie.
Absurd? Nie, normalna unijna rzeczywistość. Socjalizm - jak mawiał bodajże Kisiel - słynie ze zwalczania problemów, które sam wymyślił. Nie inaczej jest w tym, jak i w setkach innych przypadków. Szczodra w rozdawnictwie publicznego grosza Unia najpierw rozdaje fundusze na lewo i prawo, a potem nagle stwierdza, że coś jest nie tak. Stąd w UE mnóstwo niepotrzebnych dróg, wiaduktów, z których nie można zjechać, skrzyżowań z niepotrzebną sygnalizacją świetlną, oczyszczalni ścieków budowanych nie tam, gdzie powinno się to zrobić...
Zanim Polska weszła do tego kołchozu, głośno było o zbyt wielkiej liczbie gospodarstw wiejskich, twierdzono, że w naszym kraju jest zbyt wielu rybaków, że mamy za dużo kopalń czy hut. Nie jestem w stanie zrozumieć, jak biurokraci potrafią obliczyć, że gdzieś czegoś jest za dużo. Pół biedy, gdyby skończyło się na liczeniu. Gorzej, że wyniki tych obliczeń usiłuje się wcielać w życie. Tak właśnie wygląda system centralnego sterowania gospodarką i ludzkim życiem.
Teraz KE orzekła, że w Europie jest zbyt dużo wina. Wychodzi na to, że w Europie konsument nie decyduje już prawie o niczym. Robią to za niego biurokraci.
Z zasiłkami z Unii Europejskiej np. na tworzenie czy modernizację winnic jest mniej więcej tak, jak z łatwym pieniądzem kredytowym. Jeśli jest on zbyt powszechny wówczas ludzie inwestują w to, w co w normalnych warunkach rynkowych niekoniecznie by zainwestowali. Dopiero po czasie okazuje się, że na wyprodukowany towar nie ma zbytu.
Nie twierdzę, że w Unii Europejskiej, a w każdym razie w niektórych jej "winnych" krajach nie ma nadprodukcji. Być może jest. Ale najlepsze, co Komisja Europejska mogłaby uczynić to odstąpić od jakichkolwiek dotacji, zarówno tych na rozwój rolnictwa, jak i jego likwidację (zawsze znajdą się chętni do brania kasy na sadzenia, jak i na karczowanie), a pozwolić konsumentom zadecydować o tym, jakie wino chcą pić. Producent wina, który nie jest w stanie wyprodukować swojego trunku bez pomocy państwa, wcześniej czy później zniknie z rynku. Inni przetrwają.
Wara urzędasom od wina!

Paweł Sztąberek

* * *

Strategiczne gałęzie politycznych łupów (19 czerwca 2006)

Ledwo tydzień temu napisałem, że rząd premiera Marcinkiewicza nie realizuje własnego programu gospodarczego, w tym nie likwiduje - jak obiecywał - podatku od spadków i darowizn, a tu nagle w tygodniu przychodzi wieść, że właśnie na radzie ministrów przyjęto rozwiązanie, które ma umożliwić częściową liwidację tego podatku. To dobra nowina. Wypada jeszcze mieć nadzieję, że rządowe rozwiązanie zostanie zaakceptowane przez parlament i chociaż jeden, wyjątkowo niesprawiedliwy haracz, zostanie zlikwidowany.
Szkoda, że takich wiadomości nie ma zbyt wiele. Większość nie pozostawia bowiem złudzeń, że rząd ani myśli rozstawać się w najbliższym czasie z naszymi pieniędzmi, również z tymi, które od lat zasilają niesprywatyzowane dotąd, tzw. strategiczne gałęzie gospodarki.
Tym, co ciąży na III RP, niczym jakieś fatum, to brak prywatyzacji wielu przedsiębiorstw. Określa się je właśnie mianem tzw. strategicznych gałęzi gospodarki. Historia ostatnich kilkunastu lat dowodzi, że przedsiębiorstwa te są, owszem, strategiczne, ale chyba głównie dla samych polityków, dla ich własnych interesów oraz interesów ich środowisk. Każda nowa ekipa, która przejmuje władzę w państwie nie jest w stanie zdobyć się na 100-procentową prywatyzację tych firm. Zawsze natomiast odbywa się gorszący spektakl obsadzania rad nadzorczych swoimi ludźmi.
Nie inaczej jest również teraz. PiS już powrzucał do tych rad "swoich" i zrobił to jeszcze gdy rządził samodzielnie. Obecnie jednak rządzi do spółki z Samoobroną i LPR-em. Samoobrona właśnie zaczyna się domagać, by w radach nadzorczych znaleźli się także jej przedstawiciele. Tylko czekać, jak z podobnym żądaniem wystąpi LPR.
Podział łupów trwa. "Strategiczne gałęzie gospodarki" będą go jeszcze w stanie wytrzymać pewnie długo, ale jak długo wytrzymają konsumenci, płacący coraz wyższe, z powodu m.in. rosnącej akcyzy, rachunki za energię elektryczną, czy za gaz... I to po to głównie, by zaspokajać niepohamowane apetyty partyjnych koterii.

Paweł Sztąberek

* * *

Ostatni moment, by zachować twarz (12 czerwca 2006)

Minister Zyta Gilowska nie ma jakoś szczęścia w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza. Do tego, że nie pozwala jej się realizować własnej wizji zmian gospodarczych w Polsce, zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Jednak to, że nie wolno jej także wprowadzać w życie wizji partii rządzącej, czyli PiS-u, to już zupełne kuriozum. To w końcu PiS obiecywał w kampanii wyborczej zredukowanie liczby progów podatkowych z trzech do dwóch, to PiS zapowiadał, że zlikwiduje wprowadzony jeszcze przez ministra Belkę podatek od bankowych odsetek, nazwany zresztą jego imieniem, to PiS także, a i p. Gilowska, obiecywali, że zniosą, przynajmniej w znacznej części, podatek od spadków i darowizn.
Dziś już wiadomo, że nic z tych obietnic nie będzie zrealizowane. Co gorsza, w najbliższych latach nie czeka nas żadna reforma, która mogłaby przyczynić się do redukcji wydatków państwa i do zmniejszenia haraczy jakie płacić muszą na ich pokrycie obywatele Polski. A haracze te będą, niestety, rosnąć. Ktoś w końcu będzie musiał pokrywać wydatki związane z uprzywilejowaniem przez państwo niektórych grup zawodowych, czyli np. górników, no i oczywiście tzw. twórców. Poza tym szykuje się podwyżka dla lekarzy i być może nauczycieli. Pieniądze dla nich też nie wezmą się znikąd. A kto wie z jakimi cudnymi pomysłami wyskoczą jeszcze poszczególni ministrowie byleby się tylko podlizać ludowi, tak jak usilnie od jakiegoś czasu robi to np. minister Giertych, czy ostatnio prezydent Lech Kaczyński.
Pani minister finansów twierdzi, że program podatkowy jej i PiS-u uda się wprowadzić w życie dopiero od 2009 roku. To oznaka nie tylko politycznej głupoty, ale i zwykłego tchórzostwa. Każdy głupiec jest w stanie zapowiadać reformy od momentu, od którego nie będzie już prawdopodobnie u władzy, bo rok 2009 to rok wyborów. Następna ekipa, znając życie, która odziedziczy państwo po rządach PiS-u i spółki, stwierdzi oczywiście, że państwa nie stać na zmiany w podatkach i pozostawi wszystko tak jak jest.
Pani minister Gilowska przyzwyczaiła nas już do tego, że ciągle ponosi w rządzie porażki, że nie może przeforsować niczego, co wypływa z jej przekonań, a co mogłoby uzdrowić polską gospodarkę i pewne sprawy uporządkować. Przyzwyczailiśmy się już chyba także do ciągłych, jak dotąd, nieskutecznych dymisji p. minister. Nie wiem czy nie byłoby lepiej dla zachowania przez panią Gilowską twarzy, gdyby rzeczywiście raz na zawsze pożegnała się z premierem Marcinkiewiczem. No bo cóż ją właściwie jeszcze trzyma na stołku ministra finansów?

Paweł Sztąberek

* * *

Bukowski miał rację (29 maja 2006)

Ostatnie doniesienia zza Oceanu nie pozostawiają wątpliwości - gospodarka amerykańska rozwija się w tempie, o jakim większość krajów UE może tylko pomarzyć. Nie sprawdzają się więc, jak dotąd, katastroficzne wizje wielu ekonomistów, którzy od dawna wieszczą wielki gospodarczy krach w Stanach Zjednoczonych. Mimo potężnego deficytu budżetowego, międzynarodowego, zbrojnego zaangażowania rządu USA i - ogólnie - bardzo niekorzystnej, wrogiej aury jaka na całym świecie rozpościera się nad Stanami, Amerykanie mają w sobie wystarczająco dużo siły i przedsiębiorczości, by wbrew tym przeciwnościom pozostać największą i najważniejszą gospodarką świata, o jednym z najmniejszych współczynników bezrobocia.
W Europie tymczasem odżywać zaczyna inny problem - powrotu do, wydawać by się mogło, obumarłej już konstytucji UE. Niedawno wypowiedziała się w tej kwestii nowa szefowa resortu spraw zagranicznych rządu III RP, sugerując, że Polska powinna ponownie rozważyć sprawę ratyfikacji traktatu. Do powrotu do dyskusji w sprawie konstytucji wzywa także kanclerz Austrii, a także rząd Holandii, dodając, że po raz drugi nie podda już traktatu pod ogólnonarodowe referendum (Holandia odrzuciła konstytucję UE właśnie w referendum). Pojawiła się też koncepcja, by zmienić zasadę wprowadzenia traktatu w życie. Dotąd obowiązywała zasada jednomyślności - wystarczyło, że jeden z krajów nie ratyfikował dokumentu, by cały przepadł. Teraz coraz częściej mówi się, że do jego uchwalenia wystarczyłaby zwykła większość.
Ostatnia nowość to głos w sprawie konstytucji UE kanclerz Niemiec, pani Merkel. Stwierdziła ona mianowicie, że w traktacie powinno znaleźć się odwołanie do Boga. To ponoć ma wystarczyć, by Niemcy znów poważnie zaczęły traktować, wydawać by się mogło dawno już pogrzebany, dokument.
Jak widać, zwolennicy tworzenia europejskiego super-państwa nie rezygnują. Pewnie w powołaniu nowej, wielkiej biurokratycznej machiny widzą oni szanse na stworzenie przeciwwagi dla gospodarczego giganta jakim są Stany Zjednoczone. Jeśli jednak sądzą, że zamknięcie europejskich narodów w sztywne ramy wspólnej, przesyconej socjalistycznym bełkotem konstytucji, wystarczy do tego, by ścigać się z Ameryką, to są w grubym błędzie.
Niestety rację miał Władimir Bukowski, gdy twierdził, że architekci Unii Europejskiej nie spoczną. Będą szukać nowych sposobów, byleby tylko osiągnąć swój cel. Zanosi się więc na kolejną odsłonę walki o budowę "Wspólnego Europejskiego Domu".

Paweł Sztąberek

* * *

Nowa "umowa społeczna" (22 maja 2006)

Właśnie dowiedzieliśmy się, że minister pracy i polityki socjalnej p. Anna Kalata zapowiedziała swoje wsparcie dla Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych (OPZZ). Na czym to wsparcie ma polegać? Otóż m.in. na zbieżności w poglądach. Okazuje się, że zarówno OPZZ jak i pani minister "(...) nie godzą się na biedę bezrobocie, brak perspektyw". "Macie we mnie swojego sojusznika, możecie liczyć na moją pomoc i wsparcie" - zadeklarowała minister pracy. W swojej deklaracji nic nie wspomina ona o wsparciu finansowym, ale kto wie - w OPZZ zapewne się nie przelewa, więc i to nie jest wykluczone. Zachęca natomiast pani minister działaczy związkowych do aktywnego udziału w negocjacjach nad "nową umową społeczną".
Cóż, jak dialog to dialog. Ale ile to już tych "umów społecznych" zaliczyła III RP? Zaczęło się oczywiście od sławnych umów "okrągłego stołu", które odbijają się naszej ojczyźnie czkawką po dzień dzisiejszy. Rozdawnictwo publicznego grosza w postaci różnych zasiłków, dotacji, subwencji itp. to też przecież nic innego, jak realizacja szczytnych "umów społecznych" zapoczątkowana przez dzielnego ministra Jacka Kuronia, o którym Guy Sorman w swojej książce "Wyjść z socjalizmu" pisał, że "(...) wódka jest obecna w jego biurze już od samego rana", a on sam jest "(...) fioletowy, krzykliwy, dziwny, przekrzykuje i nie słucha pytań".
Jak pod tym względem jest z obecną panią minister, nie wiadomo. Wiadomo natomiast, z doświadczenia, że gdy mówi się o "nowej umowie społecznej" to nie może to oznaczać niczego innego, jak tylko dalszego skubania podatników. Tzw. umów społecznych nie zawierają bowiem zwykli ludzie, lecz działacze, aktywiści, "liderzy" i różnej maści drapichrusty, którzy w każdej umowie z rządem potrafią zwietrzyć dla siebie interes. To przede wszystkim oni będą głównymi beneficjentami tych "umów". Związkowi działacze będą mieli pewną pracę w centralach, by pilnować czy "umowa" jest dotrzymywana, minister pracy będzie miał kolejne uzasadnienia dla swojego istnienia, jak to bardzo jest on społeczeństwu potrzebny, a liderzy organizacji pracodawców, dzięki wikłaniu się w politykę wciąż szlifować będą nowe dojścia do przywilejów dla wybranych biznesmenów ze swoich syndykatów. Zwykły szary człowiek albo nadal klepał będzie biedę "na bezrobociu", albo też koił żale w coraz tańszych denaturatowych drinkach nabywanych "na mecie" za zasiłki, które związki zawodowe, rząd i pracodawcy zagwarantują mu w nowej "umowie społecznej".

Paweł Sztąberek

* * *

Nagroda Friedmana 2006: Wolnościowy Nobel dla Laara! (15 maja 2006)

Amerykański Instytut CATO ogłosił, że trzecim laureatem przyznawanej co dwa lata prestiżowej nagrody Miltona Friedmana za Promowanie Wolności (2006 Milton Friedman Prize for Advancing Liberty) został były premier Estonii, Mart Laar. W uzasadnieniu czytamy, że Laar otrzymuje nagrodę za to, że "był głównym architektem transformacji gospodarczej zmierzającej w kierunku wolności, dzięki czemu Estonia stała się jednym z najszybciej rozwijających się krajów na świecie".
W 2002 roku laureat nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, prof. Milton Friedman zgodził się patronować nagrodzie amerykańskiego środowiska wolnościowców, która ma być przyznawana osobom mającym znaczący wpływ na poszerzania ludzkiej wolności na świecie. Friedman uznał, że Amerykanie, którzy od wieków żyją w wolnym społeczeństwie mają tendencję do zapominania o tym, że wolność nie jest darem, lecz trzeba niemal zawsze o nią walczyć. Według autora "Tyranii status quo", nagroda ma o tym przypominać promując osoby oddane tej walce. Pierwszym laureatem został w 2002 roku brytyjski ekonomista London School of Economics, prof. Peter Bauer, dwa lata później nagroda trafiła w ręce peruwiańskiego myśliciela Hernando de Soto. 16 maja br. podczas uroczystej gali w Drake Hotel w Chicago, Laar, oprócz pamiątkowej statuetki i uścisku dłoni noblisty, przyjmie również czek o wartości 500 tys. USD.
Zaraz po ogłoszeniu tegorocznego werdyktu, Mart Laar powiedział: "Jestem bardzo szczęśliwy i zarazem dumny, że otrzymuję tak cenną nagrodę. Szczególnie cenną dla mnie, gdyż prace prof. Friedmana były dla mnie inspiracją podczas reformowania mojej ojczyzny po półwiecznej okupacji sowieckiej. Jestem dumny, że tak skutecznie udało nam się wprowadzać w realne życie idee Miltona Friedmana. Ale ta nagroda jest również nagrodą dla moich drogich rodaków, gdyż to oni tak naprawdę dokonali estońskiego cudu".
Ed Crane, prezydent Cato Institute i jednocześnie przewodniczący kapituły przyznającej nagrodę, powiedział, że "Mart Laar jest idealnym zwycięzcą Nagrody Friedmana. Jego odwaga w głoszeniu i realizowaniu haseł wolności gospodarczej i osobistej jednostek doprowadziła do powstania państwa na terenie byłego Związku Sowieckiego, o którym mówi się Ťbałtycki tygrysť - wolnego narodu, który z powodzeniem konkuruje na światowych rynkach i jest modelowym przykładem pozytywnych możliwości wolności. Wybór Marta Laara podkreśla, że idee głoszone przez Miltona Friedmana sprawdzają się nie tylko na kontynencie amerykańskim, ale są uniwersalne i mogą być z powodzeniem zastosowane gdziekolwiek na świecie". W kapitule wybierającej zwycięzcę oprócz Crane'a zasiadają: żona noblisty, Rose Friedman, Anne Applebaum z Washington Post, John Blundell z Institute of Economic Affairs, były prezydent Salwadoru Francisco Flores, a także Fareed Zakaria z Newsweeka.
Warto w tym miejscu jeszcze raz przypomnieć, że dla byłego premiera Estonii - o czym sam z dumą przyznaje - dzieła Miltona Friedmana były jedynymi książkami z zakresu ekonomii jakie przeczytał od początku do końca. "Wszystko co było opisane w książkach Friedmana wydało mi się tak jasne i oczywiste", mówił podczas niedawnej wizyty w Polsce. A czy my, Polacy kiedykolwiek doczekamy się, że nagroda Friedmana trafi w ręce któregoś z naszych premierów lub ministrów? Być może, ale to wymagałoby uczynienia pierwszego kroku w tym kierunku, jakim jest zapoznanie się przez nich z dziełami Friedmana, bo patrząc na poczynania kolejnych rządów i ich politykę gospodarczą, są im kompletnie nieznane.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Handlowy 3 maja (8 maja 2006)

2 maja podano informację, że w święto narodowe 3 maja, ok. 600 tysięcy pracowników supermarketów musi przyjść do pracy. Przeciwko tej decyzji zaprotestowała "Solidarność", która domaga się "respektowania praw pracowniczych" i uszanowania przez wielkie koncerny ważnego dla Polaków święta.
Kwestia otwierania w dni świąteczne marketów od dawna rozpala emocje niektórych polityków i działaczy związkowych. Co jakiś też czas pojawia się postulat zakazu handlu w niedzielę i święta. Czy jest to postulat słuszny?
3 maja może być rzeczywiście sprawdzianem przywiązania i stosunku Polaków do narodowych świąt. Tego dnia zrobiłem sobie spacer w okolice supermarketów w moim mieście. I cóż zaobserwowałem? Niestety, ale dziesiątki, a gdzie niegdzie nawet setki samochodów zaparkowanych na przymarketowych parkingach. Piszę niestety dlatego, że zadecydowanie bardziej wolałbym, aby te setki samochodów stały na parkingu nieopodal placu, na którym odbywały się główne uroczystości z okazji Konstytucji 3 maja. Tak jednak nie było. Można wręcz stwierdzić, że liczba uczestników uroczystości stanowiła garstkę w porównaniu z liczbą ludzi robiących tego dnia zakupy.
Ale otwarte były nie tylko wielkie sklepy. Podczas spaceru zauważyłem, że tylko nieliczne małe, osiedlowe sklepiki były pozamykane. Pozostała, zdecydowana większość, handlowała sobie w najlepsze. Coraz mniej wierzę w to, że właściciele małych sklepów otwierają je w dni świąteczne, bo są zmuszani do tego przez wielkie markety. Prawdopodobnie do świąt narodowych czy kościelnych mają oni podobny stosunek, co zarządy wielkich koncernów, oraz ci wszyscy, którzy w takie dni robią zakupy.
Mimo tych wszystkich wątpliwości nie wydaje mi się, by odgórny zakaz handlu w święta był właściwym rozwiązaniem. To ludzie sami powinni wiedzieć, że pewne sytuacje wymagają szczególnych postaw, że w święta nie należy chodzić na zakupy... To my, jako naród jesteśmy słabi, a nie zachodnie koncerny są złe. Czy one mają obowiązek szanować nasze święta, skoro my sami ich nie szanujemy? Oczywiście można ich do tego zmusić, jednak czy przymus wywarty na nich, z nas uczyni większych patriotów?
Gdyby 3 maja do marketów nie zawitały tysiące konsumentów, wówczas w podobne dni więcej już by sklepów nie otwierano, gdyż po prostu by się to nie opłacało. Zanim więc wprowadzimy jakieś kolejne zakazy uderzmy się najpierw we własne piersi i zapytajmy się, czy w tej sprawie sami jesteśmy w porządku.

Paweł Sztąberek

* * *

Unia Europejska według prezydenta Kaczyńskiego (1 maja 2006)

Lech Kaczyński, gdy nie był jeszcze prezydentem III RP, powiedział w jakimś wywiadzie, że należy do socjalnego skrzydła w PiS-ie. I może nie należałoby jego sprawie poświęcać więcej miejsca, gdyby nie artykuł, jaki opublikował on kilka dni temu w "Dzienniku" (nr 10/2006), a który niestety potwierdza jego wcześniejsze deklaracje.
Prezydent RP snuje w nim swoją wizję Unii Europejskiej, oraz miejsca jakie powinna w niej zajmować Polska - choć ten wątek nie jest w tekście akurat najważniejszy i specjalnie wyeksponowany. Pełno w nim za to słów o potrzebie jednoczenia Europy, o konieczności jej rozszerzania, o solidarności itp. Jeśli chodzi o traktat konstytucyjny to Lech Kaczyński uważa, że jakaś ściślejsza forma integracji powinna mieć miejsce, choć niekoniecznie musi to przybierać od razu formę federacyjnego państwa. W każdym razie jeszcze nie teraz, nie tak szybko, nie zbyt gwałtownie... Kto wie, może za jakiś czas?
O dotychczasowym pomyśle na konstytucję europejską prezydent wyraził się dość enigmatycznie. Jego zdaniem nie mieli racji ci, którzy głosili, że jej zatwierdzenie będzie oznaczało krok w stronę jednego europejskiego państwa, lecz po chwili sam dodaje: "W traktacie konstytucyjnym znajdziemy jednak również i takie rozwiązania, które wskazują na to, że Unia po przyjęciu traktatu w jego obecnej wersji stałaby się Europą quasi-państwową". No więc mieli rację czy nie?
No i jeszcze jeden istotny wątek poruszony w artykule - "Europejski model społeczny". Prezydent Kaczyński nie byłby oczywiście sobą, gdyby nie wspomniał o "europejskiej solidarności". Według niego bogatsze kraje powinny pomagać biedniejszym w wyrównywaniu ich poziomu życia, a nie kierować się egoizmem. Lech Kaczyński zdaje sobie sprawę z kryzysu jaki przechodzą poszczególne państwa UE, a po chwili dodaje: "Osobiście mam wątpliwości, czy liberalne lekarstwo jest właściwą odpowiedzią na kryzys europejskiego modelu społecznego i czy jego uporczywe stosowanie nie przyniesie nadmiernie silnych skutków ubocznych. Bardzo głęboko się nad tym zastanawiam". Cóż, wydaje mi się, że jednak nie wystarczająco głęboko, skoro mylone są tu skutki z przyczynami. Bo na podstawie wcześniejszego wywodu prezydenta (odsyłam do gazety) można by wysnuć wniosek, że dobrobyt w Europie zagwarantował nie wolny rynek i ciężka praca wielu pokoleń, lecz coś bliżej nieokreślonego, teraz natomiast pojawia się kryzys - też chyba wzięty z kosmosu - na pokonanie którego "liberalne lekarstwo" nie jest - zdaniem Lecha Kaczyńskiego - najlepszym rozwiązaniem.
Szkoda, że prezydent III RP nie wyjaśnia dalej, co rozumie pod pojęciem "liberalnego lekarstwa", choć można się po trosze domyśleć, że chodzi o to, by państwa "starej Unii" nie postępowały egoistycznie i by zamiast umacniać socjalizm we własnych krajach, sprawiedliwie dzieliły się nim z pozostałymi.
Przyjęło się uważać, że w UE jest obecnie dwóch "eurosceptycznych" prezydentów: Lech Kaczyński oraz Vaclav Klaus. O ile jednak Klaus właściwie rozpoznaje rzeczywiste problemy Europy, stawia trafne diagnozy i podsuwa sprawdzone rozwiązania, o tyle Kaczyński cały czas lewituje między Trockim a Keynesem, wierząc, że tylko międzynarodowy socjalizm oraz państwowa redystrybucja dochodów przynieść mogą ludziom szczęście. Na czym więc eurosceptycyzm Prezydenta III RP rzeczywiście polega?

Paweł Sztąberek

* * *

Samozatrudnionym mówimy stanowcze nie! (24 kwietnia 2006)

Wszelkiej maści społeczni przewrażliwieńcy lubują się martwić o niemalże wszystko. Jakiś czas temu zamartwiali się oni m.in. o tzw. samozatrudnionych, czyli o jednoosobowe firmy świadczące usługi innej firmie, powstające na miejsce tradycyjnych umów o pracę. Przedmiotem zmartwienia było przeświadczenie, że wielu z tych ludzi zmuszanych jest przez pracodawców do zakładania tych jednoosobowych firm, czyli do tzw. samozatrudniania, gdyż jest to dla pracodawcy korzystniejsze i tańsze. Społeczni przewrażliwieńcy oburzali się, że w ten sposób samozatrudnieni tracą różne przywileje, np. socjalne, które przysługiwałyby im, gdyby nadal pracowali jako pracownicy najemni.
M.in. związki zawodowe poczuły się zagrożone, no bo jeśli samozatrudnionych zaczęłoby przybywać żaden związek nie byłby im do niczego potrzebny. Jakiś czas temu zaczęto więc podejmować starania o ograniczenie możliwości samozatrudnienia. Starania te odżywają ponownie...
Właśnie media doniosły, że szef NSZZ "Solidarność" prawdopodobnie przekonał minister finansów Zytę Gilowską do ograniczenia prawa do korzystania z 19-procentowej liniowej stawki PIT. Jeśli sejm zaakceptuje zmiany, wówczas nowe prawo podatkowe weszłoby w życie już w 2007 roku.
Serwis Onet.pl donosi: "W Pulsie Biznesu z 13 kwietnia poinformowaliśmy, że opracowany w Ministerstwie Finansów projekt nowelizacji ustawy o PIT przewiduje nową definicję działalności gospodarczej oraz wskazuje czynności, które nie będą traktowane za wykonywane w ramach takiej działalności. Zdaniem cytowanych przez nas ekspertów podatkowych, proponowany zapis uderzy w tzw. samozatrudnionych".
A szef "Solidarności" Jausz Śniadek stwierdza: "19 proc. liniowy PIT to szwindel i furtka dla najbogatszych do płacenia niskich podatków".
Albo pan Śniadek oszalał albo nie wie, co mówi. Znając życie, ewentualna zmiana prawa w najbogatszych akurat nie uderzy, natomiast najbardziej odczują ją jednoosobowe firmy, których dochody bardzo często nie odbiegają od przeciętnej krajowej. Jeszcze niedawno p. Śniadek martwił się o samozatrudnionych, że są "zmuszani", "wykorzystywani" itp. Teraz natomiast bez żadnych ogródek twierdzi: "To furtka dla cwaniaków na płacenie niższych podatków. Z moich informacji wynika, że tylko w pierwszym roku obowiązywania liniowca inspekcja pracy uznała, że 13 tys. ludzi rzeczywiście jest na stosunku pracy, a nie na samozatrudnieniu".
No i masz babo placek... "Wykorzystywani" nagle stają się - w oczach lidera "S" - "cwaniakami", którzy chcą płacić niskie podatki... A wiadomo przecież, że w III RP niskie podatki oraz pozbawianie związków zawodowych ludzkiego zaplecza to grzechy śmiertelne! Szkoda tylko, że p. Zyta Gilowska to żadna "żelazna dama", a co najwyżej "panienka z waty cukrowej".

Paweł Sztąberek

* * *

"Państwo liberalne" wg. marszałka Jurka (18 kwietnia 2006)

Dewiza Goebbelsa sprawdza się jak ulał w naszej rzeczywistości. "Kłamstwo powtarzane tysiąc razy, w końcu staje się prawdą"... No, może nie tak do końca prawdą, bo przecież nadal jest to kłamstwo. Jednak coraz większa rzesza ludzi zaczyna wierzyć w to, że jest inaczej.
Choroba zaniku wiary w prawdę dotyka nawet tak - wydawałoby się - zacne osoby, jak np. marszałek sejmu, p. Marek Jurek. Wpadł mi w ręce wywiad jakiego niedawno udzielił on tygodnikowi "Najwyższy Czas!". Na pytanie, co będzie świadczyło o tym, że IV RP powstaje marszałek odpowiada: "Zmieniamy politykę polską w wielu wymiarach. IV Rzeczpospolita powinna być państwem dobra wspólnego i solidarności społecznej w miejsce państwa liberalnego, działającego kosztem interesu publicznego, w którym państwo i władzę publiczną postrzega się jako zagrożenie dla społeczeństwa. To z kolei tworzyło pole działania dla sił, które czerpały ze słabego państwa. Chodzi o nomenklaturę komunistyczną i instytucje pozostałe po komunizmie oraz ugrupowania laicko-liberalne. Te ugrupowania na słabości państwa korzystały. A w cieniu sporów społecznych i ideowych korzystali również przestępcy...".
Cóż, gdybyśmy mieli być zbyt pamiętliwi to moglibyśmy przypomnieć, że swój udział w powstaniu tego - jak to się wyraża marszałek Jurek - "państwa liberalnego", które stworzyło żerowisko dla wszelkiej postkomuny, miał m.in. nie kto inny, jak poseł OKP z 1989 roku, właśnie p. Marek Jurek. W słynnym głosowaniu, które gen. Jaruzelskiego wyniosło na fotel prezydenta państwa, wstrzymał się on od głosu. Zazwyczaj to ówczesne fatalne wstrzymanie, uważane za jeden z istotnych elementów umów okrągłego stołu, wypomina się dziś posłowi Rokicie, zapominając, że nie był on jedynym, ale mniejsza z tym. Znacznie gorsze jest, iż dziś odpowiedzialnym za patologie III RP wini marszałek Jurek jakieś "państwo liberalne", którego nigdy w III RP nie było. Było za to państwo postkomunistyczne, państwo etatystyczne, państwo rozdętego socjalu i dławiących przedsiębiorczość koncesji, państwo wysokich podatków i braku szacunku dla własności prywatnej, państwo "kapitalistycznych wyzyskiwaczy" i "dobrych, szlachetnych i bezinteresownych związkowców"... I gdzie pan marszałek Jurek widzi tu jeszcze miejsce dla "państwa liberalnego"?
Ludwig von Mises tak pisze w "Interwencjonizmie": "Naiwne jest więc twierdzenie, że prawdziwi liberałowie, przez to, że popierają prywatną własność są jednocześnie wrogami państwa, gdyż chcą ograniczyć jego działalność. Nie są wrogami państwa, tylko przeciwnikami socjalizmu i interwencjonizmu, ponieważ wierzą oni w nadrzędną skuteczność gospodarki rynkowej. Chcą jednocześnie silnego i dobrze zorganizowanego państwa, gdyż przyznali mu ważne zadania: ochronę systemu gospodarki rynkowej". Obawiam się, niestety, że nie takie zadania państwa ma na myśli marszałek Jurek, gdy mówi o "państwie dobra wspólnego i solidarności społecznej". A może się mylę?

Paweł Sztąberek

* * *

Czy szykuje nam się raj na ziemi? (10 kwietnia 2006)

Francuski "Le Monde" napisał kilka dni temu, że Polskę jeszcze w tym roku czeka poważny kryzys gospodarczy, a złotówka może stracić nawet 30 procent swojej obecnej wartości. Prognoza jak prognoza. Co rusz ktoś coś próbuje wieszczyć, choć ilości totalnych nietrafień prognoz wygłaszanych przez tzw. ekspertów gospodarczych nie da się już nawet zliczyć.
Pomijając nieżyczliwe Polsce opinie zagranicznej prasy, głoszone na złość - jak to się nieraz podaje - "konserwatystom" rządzącym naszym krajem, ryzyko prawdziwego kryzysu wydaje się tym razem - niestety - rzeczywiście bliskie. Sytuacja polityczna nie była zresztą trudna do przewidzenia (choćby mój komentarz tygodnia z 7 listopada 2005 roku "Pytania o rząd") i problem przed jakim stanął obecnie Jarosław Kaczyński, PiS oraz PiS-owski mniejszościowy rząd, nie zaskakuje. Zapytać jedynie wypada, czy w Polsce rzeczywiście nie ma szansy na jakikolwiek przełom gospodarczy?
PiS od samego początku nie grzeszył gospodarczym rozsądkiem. Jedno z nielicznych światełek w tunelu, czyli Zyta Gilowska, też - zdaje się - już skapitulowała. O obniżaniu podatków mowy już nie ma, "nie teraz" w każdym razie; o ułatwieniach dla przedsiębiorców wszyscy już chyba dawno zapomnieli; kto by też pamiętał dziś o zniesieniu podatku od spadków i darowizn skoro zaraz trzeba będzie być może przyjmować ustawy przyznające wszystkim socjalne jałmużny, zasiłki dla bezrobotnych, senioralne, potrójne becikowe itp.... Czyli zobowiązania państwa, na które potrzebne będą duuuuuuże pieniądze.
Rząd PiS-u z "Samoobroną", PSL-em, czy LPR-em oznaczał będzie mniej więcej to samo, co oznaczał "pakt stabilizacyjny", czyli przelicytowywanie się, "kto da więcej!" (no bo przecież o tym, kto najpierw więcej obywatelom zabierze - cicho szaaa.....), oraz nawarstwiające się konflikty pomiędzy koalicjantami. Na te konflikty nakładać się z czasem zaczną spory wewnątrz samego PiS-u, które z tej partii nadziei na IV RP uczynią kolejny AWS, tyle że upadek będzie chyba nieco bardziej spektakularny...
Czy Polska, rządzona pod hasłem "Kto da więcej", może - wobec tego - stać się rajem na ziemi? Owszem, ale chyba tylko pod jednym względem - przybędzie golców, choć niekoniecznie wesołych...

Paweł Sztąberek

* * *

Kradzież ma się dobrze... (3 kwietnia 2006)

Jeśli ktoś myśli, że jedynym problemem z jakim borykać się muszą polscy drobni przedsiębiorcy jest opresyjność aparatu biurokratycznego, wysokie podatki i wysokie koszty pracy, ten jest w błędzie. Otóż w wielu przypadkach jest nim także niesolidność pracowników i kontrahentów. Z niedawno opublikowanego raportu wynika, że zmorą w funkcjonowaniu firm są np. kradzieże. Oznacza to, że z zasadą poszanowania cudzej własności wielu Polaków wiąż jest na bakier.
Pracodawca, gdy zatrudnia pracownika dzieli się z nim częścią swojej własności. Powierza mu do przetwarzania dobra, na zakup których musiał wydać własne pieniądze. Udostępnia mu budynki, materiały, maszyny i towar, za który zapłacił z własnej kieszeni. To dzielenie nie jest oczywiście bezinteresowne. Pracodawca robi to wszystko po to, by zarobić więcej, aniżeli musiał dotąd za to wszystko zapłacić. Dzieli się on swoją własnością z innymi po to, by tej własności było coraz więcej, zarówno dla niego, jak i - siłą rzeczy - dla innych. Jeśli pracodawcy się nie uda i zbankrutuje, traci on bez porównania więcej, niż zatrudniony przez niego pracownik. Zostanie z potężnym długiem, czy to wobec banków, czy wobec innych przedsiębiorców. Zostanie sam ze swoim problemem, podczas gdy pracownik poszuka sobie pracy w innej firmie.
Zjawisko kradzieży w firmach dowodzi, że wielu ludzi wciąż nie rozumie rozmiarów ryzyka podejmowanego przez przedsiębiorców. Nieważne kto kogo okrada, czy przedsiębiorca swojego pracownika, czy pracownik przedsiębiorcę, czy wreszcie jeden przedsiębiorca innego przedsiębiorcę... W każdej z tych sytuacji złodziejowi wydaje się, że "on" i tak ma wystarczająco dużo, by mógł odczuć kradzież jakiejś części własności. Nie rozumie chyba także, choć pewnie chodzi co niedzielę do kościoła, że łamie Boże Przykazania. Bóg wyraźnie mówi "Nie kradnij, ani nie pożądaj żadnej rzeczy, która nie należy do ciebie".
Kradzież tak bardzo chyba weszła nam w krew, że jest niezauważana nawet przez osoby duchowne, na barkach których w sposób szczególny spoczywać winien obowiązek nauki o życiu w zgodzie z bożymi przykazaniami. A ileż razy w ciągu roku ksiądz poświęca swoją homilię właśnie zwróceniu uwagi na przykazanie "Nie kradnij"? Ja, w każdym razie, nie przypominam sobie żadnego.
Dziś, po mszy w moim kościele, ksiądz odczytał apel miejscowej policji o rozważne poruszanie się po drogach - ostrożnie przechodzić przez jezdnię, jeździć z prędkością dopuszczalną w terenie zabudowanym, włączać światła itp. Nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby na kolejnej mszy odczytano apel (choćby policji, skoro księża nie widzą tego problemu), by wzajemnie się nie okradać. Jasne, że nie wszyscy go posłuchają, tak jak nie wszyscy posłuchają apel o przestrzeganie zasad na drogach. Ale publiczne napiętnowanie złodziejstwa przypomni wielu z nas, że kradzież to zło. Zło, z którym trzeba walczyć.

Paweł Sztąberek

* * *

Anty-gospodarcza polityka państwa (27 marca 2006)

GUS ogłosił niedawno, że bezrobocie w Polsce utrzymuje się na niezmienionym od dawna poziomie, czyli 18 procent. Trochę ta cyfra dziwna, zważywszy na fakt, iż w ostatnich miesiącach wyjechało ponoć z Polski za chlebem co najmniej kilkaset tysięcy ludzi. Albo więc nasz kraj opuszczają ci, którzy w Polsce pracowali i nie zasilali statystyk urzędów pracy, czyli ci najbardziej produktywni; albo też bezrobotni, którzy jednak co miesiąc wracają do kraju po to tylko, by "odhaczyć się" w pośredniaku i ewentualnie zainkasować zasiłek; albo też bezrobocie rośnie tak lawinowo, że lukę po kilkuset tysiącach bezrobotnych, którzy wyjechali z Polski natychmiast zapełniło kilkaset tysięcy nowych bezrobotnych, tak, że liczba 18 procent wciąż pozostaje nietknięta.
Mniejsza zresztą o statystykę... Tuż po ogłoszeniu danych GUS pojawiły się różne komentarze. W jednym z nich oszacowano, że około 25 procent z tych bezrobotnych pracuje "na czarno". Zaraz też pojawiły się recepty, co należy zrobić, by tę sytuację zmienić. Któraś ze stacji telewizyjnych pokazała ekonomistę, który stwierdził, że "trzeba zlikwidować szarą strefę". Zakładam oczywiście możliwość dokonania przez ową stację manipulacji polegającej na wyemitowaniu niewielkiego fragmentu dłuższej wypowiedzi wspomnianego ekonomisty... Jeśli jednak wypowiedź ekonomisty miałaby się ograniczyć tylko do przekazu, który wyemitowała telewizja, to strzeżmy się takich ekonomistów!
"Szara strefa" w normalnej gospodarce wolnorynkowej stanowiłaby margines - poza tym byłaby ona czymś wręcz nieopłacalnym. Ponieważ jednak w III RP nie mamy normalnej gospodarki wolnorynkowej, lecz gospodarkę z szeroko zakrojonym interwencjonizmem państwowym, "szara strefa" jest czymś oczywistym i naturalnym. Ludzie tworząc "szarą strefę" bronią się przed wiecznie nienasyconą naszych pieniędzy państwową machiną. Z uczestnictwa w "szarej strefie" nie cieszą się zapewne ani pracodawcy, ani pracobiorcy. Jest to pewnego rodzaju konieczność, dzięki której obie strony jakoś mogą przetrwać, mając nadzieję, że żaden funkcjonariusz skarbowy nie wpadnie na ich trop...
Jeśli zatem chce się szczerze ograniczać bezrobocie, walczyć należy nie z "szarą strefą", a z przyczynami, które ją generują. A przyczyny te zawsze tkwią w polityce państwa. W złej, szkodliwej anty-gospodarczej polityce państwa...

Paweł Sztąberek

* * *

Na marginesie pewnej audycji... (20 marca 2006)

Niedawno na antenie Radia Maryja gościł były premier Estonii, p. Mart Laar. Tłumaczył m.in., jak to się stało, że jego kraj, ze zniszczonej komunizmem republiki sowieckiej, stał się, w krótkim czasie, jednym z najprężniej rozwijających się państw świata. Do audycji dodzwonili się m.in. były poseł, pan Antoni Macierewicz oraz jeden ze słuchaczy...
Przynajmniej jedna z kwestii poruszonych przez p. Macierewicza wydaje się wskazywać, że nie do końca zrozumiał on przesłanie p. Laara. Podczas gdy były premier Estonii tłumaczył zasady, które przyspieszyły wzrost gospodarczy Estonii i przyczyniły się do - praktycznie - likwidacji bezrobocia, p. Macierewicz stwierdził, że w Polsce najważniejszym problemem nie jest wzrost gospodarczy, lecz zmniejszenie bezrobocia. Szczerze mówiąc, nie bardzo rozumiem, jak można te dwie sprawy oddzielić, tzn. ograniczyć bezrobocie bez pobudzenia wzrostu gospodarczego. No bo chyba nie marzą się byłemu szefowi MSW czasy PRL, gdzie oficjalnego bezrobocia istotnie nie było, podobnie zresztą jak i wzrostu? Pan Macierewicz powinien zatem wiedzieć, że bezrobocie dlatego jest obecnie poważnym problemem, ponieważ politycy cały czas uchwalają ustawy krępujące przedsiębiorców. Miernikiem pracy parlamentu stała się ilość przyjętych w kadencji ustaw: im ich więcej tym - niby - lepiej. Ale tym, że wiele z tych ustaw to zwykłe ekonomiczne szkodnictwo, które generuje bezrobocie, nikt już się specjalnie nie przejmuje. Żeby zatem ograniczyć w Polsce bezrobocie należy stworzyć takie prawo, które uwolni energię tkwiącą w przedsiębiorcach i po prostu da im szansę na zatrudnienie większej liczby pracowników. Niby proste, jednak w naszych warunkach dziwnie niewykonalne. Może dlatego, że nie rozumiane?...
Kolejny telefon, od wspomnianego na wstępie słuchacza, dotyczył jednej z wypowiedzi p. Laara, gdy stwierdził on, że należy mieć ograniczone zaufanie do własnego rządu. Słuchacz zrozumiał tę wypowiedź - tak ja to przynajmniej odebrałem - jako wezwanie niemalże do narodowej zdrady. "Byli już tacy, co woleli Katarzynę" - podsumował. Intencja p. Laara była jednak zupełnie inna. Mówiąc o ograniczonym zaufaniu dla rządu mówił on o tym, że może on być dla własnych obywateli równie niebezpieczny, jak rząd obcy. Jeśli dany rząd grabi własnych obywateli poprzez wysokie podatki, jeśli nie szanuje ich własności, jeśli stawia się ponad prawem, łamie je, czy dopasowuje do własnych potrzeb, to czy wówczas taki rząd nie zasługuje na potępienie i na to, by go zwalczać? Mimo nawet tego, że jest rządem własnym?
Występujący stosunkowo często na antenie Radia Maryja p. Stanisław Michalkiewicz zwykł określać współcześnie nami rządzących mianem "nasi okupanci". Może pan Stanisław powinien poświęcić jeden z kolejnych swoich felietonów wytłumaczeniu słuchaczom RM, co - twierdząc tak - ma na myśli i co na myśli miał z całą pewnością pan Mart Laar...

Paweł Sztąberek

* * *

Kosztowne gadżety za pieniądze podatników (27 luty 2006)

Niestety, ale - niezdrowo podgrzewane przez politycznych wyjadaczy - nasze życie społeczno-polityczne osiągać zaczyna niebezpiecznie wysoki poziom absurdu. Kraj, w którym przedsiębiorczych ludzi państwo okrada z połowy ich dochodów, kraj, gdzie bezrobocie oficjalnie sięga ponoć ok. 18 procent, kraj, w którym obowiązuje ponad 200 dziedzin działalności gospodarczej obarczonych koncesjami, kraj w którym sukces ekonomiczny w dużej mierze uzależniony jest od układów polityczno-towarzyskich, a nie od własnej pomysłowości i przedsiębiorczości, ten kraj nagle dowiaduje się, że największym jego problemem jest ... wybór Rzecznika Praw Dziecka oraz kwestia, czy dzieci należy karcić, czy też ich karcić nie należy, i czy takowym rzecznikiem zostać powinna osoba, która nie ma własnych dzieci, czy też może taka, która je ma.
Rzeczywiście - większych problemów nie ma już w III RP. Czy zatem Polska jest już krajem normalnym skoro toczone są w niej wyłącznie spory w rodzaju udowadniania "wyższości Świąt Wielkiej Nocy nad Świętami Bożego Narodzenia"? Otóż chyba jednak nie! Gdyby bowiem III RP była krajem normalnym, takie instytucje jak rzecznik praw dziecka, czy jakikolwiek inny rzecznik czyichś tam praw, w ogóle nie powinny istnieć i dawno już lec winny na śmietniku historii. Ten spór, i inne jemu podobne, dowodzą tylko jak daleko nam do normalności i jak bardzo politycy oddalają się od normalnego życia, jak daleko mają gdzieś rzeczywiste problemy kraju.
Ale byłbym nieuczciwy gdybym nie napomknął, że o ekonomii też się w "elitach" co nieco mówi... Tyle, że o ekonomii rozumianej dość specyficznie, tzn. po "europejsku", a właściwie po "unijnemu"... Czyli, co by tu wymyślić, by wyrwać z Unii jak najwięcej kasy.
Ot, prezydent Łodzi, p. Jerzy Kropiwnicki zastanawia się na przykład, jak by tu zagospodarować unijne środki przeznaczone dla tego miasta na najbliższe lata. A że środki te mają być niemałe, więc problem jest poważny. No i wymyślono sobie, że ... wybuduje się szybką linię tramwajową łączącą Łódź z Pabianicami. Rewelacja!!! O ile się nie mylę, linia tramwajowa między tymi miastami istnieje już od bardzo dawna, pomiędzy Łodzią i Pabianicami kursują autobusy PKS, autobusy komunikacji miejskiej, a także pociąg. Jestem gotów założyć się, że szybki tramwaj łączący te miasta nie jest tak naprawdę potrzebny, bo gdyby był, dawno by już powstał. Ale cóż, jest kasa to trzeba ją wydać! Typowo urzędniczy styl myślenia, rodzący się wówczas, gdy ma się do czynienia z nie swoimi pieniędzmi.
Łódź to tylko przykład czekającego nas unijnego marnotrawstwa. Takich niepotrzebnych linii tramwajowych, niepotrzebnych dróg, zbędnych mostów, niepotrzebnych oczyszczalni ścieków i czego tam jeszcze dusza zapragnie, powstawać będzie u nas coraz więcej, gdyż trzeba będzie "jakoś zagospodarować unijne środki" i wykazać to w rocznym sprawozdaniu "do centrali". Dopiero gdy ten chory system się zawali okaże się, jak wiele zmarnowaliśmy czasu i energii na tworzenie zbędnych gadżetów, które na wolnym rynku albo nigdy nie miałyby racji bytu, albo też powstałyby za prywatne pieniądze, jeśli oczekiwaliby ich konsumenci. Ale takie mamy czasy, że pewne rzeczy powstają tylko dlatego, że niezbędne są nie zwykłym ludziom, lecz wyłącznie biurokratom. Ot takie chociażby, jak "szybki tramwaj", czy - żeby daleko nie sięgać - stanowisko rzecznika praw dziecka...

Paweł Sztąberek

* * *

Centralny Urząd Anty-rozsądku (20 luty 2006)

Mnożenie urzędów to już chyba jakaś wyjątkowa specjalność polskich polityków. Jako przejaw dalszego utrwalania tej specjalności rozumieć chyba należy zamierzenie rządu Kazimierza Marcinkiewicza, by powołać kolejny urząd - tym razem Centralny Urząd Antykorupcyjny. Na pierwszy rzut oka idea wydaje się bardzo szlachetna i potrzebna. Korupcja bowiem w III RP szaleje niczym jakieś tornado i jak dotąd nic nie jest w stanie jej powstrzymać. Ale czy droga do jej zwalczenia wiedzie poprzez tworzenie nowego biurokratycznego bytu?
Rząd PiS-u szedł do władzy z bardzo rozsądnym hasłem "tańszego państwa". Może inaczej, wedle PiS-u, należałoby je interpretować, niemniej wydaje się, że "tanie państwo" to - na zdrowy rozum - mniejsza biurokracja, więcej pieniędzy w rękach obywateli, mniej władzy w rękach urzędników, a więcej w rękach zwykłych ludzi, więcej wolności gospodarczej itp. Rzecz prosta - wystarczyłoby zacząć wcielać w życie postulat "taniego państwa", a wówczas żaden urząd antykorupcyjny nie byłby potrzebny. Korupcja rodzi się przede wszystkim właśnie tam, gdzie wszystkie wymienione wcześniej cechy "taniego państwa" są zanegowane.
Urzędy mają to do siebie, że z czasem ulegają degradacji, zaczynają służyć same sobie, rozbudowują się pochłaniając coraz to większe kwoty budżetowe, a sens swojego dalszego istnienia są w stanie uzasadniać na różne sposoby. Tworzenie Centralnego Urzędu Antykorupcyjnego to w pewnym sensie wyraz kapitulanctwa i braku wiary w to, że korupcję można, w znacznym stopniu, ograniczyć w sposób naturalny, po prostu oddając społeczeństwu władzę zawłaszczoną przez państwo. To także dowód na to, że rząd tak naprawdę chyba nie chce korupcji zwalczyć. No bo jeśli miałoby być inaczej to czym właściwie miałby się, w dłuższej perspektywie, zajmować Centralny Urząd Antykorupcyjny?

Paweł Sztąberek

* * *

Trzymamy kciuki, Pani Minister! (13 luty 2006)

Minister finansów p. Zyta Gilowska przedstawiła wreszcie plan zmian w systemie podatkowym. Wiele z tych propozycji jest godnych poparcia. Bez wątpienia przydałoby się jednak więcej radykalizmu, niemniej każda zmiana idąca w kierunku uproszczenia podatków i ich obniżki zasługuje na uznanie.
Wśród zapowiadanych zmian nie sposób nie zauważyć propozycji zlikwidowania podatku od spadków i darowizn. Postulat od lat wysuwany przez środowisko konserwatywnych liberałów z UPR ma wreszcie szanse zostać zrealizowany przez PiS-owski rząd. I bardzo dobrze! Zyta Gilowska nigdy nie kryła swojej niechęci do tego podatku i teraz wypada się cieszyć, że niechęć ta może przybrać postać obowiązującego w naszym kraju prawa.
Podatek od spadków i darowizn jest jedną z najbardziej niemoralnych danin. Zmusza do płacenia za coś, co już wcześniej było opodatkowane. Karze on spadkobierców (wdowy, sieroty) za to, że ktoś w ich rodzinie posiadał jakiś majątek, z którego państwo i tak cały czas zdzierało swoją dolę. I zresztą nadal będzie to robić. Rząd, który dużo mówi o polityce mieszkaniowej i o potrzebie budowy mieszkań, nie powinien przejść obojętnie obok postulatu zniesienia podatku od spadku i darowizn. Ktoś, kto dziedziczy mieszkanie nie powinien martwić się tym, czy stać go będzie na zapłacenie daniny od spadku.
Aż dziwne, że ugrupowania polityczne, których programy przesycone były tzw. polityką prorodzinną jakoś pomijały kwestię zniesienia tego podatku. A tymczasem realizacja tego postulatu ma jak najbardziej charakter prorodzinny. To przeoczenie wynika pewnie z tego, że łatwiej jest obiecywać wyborcom, że państwo coś im da, aniżeli mówić im, że czegoś im nie zabierze...
Zresztą mniejsza z tym... Ważne, że, chyba po raz pierwszy od czasu tzw. transformacji ustrojowej, rodzi się realna szansa na likwidację tego niesprawiedliwego podatku. Oby tym razem droga pomiędzy deklaracjami a czynami była jak najkrótsza. Trzymamy kciuki, Pani Minister!

Paweł Sztąberek

* * *

Zakłócenia w wolnym handlu (6 luty 2006)

Media doniosły niedawno, że przed sądem w Augustowie stanęła kobieta, która "nielegalnie" handlowała nabiałem. Wśród oferowanych przez nią towarów znajdowały się m.in. jaja, sery, mleko i śmietana. Zarzucono jej m.in. naruszenie przepisów weterynaryjnych. Czy została skazana, na ile, czy się odwołała od wyroku czy też sprawa jeszcze się nie skończyła - media już nie poinformowały.
W Polsce odbywają się dziennie tysiące targowisk. Setki tysięcy ludzi od lat zaopatruje się każdego dnia na tych targowiskach w przeróżne towary. Targowiska te są niejednokrotnie wpisane w dzieje wielu miejscowości, handluje na nich i zaopatruje się tam kolejne pokolenie Polaków. Nawet jeśli oferowane na nie towary nie zawsze są tańsze niż gdzie indziej, ludzie garną się tam, bo tak po prostu chcą, tak się przyzwyczaili, tak stanowi tradycja. Na targu nie tylko się kupuje, tam się również spotyka znajomych, rozmawia. Jest to więc także pewien folklor.
Sam od czasu do czasu zaopatruję się na miejscowym targowisku. Najbardziej lubię twaróg wiejski, prosto od produkującej go kobiety. Nigdy jednak - jak dotąd - nawet nie przyszło mi do głowy, by przed zakupem poprosić ją o jakikolwiek certyfikat, pozwolenie na handel, czy świadectwo weterynaryjne... Nie zauważyłem też, by komukolwiek innemu z kupujących przyszło to do głowy.
Jak jednak widać, to, co zupełnie nie przeszkadza konsumentom, bardzo przeszkadza urzędnikom. Handel jest naprawdę wolny dotąd dopóki pomiędzy sprzedającym a kupującym nie stanie "smutny pan" z legitymacją inspekcji handlowej. Jego obecność, niezależnie od tego jaki nosiłaby charakter, zawsze spowoduje zakłócenie w wolnym handlu. Jeśli zażąda pozwolenia i go nie otrzyma, skieruje sprawę do sądu, a kupca na długo, a może na zawsze, wyeliminuje z rynku, konsumenta zaś uczyni uboższym o jedną możliwość wyboru więcej. Jeśli pozwolenie otrzyma, to zanim skończy kontrolę, również na jakiś czas wyeliminuje kupca z rynku, zaś konsumenta pozbawi jednej z możliwości wyboru. Jeśli natomiast zażąda łapówki za przymknięcie oka na np. brak pozwolenia na handel i jej nie otrzyma, skieruje sprawę do sądu, jeśli natomiast ją otrzyma, pozbawi sprzedawcę części dochodu, a tym samym przyczyni się do jego zubożenia, nie tylko finansowego, ale i moralnego. Jak widać każda opcja ma złe strony...
Ponieważ urzędnicy bardzo lubią udowadniać, że są do czegoś potrzebni, a standardy unijne nakładają na nich szereg nowych "ważnych" zadań, nie zdziwmy się, jeśli media coraz częściej informować będą o kolejnych procesach drobnych kupców z targowisk, którzy zawsze czegoś tam nie będą mieć. A wszystko to w myśl świetlanej zasady, zgodnie z którą urzędnik wie lepiej, co jest dobre dla zwykłego człowieka.

Paweł Sztąberek

* * *

Winny liberalizm? (30 stycznia 2006)

Nie ma chyba bardziej niezręcznej sytuacji dla katolika, aniżeli polemizowanie z szanowanym i uznanym księdzem. Ale artykuł ks. prof. Czesława Bartnika Sekciarski charakter liberalizmu, opublikowany w "Naszym Dzienniku" (nr 24 z 28-29 stycznia 2006 roku) nie powinien pozostać bez reakcji. Nawet nie dlatego, że zawiera pewne nieścisłości, przez co powiela fałszywe mity na temat liberalizmu, wolnego rynku i kapitalizmu, ale głównie z powodu szkód jakie wywołać on może w świadomości czytelników ND, przyjmujących za dobrą monetę to, co pisze Szanowny Autor.
W krótkim komentarzu nie sposób odnieść się do szeregu zagadnień poruszonych przez księdza Bartnika w jego długim artykule, więc - z wiadomych względów - chodzi mi tylko o zasygnalizowanie problemu. Generalna teza artykułu publicysty "Naszego Dziennika" sprowadza się mniej więcej do stwierdzenia, że za całe zło współczesnego świata odpowiada liberalizm (jakkolwiek by go rozumieć). Liberalizm odpowiada, zdaniem ks. profesora, m.in. za to, że w Unii Europejskiej ogranicza się wolny rynek. Zresztą sam trafnie pisze on tak: "W UE jest on niewolniczo krępowany w każdym szczególe przez prawa i urzędy brukselskie". Jeśli zaś chodzi o rolnictwo ks. profesor zauważa: "Zwłaszcza nie jest w niczym wolne rolnictwo. Chłopu wydaje się rozporządzenia odnośnie do każdego zwierzęcia, każdego kartofla i każdego ziarnka pszenicy. W ogóle jest to ciężka choroba psycho-gospodarcza".
Zwolennicy kapitalizmu i wolnego rynku przyzwyczaili się już do tego, że obwinia się ich za grzechy, których nie popełnili. Nie mogę jednak pojąć dlaczego tak utytułowany duchowny nie jest w stanie zdefiniować szkód wyrządzanych w rzeczywistości przez socjalizm czy socjaldemokratyzm i błędnie przypisuje je kapitalizmowi czy wolnemu rynkowi... Nie rozumiem też dlaczego winą za to, co dzieje się np. w Unii Europejskiej obwinia on liberalizm... Liberałowie mają akurat najmniej do powiedzenia w kwestii dzisiejszego wyglądu tej zbiurokratyzowanej Wieży Babel, a pisanie, że jest inaczej to po prostu wprowadzanie czytelników w błąd. Księdza Bartnika bulwersuje (tak przynajmniej można to zrozumieć) to, że wolny rynek jest w UE "niewolniczo krępowany", oraz że rolnik poddany jest totalnej kontroli urzędniczej. Liberałów (nie libertynów czy socjaldemokratów, których najpewniej omyłkowo ksiądz bierze za liberałów) również to bulwersuje! Mogę o tym księdza zapewnić.
I jeszcze jedno... Czytając obszerny artykuł księdza profesora można momentami odnieść wrażenie, że tak naprawdę stoimy po tej samej stronie barykady, problem zaś tkwi w pomieszaniu podstawowych pojęć. Zwolennicy kapitalizmu, prawdziwi liberałowie zawsze opowiadali się za wolnością i odpowiedzialnością zarazem (brak tej drugiej zarzuca ksiądz Bartnik liberalizmowi). Zawsze też twierdzili, że wolny rynek nie może istnieć bez moralności. Nie pojmuję więc wyrażonego w artykule przez księdza Bartnika stanowiska, że chrześcijanin nie może być jednocześnie liberałem i odwrotnie - liberał chrześcijaninem...

Paweł Sztąberek

* * *

Socjalni terroryści (23 stycznia 2006)

To, co od pewnego czasu dzieje się w polskim parlamencie może budzić niepokój. Nie, nie to akurat, że toczy się tam gra polityczna. To jest jakby naturalne i nikogo nie powinno dziwić. Niepokój budzić zaczynają coraz bardziej niebezpieczne postulaty niektórych polityków z Ligi Polskich Rodzin i Samoobrony na czele.
Właściwie prosocjalne nastawienie tych ugrupowań znane było od dawna. Tym razem jednak istnieje realna groźba, że przynajmniej część ich zachcianek może zostać spełniona. Jakby mało było różnych, zupełnie zbędnych głupot, co rusz wymyślanych przez PiS.
Niestety, ale w obliczu słabnących sondaży, politycy zrobią wszystko, byleby tylko podlizać się wyborcom. Domaganie się przez Samoobronę, by rząd przyjął ustawę, która wprowadzi zasiłek dla wszystkich bezrobotnych, oraz by ustanowił tzw. "minimum socjalne", mogą się dla polskich podatników okazać katastrofalne. Nie tylko, że - w sytuacji istnienia powszechnego zasiłku dla bezrobotnych - wielu ludziom zupełnie nie będzie się już opłacało pracować, to na dodatek jeszcze w dorosłe życie wchodzić będzie kolejne pokolenie Polaków, z wszczepioną od maleńkości regułą, że wcale nie trzeba pracować, by mieć pieniądze.
Żałośnie wyglądają też popisy Ligi Polskich Rodzin, odkrywającej obecnie swoje jak najgorsze, socjalistyczne oblicze. No bo cóż z tego, że LPR domaga się, słusznie zresztą, zredukowania środków budżetowych na biurokrację, skoro za chwilę żąda, by środki te przeznaczyć - jak to się powszechnie klepie - "na najbiedniejszych". Cóż to więc za oszczędności, skoro podatnik i tak nie odczuje żadnej ulgi. I co właściwie za różnica, na co marnotrawi się pieniądze z podatków?
Dla polityków, którym, w obliczu perspektywy szybkiego zejścia ze sceny politycznej, przyświeca jedynie to, by możliwie najbardziej podlizać się elektoratowi, ma to jednak znaczenie. Hasło "dla najbiedniejszych" jest chwytliwe i zawsze coś można nim ugrać. Dopóki jest to tylko hasło - pół biedy... Gorzej, jeśli zostanie przekute na ustawy. Jakby mało było w naszym kraju grabieży...
Pytanie, co teraz zrobi PiS? Czy ulegnie socjalnemu terrorowi? Jak duża jest granica kompromisu, albo może - jak silny jest strach przed nowymi wyborami?

Paweł Sztąberek

* * *

Fantazja potrzebna od zaraz! (16 stycznia 2006)

Zaraz po tym, jak p. Zyta Gilowska objęła tekę ministra finansów, oświadczyła, że nie czas w Polsce na wprowadzenie podatku liniowego. Choć wcześniej sama usilnie propagowała ideę tego podatku teraz nagle skapitulowała. Fakt, nie odcięła się całkowicie od swoich wcześniejszych poglądów, niemniej uznała, że nie przystają one do dzisiejszej sytuacji w Polsce i na ich wprowadzanie w życie trzeba będzie jeszcze dość długo poczekać.
Żadna to nowina, że na wiele posunięć, które mogłyby przyczynić się do poprawy sytuacji gospodarczej naszego kraju, jest u nas - zdaniem polityków - zbyt wcześniej. "Nie jesteśmy gotowi" - słyszy się bardzo często. "Jesteśmy zbyt biedni" - dobiega zewsząd. Ale skoro jesteśmy zbyt biedni na wprowadzanie zmian, które mogłyby wyciągnąć nas z biedy, to wobec tego, kiedy będziemy na te zmiany gotowi? Czy wówczas, gdy będziemy bogaci? Ale jak mamy stać się bogaci, skoro boimy się zmian, które do tego bogactwa prowadzą?
Na Słowacji ogłoszono niedawno, że po wprowadzeniu tam podatku liniowego w wysokości 19 procent, do urzędów skarbowych wpłynęło znacznie więcej pieniędzy, niż rząd zakładał w projekcie budżetu. Nie wyklucza się, że stawka tego podatku zostanie więc na Słowacji obniżona jeszcze bardziej. Jednocześnie jednak politycy zaczynają się zastanawiać, jak spożytkować nadwyżkę budżetową, a co niektórzy obawiają się, że taka sytuacja może tylko wpłynąć na wzrost wydatków państwa. W zasadzie to nie nasze zmartwienie, co rząd Słowacji zrobi z tym fantem. Niemniej po raz kolejny potwierdza się zasada, że to, na co "nas nie stać", z powodzeniem wprowadzają w życie inni.
Nie jestem zwolennikiem tego, by rząd dysponował nadmierną kwotą pieniędzy podatników, tak jak ma to obecnie miejsce na Słowacji.. Bo, istotnie, rodzić to może pokusę zwiększania wydatków państwowych i powrotu, poprzez redystrybucję dochodu, do punktu wyjścia, tj. do psucia gospodarki i do zmniejszania jej konkurencyjności. Najlepszym więc rozwiązaniem byłoby dalsze redukowanie podatków przy jednoczesnym radykalnym cięciu wydatków rządowych.
Gdyby prof. Zycie Gilowskiej nie zabrakło fantazji zapewne lansowałaby w obecnym rządzie takie właśnie podejście do gospodarki. Zresztą, może małymi kroczkami będzie próbowała to robić?

Paweł Sztąberek

* * *

Degrengolada (9 stycznia 2006)

Jedna z angielskich gazet podała niedawno bardzo interesującą informację. Otóż wynika z niej, że w Unii Europejskiej co 90 minut popełniany jest napad na bank. Okazuje się, że wraz ze wzrostem liczby napadów idzie w parze wzrost brutalności rabusiów. Używają oni już nie tylko broni palnej, ale także - coraz częściej - ładunków wybuchowych. Nie do rzadkości należy także porywanie pracowników banków. Gazeta przewiduje, że w najbliższej przyszłości liczba napadów będzie rosła, podobnie jak coraz brutalniejsi będą sprawcy przestępstw.
Jednak czy taka sytuacja powinna dziwić? Otóż wzrost przestępczości dotyczy każdego z państw Unii Europejskiej. Rośnie nie tylko liczba napadów na banki, ale także zabójstw, gwałtów, zwykłych rabunków. Niedawne zamieszki we Francji ujawniły u części tamtejszego społeczeństwa ewidentny brak szacunku dla prawa i społecznego ładu. Wykazały także, iż powołane do strzeżenia tego ładu organa porządkowe są najzwyczajniej w świecie bezsilne. Skoro łagodzi się kodeksy karne, znosi karę śmierci, na różne sposoby hołubi się bandytów i różnych dewiantów to efekty tego są takie jakie są.
Degrengolada społeczna idzie w parze z coraz powszechniejszym odchodzeniem państwa od funkcji, którymi z natury rzeczy powinno się zajmować, a wchodzeniem w sfery, które należeć powinny wyłącznie do obywateli. Skoro dzisiejsze państwo, zamiast strzec ładu i porządku w wolnym społeczeństwie, zajmuje się rozdzielaniem zasiłków, niańczeniem dzieci, edukacją szkolną, poradnictwem medycznym, wypłacaniem rent i emerytur, biznesem i dziesiątkami, a może i setkami innych spraw, to naprawdę nie można się dziwić, że społeczeństwo coraz bardziej wyręczane ze swoich obowiązków przez państwo, traci grunt z pod nóg i chyli się ku upadkowi. I, niestety, ale dopóki wskazówka pokazująca kierunek marszu współczesnego państwa nie obróci się o 180 stopni, na poprawę tego stanu rzeczy nie ma co liczyć.

Paweł Sztąberek

* * *

Państwo dla obywatela czy obywatel dla państwa? (2 stycznia 2006)

Bardzo często częstowani jesteśmy hasłem: "Państwo powinno być dla obywatela, a nie obywatel dla państwa". Właściwie każda ekipa, która dochodzi do władzy posługuje się tym hasłem. Niestety, ale jak dotąd, nie jest w stanie zrozumieć go właściwie...
Realizację hasła, że państwo powinno być dla obywateli, a nie odwrotnie, rozpocząć się powinno od zrobienia bilansu, jak wiele majątku to państwo, w ostatnim czasie, "wyrwało" w majestacie tzw. prawa od swoich obywateli. Po zrobieniu takiego bilansu państwo powinno ten majątek zwrócić. Skoro "państwo dla obywatela", no to nie ma innej rady. Zwrócić i koniec!
Choć każdy rząd i każdy polityk rzuca tym hasłem na lewo i prawo to jak dotąd w III RP nie udało się przeprowadzić masowej reprywatyzacji zagrabionego niegdyś przez państwo majątku. A mogła to być pierwsza próba na szczerość deklarowanych przez polityków haseł. Wypadła ona, niestety, dla całej tzw. klasy politycznej, na ocenę niedostateczną.
Majątek Polaków grabiony jest przez państwo przez cały czas. Tym razem jednak rządy nie wywłaszczają z nieruchomości (na razie?), nie zabierają fabryk (też na razie?)... Wywłaszczają jednak z pieniędzy. Poprzez wysokie podatki, przeróżne grabieżcze "dobrowolne" składki, codziennie czynią zamach na własność obywateli. Jeśli więc to nie obywatel ma być dla państwa, lecz państwo dla obywatela, to własność tę, przynajmniej do pewnego poziomu, należałoby obywatelowi po prostu zwrócić.
Odnosi się to również do innych dziedzin życia (ot, np. skoro nie obywatel dla państwa, a odwrotnie, to w imię czego konserwuje się przymusowy pobór do wojska?), a dotyczy - ogólnie pisząc - kwestii wolności. Obawiam się jednak, że większość polskich polityków, w tym tych, którzy tworzą rządy, nie rozpatruje, niestety, tego hasła właśnie w tym kontekście...

Paweł Sztąberek

* * *

Premierowy sen (27 grudnia 2005)

Tuż przed Świetami Bożego Narodzenia miałem sen...
Śniło mi się, że uczestniczyłem, jako widz, w jakiejś oficjalnej uroczystości odbywającej się na centralnym placu w moim mieście, w której specjalnym gościem była cała rządowa śmietanka, włącznie z premierem Kazimierzem Marcinkiewiczem. Nie wiem, co to była za uroczystość. Nie jest to zresztą istotne. W każdym razie, premier wygłaszał przemówienie. Mówił dużo o obecnej sytuacji politycznej w kraju. Gdy natomiast przeszedł do omawiania sytuacji gospodarczej powiedział m.in. "Musimy nadrobić stracone dla naszej gospodarki lata. Mój rząd uczyni wszystko, aby obecny stan gospodarki kraju zmienić na lepsze. Polska musi się rozwijać, by stać się silnym państwem w Europie i w świecie".
Po chwili premier Marcinkiewicz dodał: "Polityka poprzednich rządów spowodowała, że mamy dziś wielomilionowe bezrobocie, że upadają przedsiębiorstwa, że wielu ludzi ledwo wiąże koniec z końcem, że duża liczba dzieci chodzi do szkoły niedożywiona...".
Po kilku minutach wyliczania tego, czego poprzednie rządy nie zrobiły, bądź czego zaniechały, premier - dodając jeszcze, że mimo wszystko jest optymistą i że wierzy w sukces Polski - zakończył swoje wystąpienie.
Gdy impreza zaczęła się kończyć, a wszyscy zaczęli rozchodzić się do domów, ja gwałtownie wyrwałem się przed tłum i zawołałem w stronę premiera Marcinkiewicza: "Czy wie Pan, Panie premierze, dlaczego w Polsce jest tylu bezrobotnych, dlaczego dzieci chodzą głodne i dlaczego upadają przedsiębiorstwa?! Czy wie Pan, w którym miejscu poprzednie rządy popełniły błąd, gdzie nastąpiły zaniechania i czego one dotyczyły?! Czy postawił Pan właściwą diagnozę, czy zrozumiał Pan już przyczyny, które to wszystko spowodowały?! Czy dotarło już do Pana, że to nie nadmiar liberalizmu w gospodarce jest sprawcą tych wszystkich nieszczęść, ale właśnie jego niedobór?! Czy zdaje Pan sobie sprawę z tego, że tylko wolność gospodarcza, niskie podatki i wolny rynek dla wszystkich mogą wyciągnąć Polskę z tego marazmu, w jakim obecnie ona tkwi?!"
Moje wołanie - jak to często w snach bywa - było jakieś przytłumione, ledwo słyszalne nawet dla mnie. Tak jakby wiatr niósł głos w całkowicie przeciwnym kierunku... Premier tylko spojrzał w moją stronę, widząc zapewne jakieś zamieszanie wynikłe z tego, że kilku ochraniarzy nagle zaczęło biec. Otoczyli mnie, błyskawicznie uniemożliwiając dalszy marsz w stronę premiera. Gdy ochraniarze rzucali się wreszcie na mnie, by mnie obezwładnić, ujrzałem jeszcze - w ostatnim momencie - że premier ponownie obraca się w moją stronę, a na twarzy ma grymas, z którego mogłoby wynikać, że jednak coś do niego dotarło i że wie, o co chodzi. Ale - jak to w snach bywa - obraz był trochę zamazany. Głowy więc bym nie dał, że premier rzeczywiście usłyszał moje wołanie i że zrozumiał jego sens...

Paweł Sztąberek

* * *

"Sukces" rządu w Brukseli... (19 grudnia 2005)

To, co zostało zgodnie okrzyczane przez rząd Kazimierza Marcinkiewicza oraz uniofilskie media, jako wielki sukces Polski w walce o unijny budżet, mnie jakoś specjalnie nie cieszy. I nie cieszy mnie dlatego, iż np. uważam, że można było "wytargować" więcej... Gdyby nawet kwota, jaką miałaby Polska otrzymać z Brukseli była kwotą kosmiczną, nie do wyobrażenia, także bym się z tego powodu nie cieszył. Mój brak entuzjazmu dla tego "sukcesu" wynika po prostu z przekonania, że cały, oparty na zinstytucjonalizowanej grabieży i na zinstytucjonalizowanym żebractwie, system, na jakim opiera się funkcjonowanie Unii Europejskiej jest z gruntu chory. Czy mam się więc cieszyć z tego, że rząd mojego kraju okazał się jednym z największych żebraków Europy?
List brytyjskiego ambasadora w Warszawie, który tak bardzo oburzył polityków w Polsce oraz tzw. opinię publiczną, zawierał wiele gorzkich słów prawdy m.in. na temat marnotrawczej, szkodliwej i, tak na dobrą sprawę, zbędnej działalności brukselskiej biurokracji. Trochę prawdy na ten temat napisał niedawno także niemiecki "Der Spiegel". Czytamy w nim: "(...) bitwa o przyszłość Europy znowu prowadzona jest na fałszywym terenie. Gdyż to, czy UE wyda kilka miliardów więcej, czy mniej, nie uczyni jej silniejszą, ważniejszą ani bardziej popularną. Brakuje bowiem polityki, przywództwa i wizji. Już teraz pieniędzy jest tak dużo, że nie mogą być one rozsądnie spożytkowane". Jak zauważa niemiecka gazeta w UE "nie ma takiej fanaberii, której nie dałoby się wprowadzić w życie". Trudno tu wszystko wymienić, jednak według tygodnika wystarczy wymienić finansowanie np. wiosek artystów, związków strzeleckich, orkiestr młodzieżowych, czy występów baletowych. "Bruksela subwencjonuje uprawę tytoniu i kampanie antynikotynowe - i to z tego samego budżetu" - zauważa "Der Spiegel". Ale to wszystko drobnostki, bo dalej czytamy: "Dzięki funduszom z UE buduje się w Włoszech drogi, które prowadzą do nikąd. Krajobraz zaśmiecają nowe mosty, pozbawione połączenia z szosami. Fundusze pomocowe tylko dla Sycylii na lata 2000-2006 wynoszą 6 mld euro. Znaczna część tych apanaży znika natychmiast w kieszeniach mafii". Sporą część tekstu niemiecki tygodnik poświęca finansowaniu rolnictwa, stwierdzając m.in., że "(...) Brukselscy biurokraci zajmujący się rolnictwem rujnują ceny na rynkach światowych, trwoniąc wysoko dotowane pszenicę lub cukier. Jednocześnie finansują działalność typu >>fair-trade<< (uczciwy handel), która ma pomagać rolnikom w Trzecim Świecie bronić się przed niesprawiedliwym systemem cen na produkty rolne. Ale miliardowe subwencje niewiele przynoszą małym i średnim rolnikom. Wielkim, którzy także bez troski ze strony Unii, byliby zdolni do konkurencji, zapewniają natomiast dodatkowe zyski".
Tyle "Der Spiegel"... No i z czego tu się tak naprawdę cieszyć?! A może z tego, że kanclerz Merkel, niczym dobry pan, dołożyła największemu żebrakowi Europy dodatkowo 100 mln euro? Już tam pani Merkel będzie wiedziała, jak je odzyskać i to z nawiązką... Zresztą wie ona dobrze, ile Niemcy Zachodnie wpompowały pieniędzy w Niemcy Wschodnie, i że na wiele się to nie zdało. Ona wie to najlepiej.

Paweł Sztąberek

* * *

"Aplikacji o środki" idzie czas! (12 grudnia 2005)

Trudno się dziwić, że politycy, jak tylko mogą, walczą o to, by budżet Unii Europejskiej był jak największy i by ich państwo otrzymało z niego jak najwięcej. Trudno się dziwić, zwłaszcza, że moda na żebractwo lansowana jest w UE pełną gębą. Skoro więc żebractwo, co prawda zinstytucjonalizowane, wzięte w karby prawa, ale jednak żebractwo, uchodzi wśród krajów Unii wręcz za oznakę sprawności, właściwego działania, nowoczesności, to cóż się dziwić... Na każdym przecież kroku lansuje się myślenie typu: zrobimy program, a kasę na jego realizację da Unia. Nie ma znaczenia, czy program ten naprawdę ma czemuś służyć czy nie - najważniejsze, że pieniądze wyłoży Unia.
Właśnie mam przed sobą list jednego z wojewódzkich urzędów pracy, w którym to ów urząd zwraca się do różnych instytucji z terenu województwa z propozycją bezpłatnego szkolenia. Temat szkolenia jest następujący: "Bezpłatne szkolenie dla instytucji chcących aplikować o środki Europejskiego Funduszu Społecznego na rzecz mieszkańców regionu zagrożonych utratą pracy". Dalej czytamy: "Wojewódzki Urząd Pracy zaprasza beneficjentów z terenu województwa uprawnionych do składania wniosków o dofinansowanie realizacji projektów w ramach Działań 2.1, 2.3 i 2.4 Zintegrowanego Programu Operacyjnego Rozwoju Regionalnego do udziału w cyklu szkoleń z zakresu skutecznego aplikowania o środki Europejskiego Funduszu Społecznego oraz konstruowania projektu. Szkolenia przeprowadzone trybem prezentacyjno-dyskusyjnym oraz warsztatowym będą obejmować m.in. omówienie zasad dobrego projektu (w tym: analiza sytuacji i zapotrzebowania na przedsięwzięcia planowane w projekcie, analiza grupy odbiorców pomocy, drzewo problemów i celów), opracowanie założeń projektu (dobór personelu, podział odpowiedzialności, określenie sposobu zarządzania projektem, tworzenie harmonogramu realizacji projektu) oraz zarządzanie finansowe (tworzenie budżetu projektu, przykłady rozliczania wydatków projektu).
Może przydługi ten cytat, ale uważam, że konieczny dla zrozumienia, typowej dla socjalizmu, zasady walki z problemami niewystępującymi w normalnych ustrojach.
Najpierw więc jedni wyżebrali dotacje z UE, po to, by przeznaczyć je na zorganizowanie szkoleń, podczas których innych będzie się uczyć skutecznego żebractwa, tj. ...przepraszam "aplikowania o środki...". Drżyj więc podatniku. Już tam politycy nie pozwolą na to, by unijny budżet był choć troszkę mniejszy, a w każdym razie uczynią wiele, by sie tak nie stało. Moda na żebractwo trwa...

Paweł Sztąberek

* * *

"Nadworne" Centrum im. Adama Smitha kontra "prawdziwi" ekonomiści (5 grudnia 2005)

Rząd premiera Kazimierza Marcinkiewicza, pod jednym przynajmniej względem, w niczym nie różni się od swoich poprzedników. Podobnie jak wszystkie poprzednie rządy, również i ten za priorytet przyjął sobie "walkę z bezrobociem". O ile jednak poprzednie rządy za nic miały opinie i oceny ekonomistów, kierując się w polityce gospodarczej własną mądrością, o tyle rząd PiS-u już na wstępie swojego urzędowania zaczął sprawiać wrażenie, że w głosy różnych środowisk zamierza się wsłuchiwać i brać ich opinię pod uwagę.
Cóż jednak z tego, skoro to chyba tylko pozory... Otóż Centrum im. Adama Smitha przygotowało tzw. "Raport otwarcia", czyli analizę stanu państwa na listopad 2005 roku. CAS, jakby wychodząc naprzeciw temu, co rząd uznał za priorytet, zawarł w tym raporcie kilka recept na zmniejszenie bezrobocia. Teza główna brzmi: obniżmy koszty pracy, a wówczas bez wątpienia nastąpi wzrost zatrudnienia, czyli spadnie bezrobocie. W konferencji CAS na której ogłoszono "Raport..." udział wziął sam premier Marcinkiewicz. Odniósł się on do niego z uznaniem i zapowiedział, że zawarte w nim spostrzeżenia potraktuje jak najbardziej poważnie.
Cóż z tego, skoro zaraz potem przedstawił on własny plan działania twierdząc, że "najpierw obniżymy bezrobocie, a dopiero potem obniżymy koszty pracy". Jednocześnie jednak nie zaproponował niczego rozsądnego, co mogłoby dawać cień nadziei na to, że liczba miejsc pracy wzrośnie. Może lepiej od razu dać sobie spokój z ekspertami, aniżeli udawać, że się ich słucha.
W tej sytuacji zupełnie niezrozumiale brzmi apel tzw. zespołu "Gospodarka i Państwo", podpisany m.in. przez panów: Włodzimierza Bojarskiego, Stefana Kurowskiego i Janusza Szewczaka, którzy poddają radykalnej krytyce CAS-owski "Raport otwarcia". Określają oni zresztą Centrum im. Adama Smitha jako "nadwornego analityka dla kolejnych rządów III RP". Autorzy oświadczenia piszą ponadto: "Nie może to zresztą zaskakiwać, gdyż ośrodek ten, czyli Centrum, zawsze w sposób nieprzemyślany wyznawał wartości krańcowo rynkowe i liberalne, zapominając o elementarnych kwestiach ułomności rynku w pewnych obszarach działalności gospodarczej społeczeństw, o których można przeczytać w podstawowych podręcznikach akademickich najwybitniejszych zachodnich autorów...".
Pomijając prawdziwość twierdzenia o "nadworności" CAS (stan gospodarki III RP zupełnie nie wskazuje na to, by jakikolwiek rząd słuchał choć w najmniejszym stopniu rad Centrum), nasuwa mi się tylko jedno spostrzeżenie - jeśli, zamiast Centrum im. Adama Smitha, premier Marcinkiewicz wsłuchiwać by się miał w głos wymienionych wyżej "ekonomistów", to już lepiej niech nie słucha nikogo. Obawiam się jednak, niestety, że większe wzięcie w rządzie będą miały rady panów: Bojarskiego, Kurowskiego i Szewczaka. Obym się, dla dobra Polski, mylił.

Paweł Sztąberek

* * *

Nowa oaza wolności? (28 listopada 2005)

Od pewnego czasu obserwuję dość interesujące zjawisko jeśli chodzi o stosunek mediów do bieżących wydarzeń politycznych i gospodarczych. Gazety, rozgłośnie radiowe czy stacje telewizyjne, które dotąd usiłowały uchodzić za obrońców uciśnionych, skrzywdzonych przez państwo obywateli, propagatorów wolnorynkowej gospodarki, niskich podatków i skromnego interwencjonizmu, teraz jakby powoli zaczynają przechodzić na pozycje zgoła odmienne.
Gdy kilka miesięcy temu 6 mieszkańców niewielkiej miejscowości, w wyniku nieudolności aparatu przemocy, postanowiło wziąć sprawy w swoje ręce i zlinczowało, w obronie własnej, bandytę, który od lat ich terroryzował, ranił, groził śmiercią, w wyniku czego trafili oni do aresztu, media zaczęły zawodzić, że nie wolno zamykać do więzienia ludzi, którzy pozbawili kogoś życia w obronie własnej. Kiedy kilka tygodni temu nowy minister sprawiedliwości, Zbigniew Ziobro wydał polecenia uwolnienia tych ludzi, te same media nagle zawyły, że "polityka bierze górę nad sprawiedliwością" i że mamy do czynienia z ręcznym sterowaniem prokuraturą i sądem.
Gdy ten sam minister wydał niedawno zalecenie, by drastyczne przypadki znęcania się nad dziećmi prokuratury zaczęły traktować nie jako pobicia, ale jako próby zabójstwa, te same media, które rozlewały dotąd hektolitry łez nad maltretowanymi dziećmi nagle uznały, że minister Ziobro "steruje prokuratorami".
Gdy nowy rząd zapowiada obecnie, że wzmocni kontrolę wielkich hipermarketów pod kątem łamania przez nie umów o pracę, te same media, które jeszcze niedawno nagłaśniały niemal każdy przypadek "pracy niewolniczej" w takich sklepach, teraz twierdzą, że "rząd chce zrobić zamach na hipermarkety i pozamykać wielkie sieci handlowe".
I sprawa najświeższa.... Akcyza na paliwo. Gdy kilka dni temu w świat poszła wieść, że rząd nosi się z zamiarem podwyższenia od nowego roku akcyzy na paliwo, niemal wszystkie media podniosły rejwach, że "rząd kosztem kierowców chce załatać budżetowe dziury". Gdy w sobotę, 26 listopada br. premier Marcinkiewicz ogłosił, że podwyżki akcyzy jednak nie będzie, te same media zaczęły nagle przejawiać niespotykaną dotąd troskę o "budżet państwa" i zastanawiać się, skąd rząd weźmie teraz ponad miliard złotych na realizację budżetowych zobowiązań.
Nie warto nawet zastanawiać się nad tym, czy to, co obecnie wyczynają media to zwykła hipokryzja, niektontrolowana głupota, czy też może bezgraniczne zatracenie się w nienawiści do nowego rządu. No bo jak traktować ataki mediów na rząd za zbyt socjalny program, oraz ataki tych samych mediów na ten sam rząd za to, że znaczna część tego programu nie zostanie zrealizowana?
Światełko w tunelu pojawia się natomiast zupełnie gdzie indziej. Otóż nowa przestrzeń dla wolnej myśli kształtować się zaczyna w otoczeniu mediów skupionych wokół o. Tadeusza Rydzyka. Owszem, nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca, niemniej faktem bezspornym jest, że wolnorynkowcy mają już tam pewien skromny przyczółek. To nie tylko stała obecność na antenie Radia "Maryja" red. Stanisława Michalkiewicza, ale także niedawne audycje z udziałem takich zwolenników ekonomicznego liberalizmu jak dr Alejandro A. Chafuen czy ks. Robert A. Sirico... Również ostatnie wywiady na łamach "Naszego Dziennika" z członkami Centrum im. Adama Smitha, dr Robertem Gwiazdowskim i Andrzejem Sadowskim świadczą o otwarciu na środowiska, które jeszcze niedawno uchodziły za "wyklęte"... Czas pokaże czy jest to stała tendencja. Niemniej na tle histerii i skrajnego braku obiektywizmu większości mediów w Polsce, media o. Rydzyka wydawać się mogą w chwili obecnej rzeczywiście oazą wolności.

Paweł Sztąberek

* * *

Polityka, niestety, antyrodzinna (21 listopada 2005)

Tak zwane becikowe, czyli płacenie przez państwo kobietom za urodzenie dziecka, określane jest mianem "polityki prorodzinnej". Państwo - tak jakby - nakłada na siebie obowiązek wynagrodzenia rodziny za to, że zdecydowała się mieć dziecko. Spora część polskich polityków uważa, że jest jak najbardziej słuszne, by państwo tak właśnie postępowało. Polskie rodziny trzeba wspierać - twierdzą owi politycy.
Niestety, ale trudno pogodzić mi się z tym tokiem myślenia. Wydaje mi się bowiem, że ludzie pragną mieć dzieci akurat nie dlatego, że mogą dostać w nagrodę od państwa jakieś pieniądze. Jeśli jednak znajdą się ludzie, a na pewno się tacy znajdą, którzy zdecydują się na dziecko wyłącznie dla "becikowego" wówczas pozostaje tylko współczuć owemu dziecku...
Jak wiadomo zasiłek za urodzenie jest świadczeniem jednorazowym. Dotychczas wypłacany był on ludziom o niskich dochodach i wynosił 500 zł. Teraz płacony ma być prawdopodobnie wszystkim, a jego wysokość wzrosnąć ma do 1000 zł. Pytanie: na jak długo wystarczy 1000 zł? Na miesiąc, dwa? A co potem? Czy, gdy matka otrzyma już nagrodę za urodzenie, państwo wypnie się na dziecko? Wiadomo - drugiego "becikowego" na to samo dziecko już nie będzie... Choć nie wykluczone, że zaraz znajdzie się polityk, który stwierdzi, że skoro państwo raz zapłaciło to dlaczego miałoby nie zapłacić i drugi raz, i trzeci...
Rodziny, które naprawdę chcą mieć dzieci, będą je miały niezależnie od tego, czy dostaną zasiłek. Zrobią też one wszystko, by mieć na ich utrzymanie. O rodzinach zamożnych nawet tu nie wspominam... Natomiast rodziny, które zdecydują się na dzieci tylko dlatego, że państwo im za to zapłaci, że zasiłkiem zmotywuje je do posiadania potomstwa, szybko będą miały tych dzieci dość. 1000 zł "becikowego" szybko bowiem się skończy. Radość z otrzymania zasiłku będzie więc dość krótkotrwała. Nie dziwmy się zatem, że informacji o maltretowanych noworodkach jest i będzie, niestety, coraz więcej.
Czy jednak politycy, którzy mają usta pełne frazesów o "polityce prorodzinnej" zdadzą sobie kiedykolwiek sprawę z tego, że złymi ustawami generują patologię i tak naprawdę przyczyniają się do demoralizacji polskich rodzin? Czy dla politycznego poklasku warto ryzykować życie i zdrowie wielu przyszłych, bogu ducha winnych, dzieciaków?

Paweł Sztąberek

* * *

Niemcy szansą dla Polski? (14 listopada 2005)

Współczesna Europa Zachodnia to kraina, w której obowiązuje już chyba tylko jedna ideologia - polityczna poprawność. To ona m.in. sprawia, że zacierają się różnice pomiędzy takimi pojęciami jak "lewica" czy "prawica". To ona sprawia, że to, co jeszcze kilkanaście lat temu było niemożliwe teraz staje się możliwe. Patrząc na procesy cywilizacyjne, a właściwie antycywilizacyjne, jakie zachodzą w Europie, nie powinno nas dziwić to, że w Niemczech powstała właśnie tzw. wielka koalicja.
Skoro do wspólnych rządów szykuje się "lewica" z "prawicą" to czy na Zachodzie te pojęcia cokolwiek jeszcze znaczą? Czy "lewica" jest jeszcze lewicą, a "prawica" prawicą? Szczerze przyznam, że losy "lewicy", czyli niemieckiej SPD, akurat zbytnio mnie nie interesują, natomiast to, co jeszcze do niedawna nazywać można było "prawicą" (choć w Niemczech jest to wciąż chyba słowo - niewiedzieć zupełnie czemu - zakazane), czyli CDU-CSU, siłą rzeczy wzbudzało zainteresowanie, przynajmniej od strony pomysłów na gospodarkę.
Dziś już wiadomo, że "wielka koalicja" nie dokona gospodarczego przełomu w Niemczech. Dużo się oczywiście mówi o potrzebie reform, o zmianach, o naprawie państwa, jednak pierwsze zapowiedzi przyszłego rządu wskazują raczej na to, że kurs na dalsze drenowanie kieszeni własnych obywateli będzie trwał w najlepsze. Zapowiedź podwyższenia VAT-u z 16 do 19 procent świadczy tylko o tym, że państwo niemieckie potrzebuje mnóstwo pieniędzy. Stworzony przez Niemcy system opieki socjalnej oraz członkostwo w UE i związane z nim rosnące zapewne koszta funkcjonowania tego kraju w ramach wspólnoty to, w myśl ideologii politycznej poprawności, zasady święte i nienaruszalne na tyle, że wymagające od obywateli bezwzględnej ofiary.
Zapowiadany wzrost podatków w Niemczech, a co za tym idzie, dalszy spadek konkurencyjności tego kraju, powinny być ważnym sygnałem dla rządzących w Polsce, że nasz kraj może tylko na tym zyskać. Wiele teraz zależy od polityki rządu Kazimierza Marcinkiewicza, od tego, czy będzie on potrafił to wykorzystać. Premier w swoim expose wyraźnie powiedział, że będzie robił wszystko, by ściągnąć do Polski zagraniczne firmy, dla których, na zachodzie Europy, warunki funkcjonowania są coraz gorsze. Wszystko wskazuje na to, że w Niemczech już wkrótce będą jeszcze gorsze.
Podczas gdy na Zachodzie pojęcia "prawica" i "lewica" nic już praktycznie nie znaczą, miłoby było stwierdzić, że w Polsce, przynajmniej w odniesieniu do prawicy, nie jest to tylko slogan, i że coś takiego, jak prawicowy program gospodarczy wciąż jest możliwy do realizacji.

Paweł Sztąberek

* * *

Pytania o rząd... (7 listopada 2005)

Rząd Kazimierza Marcinkiewicza nie ma łatwego zadania. Przede wszystkim jest on zakładnikiem rozbujanych obietnic wyborczych składanych bez opamiętania przez polityków PiS-u w kampanii wyborczej. Ale nie to jest chyba najgorsze... O ile bowiem obietnic można po prostu nie wypełnić, zasłaniając się obiektywnymi trudnościami, o tyle bycie zakładnikiem "Samoobrony", PSL-u, czy Ligii Polskich Rodzin, takie proste, dla rządu mniejszościowego, do zignorowania już nie jest. Roman Giertych, co do rozsądku którego można było mieć jeszcze odrobinę nadziei, wypalił z becikowym po 1000 zł za każde urodzone dziecko. Jeśli to ma być warunek poparcia rządu Marcinkiewicza przez LPR, to można sobie wyobrazić, jakie warunki postawi "Samoobrona".
Na tym etapie rząd może oczywiście obiecać wszystko, i "Samoobronie" i PSL-owi, i LPR-owi, byleby tylko uzyskać większość podczas głosowania nad swoim być albo nie być. Pytanie tylko, co potem? Jak ma, w takich warunkach, wyglądać rządzenie? Jeśli rząd Marcinkiewicza zamierza dumnie wcielać w życie socjalizm, to nawet nie ma o czym mówić i nad czym się zastanawiać. Zresztą, co gorsza, wtedy pewnie taki rząd poparcie by miał. Gorzej jednak (przy czym, dla Polski oczywiście lepiej!), jeśli PiS-owski rząd zechce rzeczywiście dokonać zwrotu w podejściu do gospodarki i jeśli z realizacją składanych socjalnych obietnic będzie się "ociągał". Czy wówczas zdoła się on dłużej utrzymać?
Premier Kazimierz Marcinkiewicz, w swoim krótkim przemówieniu, tuż po zaprzysiężeniu rządu w dniu 31 października br., powiedział, że aby program naprawy państwa zrealizować, "aby zdjąć niepotrzebne ciężary i zwrócić państwo obywatelom potrzeba wielkiego wysiłku i trudu". Słowa te brzmią bardzo ciekawie... Pytanie tylko, jakie ciężary ma na myśli premier... Jeśli chodzi mu o "niepotrzebne ciężary", jakie państwo wzięło na swoje barki, podczas gdy mogliby się zajmować nimi sami obywatele, to jest to stwierdzenie jak najbardziej słuszne. Jeśli przez "oddanie państwa obywatelom" rozumieć należy oddanie im tych kompetencji, które państwo kiedyś - w przekonaniu, że zrealizuje je lepiej - obywatelom skradło, to również jest to stwierdzenie jak najbardziej słuszne. Oznaczałoby to, ni mniej ni więcej, tylko zwrot zawłaszczonych przez państwo jakichś (jeszcze nie wiemy jakich) obszarów wolności. Szkoda, że nikt, jak dotąd, nie zwrócił uwagi na te słowa premiera i nie poprosił go o bardziej precyzyjne wyjaśnienia.
Z moją, być może błędną, bądź zbyt optymistyczną, interpretacją słów premiera korespondują, póki co, jego zapowiedzi likwidacji wielu agend rządowych, ograniczenia biurokracji i redukcji przywilejów urzędniczych. Dobrym sygnałem, dającym choć cień nadziei na realizację tych słusznych planów premiera, jest przeprowadzona likwidacja urzędu ds. równego statusu kobiet i mężczyzn (czy jak to się tam zwie...). Premier zapowiada także uproszczenia procedur w zakładaniu firm, a także znaczne ograniczenie liczby obowiązujących w Polsce koncesji.
Czy socjalne, nieformalne zaplecze rządu, w postaci "Samoobrony" i LPR-u, poprze realizację takiego programu? I czy premier Marcinkiewicz już na samym początku nie popełnił błędu i nie skazał swojej misji na niepowodzenie mianując ministrem finansów ekonomistkę, dla której zwiększene deficytu budżetowego o 1 mld zł (na "wsparcie nauki") to "nic takiego"?
Cóż, dopiero czas przyniesie odpowiedź na te wszystkie pytania...

Paweł Sztąberek

* * *

Postkomunistyczna mentalność (31 października 2005)

Mimo że komunizm upadł w Polsce ponoć w 1989 roku, to wciąż tkwi on w głowach wielu z nas. Ułomność elit, czyli tej części społeczeństwa, która winna być przykładem dla innych, ich ignorancja i niechęć do zgłębiania zasad na jakich opierać się winno zdrowe, normalne państwo, sprawia, że wielu Polaków czuje się zagubionych. Jednym z przejawów tego zagubienia jest zamęt pojęciowy, który prowadzi niekiedy do nieprawdopodobnych nieporozumień.
Oto, gdy kilka tygodni temu na antenie Radia "Maryja" gościł dr Alejandro A. Chafuen ze Stanów Zjednoczonych, prezes Atlas Economic Research Foundation, który długo tłumaczył, co to jest prywatna własność, co to jest zysk, który przybliżał ich znaczenie dla rozwoju społeczeństw i uzasadniał ich związek z nauką Kościoła oraz z chrześcijańskimi korzeniami, jedna ze słuchaczek, która dodzwoniła się do audycji określiła jego poglądy, ni mniej ni więcej, tylko jako faszystowskie. Stwierdziła jeszcze, że jest przeciwniczką jakiejkolwiek filantropii. Nie chce, by litowali się nad nią jacyś bogacze. To, czego ona chce to tego, by ci bogaci stali się biedniejsi, i żeby ona nie musiała do nikogo wyciągać ręki po jałmużnę.
Cóż można powiedzieć... Mniej istotne już jest to, że pani ta nie rozumie znaczenia pojęcia "faszyzm". Gorzej, że uważa ona się za chrześcijankę. Życzenie bliźniemu, w tym przypadku osobie zamożnej, tego, by jej się pogorszyło, czyli żeby stała się biedniejsza, jest jak najbardziej niechrześcijańskie. Natomiast myślenie typu "jeśli jemu się pogorszy to mnie się poprawi" jest nielogiczne. Owszem, jeśli kogoś okradnę, wówczas wzbogacę się o wartość, którą ten ktoś, w wyniku dokonanej przeze mnie kradzieży, utracił. Jednak daleki jestem od twierdzenia, że słuchaczce Radia "Maryja" chodzi o wzywanie do kradzieży, choć do końca też wykluczyć tego nie mogę.
Mentalność postkomunistyczna jest w wielu Polakach zakorzeniona na tyle głęboko, że przysłania ona fakty. Gdyby słuchaczka, która zwolenników wolnego rynku nazywa faszystami, zechciała oprzeć się na doświadczeniu wielu narodów, na mądrych książkach i wreszcie na Ewangelii, wówczas zdałaby sobie sprawę, że mówi - delikatnie rzecz ujmując - niedorzeczności.
Powyższy przykład pokazuje, że wciąż trzeba tłumaczyć ludziom podstawowe prawdy o zasadach ekonomii, wskazywać, gdzie tkwią przyczyny dzisiejszych problemów bytowych Polaków, tak, by przestali oni mylić je ze skutkami... Choć nie jest to zadanie proste, nie jest też beznadziejne. Tym bardziej, że ludzi, którzy te zasady rozumieją, jest u nas coraz więcej.

Paweł Sztąberek

* * *

Gwarancje zatrudnienia (24 października 2005)

Niedawno, w odpowiedzi na mój "Komentarz tygodnia" z 10 października 2005 roku pt.: "Punkt widzenia socjalisty", p. B M Gautier raczyła napisać w liście: "My, Europejczycy potrzebujemy pracy, a nie bezrobocia. Jeżeli amerykańskie, chińskie, i inne firmy nie są w stanie dać odpowiednich gwarancji zatrudnienia - nie powinno się ich wpuszczać na rynek europejski".
Sprawa dotyczy amerykańskiego koncernu Hewlett-Packard, który w najbliższym czasie zamierza zwolnić ok. 6 tysięcy pracowników z krajów zachodniej Europy, w tym pewną ich liczbę we Francji.
Otóż nie wiem, jak długo ta amerykańska firma działa w Europie, ale domyślam się, że nie trwa to rok, czy dwa, ale przynajmniej kilka, albo nawet kilkadziesiąt lat. Czy w tym czasie amerykańscy przedsiębiorcy byli OK? Pewnie tak, ponieważ nie było słychać o jakichkolwiek protestach czy strajkach. Przez te lata wielu ludzi miało pracę i było zadowolonych. Owszem, z poszczególnych krajów Unii Europejskiej co rusz docierają informacje o strajkach czy wielkich manifestacjach. Dziwnie jednak się składa, że przeważnie akcje te dotyczą przedsiębiorstw czy instytucji państwowych, bądź samorządowych. Rzadko kiedy docierają do naszych uszu informacje o przestojach w firmach prywatnych. Może są blokowane, albo cenzurowane przez "złych" kapitalistów, w każdym razie nie docierają. Jeśli pracownicy krajów UE są otwarcie z czegoś niezadowoleni to głównie z pracy we "własnych", rodzimych, państwowych firmach, czego dowodem są chociażby częste strajki pracowników metra w różnych europejskich stolicach.
Jeśli wielki prywtany koncern decyduje się zredukować stan swojego posiadania w jakimś kraju, jest to najczęściej podyktowane względami ekonomicznymi. Po prostu biznes przestał się w tym miejscu opłacać, natomiast, być może, w innym powstały warunki znacznie lepsze i tam zostanie on przeniesiony. Kto nie szanuje zasady, że właściciel bądź właściciele mają prawo swobodnie dysponować swoją własnością, w tym przypadku przedsiębiorstwem, ten niech się potem nie dziwi, jeśli jego kraj omijać będą, szerokim łukiem, inni przedsiębiorcy.
Wydaje mi się, że p. Gautier nie powinna się martwić o nadmiar, w najbliższych latach, zagranicznych inwestycji we Francji. W sytuacji, gdy na prywatnej firmie rząd próbuje wymuszać niekorzystne, czyli zbyt kosztrowne, dla niej rozwiązania, natomiast związki zawodowe ciągle straszą, że będą strajkować, jeśli nie osiągną "odpowiednich gwarancji zatrudnienia", wówczas pozostaje dusić się we własnym sosie.
Nie wiem, czy p. Gautier zadała sobie pytanie, dlaczego takie kraje jak Francja czy Niemcy znajdują się obecnie w dość nieciekawej kondycji gospodarczej, a bezrobocie dochodzi tam do poziomu najwyższego od czasów zakończenia II wojny światowej... Bo chyba nie sądzi Ona, że dzieje się tak z tego powodu, iż wiele firm przestaje widzieć sens dalszego działania na terytorium tych państw i przenosi się w inne miejsca...

Paweł Sztąberek

Przeczytaj polemikę - Czytelnicy piszą (listy z 23 października, godz. 19:21 i z 19:38)

* * *

I tak źle, i tak niedobrze... (17 października 2005)

Kampania wyborcza, której jesteśmy świadkami, ma, w odróżnieniu od wielu poprzednich, pewnien pozytywny wymiar. Otóż dyskusja pomiędzy kandydatami do stanowiska prezydenta kraju, zahacza dość często o tematy gospodarcze. Donald Tusk deklaruje się jako zdecydowany zwolennik wolnego rynku, podczas gdy Lech Kaczyński dla odmiany mówi coś o "Polsce solidarnej", czyli sam ustawia siebie po stronie rozwiązań socjalistycznych. Podczas gdy Donald Tusk deklaruje gotowość obniżania podatków, Lech Kaczyński krytykuje to jako działanie, które przysłuży się tylko najbogatszym. Gdy kandydat Platformy twierdzi, że jest "za wolnością", kandydat PiS utrzymuje, że przede wszystkim jest "za solidarnością". Itd. itp.
Pytanie brzmi, na ile składane deklaracje są szczere. Tzn. na ile Donald Tusk może być wiarygodny jako zagorzały wolnorynkowiec, a Lech Kaczyński wiarygodny jako socjalista...
Niestety, ale trudno na to pytanie w tej chwili odpowiedzieć. Można, co najwyżej, odwołać się do tego, co obaj kandydaci czynili w przeszłości, bądź czynią obecnie. Donald Tusk nigdy nie rządził. Rządzili jednak jego najbliźsi koledzy z Kongresu Liberalno-Demokratycznego, którzy dziś także zasilają PO. Okres ich rządów zapisał się w historii III RP raczej jako okres dławienia wolnorynkowych reform, zapoczątkowanych ustawą o działalności gospodarczej z 1988 roku. Podwyższanie podatków, wprowadzanie koncesji, afery gospodarcze - to między innymi spadek po rządach KL-D, czy później UW. Nie bez przyczyny mówi się dziś często, że rządy kolegów Donalda Tuska zaowocowały tylko jednym - skompromitowaniem pojęcia "liberalizm". Dzisiejsze prounijne nastawienie PO i samego Tuska też zdaje się stać w sprzeczności z ich wolnorynkowym nastawieniem. No bo jak można opowiadać się za wolnym rynkiem, a jednocześnie potulnie przyjmować każdą socjalistyczną bzdurę płynącą do nas z Brukseli?
Środowisko Lecha Kaczyńskiego także ma już na swoim koncie rządzenie. Czy było ono bardziej pro-wolnorynkowe? Niestety nie. Na pewno walka Lecha Kaczyńskiego jako prezydenta Warszawy, z lokalnymi kupcami, usuwanie ich straganów z miejskich ulic, dowodzi raczej braku szacunku dla pracy tych, którzy nie wyciągając ręki po jałmużnę starają się zapracować na utrzymanie.
Rządy obu środowisk, nieważne pod jaką barwą się dokonywały, bardzo poważnie obciąża fakt nieprzeprowadzenia do chwili obecnej reprywatyzacji. Tego nie da się tak łatwo wybaczyć.
Ktoś jednak musi zostać prezydentem. I warto pamiętać, że jeśli będzie to Donald Tusk, to zdobędzie on najwyższy urząd w państwie m.in. dzięki głosom środowisk lewicowych. Czyż nie jest zabawne, że socjaliści będą głosować na kogoś, kto deklaruje antysocjalistyczny program? Jeśli natomiast prezydentem zostanie Lech Kaczyński, zdobędzie on fotel m.in. dzięki głosom związku zawodowego "Solidarność", z natury rzeczy lewicowego.
Skoro tak źle, i tak niedobrze, to może należy przyjąć inne kryterium wyboru... Zważywszy na to, że w sprawach gospodarczych prezydent nie ma, tak naprawdę, zbyt wiele do powiedzenia, przyjmijmy jako kryterium np. stosunek do Unii Europejskiej i odpowiedzmy sobie na pytanie: który z kandydatów daje cień gwarancji, że w polityce zagranicznej Polska zachowa choć minimum samodzielności i że pozostanie bliskim sojusznikiem Stanów Zjednoczonych?

Paweł Sztąberek

* * *

Punkt widzenia socjalisty (10 października 2005)

Amerykańska firma Hewlett-Packard przedstawiła niedawno plan restrukturyzacji swojej działalności w Europie. Zgodnie z tym planem zwolnionych ma być około 6 tysięcy pracowników.
Choć wiadomość nie jest zbyt radosna, pamietać należy, że 6 tysięcy ludzi w skali Europy to nie jest wcale dużo. Poza tym, dziennie, tyle, albo i więcej ludzi traci gdzieś pracę, zmienia ją i nikt jakoś się tym nie przejmuje. No i, co chyba najważniejsze, ów amerykański koncern to firma prywatna, która dowolnie kształtować może swoją strategię, w tym również tzw. politykę kadrową. Pamiętając o tym, że nic nie trwa wiecznie, należałoby spojrzeć na problem firmy Hewlett-Packard od drugiej strony: w końcu przez wiele lat tysiące ludzi mogło w niej pracować, zarabiać przyzwoite pieniądze. Tej, tworzonej przez lata, wartości nikt i nic nie może unieważnić.
Planowana restrukturyzacja nie podoba się jednak politykom. Jeden z nich, prezydent Francji Jacques Chirac ma żal do Komisji Europejskiej, że nie interweniuje w tej sprawie. Chirac uważa, że Komisja zbyt mało interesuje się kwestiami społecznymi, a do takich niewątpliwie należy - według niego - perspektywa zwolnień w Helwett-Packard.
Chirac oczekiwałby najprawdopodobniej, by KE wywarła na amerykański koncern jakąś presję, by zmienił on swoje plany restrukturyzacyjne i zachował w Europie dotychczasowy stan posiadania. Wątpić jednak należy, by jednocześnie prezydent Francji zadał sam sobie pytanie, co sprawia, że wielka amerykańska firma zamierza ograniczyć swoją działalność w krajach UE, przy czym w samej Francji nosi się z zamiarem zwolnienia ponad 1200 pracowników?
Socjalista widzi tylko jedną, wyimaginowaną przez siebie, stronę medalu - złego kapitalistę, który wyzyskał pracowników, wzbogacił sie na ich krzywdzie, po czym zwinął manatki i ślad po nim zaginął. Nie widzi natomiast drugiej strony, tej oddającej rzeczywistość - socjalistycznego państwa, które swoją etatystyczną i restrykcyjną polityką czyni wszystko, by zniechęcać do prowadzenia biznesów.
Socjalizm zaślepia. Przykład prezydenta Chiraca jest tego niezbitym dowodem...

Paweł Sztąberek

Przeczytaj polemikę - Czytelnicy piszą (list z 9 października, godz. 20:15)

* * *

Czy zdarzy się cud? (3 października 2005)

Wybory do parlamentu III RP pokazały, że przychylność wyborców zyskać można przede wszystkim stosując socjalną retorykę. O ile np. Platforma Obywatelska była pod tym względem najbardziej stonowana to pozostałe ugrupowania nie przebierały w środkach. Socjalna retoryka była przez cały czas na ustach przedstawicieli Prawa i Sprawiedliwości, Samoobrony, Ligii Polskich Rodzin, Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Polskiego Stronnictwa Ludowego. Choć wszystko wskazuje na to, że wkrótce Polską rządzić będzie koalicja PiS i PO to proporcjonalnie jednak, ci, którzy obiecywali Polakom, że dostaną od państwa coś za darmo, stanowią w nowym sejmie zdecydowaną większość.
Pogłębianie socjalizmu niczego dobrego Polsce nie przyniesie. Cały dramat polega jednak na tym, że PO, która deklaruje przywiązanie do zasad wolnego rynku jest zarazem najbardziej prounijną partią w sejmie, co jest sprzeczne samo w sobie, natomiast PiS zupełnie nie kryje swojego przywiązania do socjalizmu, zwanego w PiS-owskiej nowomowie "gospodarką solidarności".
Gdyby jednak mógł się zdarzyć w Polsce cud olśnienia naszych polityków to, paradoksalnie, czuję, że to bardziej PiS byłby zdolny do przeprowadzenia niezbędnych reform, aniżeli PO. Ugrupowanie braci Kaczyńskich jest jednak partią bardziej różnorodną i gromadzącą większą rzeszę ludzi ideowych o prawicowych przekonaniach, mogących próbować wpływać na swoich liderów, natomiast PO to partia, która w znacznej mierze składa się z ludzi bez żadnych przekonań, politycznie poprawnych byłych członków Unii Wolności i niedobitków po KL-D, którzy na przestrzeni lat zapomnieli już chyba, czym jest gospodarczy liberalizm.
Jest jeszcze coś, co mnie w tym wszystkim martwi... Są to wyścigi liderów obu partii w tym, kto pierwszy zamelduje się w Brukseli, by zapewnić (zupełnie nie rozumiem po co), że "właściwy kierunek" zostanie zachowany. Świadkami takiego wyścigu byliśmy w ubiegłym tygodniu.
Czyżby jednak rację mieli ci, którzy jeszcze nie tak dawno temu głośno krzyczeli "Wczoraj Moskwa, dziś Bruksela"?

Paweł Sztąberek

* * *

Właściwy człowiek na właściwym stanowisku (19 września 2005)

Dawid Laband, w jednym z publikowanych na Stronie Prokapitalistycznej artykułów pisze na temat Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) oraz jej zainteresowania tzw. rajami podatkowymi. Zainteresowanie to idzie w kierunku ograniczenia możliwości działania rajów, a najlepiej ich całkowitego zlikwidowania. OECD, metody przyciągania inwestorów przez raje określa mianem "szkodliwych praktyk podatkowych". Organizacja w swych raportach nie postuluje niczego, co mogłoby sugerować rządom innych państw, by, w celu stania się konkurencyjnymi dla rajów, same zaczęły obniżać podatki. To raje - zdaniem OECD - są złe, a nie te państwa, które gnębią olbrzymymi haraczami własnych obywateli.
Artykuł ten przypomniał mi się w związku z informacjami, iż premier polskiego rządu, Marek Belka poszukuje pracy na wysokim stanowisku właśnie w OECD. Żeby było zabawnie robi to bez żadnych zahamowań, mimo że wciąż jest urzędującym premierem polskiego rządu, nie zważając na to, że podejmowane przez tę ogranizację decyzje nie zawsze muszą być zgodne z interesem gospodarczym obywateli naszego kraju.
Pan premier Belka zasłynął w przeszłości głównie jako ten, który wprowadził w Polsce podatek od odsetek bankowych, zwany podatkiem Belki, a potem znalazł się w Iraku w dość niejasnej do dziś roli cywilnego odbudowywacza tego kraju. W przyszłości natomiast ma wszelkie szanse na to, by zostać poskramiaczem rajów podatkowych i kolejnym gnębicielem własnych obywateli. Gdy dziś słucham wypowiedzi premiera Belki, że za złą prywatyzację PZU zapłacą zwykli Polacy w postaci wyższych podatków, to aż nóż się w kieszeni otwiera. Gdyby tak jeszcze ci, którzy za tę "prywatyzację" odpowiadają poszli na długie lata do więzienia, można by wówczas poczuć choć częściową ulgę. Jednak, jak dotąd, tam, gdzie w grę wchodzą naprawdę olbrzymie pieniądze nigdzie chyba jeszcze nie znaleziono winnych...
Co by nie mówić - premier Belka w OECD to właściwy człowiek na właściwym stanowisku...

Paweł Sztąberek

* * *

Odpowiedzialność rządu (12 września 2005)

Regularnie, każdej zimy, rozlega się u nas lament, że gdzieś ktoś zamarznął. Adresatem owych lamentów jest najczęściej rząd centralny, bądź władza lokalna. Nadawcami natomiast, przeważnie opozycja polityczna, a także, podpuszczani przez cwanych polityków i ograniczonych dziennikarzy, tzw. zwykli ludzie. Rząd jest winny temu, że gdzieś w Polsce, w jakimś rowie zamarzł jakiś biedny pijaczyna. A winny jest dlatego, że odpowiednio nie przygotował się do ostrej zimy...
W ub. roku podczas wielkich upałów we Francji zmarło na zawał serca kilkadziesiąt osób. Od razu rozległ się lament na cały świat, że winny tego jest rząd. Media, polityczna opozycja, oraz cała ogłupiona przez jednych i drugich tzw. opinia publiczna zgodnie zawyrokowały: rząd jest winien śmierci tych ludzi, ponieważ odpowiednio nie przygotował się do upalnego lata.
Obecnie, w Stanach Zjednoczonych oskarża się rząd o to, że nie zapobiegł katastrofie w Nowym Orleanie. Poniekąd jest, w tym akurat przypadku, trochę racji. W przypadku klęsk żywiołowych, płacący podatki obywatele powinni liczyć na możliwie najszybszą pomoc władz, czy to centralnych czy lokalnych. Wiadomo, że żaden urzędnik nie był w stanie zatrzymać zabójczego huraganu, niemniej decyzje co do tego, jak zachować się "po", powinny zapadać zdecydowanie szybciej.
Niezależnie od sytuacji w jakiej rząd obciążany jest różnymi winami, jedno wydaje sie pewne: otóż politycy sami są sobie winni. W kampaniach wyborczych na każdym kroku powtarzają, czym to rząd nie powinien się zająć. Rząd - w ustach tych etatystycznych demagogów - ma właściwie zajmować się wszystkim. Ci więc politycy, którzy będąc u władzy starają się odpierać te wszystkie zarzuty zachowują się jak zwykli hipokryci, wypierający się własnych słów.
Szkoda tylko, że w czasach tej wszechogarniającej władzy rządu, gdy rząd naprawdę jest obywatelowi potrzebny, okazuje się, że do niczego nie jest on zdolny i nie sposób na niego liczyć.

Paweł Sztąberek

* * *

Krytyka konrolowana (5 września 2005)

Od jakiegoś czasu można u nas zaobserwować dziwne zjawisko związane z Unią Europejską - tzw. kontrolowaną krytykę. Ma ona np. miejsce w kabaretach, czasem nawet w reklamach, a ostatnio również na scenie Opery Leśniej w Sopocie. Otóż prowadzący niedawny festiwal konferansjer, zapowiadając jakiś zespół muzyczny z Zakopanego stwierdził, niby to dowcipnie, że "...oscypki zwyciężyły z Unią Europejską. Oscypki górą!".
Bardzo przypomina mi to wszystko czasy PRL-u. Na różnych kabaretowych scenach władza również pozwalała od czasu do czasu pokrytykować Polskę Ludową. Bo czemu ludzie mieliby się nie pośmiać z własnej władzy, tym bardziej, że nikomu to ani nie groziło, ani specjalnie nie szkodziło. Ot, taki wentyl bezpieczeństwa. Pokrytykujcie sobie i pośmiejcie się z władzy ludowej pod naszym czujnym okiem, pod kontrolą wielkiego brata. Dziś wielki brat też przecież czuwa, jednak niech ludziska zobaczą, że i on ma poczucie humoru...
Inaczej sprawa wygląda w Czechach. Tam, krytyką Unii Europejskiej zajmują się nie tylko kabareciarze i konferansjerzy, ale poważni politycy. Prezydent Vaclav Klaus zaproponował właśnie, by UE zmieniła nazwę na Organizację Państw Europejskich. Zdaniem czeskiej głowy państwa Unia w dotychczasowym kształcie nie ma już sensu. "Moim zdaniem pogłębia się rozbieżność między rzeczywistą Europą a Europą polityczną. Unia cierpi na poważny deficyt demokracji, dlatego lepiej zmienić jej cele" - zaznaczył Klaus.
Konsekwencje Klausa można naprawdę podziwiać. Od dłuższego już czasu nie kryje on swoich przekonań. Nie musi zasłaniać się kabaretem, by artykułować swoje myśli. Ale dzięki takim ludziom jak on, dzięki poważnym politykom, tworzy się płaszczyzna do dyskusji. Czy któryś z naszych rodzimych polityczków, naszych rozmymłanych bubków, byłby w stanie choćby pomyśleć o tym, o czym Klaus głośno mówi? Są oczywiście wyjątki, jednak ich głos nie ma tej rangi, co głos prezydenta Czech.
A Unia nie rezygnuje. Właśnie zastanawia się jakby tu dodatkowo opodatkować Europejczyków na okoliczność walki z biedą na świecie. Pomysł jest taki, by podatkiem obciążyć bilety lotnicze. Czemu nie... Jeśli sprawa wypali to potem można to przecież rozszczerzyć na bilety kolejowe, tramwajowe, na taksówki. Jedno jest jednak pewne - bez opodatkowania pasażerów dorożek z walki z biedą nic nie wyjdzie. Komisarze unijni - bierzcie się więc do roboty!

Paweł Sztąberek

* * *

Drogie państwo (29 sierpnia 2005)

Lider Sojuszu Lewicy Demokratycznej, p. Wojciech Olejniczak wypowiedział niedawno następujące zdanie: "Państwo nie musi być tanie. Ważne żeby było silne i sprawiedliwe. Tani, znaczy często kiepskiej jakości".
Właściwie nie powinno dziwić, że takie rzeczy wygaduje lider lewicowej partii. Gorzej, że - jak sądzę - pod sloganem tym podpisałby się obydwiema rękami lider "prawicowego" Prawa i Sprawiedliwości. Twierdzę tak, ponieważ p. Lech Kaczyński niejednokrotnie zasłynął z pomysłów zwiększania wydatków państwa i rozbudowywania biurokracji oraz deklarował, że jest socjalistą i że stanowi socjalne skrzydło w swojej partii. Nadzieję daje to, że skoro w PiS-ie jest "skrzydło socjalne" to jest też i pewnie skrzydło wolnorynkowców i przeciwników państwowego interwencjonizmu.
Ale mniejsza z tym... Wróćmy do sloganu p. Olejniczaka. Czy, jak twierdzi szef SLD, drogie państwo musi być równoznaczne z państwem silnym i sprawiedliwym, natomiast tanie już nie? Przykładów "drogiego państwa" mieliśmy w ostatnim dziesięcioleciu wiele. Ot, np. Związek Sowiecki, czy też bliższy nam PRL. Ponieważ niemal całe życie w tych krajach kontrolowane było przez państwo, można domniemywać, że były to państwa drogie. Czy jednak jakość życia była w nich zadowalająca? I czy panowała w nich sprawiedliwość? Obecnie z bardzo drogim państwem mamy do czynienia w przypadku Korei Północnej... Bez wątpienia jest to państwo bardzo drogie. Czy panuje w nim jednak sprawiedliwość i czy - mimo że jest ono drogie - pan Olejniczak mógłby o nim powiedzieć, że jest towarem wysokiej klasy? No, może jest w pewnym sensie silne ... militarnie, skoro nawet Stany Zjednoczone muszą od czasu do czasu prosić je o to, by zaprzestały zbrojeń. Czy zatem panu Olejniczakowi chodzi o to, by położyć USA na kolana?
Przykładem państwa również drogiego, choć już nie tak bardzo jak Korea Płn. jest III RP. Może lidera SLD to zaskoczy, jednak niestety jest to prawda. Dług publiczny naszego kraju z roku na rok jest coraz większy. By spłacać wcześniejsze długi, państwo musi zdobywać nowe pieniądze. Albo więc sprzedaje obligacje, przez co nadal się zadłuża, albo podnosi podatki dławiąc tym sposobem przedsiębiorczość Polaków. Twierdzenie wielu polityków, że w budżecie państwa wciąż jest zbyt mało pieniędzy dowodzi tylko tego, że - ich zdaniem - państwo powinno być droższe. Czyżby ideałem rzeczywiście była dla nich Korea Północna?
Czy w przypadku III RP można jednak stwierdzić, że drogie państwo równa się silne i sprawiedliwe? Na to pytanie niech każdy sam już sobie odpowie...

Paweł Sztąberek

* * *

Dzika Anglia i przyjazna Francja (16 sierpnia 2005)

Ileż to razy słyszeliśmy, że w III RP panuje dziki i wilczy kapitalizm... Ileż to razy zdominowane przez lewicę media, oraz wykształceni na PRL-owskich uczelniach "naukowcy" i intelektualiści raczyli nas mądrościami na temat zbawiennego wpływu społecznej gospodarki rynkowej (rozumianej na modłę socjalistyczną), interwencjonizmu państwowego, niepuszczania ekonomii na żywioł, redystrybucji dochodu narodowego, czy patrzenia kapitalistom i przedsiębiorcom na ręce. Żadnym dla nich argumentem było twierdzenie, że w XIX wieku Polacy najczęściej emigrowali tam, gdzie właśnie panowała ta rzekoma "rynkowa dzicz", czyli do Stanów Zjednoczonych. Jednak głosowanie nogami zupełnie nie przekonuje zapatrzonych w swoje przesądy "mędrców".
Gdy dziś porównuje się wynikające z historycznego doświadczenia style życia czy gospodarki np. Wielkiej Brytanii i Francji, twierdzi się, że Anglicy są skłonni bardziej polegać sami na sobie, natomiast Francuzi bardziej są skłonni oglądać się na państwo. Podczas gdy Anglicy nie lubią zbytnio, gdy rząd wtrąca się w życie ekonomiczne obywateli, Francuzi chcieliby od rządu interwencji i zainteresowania, itd. Jest to oczywiście analiza uproszczona jednak nie pozbawiona racji. Anglia, choć zapewne nie w stu procentach, to jednak dużo bardziej przypomina dziś dawne Stany Zjednoczone aniżeli np. Francja. Widać to także w różnicach w efektywności obu gospodarek. Gospodarka brytyjska uchodzi za najdynamiczniejszą w dzisiejszej Europie, natomiast francuska za jedną z najsłabszych.
Wielu Polaków dziś także zaczyna głosować nogami. I dokąd to masowo wyjeżdżają nasi rodacy? Czy do przesocjalizowanych krajów Unii Europejskiej takich np. jak Francja, Belgia, czy Niemcy? Otóż nie! Najwięcej Polaków emigruje właśnie tam, gdzie udało się uratować potencjalnie najwięcej wolności, czy jak kto woli "rynkowej dziczy" - do będącej nieco na uboczu UE, Anglii. Te same media oraz ci sami "naukowcy" niemalże wpadają w zachwyt twierdząc, że Londyn wyrasta nam na trzecie, co do wielkości, po Warszawie i Chicago, polskie miasto. Nie tłumaczą już jednak dlaczego właśnie tam wielu Polaków szuka dziś szczęścia, w tej "dzikiej, kapitalistycznej" Anglii, a nie np. w socjalnie przyjaznej człowiekowi Francji, czy Belgii?

Paweł Sztąberek

* * *

Dom wariatów? (8 sierpnia 2005)

PAP doniosła niedawno, że powstała właśnie tzw. Reprezentacja Komisji Europejskiej w Polsce. Na jej czele stoi p. Róża Thun, jedna z czołowych eurofanatyczek. Glównym zadaniem RKE ma być - jak mówi jej szefowa - "komunikowanie w obie strony", czyli informowanie KE o tym, co się dzieje w Polsce, i Polski o przedsięwzięciach Komisji. Informacja nie wspomina tylko z jakich środków finansowana ma być ta nowa inicjatywa eurofanatyków, jak zwykle niezbędna i konieczna do oddychania dla przeciętnego człowieka.
"Super Express" poinformował niedawno, że Komitet Integracji Europejskiej, który miał zostać zlikwidowany po wejściu naszego kraju do UE, rozwija się w najlepsze, nadal przejadając grube miliony pieniędzy podatników. Szef Komitetu oczywiście nie zgadza się z autorami artykułu z "SE" noszącego tytuł "Darmozjady". Twierdzi, że KIE wciąż jest potrzebny, gdyż wciąż do przerobienia są tony dokumentów, a praca, którą Komitet wykonuje, m.in. stały kontakt z unijnymi instytucjami, i tak musiałaby być zrobiona, więc dlaczego miałby jej nie robić właśnie on.
Jednocześnie pojawia się coraz więcej informacji o niewykorzystaniu przez Polskę unijnych środków. Jak wiadomo Unia to niezliczona liczba programów, za którymi idą spore kwoty. Właściwie co krok to jakiś unijny program, no i ... problem. Zacytujmy PAP: "(...) Ostatnio Unijny program >Lider<, wspierający finansowo wiejskie przedsięwzięcia, wspólne zadania gospodarcze wpływające na lokalny rozwój, targi miejscowych specjałów, czy wydawnictwa reklamowe o regionalnym charakterze, stosuje barierę gęstości zaludnienia do 120 osób na km kw., bo taka jest charakterystyka obszarów wiejskich w >starej< Unii. Chodzi o to, żeby właśnie na wsi kreować nowe przedsięwzięcia i lokalnych liderów. Niestety, na wiosennym posiedzeniu komitetu sterującego programu >Lider<, zgodnie z sugestią przedstawiciela UE, automatycznie podniesiono barierę do unijnego wzorca. Dla Małopolski, gdzie na kilometr kwadratowy przypada 220 mieszkańców, to dramat!".
Wgłębiając się w tego typu informacje mam wrażenie, że żyję w domu wariatów, gdzie nonsens goni nonsens. Jednak gdy zaraz przypominam sobie, że KIE działa nadal i że do akcji ze swoją RKE wkroczy już wkrótce - po powrocie z wakacji - p. Róża Thun, od razu się uspokajam. Oni już tam zrobią wiele, by mnie przekonać do tego, że to jednak normalność, a nie zakład psychiatryczny. I pewnie - wspólnymi siłami - za jakiś czas uporają się także z tą gęstością zaludnienia na małopolskiej wsi. A jak nie dadzą rady to do pomocy powołają sobie jakiś kolejny urząd...

Paweł Sztąberek

* * *

Przywileje... (1 sierpnia 2005)

Abstrahując zupełnie od tematu, czy górnikom, policjantom, żołnierzom itd. należą się wcześniejsze emerytury zastanówmy się przez chwilę, jaka jest mniej więcej różnica pomiędzy pracą "na państwowym", a pracą "u prywaciarza".
Praca "na państwowym" określana jest bardzo często mianem "ciepłej posadki". Nie jest to twierdzenie pozbawione choćby częściowo racji. Pracownikowi budżetówki przysługuje szereg przeróżnych przywilejów. Jest to np. przydział, raz na jakiś czas, kilku rolek papieru toaletowego, a także przydział herbaty i mydła. Od czasu do czasu, pracownikowi budżetówki przysługują różne ekwiwalenty, np. za odzież. W branżowe święta, np. dzień nauczyciela, dzień górnika, hutnika, pracownika socjalnego itp. przyznawane są finansowe nagrody, a za przepracowany rok przysługują tzw. "trzynastki". Niektóre profesje mogą korzystać z dodatkowych urlopów (np. na zregenerowanie psychiki), a niemal wszyscy otrzymują na święta bony, które mogą realizować w supermarketach. Niektórzy korzystają z "darmowych" przejazdów finansowanych przez podatników, albo ze służbowych środków transportu, korzystają z telefonów, za które nie płacą, zużywaja mienie, z którym nie czują się związani...
Pracownik, który zatrudniony jest w prywatnym przedsiębiorstwie, o większości z tych przywilejów może co najwyżej pomarzyć. Wielokrotnie słyszę stwierdzenie "...wie pan, jak to jest u prywaciarza...". Na pewno nie jest lekko. Jest to często praca za najniższą krajową, zwykle z umową na czas określony bez żadnych gwarancji jej przedłużenia, niekiedy po kilkanaście godzin dziennie. I niejednokrotnie jest to praca równie ciężka, jak praca górników, oraz dużo bardziej pożyteczna niż praca niejednego urzędnika, któremu wydaje się, że bez niego świat by się zawalił, a jednocześnie dużo gorzej wynagradzana.
Dopiero gdy spojrzy się na problem szerzej, z pewnego oddalenia, nieco bardziej refleksyjnie niż zazwyczaj to czynimy, warto raz jeszcze zadać sobie pytanie: czy ciągłe niezadowolenie ze swojego położenia pracowników budżetówki, ciągłe domaganie się przez nich podwyżek oraz coraz to nowych przywilejów, ot, chociażby wcześniejszych emerytur jest najzwyczajniej w świecie moralne... Przecież za te wszystkie przywileje, za te podwyżki, dodatki, premie, nagrody itp. płacić muszą ci, którzy pracując "u prywaciarza" ledwo wiążą koniec z końcem, nie mówiąc już o tym, że o przydziale mydła czy papieru toaletowego mogą jedynie pomarzyć...

Paweł Sztąberek

* * *

6 zł za litr? (25 lipca 2005)

Polska Izba Paliw Płynnych zaapelowała do Ministerstwa Finansów, aby resort obniżył na jakiś czas wysokość akcyzy zawartą w litrze paliwa o 30 groszy na litrze, co miałoby zrekompensować straty kierowców wynikające z utrzymywania się wysokich cen ropy na światowych giełdach. Oczywiście apel pozostał bez jakiegokolwiek pozytywnego odzewu, rzecznik prasowy ministerstwa stwierdził jedynie, że w obecnej sytuacji budżetowej jest to niemożliwe. Oczywiście niemożliwe, ale warto się zastanowić dlaczego?
Po pierwsze dlatego, że rząd co roku zakłada pewne wpływy z akcyzy za paliwo. W tym roku szacując te dochody nie wziął pod uwagę rekordowych cen ropy przez co ilość sprzedanego paliwa w Polsce po prostu jest mniejsza. Ludzie przesiadają się do komunikacji miejskiej, a latem po prostu na rower, zatem mniej kupują benzyny. Mniej zakupionego paliwa przy jednoczesnym wzroście dochodów państwa z tytułu podatku VAT, również zawartego w cenie benzyny (im wyższa cena paliwa, tym większe wpływy z VAT-u). Stąd opory naszych włodarzy przed obniżką, która mogłaby spowodować trochę luzu w kieszeniach kierowców. Po drugie im droższe paliwa tym więcej prób obejścia wysokich cen - przeróbki samochodów na gaz płynny, chrzczenie paliwa, wyjazdy na Ukrainę w celu zatankowania pojazdu etc. Po trzecie wreszcie państwo bierze na siebie tyle różnego rodzaju zobowiązań, że ktoś musi to pokrywać. Dochody z akcyzy są tak istotne dla funkcjonowania państwa, że nie zrezygnuje z nich tak łatwo.
Ale spójrzmy też na to z innej perspektywy: niższe podatki na benzynę to niższe koszty transportu, zatem niższe ceny w sklepach. Niższe ceny to możliwość kupienia większej ilości dóbr za te same środki, a więc zwiększenie produkcji, zmniejszenie bezrobocia etc.
Stają zatem naprzeciw siebie dwie filozofie - dobro państwa (założenia budżetowe, programy państwowe) oraz dobro ludzi. Ponieważ w III RP wciąż przeważa to pierwsze, nie będzie zatem dla mnie niczym specjalnym, gdy przed końcem roku, podjeżdżając na stację, zobaczę tam cenę litra Pb95 w cenie 6zł. Dobro państwa będzie tego wymagać…

Paweł Buczkowski

* * *

Zaklęty krąg niemocy... (18 lipca 2005)

Od dłuższego już czasu mówi się o spadku wzrostu gospodarczego w wielu krajach Unii Europejskiej. Najpoważniej pod tym względem sytuacja wygląda we Francji i w Niemczech. Te wielkie kraje przeżywają obecnie chyba jeden z najtrudniejszych okresów w swojej powojennej historii. Są to giganty, które wczesniej czy później będą musiały odpowiedzieć sobie na szereg pytań, w tym ekonomicznych.
Żeby było ciekawie przyczyna nawarstwiających się problemów wydaje się być znana. Prawie każdy polityk zdaje już sobie sprawę z tego, że tkwi ona w nadmiernie rozbudowanym systemie socjalnym. Żeby państwo mogło zapewnić obywatelom "darmową" służbę zdrowia, "darmowe" szkolnictwo, tanie mieszkania, dotacje dla rolników czy firm, zasiłki dla samotnych matek, zasiłki dla bezrobotnych oraz niezliczoną ilość innych "darmowych" świadczeń, konieczne jest nakładanie na obywateli wysokich podatków. To z kolei powoduje spowolnienie gospodarcze, gdyż olbrzymie kwoty, zamiast na inwestycje, czy na konsumpcję muszą być przeznaczane na te właśnie świadczenia, które gwarantuje wielkoduszne państwo.
Czy kraje Unii Europejskiej są w stanie wyrwać się z tego zaklętego kręgu niemocy? Już teraz widać, że mimo świadomości przyczyn pogarszającej się sytuacji ekonomicznej, nie będzie to proste. Dziś politycy, którzy deklarują gotowość przeprowadzenia niezbędnych, wolnorynkowych zmian, nie mają raczej szansy na wygranie wyborów. Gdzie zresztą w Europie Zachodniej szukać takich polityków? Społeczeństwa natomiast, przyzwyczajone do życia w świecie przywilejów socjalnych, nie zgodzą się łatwo na nagłą z nich rezygnację. Czy pojawi się na starym kontynencie jakaś siła, która będzie w stanie je do tego zmusić?

Paweł Sztąberek

* * *

Red. Ziemkiewicz podziwia ekonomistę Belkę (11 lipca 2005)

Nieomal tradycją już się stało, że skompromitowany w kraju polityk szuka sobie ciepłej posadki zagranicą. Dotyczy to chociażby, przynajmniej kilku (np. pp. Piskorski i Lewandowski z PO) europosłów, którzy po latach partaczenia gospodarki polskiej, zabrali się za dalsze partaczenie, lecz tym razem już na skalę europejską. Od jakiegoś czasu mówiło się także o prezydencie Kwaśniewskim, jako o tym, który ma zostać przywódcą jakiejś międzynarodowej organizacji, czy to ONZ, czy NATO... Mało zresztą istotne, jest wszak jeszcze sporo rzeczy na świecie do zepsucia. Co do pana Jana Krzysztofa Bieleckiego, albo p. Gronkiewicz-Waltz to sam już nie wiem, czy wrócili z ciepłych zagranicznych posadek do kraju, czy jeszcze gdzieś tam "cywilizują" ekonomię w świecie...
Ostatnio przebąkuje się, że premier Belka szykuje się na ciepłą posadkę w Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD). Fakt, chłop napracował się w Polsce tak ciężko, że aż strach. Jak nic, wakacje w OECD na pewno mu się należą.
Od premierze Belce od dawna krążyły słuchy, że to pospolity karierowicz, człowiek, który dla sławy i rozgłosu zrobić jest gotów wiele (potwierdzałaby to zresztą teczka SB dotycząca TW o kryptonijmie "Belch"). Na dodatek brzydzi się - jak sam twierdzi - polityką. Gdy zorientował się, że wiązanie dalszej swojej kariery z formacją Władysława Frasyniuka i "ludzi rozumnych" - Partią Demokratyczną, jest już raczej nieaktualne (małe szanse na przekroczenie 5-procentowego progu wyborczego), zaczął chłopina zerkać poza Polskę, a jego "obrzydzenie" do polityki sięgnęło zapewne zenitu.
Nie rozumiem tylko jednego... Skąd taki, wydawać by się mogło, trzeźwomyślący publicysta, jak Rafał Ziemkiewicz, czerpie wiedzę na temat ekonomicznych kompetencji pana Belki? Kilka dni temu w jednym z telewizyjnych programów stwierdził on mianowicie, że "szanuje profesora Belkę jako ekonomistę". Może więcej danych panie redaktorze. Co tak Pana zachwyciło, czy może jest to podatek od odsetek bankowych, z wprowadzenia którego pan Belka zasłynął chyba najbardziej? Pewnie teraz, gdy zacznie pracować on w OECD, weźmie się za raje podatkowe i będzie kontynuował dzieło "cywilizowania" ekonomii. A tym, wzbudzi zapewne jeszcze większy Pański szacunek, panie redaktorze.

Paweł Sztąberek

* * *

Tandem nieskazitelnych (4 lipca 2005)

Medialne pompowanie Cimoszewicza na "ponadpartyjnego" kandydata na prezydenta daje już pierwsze rezultaty. Sondaże plasują go w czołówce wyścigu do prezydenckiego pałacu. A to w końcu dopiero początek wielkiego show jakie wkrótce nas czeka. Powołanie na szefa komitetu wyborczego Jolanty Kwaśniewskiej może temu show dodać tylko pikanterii.
Cimoszewicz nie kojarzy mi się z żadnymi poglądami gospodarczymi. Najbardziej kojarzy mi się z obecnością na tzw. liście Macierewicza opublikowanej w 1992 roku. Bez wątpienia jednak rację mają ci, którzy utrzymują, że jest on kandydatem lewicy. Dlatego też domniemuję, że jego spojrzenie na gospodarkę też jest lewicowe.
A jego szef komitetu wyborczego? Przesłuchania przed komisją orlenowską wyraźnie pokazały, że jest to - ogólnie mówiąc - człowiek "niewiedzący". Nie tylko nie wie, jakie firmy wpłacały pokaźne kwoty na jej fundację (niemożność rozszyfrowania skrótu jednej z nich), ale nie wie także, co później te firmy robiły jeszcze w pałacu prezydenckim, "kręcąc lody" z jej szanownym małżonkiem.
Niewiedza jest w dzisiejszych czasach czymś bardzo pożądanym. Jeszcze chyba żaden z polityków, który zeznając przed sejmowymi komisjami śledczymi mówił "Nie wiem", "Nie mam wiedzy na ten temat", nie spadł z piedestału. Po wprowadzeniu w życie nowych socjalistycznych nonsensów, gdy już przyniosą one społeczeństwu kolejną katastrofę, zawsze można będzie na swoje usprawiedliwienie powiedzieć "Nie wiedziałem". Tandem Cimoszewicz - Kwaśniewska są gwarantem tego, że w gospodarce, dla szarego przeciętnego Polaka, nic się nie poprawi, natomiast przeróżni oszuści i naciągacze nadal, pod patronatem "nieskazitelnej" głowy państwa, robić będą swoje podejrzane interesy.

Paweł Sztąberek

* * *

Socjalista Blair i "liberał" Belka (27 czerwca 2005)

Fiasko procesu ratyfikacji traktatu konstytucyjnego oraz klapa ostatniego szczytu Unii Europejskiej pokazują, że nową socjalistyczną utopię niełatwo będzie zbudować. Mimo że pewne sprawy związane z integracją zaszły już bardzo daleko, wszystko jeszcze jest możliwe. Można się tylko cieszyć, że Tony Blair, lider brytyjskich socjalistów, zachowuje znacznie więcej zdrowego rozsądku aniżeli niejeden polityk tzw. prawicy, czy np. polski "liberał" Belka.
Ten ostatni zresztą nie kryje swojego rozczarowania fiaskiem niedawnego brukselskiego szczytu. Rozczarowanie to jasno pokazuje, że polskie elity rządzące nie mają kompletnie żadnej wizji, czym Unia Europejska miałaby być i jakimi zasadami się kierować. Jedyne polskie postulaty to: przyjęcie Ukrainy, retyfikacja konstytucji za wszelką cenę oraz... no właśnie...
Najważniejszy postulat polskich proeuropejskich elit to ... wyrwać z Brukseli jak najwięcej kasy. Żal "liberała" Belki wynika właśnie z tego, że ten czynnik, na którym przede wszystkim zbudowana była prounijna propaganda, może lec w gruzach. No bo jak teraz powiedzieć omamionym Polakom, że budżet Unii należałoby ograniczać, jak teraz powiedzieć polskim rolnikom, że wspólna polityka rolna jest nieefektywna i - ogólnie - do bani, jak wyjaśnić, że składkę do Brukseli nadal trzeba płacić, bez nadziei na udział np. w "funduszu spójności" itp.
Nawet gdyby "liberał" Belka chciał (w co jednak nie wierzę) poprzeć Brytyjczyków w ich dążeniu do reformy UE to nie może tego zrobić - tym bardziej przed wyborami. A jest akurat szansa na to, by włączyć się w nurt zmian na kontynencie. Trzeba tylko wiedzieć, czego się chce. Tony Blair, choć socjalista, rozumie, że przesocjalizowana Unia to katastrofa. "Liberał" Belka, zaślepiony miliardowymi dotacjami z Brukseli, nic chyba nie pojmuje. Profesorowie, którzy - tak jak "liberał" Belka - uczyli się ekonomii na PRL-owskich uniwersytetach, choćby nawet jeździli na amerykańskie stypendia, nie będą już w stanie przestawić swojego, skażonego marksizmem myślenia. Taki PRL-owski "liberał", gdy słyszy, jak Francuzi i Niemcy straszą "Europą dwóch prędkości" to od razu mu się wydaje, że Polska musi być skazana na tę mniejszą prędkość, bo dostanie mniej dotacji. Tymczasem mogłoby być całowicie odwrotnie... "Europa dwóch prędkości" jak najbardziej! Ale to my i np. Brytyjczycy moglibyśmy znaleźć się w awangardzie gospodarczego rozwoju, a Francuzi i Niemcy niech gniją w swych przesocjalizowanych utopiach. Ale jak tu, tak nagle, nasi "liberałowie" mieliby powiedzieć narodowi, że "socjalizm nie przejdzie!"

Paweł Sztąberek

* * *

Zacofana Afryka (20 czerwca 2005)

Media poinformowały przed tygodniem, iż zadłużenie najbiedniejszych krajów świata zmniejszy się o 40 mld dolarów. Ma to być efektem porozumienia, do jakiego doszło w Londynie. Otóż siedem najbardziej uprzemysłowionych państw świata i Rosja, które tworzą grupę G-8, anulowały długi biednym krajom.
Warto się z tej okazji zastanowić czy rzeczywiście cała dotychczasowa polityka wobec krajów biednej Afryki jest skuteczna i przynosi pożądane efekty.
Należałoby zacząć od tego, że tzw. problem afrykański pojawił się dopiero po dekolonizacji - dopóki Anglia, Francja, Belgia "okupowały" te tereny nie było tylu wojen domowych, nie było w ogóle ofiar głodowych etc. Dodajmy, że słynnego 1960 roku, który uchodzi za datę symboliczną w tym aspekcie, upłynęło już ponad 40 lat. Od tamtej pory cały świat niemal w każdej dziedzinie bardzo się rozwinął. Dlaczego Afryka została w tyle?
Po pierwsze dlatego, że wszystkie utopie kończą się podobnie. W Europie uważano, że po dekolonizacji w całej Afryce zapanuje demokracja na wzór tej ze Starego Kontynentu i wszystko będzie w jak najlepszym porządku. Jak widać tak się nie stało, co wcale nie przeszkadza w popełnianiu tego samego błędu przez Amerykanów, którym zdawało się, że po obaleniu talibów i Saddama Husajna Afganistan i Irak same się zdemokratyzują.
Po drugie, dlaczego bogata w wiele surowców Afryka musi się zapożyczać w europejskich bankach? Ano dlatego, że w zasadzie żaden afrykański kraj nie jest dysponentem własnych bogactw naturalnych. W zamian za kredyty udzielane m.in. właśnie przez kraje G-8 zachodnie firmy mogą eksploatować do woli tamtejsze minerały. Wiadomo z kolei, że nie ma szans na spłacanie tych kredytów, co uzależnia w pełni kraje biedne od państw G-8. Kraje afrykańskie nie chcą już zaciągać kolejnych kredytów, gdyż nie stać ich na spłatę chociażby odsetek, stąd anulowanie im ich, aby zaciągali kolejne, podczas gdy 40 miliardów dolarów jest zaledwie promilem tego, co te inne kraje zarabiają na eksploatacji Afryki.
Co zatem jest receptą na biedę w Afryce? Odpowiedź jest prosta - wolność gospodarcza. Oczywiście Afryka nie stanie się z dnia na dzień drugą Ameryką, ale istnieje wówczas szansa, że zacznie się bogacić. Dziś bowiem, mimo oficjalnego końca na tym kontynencie kolonizacji, Afryka nadal jest zależna od światowych spekulantów, którzy pod płaszczykiem praw człowieka, walki z biedą, mimo oficjalnych deklaracji o pomocy dla Afryki, są przyczyną jej zacofania. To oni uniemożliwiają jej mieszkańcom normalny rozwój.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Nowe radio "Eurosceptyk"? (13 czerwca 2005)

Kilka dni temu słuchałem porannej audycji radiowej. Blok programowy rozpoczął się od reportażu z wybrzeża, w którym rybacy skarżyli się na nonsensy, do przestrzegania których zmusza nas Unia Europejska. M.in. okres ochronny na połów dorszy... "Kiedyś żadnych okresów nie było, a dorsza nie brakowało" - stwierdził jeden z rybaków. Teraz, turyści, ale nie tylko, zadowalać się muszą dorszem mrożonym. Dla rybaków oznacza to generalnie spadek dochodów. "Ciężko przez te wszystkie unijne bzdury utrzymać rodzinę" - konkluduje rybak.
Kolejna audycja opowiada o holenderskiej krowie, która nie przebadana trafiła do Polski, po czym okazało się, że jest ona nosicielem jakiejś choroby. "Takie właśnie są konsekwencje bycia w Unii. Trzeba się było z tym liczyć" - podsumował prowadzący program.
Następna audycja mówi o tym, jak to Unia (bądź jej agendy) spóźnia się z wypłacaniem dotacji. Ludzie składają wnioski, ponoszą określone nakłady, a tu ... nic. "Cała procedura jest tak skomplikowana i zbiurokratyzowana, że trudno przez nią przebrnąć" - mówi jakiś radiowy rozmówca. Wnioski są - generalnie - bardzo pesymistyczne.
Następnie mowa o wzroście akcyzy na olej opałowy. Ogólne narzekanie, a w tle znów pojawia się "że Unia każe"...
Wreszcie materiał poświęcony przyszłemu unijnemu budżetowi... "Polska bardzo straci jeśli w życie wejdzie pomysł lansowany przez Komisję Europejską" - mówi ktoś. "Musimy walczyć o zwiększenie budżetu Unii" - dodaje ktoś inny - "inaczej może się okazać, że nic nie skorzystamy na funduszu spójności".
Jednym słowem - nie tak miało być!
Przez chwilę wydawało mi się, że to jakieś nowe radio "Eurosceptyk", albo przynajmniej Radio "Maryja". Ale nie - to państwowa "jedynka"... Jakby ktoś nie wiedział...

Paweł Sztąberek

* * *

Nie ma tego złego... (6 czerwca 2005)

Powody, dla których Francuzi i Holendrzy odrzucili w referendum traktat konstytucyjny nie są akurat tymi powodami, pod którymi zwolennicy wolnego rynku mogliby się podpisać obiema rękami. Szczególnie wyraźnie widać to na przykładzie Francji, gdzie główny prym w antykonstytucyjnym froncie wiedli socjalizujący narodowcy od Le Pena oraz komuniści.
Argument, że konstytucja UE wprowadza gospodarczy liberalizm wzięła się chyba z księżyca. Owszem, jest w traktacie mowa o wolnej konkurencji, o prywatnej własności itp. Ale jest jednocześnie mnóstwo przepisach, które konkurencją i własnością mają sterować, tak żeby nikomu nie stała się zbytnia krzywda. Rynek - owszem, ale ktoś przecież tym rynkiem musi sterować!
Francuzi odrzucili więc w referendum coś, czego tak naprawdę bardzo pragną - socjalnego państwa opiekuńczego. Świadczy to tylko o tym, jak zepsutym są społeczeństwem. Można by powiedzieć, że od tego "socjalnego dobrobytu" poprzewracało im się w głowach. Ale państwo opiekuńcze ma to w sobie, że psuje nie tylko pojedynczych ludzi, ale i całe społeczeństwa. Przyzwyczaja ich do życia z tą myślą, że jak już raz coś dostali to będą to mieć zawsze.
Na zachodzie brakuje - niestety - polityków i publicystów, którzy byliby w stanie dotrzeć do ludzi z przesłaniem zupełnie przeciwnym i potrafiliby jasno powiedzieć, że konstytucję UE warto było odrzucić, ale właśnie z uwagi na jej zbytnie przesycenie socjalizmem. Tymczasem śmiem jednak twierdzić, że słowa np. prezydenta Czech, Vaclava Klausa, są przez zachodnie społeczeństwa w większości niezrozumiałe i - niestety - długo jeszcze nie będą.
W sumie - nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. A martwić należy się w tym momencie mniej o Francuzów czy Holendrów, którzy dawno już odwykli od życia w wolności, lecz bardziej o Polaków, którzy jeszcze do życia w wolności zbytnio nie przywykli.

Paweł Sztąberek

* * *

Przesłanie profesora Bieli... (30 maja 2005)

Kilka dni temu państwowa telewizja wyemitowała program publicystyczny pt. "Młodzież kontra...", czy jakoś tak... Formuła programu polega na tym, że na pytania partyjnych młodzieżówek odpowiada zaproszony do studia polityk. W programie, o którym wspominam, zaproszonym gościem był senator Ligii Polskich Rodzin, prof. Adam Biela.
Może nawet nie warto by było o tym programie wspominać gdyby nie pewne wypowiedzi pana profesora, które budzić muszą pewien niepokój, a w każdym razie każą zastanowić się nad podejściem niektórych prominentnych polityków Ligii do spraw gospodarczych, ale i - w pewnym sensie - ideowych.
Pierwszą sprawą, która budzi sprzeciw to nazwanie przez senatora Bielę programu Unii Pracy jako pożytecznego dla Polski. Jedyne właściwie, co - zdaniem pana profesora - należy w tym programie potępić to jego antykatolickość. Czy oznacza to, że politykowi LPR-u nie przeszkadza szkodliwość programu gospodarczego UP, który, gdyby go wprowadzić w życie, przyczyniłby się do przekształcenia Polski w skansen nędzy? Wypada mieć tylko nadzieję, że pan profesor, gdy oglądał sobie później program na video, złapał się za głowę, gdy "na chłodno" usłyszał swoje słowa, zdając sobie sprawę z fundamentalnego błędu jaki popełnił. Jednak, nawet jeśli błąd ten wynikał z nadmiaru kurtuazji jaką obdarzyć chiał pan senator lewicową młodzież, to źle się stało, bo słowa poszły w eter i trudno już je odkręcić.
Druga sprawa to końcowe przesłanie pana profesora, wygłoszone do młodzieży i telewidzów na zakończenie programu. Otóż głównym wątkiem tego krótkiego przesłania, senator LPR uczynił bezrobocie wśród młodych. "Gdy osoby starsze nie mogą znaleźć pracy to jest to rzecz niedobra, ale można to jeszcze jakoś przeżyć" - powiedział pan Biela (cytuję z pamięci) - "Jednak jeśli pracy nie ma dla młodych ludzi to jest to już katastrofa". I dodał: "Państwo, które nie jest w stanie dać pracy młodym ludziom jest państwem bez przyszłości".
Czy wytrawny polityk może się mylić aż tak często, albo tak często niewłaściwie dobierać słowa? A może po prostu "lewica pobożna" wiecznie żywa?

Paweł Sztąberek

* * *

Przyszłość konserwatyzmu (23 maja 2005)

Bieżącą polityką można się znudzić. Ciągłe śledzenie tego świata bez zasad, gdzie główną rolę odgrywają przeróżne kreatury, którym brakuje jakiejkolwiek wizji, które tylko oglądają się, kogo by tu jeszcze obrabować tworząc, w imię "sprawiedliwości społecznej", kolejną złodziejską ustawę, którym wydaje się, że bronią "ludzi pracy", albo że są obrońcami wolnego rynku, bądź konserwatystami. Takich kreatur pełno mamy dookoła. Rzeczywiście, można się, obserwacją tego cyrku, znudzić.
Dlatego dobrze jest od czasu do czasu sięgnąć trochę głębiej, do świata prawdziwych zasad. A taką okazję do oderwania się od tego codziennego ujadania przeróżnych pieniaczy, którym historia, chyba tylko za sprawą jakiegoś kaprysu, pozwala nazywać się politykami, jest wydana właśnie w Polsce książka Russella Kirka Przyszłość konserwatyzmu. Choć jej autorem jest amerykanin, i choć jej treść nastawiona jest głównie na odbiorcę amerykańskiego, to poruszane przez nią kwestie są jak najbardziej uniwersalne i można je stosować wszędzie tam, gdzie znajdą się jacyś ludzie dobrej woli.
Omawianie jej treści w krótkim komentarzu nie ma sensu, ale warto zasygnalizować fragment przesłania, zmarłego w 1994 roku, Russella Kirka, które powinni wziąć sobie do serca wszyscy, którzy używają dziś w stosunku do siebie pojęcia "konserwatysta" (w sejmie III RP takich nie brakuje), nie wiedząc tak do końca, co ono oznacza i do czego zobowiązuje:
"(...) Konserwatysta wierzy, że to nie jednostka jest mądra, lecz gatunek ludzki; dlatego też w odróżnieniu od pewnego siebie intelektualisty odmawia podejmowania naprawy społeczeństwa i natury ludzkiej przy udziale niedostatecznego w tym wypadku rozsądku. Konserwatysta wierzy, że świata nie można całkowicie udoskonalić i że my, biedne i upadłe istoty ludzkie zamieszkujące ten padół, nie zostaliśmy stworzeni do szczęścia i nie znajdziemy go - przynajmniej nie wtedy, gdy będziemy go uporczywie szukać. Dlatego też, w odróżnieniu od ideologa, konserwatysta nie uważa, że jakiś pojedynczy, niezmienny system idei politycznych może przynieść wszystkim ludziom i wszystkim epokom, jeśli będzie się z niego korzystać zawsze w ten sam sposób, sprawiedliwość, pokój i wolność. (...) Konserwatysta nie zamierza zamieniać ludzkiej rodziny w wydajną maszynę obsługiwaną przez wydajnych operatorów, nad którymi władzę mają kierownicy produkcji. Zdaję sobie sprawę, że człowiek został stworzony, by walczyć, cierpieć i przeciwstawiać się złu w swoim otoczeniu i w samym sobie, by dążyć do zapewnienia zwycięstwa Miłości. Konserwatysta zdaje sobie sprawę, że człowiek został stworzony, by żyć i umrzeć po ludzku. Szuka sposobów, aby ocalić społeczeństwo, które pozwala ludziom osiągnąć dorosłość zamiast trzymać ich w więzach nieustannego dzieciństwa".
Przesłanie Russella Kirka jest dłuższe i pasjonujące, dlatego koniecznie trzeba sięgnąć do jego książki, a już teraz - przeczytać u nas jej fragment.

Paweł Sztąberek

* * *

Jak Gorbaczow konstruował Unię... (16 maja 2005)

W kilku miastach Polski odbywają się właśnie konferencje pod hasłem "Uniokonstytucji - NIE!". Gościem specjalnym tych spotkań jest, podobnie jak przed dwoma laty, Władimir Bukowski. Znany rosyjski dysydent, który podczas poprzednich konferencji usiłował pokazać Polakom podobieństwa pomiędzy Związkiem Sowieckim a powstającą na naszych oczach Unią Europejską, obecnie skupia się głównie na zapoznaniu nas z procesem tworzenia się "zjednoczonej Europy" i na wykazaniu, że zarys tego, z czym zaczynamy mieć obecnie do czynienia, kształtował się w końcu lat 80-tych m.in. na Kremlu.
O tym kształtowaniu się mówi jego najnowsza, wydana właśnie w Polsce, książka "Unia Sowiecka czy Związek Europejski - czyli dysydent w archiwach Gorbaczowa". W opracowaniu tym Bukowski publikuje m.in. stenogramy z serii spotkań przywódcy sowieckiego Michaiła Gorbaczowa z liderami partii socjalistycznych i socjaldemokratycznych z Zachodu. Popracie współtowarzyszy zza żelaznej kurtyny było Gorbaczowowi potrzebne m.in. dla uwiarygodnić się w oczach Zachodu jako reformator i dążący do zmian światły polityk. Plan ten powiódł się niemal w stu procentach. Gorbaczow stał się na Zachodzie niemalże gwiazdą, a do słownika politycznego weszło nowe pojęcie - "pieriestroika".
Idea "Wspólnego Europejskiego Domu" zrodziła się właśnie na Kremlu. Z opublikowanych przez Bukowskiego stenogramów spotkań wyraźnie wyłania się chęć obu stron, tzn. Gorbaczowa i jego zachodnich współtowarzyszy, do stworzenia na kontynencie europejskim struktury, która łączyłaby w jednen, skłócone dotychczas obozy - "kapitalistyczy" i "socjalistyczny". Dla realizacji idei Gorbaczowa pomocne miało być przejęcie władzy w państwach EWG przez partie socjalistyczne i socjaldemokratyczne, bowiem nowy twór miał mieć - według planów - oblicze socjalistyczne. Cały pomysł obliczony był właśnie na ratowanie socjalizmu i na nadanie mu nowego, bardziej "ludzkiego", charakteru. Gorbaczow, który zgodzić się miał na stopniowe przyjmowanie zachodnich norm praw człowieka - choć w związku z coraz trudniejszą sytuacją ekonomiczną w bloku wschodnim i ruchami odśrodkowymi zbytnio nie miał wyjścia - nie krył jednocześnie swoich mocarstwowych ambicji, oraz że jednym z jego dalekosiężnych celów jest m.in. wyparcie z kontynentu europejskiego Stanów Zjednoczonych.
I choć plany budowy "Wspólnego Europejskiego Domu" nie zostały w pełni zrealizowane - rozpadł się m.in. Związek Sowiecki, a Gorbaczow utracił władzę - to ich część, dotycząca ratowania socjalizmu i odwracania się od USA nie zanikła do końca. Kontynuują ją dziś konstruktorzy rodzącej się Unii Europejskiej, a unijna konstytucja ma być tylko pewnym ich przypieczętowaniem i gwarantem umożliwiającym dalszy ich postęp.
Żeby zachęcić Czyteliników SP do kupienia najnowszej książki Władimira Bukowskiego publikujemy jej fragment. Historia lubi zataczać koło. Kto wie, czy to koło nie zamyka się właśnie na naszych oczach.

Paweł Sztąberek

* * *

Polityczna recydywa (9 maja 2005)

Coraz dziwaczniej robi się w III RP. A w każdym razie w jej politycznym półświatku. Głosowanie nad samorozwiązaniem sejmu skłoniło SLD do zapoczątkowania bardzo nowatorskiego obyczaju. Otóż partia ta, jak wiadomo, była zdecydowanie przeciw samorozwiązaniu. Nie przeszkodziło to jednak temu, by w tym pryncypialnym stanowisku uczynić jeden wyjątek - dla marszałka Cimoszewicza. Dostał on mianowicie zgodę klubu SLD na to, by móc głosować inaczej niż reszta. Wiadomo, umęczony marszałek nie może już patrzeć na ten cały polityczny bałagan, dlatego pod czujnym okiem posła Janika kreuje się na tego, "który był przeciw" i który, jako postać z poza establishmentu, zmęczona i zniechęcona polityką, zapewne ogłosi wkrótce swoją prezydencką kandydaturę.
Podobnie z premierem Belką. Złożył on 5 maja br. dymisję wiedząc, że nie zostanie ona przyjęta. A teraz, zmęczony i znudzony polityką postanowił (jako szef rządu) zaangażować się, "z potrzeby serca" - jak wyznał - w (opozycyjny) twór o nazwie Partia Demokratyczna - demokraci.pl. Ten twór generalnie gromadzi ludzi, którzy, podobnie jak premier Belka, również są znudzeni i zniechęceni polityką. Najbardziej to znudzenie widać było w telewizorze, podczas wystąpień Tadeusza Mazowieckiego. Aż dziw, że "siła spokoju" nie osunęła się - w błogim śnie - pod mikrofon.
Tak więc partia, która powstała z nudów, Partia Demokratyczna - demokraci.pl, twór "zupełnie nowy" na naszej scenie politycznej, z "odmienionym" - jak sam o sobie powiedział - Władysławem Frasyniukiem na czele, pokazała wreszcie swoje znudzone oblicze. Najlepiej obrazują to oblicze słowa premiera Belki, dziwne słowa, zrozumiałe chyba tylko dla wtajemniczonych nudziarzy: "Aby ci, którzy chcą - tak jak my - spotkali się z tymi, którzy wiedzą jak - tak jak my - aby razem mogli osiągnąć dla Polski więcej niż to, co się dzisiaj wydaje możliwe w kreowanej atmosferze klęski".
Ale, poza tym obliczem kilkuset znudzonych, zblazowanych, zniechęconych do polityki i mówiących jakimś niezrozumiałym żargonem, typowym być może dla "europejczyków", fagasów, ukazało się także inne oblicze, - można by rzec - programowe. Zdołał je z ledwością wypowiedzieć właśnie Tadeusz Mazowiecki. "Nie wszystko załatwia rynek" - powiedział były premier "Istniały, istnieją i zawsze będą istnieć problemy ludzi słabych". Dlatego też, by te problemy rozwiązać konieczne jest stworzenie kolejnej pięcio, albo i dziesięcio-latki, zwanej tym razem "długofalowym narodowym planem rozwoju".
Naprawdę rewelacja! I tak oto, znudzeni polityczni recydywiści, tym razem z Partii Demokratycznej - demokraci.pl, znów katować nas będą wspaniałymi, technokratycznymi, wizjami cudownych "planów", "strategii", "rozwojów", "wzrostów" itp.
Nuuuuuuuda...

Paweł Sztąberek

* * *

Informacyjny szum (2 maja 2005)

Prawdę mówiąc, nie wiadomo już, co o tym wszystkim myśleć...
Jednego dnia czytam w mediach, że polska gospodarka rozwija się bardzo dobrze - rosną zyski przedsiębiorstw, wzrasta wydajność pracy, dynamicznie rozwija się eksport, na trwałe umacnia się złotówka (co ma być - jak twierdzą eksperci - wskazówką, że gospodarka jest silna), świetnie radzą sobie usługi, zagraniczny kapitał inwestuje u nas niemalże bez opamiętania, premier Belka prorokuje, że już wkrótce zabraknie rąk do pracy, konsumenci praktycznie nie wychodzą ze sklepów...itp., itd.
Jednym słowem - Polska - z tych relacji - to kraj permanentnego dobrobytu i ekonomicznego sukcesu!!!
Ale niedługo potem biorę do ręki, często tę samą, gazetę, czy otwieram serwis w internecie i czytam, że "gospodarka rozwija się wolniej", że ZUS ledwo zipie i "że trzeba znaleźć dodatkowe pieniądze, aby emerytom i rencistom wypłacić świadczenia", że polskie firmy mają problemy ze sprzedażą, że z prognozowanego wzrostu gospodarczego nic już raczej nie wyjdzie, że należy się liczyć ze spadkiem wartości złotówki, że na zachodzie dyskryminuje się polskie firmy, że rybacy nie dostali obiecanych pieniędzy, że znów zdefraudowano grube miliony unijnych dotacji ... itp., itd.
A potem znów biorę gazetę i czytam, że "kraje środkowej Europy najwięcej skorzystały na członkostwie w UE", a najwięcej stracili starzy członkowie... Ale za chwilę czytam, że najwięcej na rozszerzeniu skorzystali Niemcy i Francuzi, że to dzięki otwarciu granic i ich większym inwestycjom rośnie u nich liczba miejsc pracy. Jednak niedługo potem czytam, że we Francji zanotowano właśnie największe bezrobocie od wielu lat... Podobnie zresztą w Niemczech.
Takiego szumu informacyjnego dawno już nie obserwowałem. Rzeczywiście, można się w tym wszystkim pogubić... I właściwie nie wiedziałbym już komu naprawdę wierzyć, gdyby nie znajomy prowadzący niewielką firmę handlową... Otóż zdradził mi on niedawno, że od kilku miesięcy panuje - jak się wyraził - "zastój". I to nie tylko u niego w firmie, ale w "całej branży".
Niestety, ale wierzę jemu. Nie jest on żadnym wyszczekanym "ekspertem", żadnym urzędem statystycznym, żadnym dobrze opłacanym za robienie "propagandy sukcesu" dziennikarzem... Jest prywatnym przedsiębiorcą, twardo stojącym na ziemi i mającym nie wirtualny, lecz bezpośredni kontakt z rzeczywistością.
Jednak czy ktoś się w ogóle pyta takich ludzi o opinię?

Paweł Sztąberek

* * *

Antyreklama herosów kina (25 kwietnia 2005)

W państwie takim jak III RP, tzn. w państwie opiekuńczym, gdzie redystrybucja dochodu narodowego jest czymś naturalnym i nie budzącym, u wielu ludzi, większych oporów, co rusz mamy do czynienia z tym, że kolejne grupy domagają się dla siebie mniejszych bądź większych przywilejów. Jeszcze niedawno na ulicach polskich miast szaleli związkowcy-górnicy, wymuszający na władzy zachowanie dla siebie miejsc pracy. Co jakiś czas bojowe akcje przeprowadzają rolnicy, a to wysypując na tory zboże, albo też blokując ważne drogi krajowe, domagając się przy tym dopłat rządowych (czyli od podatników) do swojej produkcji. Dożywotnich przywilejów, które najczęściej polegają na tym, że jedni podatnicy muszą łożyć na utrzymanie innych, domagają się także pracownicy innych branż, i to akurat takich, gdzie średnia zarobków jest dużo wyższa niż gdzie indziej (ostatnio np. pracownicy elektrowni i zakładów energentycznych).
Parę dni temu dała o sobie znać inna branża, branża filmowców. W dzienniku "Rzeczpospolita" kilku ludzi związanych z kinematografią, pp. Andrzej Wajda, Kazimierz Kutz, Jacek Bromski, Krzysztof Zanussi i Maciej Strzembosz, opublikowało, w formie całostronicowego ogłoszenia płatnego, list do jednej z partii politycznych, sprzeciwiającej się przekazaniu pieniędzy podatników na utworzenie tzw. Instytutu Sztuki Filmowej. Panowie ci ubzdurali sobie, że kinemetografia jest czymś wyjątkowym, czymś dużo ważniejszym niż np. pieczenie bułek, dlatego też - ich zdaniem - każdy podatnik (płacący tzw. abonament na państwową telewizję) oraz prywatni nadawcy, a także właściciele kin, odpalać powinni działkę na Instytut, czyli na to, by wąska grupa ludzi mogła pobawić się w kręcenie filmów. Jeden z argumentów jaki podnoszą brzmi: W Unii Europejskiej jest to norma!
Nie wiem dlaczego panowie ci usiłują robić z siebie jakichś wyjątkowych herosów, karcących innych za to, że starają się bronić przed grabieżą, jakiej tamci chcą się na nich dopuścić w białych rękawiczkach. Wiem tylko tyle, że całostronicowe ogłoszenie w dzienniku "Rzeczpospolita" na 4 stronie kosztuje coś ok. 60 tys. złotych, a może i więcej. Ktoś, kto takie ogłoszenie zamieszcza, do biednych raczej nie należy, albo też ma bogatych przyjaciół. Skoro tak, to cóż stoi na przeszkodzie, by założyć Instytut Sztuki Filmowej za własne pieniądze, albo też uczynić to korzystając z dobrodziejstwa bogatych sponsorów? Czy nie szkoda tak dużych kwot na kosztowną reklamę w prasie, tym bardziej, że reklama ta, dla środowiska filmowego, a przynajmniej dla kilku podpisanych pod tekstem panów, jest akurat klasycznym przykładem antyreklamy?

Paweł Sztąberek

* * *

Mdłe programy, mdłe pojednanie... (18 kwietnia 2005)

Czy ktoś w ogóle jeszcze pamięta, o co pokłócili się kilka lat temu Lech Wałęsa z Aleksandrem Kwaśniewskim? Skoro obecny akt pojednania pomiędzy tymi politykami podnosi się niemalże do rangi światowego wydarzenia (wszak do podania sobie rąk doszło na terenie innego państwa - Watykanu), to spór musiał zapewne dotyczyć spraw dla kraju fundamentalnych.
Czy wobec tego obaj politycy posprzeczali się np. o wizję Polski? Czy chodziło może o to, czy kraj nasz, za wszelką cenę, nawet kosztem utraty suwerenności, dążyć powinien do członkostwa w UE, czy też powinien zachować europejską neutralność? Czy spór dotyczył tego, jaką politykę zagraniczną ma prowadzić III RP - czy ma zabiegać o sojuszników raczej na Wschodzie czy raczej na Zachodzie, zbliżać się bardziej do USA, czy może raczej do Brukseli albo do Moskwy? A może poszło o zasadnicze sprawy polityki wewnętrznej kraju? Czy np. Lech Wałęsa jednoznacznie opowiadał się za kapitalizmem, gospodarką wolnorynkową, obniżaniem podatków, ograniczaniem socjalizmu, a jego kontrkandydat reprezentował całkowicie odmienną wizję rozwoju? A czy nie chodziło przypadkiem o to, jak reformować służbę zdrowia, edukację, system emerytalno-rentowy? A może obaj pretendenci do fotelu prezydenta posprzeczali się o lustrację, tzn. jeden był za jej bezwzględnym przeprowadzeniem, a drugi przeciw? A może o dekomunizację - Wałęsa znów chciał pogonić komuchów w skarpetkach, a Kwaśniewski stawał okoniem? Czy może doszło między nimi do rozbieżnych stanowisk w sprawie "okrągłego stołu"? I właśnie to, że np. Wałęsa chciał rozbić "okrągłostołowy" układ, natomiast Kwaśniewski stanowczo się temu sprzeciwiał, spowodowało ów straszliwy, ciągnący się przez tyle lat, konflikt?
Otóż, nic z tych rzeczy! Żadnych takich różnic w wizjach rozwoju naszego kraju, pomiędzy oboma politykami nie było. Programy obojga były niemal identyczne i mdłe, niczym przesłodzona kawa. Jedyna rzucająca się w oczy różnica to Matka Boska w klapie Lecha Wałęsy w stosunku do pustej klapy Aleksandra Kwaśniewskiego...

Paweł Sztąberek

* * *

Pierwsza praca (11 kwietnia 2005)

Kilka lat temu minister Jerzy Hausner szumnie ogłosił, że odkrył remedium na bezrobocie wśród młodych. Miał nim być program "Pierwsza praca dla absolwenta". Zachwytów nad tym programem było co niemiara. Media piały ze szczęścia, politycy obozu władzy już opływali w laurki. Co rusz na ekranach telewizorów pokazywano dzielnego przedsiębiorcę, który gotów był wziąć odpowiedzialność za los biednych i zagubionych absolwentów. Od czasu do czasu pokazano też szczęśliwego absolwenta, który dziękował partii za to, że dała mu pracę i przedsiębiorcy, że posłuchał partii. Było po prostu pięknie.
I tylko takie wrogie elementy jak my, reakcjoniści wszelkiej maści, piewcy wolnej przedsiębiorczości, niskich podatków, ograniczonego rządu, pozwalaliśmy sobie na niepoprawne smęcenie. Jak stare zrzędy, jak jacyś chorobliwi malkontenci, którzy nie robią niczego poza uprawianiem krytykanctwa dla samego krytykanctwa, podwarzają każdą, nawet najwspanialszą decyzję partii, niczego nie dając wzamian, szerzyliśmy defetyzm twierdząc, że z programu "pierwsza praca..." i tak nic nie będzie.
Teraz okazuje się, że program "Pierwsza praca dla absolwenta" nie przyniósł owoców na jakie liczono. Z ekranów telewizorów oznikali gdzieś ci dzielni przedsiębiorcy, nie pyta się już o opinię żadnych absolwentów, a uparte bezrobocie, jak było wysokie, tak jest nadal. Nawet minister Hausner przeflancował się w tzw. międzyczasie na "człowieka rozumnego" zapisując się do partii "siły spokoju", i nie widząc jakoś powodu, by pochwalić się trochę zdobyczami swojego wiekopomnego programu.
Tylko my, złowroga reakcja, jak stare zrzędy powtarzamy: "A nie mówiłem?". Bo okazuje się, że - niestety - znów mieliśmy rację. Jak nic, powinniśmy się za to palić w piekle.

Paweł Sztąberek

* * *

Przesłanie wolności (4 kwietnia 2005)

W wydanej niedawno książce "Pamięć i tożsamość", w jednym z jej rozdziałów, Jan Paweł II pisze o "właściwym używaniu wolności". Papież zauważa: "Jeżeli po upadku systemów totalitarnych społeczeństwa poczuły się wolne, to prawie równocześnie zrodził się inny podstawowy problem - problem użycia wolności".
Każdy człowiek oraz całe zbiorowości zawsze stoją przed różnymi wyborami. Od tego, jakimi kryteriami kierują się dokonając wyboru zależy to, czy dana im wolność użyta zostanie w celach słusznych, dla dobra człowieka, czy też w celach niegodziwych, które wczesniej czy później okażą się dla człowieka destrukcyjne. Jan Paweł II wspomina, że istnieje taki sposób wykorzystania wolności, który polega na robieniu bez żadnych ograniczeń tego co się chce i na spełnianiu swoich wszystkich zachcianek bez liczenia się z otoczeniem. Ten sposób wykorzystywania wolności zawiera się - zdaniem papieża - w obszarze "liberalizmu prymitywnego" i jest on destrukcyjny. Według Jana Pawła II wolność jest wykorzystana w pełni tylko wówczas, gdy ludzkie wybory w sposób zintegrowany odwołują się do trzech rodzajów dobra: godziwego, użytecznego i przyjemnego, przy czym dobro przyjemne oznacza radość jaka wypływa z faktu spełnienia dobra godziwego i użytecznego dzięki godziwemu działaniu.
We współczesnym świecie często zapomina się o tym, że wolność służyć powinna przede wszystkim dobru człowieka oraz całych społeczeństw. Polityk, który w swoim działaniu opiera się wyłącznie na dążeniu do osiągnięcia korzyści własnych i zaspokajaniu prymitywnych przyjemnostek źle służy sprawie dobra wspólnego. Przedsiębiorca, który w orbicie swoich działań widzi wyłącznie zysk i który dąży do jego osiągnięcia wszelkimi możliwymi środkami, również tymi niegodziwymi, które ranią innych ludzi, wystawiają ich na upokorzenia, bądź pozbawiają środków do życia, nie powinien być nazywany przedsiębiorcą. Pracownik, który nadużywa zaufania swojego pracodawcy, który nie wywiązuje się z nałożonych na siebie zobowiązań, niszczy nie swoje mienie albo kradnie je, nie powinien mieć pretensji do nikogo, jeśli straci pracę.
To tylko niektóre przykłady tego, jak może być wykorzystana wolność i czy służyc ona będzie dobru czy też złu. Jan Paweł II wytycza pewien kierunek, ale to od nas samych zależy czy zechcemy nim podążać. Choć papieża nie ma już wśród żywych to pozostaje jednak jego nauka. Jestem przekonany, że im więcej czasu będzie upływać od śmierci Jana Pawła II, tym donioślejsze okazywać się będzie przesłanie tej nauki. Również dla zwolenników kapitalizmu i wolnego rynku.
Wieczny odpoczynek racz Mu dać Panie...

Paweł Sztąberek

* * *

Równajmy do najdroższych! (21 marca 2005)

Przez Unię Europejską przetacza się batalia na temat tzw. dyrektywy dotyczącej świadczenia usług na jej terenie. Zgodnie z pierwotnymi założeniami fryzjer, lekarz, kafelkarz itp. na przykład z Polski, pragnący otworzyć swoją działalność na terenie dowolnego kraju Unii, ot chociażby we Francji, miał podlegać prawodawstwu swojego macierzystego kraju (tzw. zasada kraju pochodzenie). Ta między innymi dyrektywa miała być wabikiem za tym, by mieszkańców krajów aspirujących do UE zachęcić do głosowania za akcesją.
Teraz okazuje się, że jest problem. Burzą się, jak zwykle Niemcy oraz Francja, czyli państwa, które mają w Unii bardzo dużo do powiedzenia. Obawiają się one, że tani usługodawcy z biedniejszych krajów takich jak np. Polska zaleją rynek usług u nich, wypierając rodzime firmy. Protestują już nie tylko politycy, ale i związkowcy, przedstawiciele poszczególnych branż usług i w ogóle wszyscy, którzy boją się pogorszenia swojej sytuacji. Jak zwykle nie protestują ci, którzy na takim rozwiązaniu mogliby tylko skorzystać - czyli konsumenci.
Szef Komisji Europejskiej Barroso zapowiada kompromis. Ale czy ostatecznie załatwi to cały problem? I czego wobec tego można się spodziewać w przyszłości?
Osobiście nie jestem do końca przekonany czy zasada "kraju pochodzenia" akurat jest słuszna, no ale w końcu sami eurokraci ją uchwalili, więc chociaż oni powinni być co do jej słuszności przekonani. Nie najlepiej więc o nich świadczy skoro teraz chcą się wycofać. Co jednak dalej? Otóż wydaje się, że zamieszanie związane z usługami posłuży przeróżnym europejskim totalniakom za argument na rzecz dalszej "harmonizacji prawa", by wykluczyć w przyszłości takie zgrzyty.
I tak, małymi kroczkami zbliżać się będziemy, w sensie politycznym, do Unii Europejskiej jako jednolitego państwa, a w sensie ekonomicznym, dojdziemy do stanu jaki panuje obecnie w Niemczech i we Francji, tzn. do totalnej drożyzny. Bo nie wierzę jakoś, by "prawicowi socjaliści" we Francji oraz socjaldemokraci w Niemczech zechcieli na tyle zreformować panujące u nich systemy, aby obniżyć koszt funkcjonowania własnych państw, a tym samym obniżyć ceny wszystkiego, w tym również usług.
Za komuny funkcjonowało, w ramach propagandy sukcesu, hasło: "Równajmy do najlepszych". W Unii Europejskiej brzmieć ono powinno: "Równajmy do najdroższych". Jak postęp to postęp...

Paweł Sztąberek

* * *

Prywatyzacja po polsku (14 marca 2005)

Wyobrażam sobie, że w normalnym kraju, w którym są jeszcze jakieś pozostałości państwowego przemysłu, prywatyzacja odbywa się w taki sposób, że wyznaczony do prywatyzacji urzędnik czy stosowne ministerstwo ogłasza gotowość sprzedaży danej firmy, po czym na otwartym przetargu, na który wstęp ma każdy, nawet starowinka sprzedająca jajka na targu, dokonuje się wyboru najkorzystniejszej oferty. Wygrywa ten, kto więcej zapłaci. Taki przetarg, jeśli dotyczy np. sprzedaży wielkich przedsiębiorstw czy całych ich sieci, mogłaby nawet transmitować "na żywo" któraś ze stacji telewizyjnych. Czemu nie? Dlaczego cała Polska nie miałaby wiedzieć, kto kupił, za ile i na jakich zasadach.
Przesłuchania kolejnych świadków przed sejmowymi komisjami śledczymi ds. Orlenu czy PZU pokazują, że w III RP nie jest to jednak takie proste. U nas, firma, która zamierza dokonać jakiegoś poważniejszego zakupu, najpierw musi zadbać o "dojście" do najważniejszych polityków w państwie. Okazuje się, że najwięcej w kwestii prywatyzacji mają w Polsce do powiedzenia nie rynek, lecz: prezydent, premier, poszczególni posłowie i liderzy największych ugrupowań, jako ci, którzy mają "dojścia".
Kto śledził sobotnie (12 marca 2005) przesłuchanie p. Agaty Stremeckiej, byłej bliskiej współpracownicy jednego z ważniejszych świadków komisji orlenowskiej, p. Marka Dochnala, mógł się - na podstawie jej zeznań - przekonać, jak, na jednym z przykładów, wygląda ten mechanizm...
... Tak więc... Najpierw p. Dochnal zatrudnia na doradcę p. Antoniego Styrczulę, byłego rzecznika prezydenta Kwaśniewskiego, by ten, jako osoba z "dojściami", zaaranżował spotkanie głowy państwa z zagranicznym przedsiębiorcą pragnącym zakupić sieć polskich hut, a którego to przedsiębiorcę forsuje akurat p. Dochnal. Gdy prezydent daje się przekonać, gdy do spotkania dochodzi, i gdy ostatecznie ów biznesmen kupuje polskie huty wszyscy są zadowoleni. Zarabia oczywiście p. Dochnal, p. Styrczula oczywiście otrzymuje wynagrodzenie od p. Dochnala, a następnie ... dostaje pracę u nowego właściciela hut, na rzecz którego najpierw "lobbował" u pana prezydenta, nabywca hut kupuje to, co chciał i...
No właśnie... I? I tu rodzi się pytanie: czy po to tworzy się tak zawiłą drogę do prywatyzacji, by np. prezydent oraz inni ważni urzędnicy, których trzeba po drodze "zaliczyć", nic z tego nie mieli? Doprawdy, trudno w to uwierzyć, ale - miejmy nadzieję - że na to pytanie jednoznacznie odpowie właściwa sejmowa komisja.
Czy należy się dziwić inwestorom, że podejmują tę grę, choć wiadomo, że jest ona nieczysta, i że wcześniej czy później musi się skończyć korupcją władzy? Otóż, ja im się trochę dziwię. Bo, jakby nie patrzeć, akceptując te chore reguły, wpisują się oni w bardzo zły i niemoralny obyczaj i przyklepują drążącą Polskę od lat chorobę zwaną korupcją. Z drugiej jednak strony, jeśli koniecznie chcą inwestować, nie mają wyjścia, bo i cóż obchodzą ich polskie obyczaje... A bo to raz inwestowali w republice bananowej?
Znacznie większa odpowiedzialność za ten stan rzeczy spoczywa na tych, którzy z pełną premedytacją tworzą zawiłe i niejasne procedury robienia interesów w III RP, czyli na miejscowych politykach i urzędnikach.
Prace obu komisji śledczych stopniowo, acz coraz wyraźniej, tę ponurą rzeczywistość odkrywają. Oby tylko na samych odkryciach się nie skończyło. Potrzebne są jeszcze właściwe wnioski i radykalne działania.

Paweł Sztąberek

* * *

UE kontra batoniki (7 marca 2005)

Rządy kochają zajmować się niezliczoną masą spraw. Lubują się w zakazywaniu i nakazywaniu, we wciskaniu do głów obywateli, co jest dobre, a co złe, co jest moralne, a co niemoralne. Rządy ostrzegają ludzi w sklepach monopolowych, że "alkohol szkodzi zdrowiu", a na paczkach papierosów każą pisać, że "palenie powoduje raka". Narkotyków rządy w ogóle nie pozwalają zażywać i z całych sił starają się zwalczyć każdą, nawet najmniejszą plantację konopii, posyłając na nią uzbrojonych po zęby antyterrorystów z psami.
Unia Europejska rządu jeszcze, co prawda, nie ma, ale ma za to komisarzy, czyli takich quasi ministrów. I ci komisarze także uwielbiają zajmować się przeróżnymi problemami. No, od tego w końcu są. Wiadomo przecież, że gdyby nie było poważniejszych problemów, wówczas komisarze musieliby je wymyślać. Co też się zresztą dzieje.
Np. komisarz od kultury zajmuje się m.in. procentowym wyliczaniem, ile dany kraj UE produkuje filmów... Jak wyjdzie mu, że za mało, no to wtedy będzie wspierał kinematografię tego kraju, tak, by tych filmów było trochę więcej. Komisarz od edukacji, z kolei, może wpaść na pomysł, by np. wybudować na zacofanych terenach polskiej prowincji 1000 szkół na 10-cio lecie UE. I nawet jeśli nie będzie komu do tych szkół chodzić, to cóż z tego. Komisarz od sportu natomiast, jak mu się zachce, wymyśli sobie, aby w każdym mieście powstały tory saneczkowe i zacznie promować saneczkarstwo. Czemu nie?
Ostatnio do roboty wziął się komisarz od zdrowia i ochrony konsumentów. Postanowił, że czas najwyższy zająć się w Unii Europejskiej promocją zdrowego stylu życia. Co go do tego skłoniło? Otóż władze Unii zaczęły alarmować, że na kontynencie wzrasta liczna ludzi otyłych. Według najnowszych badań, już co trzeci uczeń liceum w UE jest otyły. "Otyłość to rosnący europejski problem" - wyznał rzecznik komisarza. "Wymaga to europejskich rozwiązań" - dodał.
No i jest problem! Aby go rozwiązać, komisarz, a wraz z nim całe tabuny urzędników, nie tylko będą promować zdrowy styl życia, ale również zażądają od przemysłu spożywczego, by zaprzestał on reklamowania chipsów, batoników i hamburgerów. A co jeśli przemysł nie zaprzestanie? Ano wtedy, jak zapowiada komisarz, wprowadzone zostaną rygorystyczne przepisy dotyczące reklam tych produktów.
No i jak tu biadolić, że komisarze są niepotrzebni. Są, i to bardzo. Jeśli nie oni, to kto by się miał zająć dbałością o naszą linię?
No i jeszcze jedno... Ten komisarz od zdrowia i ochrony konsumentów to pewnie jakiś znakomicie zakonspirowany unio-sceptyczny dywersant. Bo jeśli ludzie przejmą się jego kampanią, zaczną zdrowo się odżywiać, nie będą opychać się batonikami, chipsami i hamburgerami, będą uprawiać sporty, wówczas dłużej będą żyć. A jeśli dłużej będą żyć to, nie tylko, że dożyją emerytury ale jeszcze będą korzystać z niej przez długie lata. A czy to z kolei przetrzyma unijny system ubezpieczeń społecznych? I czy krach tego systemu nie będzie oznaczał jednocześnie krachu Unii Europejskiej?
Pożyjemy zobaczymy... Póki co, może warto zacząć słuchać pana komisarza...

Paweł Sztąberek

Archiwum "Komentarz tygodnia" c.d. >>>




Umieść poniższe bannery na swojej stronie WWW








Webmaster
Copyright 2001, Paweł Sztąberek




Spis Autorów

Komentarz tygodnia

Książki
polecane

Czytelnicy
piszą

1 2 3 4
oooooooooooooooooooooooi
Subskrypcja
Jeśli chcesz być powiadamiany o nowościach na "SP" wpisz swój adres e-mail


Powiadom znajomego o "SP" wpisując jego adres e-mail

ooooooooooooooooooooooooi
Przyślij swoją opinię




ooooooooooooooooooooooooi